2007/11/04

Burmistrz Mokotowa nie chce być wojewodą

Platforma szuka chętnych na wojewodę. Propozycję objęcia urzędu odrzucił burmistrz Mokotowa i szef sejmiku Mazowsza Robert Soszyński (PO). Mniej wahań mają ludowcy, którzy na wicewojewodę zaproponują najpewniej Stanisława Wójcika, szefa warszawskiego PSL.
Marszałkiem województwa jest Adam Struzik (PSL), więc dla równowagi nowym wojewodą mazowieckim ma zostać osoba wskazana przez PO. Platforma ma jednak kłopot ze znalezieniem chętnego, bo urząd wojewody to wielka odpowiedzialność, a płaca gorsza niż w samorządzie.
W partyjnych gremiach ustalono, że idealnym kandydatem jest Robert Soszyński. Jako burmistrz największej warszawskiej dzielnicy zdobył doświadczenie w kierowaniu urzędem. Jako radny i zarazem szef sejmiku Mazowsza doskonale orientuje się w sprawach całego województwa. Jednak Soszyński wojewodą być nie chce. - Oczywiście, jeśli premier mnie wyznaczy, nie odmówię, ale mam dużo pracy na Mokotowie. Nie chcę tej dzielnicy opuszczać - mówi Robert Soszyński.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że gdy Soszyńskiemu partyjni koledzy zaproponowali stanowisko wojewody, powiedział twardo "nie". - Trochę mu się nie dziwię: to wielka odpowiedzialność, a uposażenie mniejsze - zdradza nam jeden z działaczy PO.Pensja wojewody (8-9 tys. zł) jest mniej więcej taka sama jak burmistrza warszawskiej dzielnicy. Jednak w urzędzie wojewódzkim nie można dorobić. A Robert Soszyński, prócz burmistrzowskiego wynagrodzenia, bierze jeszcze dietę radnego i honoraria za pracę w radach nadzorczych dwóch spółek: PKiN i Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego. To daje dodatkowo ok. 6 tys. miesięcznie. Gdyby został wojewodą, musiałby zrzec się mandatu radnego i wycofać z rad nadzorczych.
- Teraz Soszyński jako burmistrz i szef sejmiku ma dwa sekretariaty, służbowe samochody. A jako wojewoda musiałby zmagać się z urzędem pełnym frustratów, bo pensje są tu mniejsze niż w samorządzie - mówi inny polityk PO.
W PO trwa więc wciąż szukanie chętnych do objęcia urzędu wojewody.
Mniej wątpliwości mają ludowcy, którzy w ramach koalicyjnych ustaleń mają prawo wskazać wicewojewodę. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jedynym "wice" na Mazowszu ma zostać Stanisław Wójcik, szef warszawskiego PSL, poseł tej partii w latach 1993-97, a obecnie wiceszef kancelarii sejmiku Mazowsza.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki

2007/11/03

Donosimy na Boniego

Michał Boni skarżył się, że SB szantażem zmusiła go do współpracy. Jak się okazuje, nie taka z niego ofiara.
Od ponad czterech lat w opolskiej prokuraturze toczy się śledztwo dotyczące wielomilionowych niegospodarności w Elektrow-ni Opole, jakich dopuścił się jej dawny zarząd. Pisaliśmy o tym wielokrotnie. Sprawa jest wielowątkowa i dotyczy m.in. usług, jakie zewnętrzne firmy doradcze powiązane z politykami świadczyły na rzecz elektrowni. Jedną z nich była Profile-dialog specjalizująca się w doradztwie personalnym. W czasie gdy Profile-dialog pracowała dla elektrowni, Michał Boni był jednocześnie jej prezesem, współwłaścicielem i przez pewien czas szefem gabinetu politycznego ówczesnego wicepremiera oraz ministra pracy i polityki socjalnej Longina Komołowskiego.
Z tytułu umów zawartych z elektrownią spółka Boniego dostała prawie 600 tys. zł.
Zastrzeżenia co do umów między elektrownią i spółką Boniego miała Najwyższa Izba Kontroli, gdyż zawierane były w tzw. trybie zamówień z wolnej ręki (czyli bez przetargów). W sytuacjach gdy specyfika danej usługi, ani szczególna sytuacja nie wymagała bezwzględnie zastosowania tego trybu. Ocena ta jest tym bardziej uprawniona, że praktyka ta dotyczy w zasadzie usług o znacznej wartości, a ważność zawartych umów często była przedłużana w formie aneksów – czytamy w raporcie NIK. I tak np. Boni najpierw podpisał umowę na 195 tys. zł, później aneksem zamienił ją na 235 tys. zł.
W końcu się rozmyślił i w efekcie kolejnego aneksu dostał ponad 247 tys. zł. W kolejnej umowie było podobnie. Najpierw zażyczył sobie 223 tys. zł, zaraz podpisał aneks na 326 tys. zł, by znów się rozmyślić i łyknąć w końcu 347 tys. zł!
Według NIK działając w ten sposób, to znaczy przyjmując tańsze oferty, które potem drożały, zarząd elektrowni uniemożliwiał innym potencjalnym oferentom dostęp do określonych zamówień, ograniczył zasadę jawności postępowania, nie przestrzegał zasad wolnej i uczciwej konkurencji oraz możliwości wyboru najkorzystniejszej oferty. W opinii NIK niektóre badane zlecenia dla zewnętrznych firm były niecelowe z racjonalnego punktu widzenia. Krytycznie o usługach spółki Boniego wypowiadali się związkowcy ze Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego Elektrowni Opole S.A. W piśmie do ówczesnego ministra skarbu Emila Wąsacza zarzucili zarządowi elektrowni wyrzucanie pieniędzy w błoto na niepotrzebne i kosztowne opracowania i programy.
Podejrzenie kontrolerów NIK oraz związkowców wzbudzało to, że Boni jako szef gabinetu politycznego ministra i jednocześnie szef oraz współwłaściciel prywatnej spółki wykonując zlecenia dla państwowej firmy, jaką jest elektrownia, wykorzystywał stanowisko do załatwiania swoich geszeftów.
Konfliktu interesów nie widzi obecna szefowa Profile-dialog Elżbieta Rosiak, była wysoka urzędniczka dawnego Ministerstwa Pracy. W rozmowie z „NIE” zaprzeczyła, że Profile-dialog otrzymała zlecenia dzięki politycznym naciskom czy protekcji, gdyż to elektrownia zwróciła się do firmy z ofertą współpracy. A to, że Michał Boni pełnił polityczną funkcję jednocześnie będąc współwłaścicielem spółki, która robi interesy z firmą należącą do skarbu państwa, nie jest przecież naruszeniem prawa.
•••
Gdyby działo się to w cywilizowanym kraju, np. Francji, Szwecji czy Niemczech, wywołałoby skandal i przekreśliło raz na zawsze karierę polityczną takiego delikwenta. W Polsce liczą się jednak historyczne bazgroły leżące latami w teczkach specsłużb, a nie współczesne zdarzenia wskazujące na wykorzystywanie pozycji polityka dla prywaty.
Źródło: NIE
ANDRZEJ SIKORSKI

