Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Super Express. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Super Express. Pokaż wszystkie posty

2013/06/12

Hanna Gronkiewicz-Waltz dała zarobić koledze z PO Dariuszowi Rosatiemu

Prezydent Warszawy wypłaciła partyjnemu koledze, posłowi Dariuszowi Rosatiemu, 3 tys. zł za wygłoszenie wykładu dla miejskich urzędników. - Poseł nie powinien tych pieniędzy przyjąć, miasto nie powinno zapłacić - mówi w rozmowie z "Super Expressem" prof. Antoni Kamiński, ekspert ds. korupcji. Sprawę ujawnił Jarosław Krajewski - radny stołecznego ratusza z ramienia PiS.
Dariusz Rosati otrzymał 3 tys. zł za wygłoszenie wykładu pt. "Kryzys finansowy i jego reperkusje dla sektora budżetowego" dla urzędników miejskich pod koniec września ubiegłego roku. Do umowy między posłem a warszawskim magistratem dotarł Jarosław Krajewski, radny Warszawy z PiS-u.
Jak twierdzi prof. Antoni Kamiński, ekspert ds. korupcji, cena rynkowa wykładów profesorskich to ok. 250-300 zł za godzinę. - Po drugie, to wynagrodzenie dla kolegi partyjnego - mówi "Super Expressowi" i dodaje, że poseł nie powinien przyjąć tych pieniędzy, a Ratusz nie powinien takiej kwoty wypłacać.
Dariusz Rosati był w latach 1995-97 ministrem spraw zagranicznych, członkiem Rady Polityki Pieniężnej (1998–2004), posłem do Parlamentu Europejskiego (2004–2009). Od 2011 roku jest posłem na Sejm RP z ramienia PO. Uchodzi za jednego z najbogatszych polskich polityków.
("Super Express"/KT;TR)

2013/06/01

Skąpiradło! Narobiła wstydu za 5 złotych

Najwyraźniej prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz (61 l.) ogląda każdą złotówkę, zanim ją wyda. Tak można wnioskować po jej ostatnim wybryku. Choć prezydent stolicy ma 3 mln zł oszczędności, nie chciała wydać 5 zł, by ze swoimi gośćmi wejść do ogrodu wilanowskiego. Bileter był nieubłagany i nie chciał wpuścić na gapę Gronkiewicz-Waltz. Urażona prezydent zadzwoniła na skargę aż do ministra kultury!
To miał być miły spacer w towarzystwie gości z Holandii. Hanna Gronkiewicz-Waltz 19 maja zabrała znajomych do Muzeum Pałacu w Wilanowie na wystawę o królu Janie III Sobieskim. Przy okazji chciała pokazać im przepiękny ogród, który otacza pałac. Niestety, tu zaczęły się problemy. Bileter zażądał od niej biletu, który kosztuje 5 zł. Według "Naszego Dziennika" prezydent nie chciała tej kwoty zapłacić, mówiąc, że przecież zapłaciła za wejście do muzeum. Ba! Jest przecież gospodarzem tego miasta! Według świadków zdarzenia w niewybredny sposób pouczyła strażnika i biletera, mówiąc, że sprawy tak nie zakończy. - Będę interweniować u samego dyrektora - miała grozić wzburzona Gronkiewicz-Waltz. Całej sytuacji przyglądali się turyści i warszawiacy, którzy bez oporów kupowali bilety do ogrodu. Pani prezydent w końcu weszła do parku, ale po chwili oburzona opuściła Wilanów. - Taka przykra sytuacja niestety miała miejsce - potwierdza nam Elżbieta Grygiel z Muzeum Pałacu w Wilanowie. - Pracownicy zachowali się według procedur i nie mamy im nic do zarzucenia. Na pewno nie spotkają ich konsekwencje - zapowiada przedstawicielka muzeum.
Sam Ratusz sprawę komentuje krótko. - Wejście do ogrodu nie powinno być płatne. To tak, jakbyśmy zamknęli Łazienki Królewskie i kazali mieszkańcom płacić - komentuje Bartosz Milczarczyk (31 l.), rzecznik pani prezydent. Według przedstawicieli miasta Gronkiewicz-Waltz zwróciła tylko uwagę pracownikom muzeum, że sprawa wejścia do parku przy pałacu jest źle rozwiązana i interweniowała w sprawie mieszkańców, którzy mieli się przed wejściem tłoczyć.
- Pani prezydent zadzwoniła z interwencją do ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego (56 l.), aby zwrócić uwagę na organizację wejścia do ogrodu - mówi Milczarczyk.
Super Express