Marcinkiewicz za 20 tys. zł?

Najmłodszy poseł tej kadencji Michał Marcinkiewicz z PO twierdzi, że prowadzona z rozmachem jego kampania wyborcza kosztowała 20 tys. zł.- No to mamy pierwszy cud zapowiadany przez Platformę - komentują politycy z opozycji.
W okręgu szczecińskim najbardziej rzucającą się w oczy kampanię mieli: szef miejskich struktur PO Sławomir Nitras i student ekonomii (numer pięć na liście PO) Michał Marcinkiewicz. Pierwszy podsumował swoje wyborcze wydatki na 90 tys. zł, drugi przyznaje się do zaledwie 20 tys. zł. - Taka kampania kosztuje znacznie więcej - mówi polityk SLD Piotr Kęsik. - Mamy już do czynienia z pierwszym cudem Platformy.
Promocja sekretarza generalnego SLD Grzegorza Napieralskiego kosztowała 120 tys. zł (w tym 40 tys. zł billboardy rezerwowane i opłacane przez centralę sztabu, resztę finansowano regionalnie). Komitet PiS na swojego sekretarza generalnego Joachima Brudzińskiego wydał około 75 tys. zł. Ich reklama była jednak dużo mniej widoczna niż Marcinkiewicza. Młody poseł PO wyjaśnia, że liczy się efektywne zarządzanie budżetem.
Liczymy, faktury spływają
"Gazeta" przyjrzała się jego reklamom. Według cen rynkowych 20 tys. zł - zatem cały reklamowy budżet Marcinkiewicza - powinny pochłonąć reklamy rozwieszone tylko w dwóch miejscach: na budynku kamienicy przy ul. Piastów (przy skrzyżowaniu z Mieszka I) i na kamienicy budynku Dany.
To tzw. "ściany", najdroższa forma reklamy zewnętrznej. Za samo wynajęcie ściany kamienicy przy al. Piastów trzeba zapłacić około 10 tys. zł za miesiąc. - Ja wynajmowałem taniej, bo na dwa tygodnie - wyjaśnia Marcinkiewicz.
Niezależnie od tego, jak długo reklama wisi, jej druk kosztuje tyle samo. Produkcja plansz, które mają być rozwieszane na ścianach budynków, jest najdroższa - za dobrą stawkę uważa się 30 zł za mkw. Zatem już za samo wyprodukowanie olbrzymich plansz, które zawisły tylko na tych dwóch budynkach, trzeba zapłacić minimum 8 tys. zł.
A to nie były jedyne miejsca, na których widniała podobizna Michała Marcinkiewicza. Miał reklamę w prasie, spot wideo (produkcja filmiku to wydatek ok. 4 tys. zł). Widać go było na gigantycznych rozmiarów billboardach (tzw. premium) np. przy ul. Mickiewicza. Miesiąc promocji na jednym takim nośniku to ok. 3 tys. zł, 1,5 tys. zł za dwa tygodnie. Reklama na billboardach zwykłych rozmiarów - to wydatek ok. 1500 zł miesięcznie, 750 zł za dwa tygodnie. Takich tablic Marcinkiewicz miał przynajmniej kilka, i to w samym Szczecinie, a intensywnie reklamował się również w regionie. Ile dokładnie wydał i na co, zestawienie nie jest jeszcze gotowe.
- Wszystko liczymy, faktury spływają - powiedział pełnomocnik finansowy szczecińskiego sztabu PO Karol Wasilewski.
PiS ma zdjęcia i czeka
Jednak nawet pełnomocnik finansowy PO szacuje, że Marcinkiewicz na kampanię wydał przynajmniej 30 tys. zł.
Taki bowiem miał narzucony przez regionalny sztab limit.
Partie stosują ogólną zasadę, że kandydat może wydać tyle pieniędzy, ile wpłynie na jego wyborcze konto. Kandydat może sam finansować swoją kampanię, ale tylko do kwoty 14 tys. zł. Przepływ pieniędzy musi być udokumentowany - pieniądze przelewane są na konto komitetu wyborczego z dopiskiem, że przeznaczone zostały na kampanię takiego a takiego kandydata. Jeżeli polityk chce wydać więcej, musi pozyskać pieniądze od innych osób, ale tylko fizycznych - każda z nich również maksymalnie może wpłacić 14 tys. zł.
Joachim Brudziński, sekretarz generalny PiS zapowiedział na antenie Polskiego Radia Szczecin, że działacze PiS sfotografowali wszystkie reklamy Marcinkiewicza i tylko czekają na sprawozdanie finansowe.
Zachowaniem rywala z PO zszokowany jest Grzegorz Napieralski. - Marcinkiewicz podaje nierealne koszta i zupełnie nie rozumiem, dlaczego - mówi sekretarz generalny SLD.
Kampanijne rachunki kontroluje Państwowa Komisja Wyborcza. Jednak wydatki pojedynczego kandydata nie mają znaczenia, może on wydać nawet 500 tys. zł. PKW sprawdza, czy cała partia nie przekroczyła dozwolonego przepisami limitu. W tych wyborach partie mogły wydać po ok. 30 mln zł. By tego limitu przypadkiem nie przekroczyć, sztaby wydzieliły kwoty na kampanię o zasięgu ogólnokrajowym i te regionalne. I tak w szczecińskim - PO łącznie mogła wydać najwyżej 325 tys. zł, PiS - 168 tys. zł (bez kosztów Brudzińskiego jego kampania obciążała konto krajowe sztabu), żadnego limitu nie miał regionalny LiD.
- Bo wiadomo było, że nasza partia górnego pułapu na pewno nie przeskoczy - mówi szef sztabu LiD w Szczecinie, Dariusz Wojcieszek.
W okręgu szczecińskim i koszalińskim LiD wydał 135 tys. zł. Jest to jednak kwota bez kosztów kampanii liderów poszczególnych koalicjantów LiD - ci obciążali konto krajowe partii.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin
Autor: Jolanta Kowalewska