2013/05/28

"Super Express": mamy dowód, że Nowak mija się z prawdą

"Super Express" twierdzi, iż ma dowód na to, że minister transportu Sławomir Nowak (PO) mija się z prawdą gdy zapewnia, że nie ukrywał faktu posiadania drogiego zegarka.
"Wprost" ujawnił m.in., że drogi zegarek ministra transportu Sławomira Nowaka (PO) nie znalazł się w jego oświadczeniu majątkowym. 

W oświadczeniu takim powinny znaleźć się m.in. wszelkie ruchomości o wartości powyżej 10 tys. zł. 
"SE": mamy dowody, że z treścią e-maila się zapoznał 

"Mamy dowód na to, że minister Sławomir Nowak mija się z prawdą zapewniając, że nigdy nie ukrywał faktu posiadania luksusowego zegarka. W maju ubiegłego roku wysłaliśmy e-mail do ministerstwa, w którym pytaliśmy: »Dlaczego minister transportu Sławomir Nowak (39 l.) nie wpisał zegarka w oświadczeniu majątkowym«. Mimo to Nowak nie złożył korekty" - napisał "Super Express". 

"SE" twierdzi, że pytając o brak zegarka (wartego według gazety ok. 30 tys. zł) w oświadczeniu Nowaka za 2011 r. wskazał rubrykę, w której informacja o zegarku powinna się była znaleźć. "Nowak, co prawda, nam nie odpowiedział, ale mamy dowody, że z treścią e-maila się zapoznał" - czytamy w gazecie. 

Śledztwo w sprawie 

Po zawiadomieniu złożonym przez posła Solidarnej Polski Andrzeja Romanka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie możliwości złożenia fałszywego oświadczenia majątkowego przez Nowaka. Czynności procesowe w tej sprawie wykonywać będzie CBA. Nowak oświadczył, że decyzję w sprawie wszczęcia śledztwa przyjął "z zadowoleniem". Dodał, że nigdy nie ukrywał faktu posiadania swego "jedynego wartościowego zegarka" (wedle słów Nowaka - prezentu od żony i rodziców - red.). "Celem oświadczeń majątkowych jest weryfikacja majątku osób publicznych pod kątem ukrywania majątku, a nie jego publicznej prezentacji" - stwierdził polityk PO. 

Nowak uzupełnia oświadczenie 

Po tekstach "Wprost" minister Sławomir Nowak mówił, że jedyny "istotnie wartościowy zegarek", który posiada, otrzymał w prezencie od żony i rodziców na 35 urodziny. Jak przypomniano w programie "Polska i Świat" TVN24, urodziny te Nowak obchodził w grudniu 2009 r. Tymczasem zegarek nie znalazł się w oświadczeniach majątkowych Nowaka za 2010 ani za 2011 rok. 

Po publikacjach "Wprost" minister Nowak uzupełnił swe oświadczenie majątkowe. Napisał, że w punkcie, w którym napisał "nie posiadam" powinno być: zegarek oraz samochód osobowy Volvo XC 60 z 2012 r. "Auto jest w leasingu na gabinet mojej żony. Zatem nie jest naszą własnością. Ale dla świętego spokoju wpisałem" - wyjaśnił na Twitterze Nowak. 
30 milionów złotych 

Reprezentujący Nowaka mec. Roman Giertych (były szef Ligi Polskich Rodzin, współtworzącej rząd z PiS) w związku z publikacjami na temat ministra zażądał od "Wprost" 30 mln zł zabezpieczenia na poczet przyszłych przeprosin w różnych mediach. Później w "Sygnałach Dniach" Nowak oświadczył, iż poprosił kancelarię Giertycha o wycofanie tego wniosku, "bo za dużo jest nieporozumień, za dużo szumu medialnego wokół tego".
"Kolejna próba zastraszenia wolnych mediów" 

Do sprawy (przed zapowiedzią wycofania wniosku) odniosła się Izba Wydawców Prasy. W wydanym oświadczeniu organizacja wyraziła zdecydowany sprzeciw wobec "kolejnej próby zastraszenia wolnych mediów za pomocą całkowicie nieadekwatnych roszczeń cywilnoprawnych, niezgodnych ze standardami ochrony wolności mediów i niezgodnych z powszechnym poczuciem sprawiedliwości". 