2007/11/02

Stadion w centrum miasta

Wybudujmy Stadion Narodowy na Pradze, a po mistrzostwach pozwólmy na nim grać Legii Warszawa. A na miejscu klubowego stadionu Legii stwórzmy otwarte dla ludzi centrum sportu i rekreacji.
Wielu Polakom – nie tylko kibicom futbolu lub/i polityki – niełatwo zrozumieć, po co Platforma po błyskotliwym zwycięstwie wyborczym i u progu wyczekanych rządów wywołuje konflikt o lokalizację Stadionu Narodowego. Jeśli to autorski pomysł pani prezydent Gronkiewicz-Waltz, to zafundowała ona swoim kolegom naprawdę niezły kłopot na początek funkcjonowania rządu. Z kolei gdyby była to koncepcja zbiorowa kierownictwa PO, przemyślana i przygotowana przed wyborami, to niezbyt uczciwe było przemilczenie jej w czasie wyborów.
Sam pomysł zmiany lokalizacji stadionu został zaprezentowany tak nieprofesjonalnie i nieprzekonująco, jakby narodził się przy porannym goleniu. Argumenty, o których szerzej za chwilę, były niezbyt przekonujące i spójne, co więcej, nie przedstawiono wiarygodnego harmonogramu gwarantującego, że mimo zmiany budowa zakończy się w terminie, a wreszcie, co najbardziej zaskakujące, nie zaproponowano alternatywnej lokalizacji.
Wysuwając pomysł tak fundamentalnej zmiany, ogłoszono coś w rodzaju konkursu na inną lokalizację, co pokazywało, że władze miasta są nieprzygotowane, a pomysł był nieprzemyślany. Posypały się propozycje z różnych stron Warszawy i okolic, powiększając tylko wrażenie absolutnej improwizacji.
To wrażenie powiększyła jeszcze kolejna deklaracja posła PO, kandydata na ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, który budowę stadionu w centrum miasta nazwał planem A, nie wykluczył jednak, że realizowany będzie plan B – czyli budowa stadionu w innym miejscu.
Drogo i ryzykownie
Spróbujmy rzeczowo rozpatrzyć argumenty pomysłodawców owego planu B, jeszcze trzy dni temu traktowanego chyba jako jedyny słuszny plan. Argument finansowy przedstawiany jest mniej więcej tak: „Tereny pod dotychczasową lokalizacją koło Stadionu Dziesięciolecia warte są trzy miliardy złotych, a więc ich przeznaczenie na stadion jest marnotrawne. Do tego dochodzi miliard albo i więcej na samą budowę, a więc będzie to, dodając obie kwoty, jak powiedział Mirosław Drzewiecki, najdroższy europejski stadion”.
Opinia ta jest całkowicie nieprzekonująca. Nie wiadomo, skąd się wzięła tak wysoka wycena gruntów po dawnym stadionie. To grunty trudne geologicznie, podmokłe, przy nowych inwestycjach wymagające drogich technologii. Opłacalne byłyby tylko wysokie obiekty, których nie planowano w tym rejonie miasta. Od ceny gruntu należałoby odliczyć koszty zlikwidowania starego stadionu i wywiezienia pozostałości. Koszt tego przedsięwzięcia byłby olbrzymi, więc realny zysk ze sprzedaży gruntów byłby minimalny.
Argument, że uzyskane ze sprzedaży pieniądze mogłyby sfinansować Stadion Narodowy, a co za tym idzie, oszczędzić pieniądze z budżetu, jest nieprawdziwy. Żeby sprzedać ten teren, należy najpierw zmienić plan zagospodarowania, dopuszczając tam odpowiednio opłacalne obiekty, bo w obecnej sytuacji nie znajdzie się nabywca. Kolejne procedury musiałyby potrwać wiele lat, więc środki, i to wyraźnie mniejsze niż zapowiadane przez panią prezydent, trafiłyby do budżetu państwa w najlepszym razie w połowie 2011 roku, kiedy to stadion dawno już powinien stać.
Ponadto koszt takiego projektu jak stadion nie sprowadza się do równowartości budowy obiektu. Należy doliczyć system komunikacji publicznej, dróg, parkingów itp. Z tego punktu widzenia lokalizacja praska jest optymalna. Z myślą o niej działaliśmy od lat, czekając, kiedy państwo będzie finansowo zdolne do udźwignięcia inwestycji. Z tą myślą zaplanowaliśmy przebieg drugiej linii metra i był to poważny argument przy decyzji o budowie mostu Świętokrzyskiego. To jest teren, poza placem Defilad, najlepiej skomunikowany w Warszawie i idealnie nadający się pod nowy projekt. Jeśli wybrano by inną lokalizację, należałoby wszystko budować i finansować od nowa. Oznacza to olbrzymie koszty i, co niebagatelne, bardzo długi czas.
Podsumowując: przenosiny stadionu w inne miejsce nie muszą przynieść oszczędności, a mogą się okazać droższe i bardziej ryzykowne ze względu na upływający czas.
Udręka i korki