"Zarówno zbyt wysokie sumy zadośćuczynienia, jak i obowiązek poniesienia przez media innych nadmiernych kosztów, np. związanych z publikacją przeprosin, mogą wywołać tzw. efekt mrożący oraz stanowić niedopuszczalną ingerencję w wolność słowa” - oświadczyła z kolei Helsińska Fundacja Praw Człowieka. 

W tygodniku "Wprost” pisaliśmy o niejasnych powiązaniach ministra transportu Sławomira Nowaka z biznesmenami, którzy zarabiają na kontraktach państwowych. Opisaliśmy także sposób zarządzania ministerstwem przez Nowaka oraz pojawiające się na jego ręku drogie zegarki, których nie uwzględniał w oświadczeniu majątkowym. Po tej publikacji CBA wszczęło wobec Nowaka postępowanie przedkontrolne. 

O sprawie ministra Nowaka czytaj w tygodniku "Wprost”, a także na stronie Wprost.pl: "Nowak - złote dziecko Tuska" "Minister Nowak ponad prawem" 

zew, arb, ja, Wprost, TVN24, polityka.pl, press.pl, hfhr.pl , "Super Express" 

2012/09/02

AFERA AMBER Premier udaje NIEWINNEGO! Donald TUSK wytykał tylko BŁĘDY innych

Donald Tusk (55 l.) i jego syn w sprawie afery Amber Gold są czyści jak łza! Tak wynika z wczorajszego wystąpienia premiera w Sejmie. Szef rządu obarczał winą służby, ale od razu mówił, że są i będą one niezależne od polityków. A w sprawie syna Michała (31 l.), który pracował dla prezesa Amber Gold, zakomunikował, że to tabloidy chcą z niego zrobić jednego z negatywnych bohaterów tej sprawy.

W ramce obok przedstawiamy, w jaki sposób Michał Tusk współpracował z OLT. To fakty świadczące o tym, że syn premiera naruszał podstawowe zasady dziennikarstwa i że jako pracownik portu w Gdańsku pracował dla konkurencji - OLT Express!
Tymczasem wczorajsze wystąpienie w Sejmie premier rozpoczął od ataku na media, które pokazują, jak mocno zaangażowany w upadłe linie Marcina P. był właśnie Michał Tusk. - Ta sprawa ma też wątek osobisty i trudno, abym o tym nie pamiętał. Nie chciałbym, aby powstało wrażenie, że premier rządu nie zauważa tego kontekstu, o którym z tak dwuznaczną natarczywością pisze choćby jeden z tabloidów, usiłując zrobić mojego syna jednym z negatywnych bohaterów tej sprawy - mówił.
Premier pytał i krytykował innych. - Czy wnioskiem z tej sprawy powinno być przywrócenie politycznego nadzoru nad niektórymi instytucjami, w tym prokuraturą? Tak nie będzie - mówił. Tusk wytykał błędy prokuratorom, sędziom, UOKiK oraz zapowiadał wyciągnięcie konsekwencji. - Postępowanie UOKiK w tej sprawie nie jest do zaakceptowania. Ta instytucja zaufania publicznego oceniła reklamę dotyczącą lokat w Amber Gold jako uczciwą! - zauważał premier to, o czym "Super Express" pisał kilka dni temu.
A rola samego szefa rządu? - Czy premier powinien ingerować w decyzje ludzi i firm? Chcę podkreślić, że premier rządu nie powinien ingerować, kiedy ludzie chcą inwestować swoje kapitały i nadzieje - podsumowywał, przyznając kilka minut wcześniej, że ostrzeżenie od ABW w tej sprawie otrzymał już w maju.
- Usłyszeliśmy, że premier nic nie może, a co więcej, nic nie chce móc. Nie da się poważnie rozmawiać o tej aferze bez wspomnienia o tym, że szef Amber Gold miał silne poparcie polityków PO. Niesie to ze sobą pytania do szefa PO pochodzącego z tego regionu - skwitował wystąpienie premiera Jarosław Kaczyński (63 l.), prezes PiS.