Drugi argument dotyczy aspektów komunikacyjnych i można by go przedstawić mniej więcej tak: „Miejsce dzisiejszego stadionu jest zbyt centralnie położone, a wybudowanie tam nowego obiektu wygeneruje olbrzymie nowe obciążenia komunikacyjne, które zakorkują miasto. Lepszy jest teren na peryferiach, bo będzie łatwiej dojechać”.
Argument ten jest nieprawdziwy i świadczy o niekompetencji. Co wygeneruje większe i bardziej stałe obciążenie komunikacyjne – stadion używany raz na jakiś czas czy osiedle na 30 – 40 tysięcy mieszkańców, które miałoby tam powstać jako alternatywa? Każde przeznaczenie tego terenu inne niż park, sprzeczny z pierwszym celem finansowym, oznacza większą udrękę i korki niż obiekt sportowy.
Proponowane inne lokalizacje nie są korzystniejsze komunikacyjnie i nie odciążają warszawskich dróg.
Skrajnym przykładem jest Służewiec, gdzie lokalizacja stadionu korki by raczej nasiliła. Inne miejsca są nieznacznie korzystniejsze, ale z kolei brak tam dróg. W przypadku nowej lokalizacji trzeba równolegle wybudować nowe drogi, co nie jest proste, i połączyć to miejsce komunikacją publiczną, o nierealnym metrze nie wspominając. Tak więc również z powodów komunikacyjnych bezpieczniejsza i lepiej przygotowana jest lokalizacja praska.
Są tereny w centrum
Trzeci podnoszony przez panią prezydent Gronkiewicz argument o tym, że wszystkie stadiony w europejskich metropoliach ulokowane są poza miastami, również nie jest trafiony. Wystarczy wspomnieć choćby o rozmiłowanych w piłce Rzymie, Mediolanie czy Lizbonie, gdzie stadiony są położone bardziej centralnie niż warszawska Praga. Rzeczywiście na przykład w Paryżu czy Frankfurcie nowe stadiony powstawały poza centrami miast, ale tam głównym problemem był brak dostępnych w obrębie miasta odpowiednio dużych, niezagospodarowanych terenów będących własnością miasta lub państwa. W Warszawie problem ten nie występuje. Jest jeszcze kilka dostępnych lokalizacji w naszym mieście, z których zdecydowanie najlepszą jest rejon dawnego Stadionu Dziesięciolecia.
Wszystko od początku
Czwarty argument to w skrócie stwierdzenie: „Skoro i tak PiS niczego do tej pory nie zrobiło, nic nie stracimy, zaczynając od nowa”. Jest to argument tylko częściowo poprawny. Rzeczywiście inwestycyjne osiągnięcia ekipy prezydenta Kaczyńskiego sprowadzały się do nieudolności, zaniechań i działań pozorowanych. Także postępy w przygotowaniach do Euro źle wróżyły dotrzymaniu terminów. Ale trzeba sobie zadać pytanie, co zdąży wykonać nowa ekipa PO.
Obserwując to, co przez ostatni rok działo się w Warszawie, nie możemy być o to całkiem spokojni. Żadna nowa inwestycja nie została rozpoczęta, a sposoby prowadzenia remontów nie dowodzą na razie szczególnego profesjonalizmu ani wyobraźni. Dlatego warto wziąć pod uwagę, że zachowując dotychczasową lokalizacje stadionu, politycy PO przyszliby w pewnym sensie na gotowe. Nie muszą niczego wymyślać, drogi i most już są, wystarczy wybudować w terminie zaplanowaną od lat stację metra.
W przypadku nowych lokalizacji trzeba przeprowadzić inwestycje zupełnie innej skali. Obok samego stadionu trzeba wybudować drogi i doprowadzić komunikację publiczną, co nie tylko kosztuje, ale też trwa. Nie jest pewne, czy obecnie rządząca stolicą ekipa da sobie z tym radę w terminie. Dojazd do na nowo zlokalizowanego stadionu metrem byłby oczywiście w r. 2012 nierealny. Jeśli dodalibyśmy do tego formalny problem związany z planami zagospodarowania i ich zmianą, termin realizacji inwestycji byłby skrajnie zagrożony.
Cała sytuacja przypomina nieco proceder, którego mistrzem był Lech Kaczyński – wyrzucania do kosza dorobku poprzedników, tak aby można było przypisać sobie całość projektu. Ekipa PiS wyrzuciła przygotowane przez nas koncepcje budowy II linii metra, mostu Północnego, zabudowy pl. Defilad, planu zagospodarowania Śródmieścia, odbudowy pałaców Saskiego i Brūhla i wiele, wiele innych. Zmarnowane zostały bardzo zaawansowane prace, projekty, a nawet zasady finansowania. Wszystko postanowiono zrobić od początku i nie zrobiono nic. Cztery lata zostały dla Warszawy stracone. Nie byłoby dobrze, gdyby ten zwyczaj się utrwalił. Nawet jeśli krytycznie podchodzi się do poprzedników, warto kontynuować to, co mądre i zaawansowane. Choćby zrobiło to PiS...
Platforma swoją inicjatywą przenoszenia lokalizacji Stadionu Narodowego przejęła odpowiedzialność za przygotowanie w terminie projektów przed Euro 2012. Jest to, w moim przekonaniu, bardzo poważny błąd. Gdyby miało dojść do realizacji planu B, PiS na każdy zarzut o opóźnieniach odpowie przypomnieniem nieopatrznej inicjatywy pani prezydent. A przecież Stadion Narodowy to inwestycja rządu, zatem ewentualne nowe koncepcje powinien ogłosić nowy premier Donald Tusk.
Po co Warszawie dwa wielkie stadiony
Wydarzenia związane z lokalizacją przysłoniły inny bardzo zasadniczy problem, nad którym dyskusję zapoczątkowałem, a który wciąż wydaje się istotny. Pytanie brzmi: czy stać nas na jednoczesne budowanie dwóch wielkich stadionów w Warszawie i jak one w przyszłości mają być zagospodarowane?
Do tej pory sytuacja miała oczywisty kontekst polityczny. Dwa rywalizujące ze sobą podmioty miały prowadzić analogiczne inwestycje w tym samym czasie. Rząd PiS chciał budować Stadion Narodowy na miejscu Stadionu Dziesięciolecia, a PO stadion Legii na Łazienkowskiej. Obie ekipy szczerze się nie cierpiały, obu brak było sukcesów inwestycyjnych, obie wreszcie chciały udowodnić swoją skuteczność. Żadna więc nie chciała się wycofać ze swojego, projektu niezależnie od racjonalności całej sprawy.
Teraz jednak Platforma przejmuje odpowiedzialność również za rząd, zatem uwzględniając racjonalność, również finansową, premier i szef partii Donald Tusk odpowie zapewne niedługo na zasadnicze pytania: Czy rzeczywiście stać nas, aby utrzymać obie równoległe inwestycje i czy oba obiekty będą niezbędne po mistrzostwach? Mówimy przecież o ponad 400 milionach złotych z kasy miasta na obiekt Legii i grubo ponad miliardzie złotych z budżetu państwa na Stadion Narodowy. Czy rzeczywiście stać nas na wydanie takiej fortuny, kiedy widać, że w dzisiejszych warunkach mecze, imprezy, koncerty itp. ledwo zwrócą koszt utrzymania jednego tak wielkiego obiektu w mieście? Co będzie, jeśli po Euro stadion stać będzie pusty? Czy nie wzbudza wątpliwości, że firmie, która jest właścicielem Legii, darowuje się na 24 lata – w warunkach XXI wieku na całe techniczne życie obiektu – wielki stadion praktycznie za darmo? Zwłaszcza że jest to firma o poważnym udziale w rynku mediów.
Mogę w tej sprawie przedstawiać jasne poglądy, bo to przecież nasza ekipa zapoczątkowała realną inwestycję na Łazienkowskiej. Nasz projekt powstał w warunkach, w których władze krajowe ani myślały o inwestowaniu pieniędzy w Warszawie, a realna perspektywa budowy Stadionu Narodowego na Pradze w ogóle nie istniała. Tak jak w przypadku mostów, metra czy części obwodnicy, musieliśmy radzić sobie sami. Wiedzieliśmy, że duży, porządny stadion w Warszawie powstanie, tylko jeśli wymyślimy na to sposób.
Powstała zatem koncepcja przejęcia od MON terenów Legii, stworzenia partnerstwa prywatno-publicznego i rozpoczęcia projektu z firmą ITI, która przejmowała klub. Koncepcja ta bazowała na finansowaniu prywatnym i kosztować miała miasto znikomą część dziś planowanych wydatków. Teraz jednak sytuacja zmieniła się radykalnie. Istnieje konsensus, by Stadion Narodowy finansować z budżetu. Czy jest sens dublować inwestycje, i to z niewystarczających warszawskich zasobów? Oto moja odpowiedź na te pytania, którą systematycznie powtarzam i traktuję jako radę dla nowego premiera.
Najlepszym rozwiązaniem byłoby:
1) wybudowanie Stadionu Narodowego za zadeklarowane pieniądze rządu w dotychczasowej lokalizacji,
2) oszczędzenie dla miasta ponad 400 milionów z przeznaczeniem ich na inne projekty sportowe i rekreacyjne oraz na zapewnienie, że metro dojedzie do stadionu o czasie,
3) oddanie Stadionu Narodowego po mistrzostwach w codzienną eksploatację Legii, jak robi się to na świecie, choćby w Paryżu, z podobnymi wielkimi stadionami,
4) przeznaczenie obecnych obiektów i terenów Legii przy Łazienkowskiej na wspaniałe, nowoczesne i otwarte dla ludzi, a nie tylko dla klubów, centrum sportu i rekreacji, którego tak Warszawie brakuje. Życzę tego nie tylko warszawiakom, ale i nam wszystkim.
Autor jest posłem do europarlamentu wybranym z listy Platformy Obywatelskiej (w kwietniu 2006 został z niej usunięty), w latach 1999 – 2001 był prezydentem Warszawy
Źródło: Rzeczpospolita