Historia Michała Tuska vel Józefa Bąka

Dla jednych Michał Tusk (31 l.), dla innych Józef Bąk. Ale to przecież ta sama osoba - syn premiera. Bo współpracując z Marcinem P., prezesem Amber Gold, syn premiera wysyłał teksty ze skrzynki pocztowej zarejestrowanej na Józefa Bąka.
2005 r. - syn premiera rozpoczyna współpracę z "Gazetą Wyborczą". Pisze głównie o komunikacji, PKP i lotnictwie.
2011 r. - jako dziennikarz "Gazety Wyborczej" syn premiera miał przeprowadzić wywiad z dyrektorem linii OLT Express Jarosławem Frankowskim. Jak ustalił "Wprost", Michał Tusk nie tylko sam napisał pytania, lecz także udzielił na nie odpowiedzi.
Kwiecień 2012 r. - młody Tusk rozpoczął pracę na gdańskim lotnisku jako specjalista ds. analiz ekonomicznych i marketingu. Jednocześnie podjął współpracę z OLT Express. Miał za zdanie zajmować się obsługą prasową oraz analizą ruchu lotniczego. Ale jak twierdzi Marcin P., aresztowany właśnie prezes Amber Gold, jako pracownik Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy młody Tusk miał przekazywać tajne informacje szefostwu OLT.
Lipiec 2012 r. - Michał Tusk dostaje ostatnią pensję od OLT Express. Wystawił fakturę na 5500 zł plus VAT.
Super Express

2012/08/29

NEPOTYZM W RZĄDZIE: Rodzinna ZRZUTKA na stołki w PO

Co łączy żonę ministra Bartosza Arłukowicza (40 l.), Edytę Arłukowicz, z obecnym partnerem minister sportu Joanny Muchy (36 l.) Januszem Jankowiakiem (55 l.) oraz żoną byłego ministra skarbu Aleksandra Grada (50 l.) - Małgorzatą Grad (50 l.)? Ano to, że wszyscy nie szczędzili grosza na komitet wyborczy Platformy Obywatelskiej w jesiennych wyborach, a ich życiowi partnerzy dostali posadę w rządzie albo w spółkach Skarbu Państwa.
Ubiegłoroczne wybory do Sejmu i Senatu Platforma Obywatelska wygrała w cuglach. Spośród partii, które dostały się do Sejmu, partia Donalda Tuska na kampanię wyborczą wydała najwięcej, bo aż 29 mln zł. Sama emisja spotów wyborczych to 9 mln zł.