2007/10/31

Miecugow: Pani prezydent - po co ten szum?

Pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz sypnęła jak z rękawa pomysłami nowych lokalizacji Stadionu Narodowego. Łomianki, Służewiec, Białołęka, Bielany - to tylko pierwsze z brzegu propozycje i nie wykluczam, że pojawią się następne - pisze w DZIENNIKU publicysta TVN Grzegorz Miecugow.
Wygląda mi to na scenariusz, który można zamknąć w zdaniu: wszędzie, byle nie obok Stadionu Dziesięciolecia. Przyznam, że jest to stanowisko zaskakujące. No bo cóż się zmieniło w ciągu ostatnich kilku tygodni, czyli od chwili podjęcia decyzji o nierozbieraniu starego stadionu i o wybudowaniu nowego obok? Na pewno nie to, że dowiedzieliśmy się prawdy o cenach gruntu w centrum stolicy. O tym, że jest drogo, wie każdy średnio zorientowany deweloper, nie wierzę zatem, że pani prezydent dowiedziała się tego od audytorów.
Nie przekonuje mnie też wcale argument, że wielkie metropolie wyrzucają stadiony na obrzeża, bo to nieprawda. Czasami wyrzucają, czasami nie. Wyrzucają wtedy, kiedy z rachunku ekonomicznego wynika, że obiekt da się utrzymać, jeśli organizuje się w nim wielkie imprezy masowe, mecze piłkarskie, zawody lekkoatletyczne i koncerty. Przy tym dodajmy, że wyrzucają tylko wtedy, kiedy mają doskonale zorganizowaną komunikację, tak jak na przykład w stolicy Bawarii Monachium, w którym stadion powstał przy skrzyżowaniu dwóch autostrad. Chciałbym zwrócić Pani prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz uwagę, że w Warszawie jak na razie nie mamy takiego skrzyżowania, ba, nie mamy nawet obwodnicy miasta, którą oczywiście można i trzeba zbudować, ale to nie załatwi problemu skomunikowania takiego obiektu z lotniskiem, dworcami i miastem.
Warszawski Stadion Narodowy miał się utrzymywać nie tylko z organizowania na nim wielkich zawodów sportowych i wielkich wydarzeń kulturalnych, ale z bardzo wielu drobniejszych przedsięwzięć. Miało tam powstać zarówno centrum handlowe, jak i hotel lub nawet kilka hoteli, słowem, miało to być miejsce tętniące życiem. W centrum Warszawy byłaby na to spora szansa, na obrzeżach już raczej nie.
Od biedy zrozumiałbym Hannę Gronkiewicz-Waltz, gdyby położyła na stół jakąś konkretną inną lokalizację, z dokonanym szacunkiem kosztów budowy samego stadionu i towarzyszącej mu odpowiedniej infrastruktury. To pozwoliłoby fachowcom na rzeczową dyskusję, a architektom dawałoby szansę na zastanowienie się, czy jest w ogóle sens stawać do konkursu. Bo to nie jest całkowicie bez znaczenia, jak wygląda otoczenie, w środku którego ma powstać taki obiekt. Zupełnie inną bryłę architekci zaprojektują na Saskiej Kępie, a zupełnie inną w Łomiankach. I nie łudźmy się, zamieszanie, do którego doprowadziła pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz już działa na niekorzyść przyszłego stadionu, bo zasiało niepewność wśród architektów przygotowujących się do startu w konkursie. Jaki jest bowiem sens inwestowania w ten konkurs, skoro nad podstawą takiego przedsięwzięcia, czyli nad lokalizacją, pojawia się coraz większy znak zapytania. Tym większy, im bardziej Hannie Gronkiewicz-Waltz wtórują politycy Platformy Obywatelskiej, którzy mają być ministrami w przyszłym rządzie.
Powtórzę zatem pytanie do pani prezydent - cóż takiego stało się w ostatnich tygodniach, że zamiast entuzjastycznych zapowiedzi budowy drugiej linii metra prowadzącej właśnie do Stadionu Narodowego i zamiast zapowiedzi specjalnej kładki dla pieszych łączącej prawy i lewy brzeg Wisły, nagle słyszymy wymienianie nazw podwarszawskich gmin? Patrzę w kalendarz i widzę tylko jedno takie wydarzenie: 21 października - wybory. I tak sobie myślę, czy przypadkiem nie jest tak, że po prostu Platforma Obywatelska wcale nie chce Stadionu Narodowego w Warszawie? Może. Ale jeżeli tak jest w istocie, to po co tworzyć cały ten szum medialny. Może trzeba to nam powiedzieć otwartym tekstem. No i wyjaśnić, dlaczego.
Źródło: Dziennik.pl

Interesujący film!

PO: Stadion Narodowy jednak w centrum Warszawy

Można zwariować z tą Platformą. Nadażyć za nimi po prostu nie sposób. Zresztą....polecam lekturę i niech każdy sam sobie wyrobi zdanie:-)

Najpierw Hanna Gronkiewicz-Waltz siała zamęt mówiąc, że Stadion Narodowy powinien być zbudowany pod stolicą, a nie blisko centrum, jak chce PiS. Później prezydent Warszawy mówiła o Służewcu i Białołęce dodając, że to tylko propozycje. Dziś jej koledzy z PO przyznali rację PiS, że lepiej, by Stadion Narodowy powstał przy Stadionie X-lecia.