Ubiegłoroczne wybory do Sejmu i Senatu Platforma Obywatelska wygrała w cuglach. Spośród partii, które dostały się do Sejmu, partia Donalda Tuska na kampanię wyborczą wydała najwięcej, bo aż 29 mln zł. Sama emisja spotów wyborczych to 9 mln zł.
Pomocne w zebraniu takiej sumy okazały się wpłaty od osób fizycznych na fundusz wyborczy. Przy czym jedna osoba nie mogła wpłacić więcej aniżeli 20 790 zł.
Jak wynika ze sprawozdania w Państwowej Komisji Wyborczej, wyjątkowo szczodre przy okazji wyborów były najbliższe rodziny czołowych polityków Platformy. I tak: żona byłego ministra skarbu Małgorzata Grad wpłaciła 19 210 zł, a Aleksander Grad maksymalną kwotę 20 790 zł. Były minister od niedawna jest szefem spółki Skarbu Państwa, zajmującej się energią atomową. Został nim bez konkursu, według doniesień zarabia ponad 100 tys. zł. Hojni dla PO byli także bliscy ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Żona Edyta wpłaciła 20 tys. zł, ojciec Zygmunt 19 tys. zł. Przypomnijmy, że Arłukowicz przeszedł do Platformy na kilka miesięcy przed wyborami. W wyborach startował z doskonałego 1 miejsca w Zachodniopomorskim, a po wyborach stanął na czele resortu zdrowia. Pieniędzy nie szczędził też ekonomista Janusz Jankowiak. Wpłacił 10 tys. zł. Były doradca premiera Donalda Tuska (55 l.) od jakiegoś czasu jest związany z minister sportu Joanną Muchą. Wczoraj nie był rozmowny. - Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia - uciął rozmowę Jankowiak. Z kolei 30 tysięcy złotych wpłaciło małżeństwo Piterów (Julia - 20 tys. zł, jej mąż Paweł - 10 tys. zł). Posłanka miała mniej szczęścia aniżeli ww. politycy. W ubiegłej kadencji była ministrem w rządzie ds. zwalczania korupcji. W obecnej jest tylko szeregowym posłem. W sumie na komitet wyborczy Platformy w ubiegłym roku wpłacono 8 mln 464 tys. 131 zł, 23 grosze.
Zobacz, kto i ile wpłacał na fundusz wyborczy Platformy w 2011 r.
1. Edyta Arłukowicz (żona ministra zdrowia) - 20 tys. zł, Zygmunt Arłukowicz (ojciec ministra) - 19 tys. zł
2. Małgorzata Grad (żona b. ministra skarbu) - 19 tys. zł, Aleksander Grad - 20 790 zł
3. Janusz Jankowiak - partner Joanny Muchy - 10 tys. zł, Joanna Mucha - 3100 zł
4. Anna Królikowska-Niesiołowska (żona Stefana Niesiołowskiego) - 20 790 zł
5. Jan Antoni Kidawa-Błoński (syn posłanki) - 10 tys. zł, Jan Marian Kidawa Błoński (mąż posłanki) - 10 tys. zł, Małgorzata Kidawa Błońska - 4 tys. zł
6. Leszek Kudrycki (mąż minister edukacji) - 5 tys. zł, Barbara Kudrycka (minister edukacji) - 20 tys. zł
7. Julia Pitera - 20 tys. zł, Paweł Pitera (mąż posłanki) - 10 tys. zł
8. Jan Vincent Rostowski - minister finansów - 20 500 zł
9. Elżbieta Bieńkowska - minister rozwoju regionalnego - 10 tys. zł
10. Ewa Kopacz - marszałek Sejmu - 20 tys. zł
Super Express

2012/08/14

NEPOTYZM W POLSCE: Superfucha dla Anny Budzanowskiej, żony ministra skarbu

Anna Budzanowska, żona ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego (41 l.), pracuje w Kancelarii Prezydenta. Okazuje się, że ma ciepłą posadę dyrektora biura współpracy instytucjonalnej i zarabia ok. 10 tys. złotych. Jej stanowisko utworzono tuż przed jej zatrudnieniem w Kancelarii. Urzędniczka zajmuje się m.in. współpracą z rządem, w którym ministrem jest jej mąż.
To nie pierwsza urzędnicza fucha żony ministra skarbu. W poprzednich latach, podczas pierwszych rządów PO-PSL pracowała w Ministerstwie Sportu. Była dyrektorem Departamentu Sportu Kwalifikowanego i Młodzieżowego. Zimą ubiegłego roku Budzanowska trafiła do Kancelarii Prezydenta. - Pani Anna Budzanowska jest zatrudniona w Kancelarii od 1 lutego 2011 r. Jest dyrektorem Biura Współpracy Instytucjonalnej, które zajmuje się współpracą prezydenta m.in. z premierem i poszczególnymi ministrami; Sejmem i Senatem, klubami i kołami parlamentarnymi i partiami politycznymi. Do jej zadań należy również organizacja posiedzeń Rady Gabinetowej - informuje nas biuro prasowe Kancelarii Prezydenta. Budzanowska w Kancelarii ma własny gabinet, sekretariat i zarabia ok. 10 tys. złotych na rękę.
Co ciekawe, biuro, którym kieruje, powstało w grudniu 2010 r., czyli na 2 miesiące przed objęciem stanowiska przez Budzanowską. Żeby je stworzyć, zmieniano regulamin organizacyjny Kancelarii. - Pierwszym dyrektorem, który objął to stanowisko, była pani Anna Budzanowska - usłyszeliśmy.
Super Express

2012/08/05

NEPOTYZM W PO. Sławomir Neumann BRONI ŻONY Tatiany: Nie widzę tu żadnego KONFLIKTU interesów!