O tym, że Platforma zmienia zdanie, poinformował dziś w radiu TOK FM Mirosław Drzewiecki z PO. Budowę Stadionu Narodowego przy Stadionie X-lecia nazwał "planem A". Przewiduje on także, że stadion byłby na tyle duży (prawdopodobnie na 55 tys. osób), by móc rozpocząć mistrzostwa Euro 2012 inauguracyjnym meczem.
"Jeżeli byłaby sytuacja taka, że wszyscy zostalibyśmy wprowadzeni w błąd i zaniedbania rządu doprowadziłyby to tego, że budowa na błoniach Stadionu X-lecia byłaby niemożliwa, to wtedy trzeba szukać planu B" - dodał Drzewiecki.
Michał Pietrzak
Źródło: Dziennik

Gowin stawia warunki wejścia do rządu

Czołowy konserwatysta PO Jarosław Gowin uzależnia swoje wejście do rządu Donalda Tuska od obsady innych ministerstw – nieoficjalnie dowiedział się „Wprost”.
Szef Platformy Obywatelskiej zaproponował mu objecie funkcji szefa MEN. Z naszych ustaleń wynika jednak, że krakowski polityk na razie skłania się do odrzucenia tej oferty. Powód? – Boi się, że zostając ministrem, pełniłby funkcję konserwatywnego listka figowego dla dworu Tuska, który ma stanowić trzon rządu – mówi nam jeden ze znajomych Gowina. Jego główne zastrzeżenia mają dotyczyć kandydatur Grzegorza Schetyny na szefa MSWiA oraz Mirosława Drzewieckiego na ministra sportu.
Ostateczną decyzję Gowin uzależnia od tego, czy w rządzie Tuska znajdzie się miejsce dla innego konserwatywnego polityka Platformy Bogdana Zdrojewskiego, który był przymierzany do MON lub resortu kultury. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że obecny szef klubu parlamentarnego PO nie cieszy się zbyt dużym zaufaniem kierownictwa partii i może mieć problem z uzyskaniem jakiegokolwiek stanowiska w gabinecie Tuska.
Sam Gowin na razie unika jednoznacznych deklaracji. - Na pewno będę bardzo mocno wspierał rząd Donalda Tuska. Konkretna forma wsparcia będzie jednak przedmiotem moich ustaleń z przewodniczącym partii – mówi „Wprost".

Hanka, dlaczego nas zdradziłaś?!

Stadion Narodowy jednak nie na Pradze? - Pomysł Hanny Gronkiewicz-Walz to ostatnie draństwo - mówią prażanie.
Na Pradze wrze. Nigdy jeszcze mieszkańcom nie zależało tak bardzo na tym, żeby wypowiedzieć się dla "Gazety". Gdy pytaliśmy na ulicach, co myślą na temat nowej lokalizacji Stadionu Narodowego, natychmiast wokół nas gęstniał tłum. Żadna z kilkudziesięciu pytanych losowo przez nas osób nie pochwaliła pomysłu pani prezydent. Przeciwnie, nasi rozmówcy nie kryli wściekłości.
- Gdy usłyszałem, że stadion ma powstać w Łomiankach, to oniemiałem. Teraz słyszę, że jest kilka innych koncepcji, ale wszystkie omijają Pragę. Nie wiem, czy Hanna Gronkiewicz-Walz potrafi łgać jak z nut, czy za jej decyzją kryje się jakaś większa granda - mówi Waldemar Karolowski z ul. Targowej. Jego żona aż trzęsie się z nerwów. - Przed wyborami były obiecanki cacanki. Ale my wierzyliśmy w uczciwość i wartość słowa pani prezydent. I co? Oszukała nas! - mówi Iwona Karolowska.
Burzę rozpętał ostatni pomysł Hanny Gronkiewicz-Walz. Pani prezydent uznała, że ziemia w rejonie Stadionu Dziesięciolecia jest na tyle droga, że warto by było spożytkować ten teren w inny sposób: sprzedać, za uzyskane kwoty zbudować stadion na peryferiach.
Tydzień temu powiedziała "Gazecie": - Mam pokusę, by Stadion Narodowy przenieść poza granicę Warszawy, np. do Łomianek. Sprzeciwia się temu Michał Borowski odpowiedzialny w Ministerstwie Sportu za przygotowania do Euro 2012. Ostrzega, że jeśli na czas nie podpisze się stosownej umowy na zaprojektowanie stadionu, planowane w Warszawie mecze trzeba będzie przenieść do Chorzowa. Bo tylko tamtejszy stadion pomieści wymagane 55 tys. widzów.
Prażanie są wściekli i zawiedzeni. Nie przebierają w słowach. O Hannie Gronkiewicz-Walz mówią: kłamczucha, oszustka, zdrajczyni. - Byłam na mszy w katedrze, gdzie Hanna Gronkiewicz-Walz prosiła o nasze głosy. Mówiła wtedy, żebyśmy pozwolili jej zaopiekować się jej Pragą. Gdy usłyszałam, że stadionu na Pradze nie będzie, nie mogłam w nocy spać - mówi Władysława Prokop z ul. Blaszanej. - Na tej opiece wyszliśmy, jak Zabłocki na mydle. Niech pani zapyta Hankę, dlaczego nas zdradziła - dodaje Jarosław Skupień handlujący na bazarze przy ul. Targowej.
Mieszkańcy Pragi uważają, że zostali wykorzystani w wyborczej walce o głosy. - Kupiono nas obietnicą zmiany Pragi na lepsze. Teraz wiemy, że można zapomnieć o szybkiej modernizacji Dworca Wschodniego i doprowadzeniu metra na Dworzec Wileński. Praga dalej będzie zaściankiem - denerwuje się Jakub Dawidziuk, emeryt z ul. Ząbkowskiej. Również młodzi prażanie nie kryją zawodu. - Zależało mi na stadionie, bo mój chłopak jest kibicem. Razem chodzimy na mecze i gdyby te odbywały się w naszej dzielnicy, mielibyśmy blisko - zauważa Monika Rejf. Starsi mieszkańcy Pragi planują protestacyjny marsz pod ratusz. - Potrzebny jest nam tylko lider, który zwołałby ludzi na konkretny dzień i godzinę - gorączkuje się Tomasz Zawistowski. I ostrzega: - Niech Hanka nie przyjeżdża na Pragę, bo nie ręczę za siebie!
Ostrzegają też bracia Mariusz i Łukasz, którzy w przejściu pod Dworcem Wileńskim czekali na kebaba. - Ja tam agresywny nie jestem, ale niech ona nam tu swoją lancią teraz oczu nie kłuje - mówi Łukasz. A jego brat dodaje: - Wiesz, czym dla kibiców jest stadion z prawdziwego zdarzenia? No to wiesz, co teraz czują kibice!
Na Pradze nie brakuje też głosów, że trzeba poprosić o pomoc PiS. - Głosowałam na Platformę, bo nie podobało mi się, co wyrabiają pisowcy, ale teraz niewykluczone, że pójdziemy po pomoc do któregoś z nich. Nie zostawimy tak tej sprawy - odgraża się pani Ewelina mieszkająca przy ul. Białostockiej. Pan Bartosz, jej narzeczony, dodaje, że tak łatwo pani prezydent nie uda się prażan "wysiudać". - A jeśli nawet - dodaje pan Bartosz - to Praga jej tego nie daruje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Katarzyna Wójtowicz

2007/10/30

Tomaszewski: Prezydent Warszawy nas kompromituje

Na zamieszaniu wokół lokalizacji Stadionu Narodowego może stracić przede wszystkim stolica. - Nikt nie zabierze nam Euro jeżeli nie zdążymy z 55-tysięcznym stadionem w Warszawie. To warszawiacy sami sobie zabiorą możliwość uczestniczenia w wielkim święcie - twierdzą zgodnie goście "Magazynu 24 godziny".
Sabotażystka?
Według Jana Tomaszewskiego, gdyby mecz otwarcia Mistrzostw Europy w 2012 roku nie odbył się w Warszawie, świadczyłoby to nie tyle o kompromitacji, ile o sabotażu. - Bo to, co robi pani prezydent Warszawy to jest sabotaż. Stadion Narodowy jest sprawą narodową, a nie sprawą PiS-u, czy Platformy. To, co się dzieje wokół jego lokalizacji jest draństwem - atakował Tomaszewski."Człowiek, który zatrzymał Anglię" udzielił też rady Hannie Gronkiewicz-Waltz: - Jeżeli pani prezydent szuka pieniędzy z gruntów, to niech sprzeda Uniwersytet Warszawski i przeniesie go do Łomianek - ironizował były bramkarz.
- Pan zbyt emocjonalnie podchodzi do problemu - odpierał atak Wiesław Wilczyński, podwładny prezydent stolicy. Szef miejskiego biura sportu uważa, że najważniejsze jest, aby Stadion Narodowy kosztował jak najmniej. - Po co sięgać po pieniądze państwa albo samorządu, jeżeli można znaleźć alternatywne źródło finansowania? - pytał Wilczyński.
"Mieć", czy "być"?
Ale według prezesa polskiego Związku Piłki Nożnej Michała Listkiewicza nie o pieniądze nalezy się martwić. - Nie zasłaniajmy się tylko nimi. Mamy przecież gwarancje, wiedzieliśmy na co się piszemy. Problem ze Stadionem Narodowym nie zaczął się dzisiaj i nie dotyczy tylko kwestii materialnej. Przypomnę, że to jest już czwarty pomysł na to, co ma się stać ze Stadionem X-lecia. Raz "Narodowy" ma być na jego miejscu, innym razem jest przesuwany w bok. Zdecydujmy się na jeden wariant i działajmy szybciej, tak jak Wrocław, który też zmienił lokalizację swojego obiektu - apelował Listkiewicz.
Wojciech Zabłocki, architekt i były olimpijczyk, podzielił zdanie prezesa PZPN. - To nie pieniądze i nie sama budowa jest problemem. Najważniejsze żeby przez przynajmniej 14 godzin okolice stadionu tętniły życiem. Dlatego najlepszą lokalizacją pod jego budowę są tereny Stadionu X-lecia - uważa Zabłocki. Według architekta nie można zabierać terenu zwykłym warszawiakom i oddawać go ludziom bogatym, którzy kupią tam działki.
Do swojego pomysłu Zabłocki nie musiał przekonywać ani Listkiewicza, ani Tomaszewskiego. Cała trójka była zgodna, co do tego, że stadion musi na siebie zarabiać także na co dzień, bo w przeciwnym razie łatwo może ściągnąć na siebie widmo bankructwa. A żeby stadion "żył", to nie może "znajdować się na jakiejś wsi w Łomiankach" - tłumaczył w swoim stylu Tomaszewski.
W Warszawie, czyli... na obrzeżach
Stadion tętniący życiem marzy się też Wilczykiemu, ale szef miejskiego biura sportu chce tego dokonać w inny sposób. - Położenie poza miastem nie musi oznaczać bankructwa. Są miejsca, które tętnią życiem, choć leżą poza miejskimi aglomeracjami, na przykład galerie handlowe - wyjaśniał.Na pytanie prowadzącej "Magazyn 24 Godziny" Justyny Pochankę o to, gdzie powinny stanąć trybuny Narodowego Wilczyński odparł enigmatycznie: "No oczywiście, że w Warszawie, czyli także na jej obrzeżach".
Zagadka szefa biura sportu nie spodobała się jednak Janowi Tomaszewskiemu i - jego zdaniem - kibicom też się nie spodoba. - Myślę, że fani piłki nożnej już na najbliższym meczu Legii z Ruchem podziękują pani Gronkiewicz-Waltz za to zamieszanie - zaznaczył były reprezentant.Głos w sprawie "problemu Stadionu Nardowego" zabrał wcześniej również Donald Tusk. Lider PO - i kandydat na premiera - stwierdził jednak, że lokalizacja to problem drugorzędny, bo najważniejsze jest pytanie, czy Polska zdąży z przygotowaniami. Tusk zarzucił obecnemu rządowi "skandaliczne zaniechania" w tej sprawie.
ŁOs
Źródło:
http://www.tvn24.pl/