Kolejna odsłona rodzinnych powiązań w partii Donalda Tuska (55 l.)! Po tym jak "Super Express" ujawnił, że w łódzkich spółkach miejskich pracuje rodzina byłego wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego (68 l.), okazuje się, że żona innego posła PO Sławomira Neumanna (44 l.) ma niezłą fuchę w... pomorskiej placówce samorządowej.
Poseł Sławomir Neumann od lat pnie się po szczeblach kariery politycznej w PO. Wczoraj Donald Tusk powołał go na stanowisko wiceministra zdrowia. Z kolei jego żona Tatiana Neumann od grudnia 2010 roku jest dyrektorem Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Starogardzie Gdańskim (woj. pomorskie).
Poseł PO ze Starogardem ma wiele wspólnego. W tym mieście był samorządowcem i starostą. Ale nie widzi nic dziwnego w fakcie, że to właśnie placówka samorządowa zatrudnia jego żonę. - Tak, to placówka samorządowa, ale ja nie widzę tu żadnego konfliktu interesów! Co ja mam z tym wspólnego?! - tłumaczy nam poseł. Jego małżonka za szefowanie tej instytucji pobiera też całkiem niezłą sumkę. - Miesięczne wynagrodzenie pani dyrektor Tatiany Neumann wynosi: pensja zasadnicza: 3868 zł, dodatek funkcyjny: 1410 zł - informuje nas sekretariat Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie.
Super Express

2012/08/01

Janusz Piechociński JEST HIPOKRYTĄ: krytykuje NEPOTYZM, a ZAŁATWIŁ pracę swojej SIOSTRZE

Czy w PSL jest ktoś, kto nie załatwiał państwowych posad rodzinie? Chyba nie! Okazuje się bowiem, że największy krytyk partyjnego nepotyzmu, Janusz Piechociński (52 l.), ma na sumieniu podobne grzeszki. Kiedy sprawował funkcję prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie, zatrudnienie znalazła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Na kierowniczym stanowisku pracuje do dziś...

- Uczciwi ludowcy muszą wstydzić się za partię. Czas na nowe PSL, także nowego prezesa - grzmiał Piechociński tuż po ujawnieniu taśm PSL pokazujących ogrom panującego wśród ludowców kolesiostwa i załatwiania stanowisk dla rodziny i kumpli.
Sam jednak nie miał oporów, by pracować z rodzeństwem w jednej państwowej instytucji. W 1999 r. Piechociński został prezesem WFOŚiGW w Warszawie. Chwilę później bez konkursu karierę rozpoczęła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Zresztą jako kierownik sekcji pracuje tam do dziś. Chcieliśmy się dowiedzieć, ile wynoszą jej zarobki. Wojewódzki Fundusz wczoraj jednak nie chciał podzielić się tymi informacjami.
Natomiast pytany o załatwienie pracy siostrze Piechociński niespodziewanie zmienia swój punkt widzenia. - Kluczowa sprawa dotyczy tego, czy dane osoby są powoływane na odpowiednie funkcje zgodnie ze swoimi kwalifikacjami i czy związki rodzinne nie powodują tego, że te osoby pełnią funkcję ponad swoje możliwości - twierdzi w rozmowie z "Super Expressem" Piechociński. Zachwala też kompetencje swojej siostry. Szkoda tylko, że on i jego partyjni koleżkowie z takim zapałem broniący bliskich nie lansują zdolnej młodzieży spoza kręgu własnej rodziny.
Super Express

2012/07/31

Pajęczyna POwiązań: Zięć Stefana Niesiołowskiego ma fuchę w kanalizacji

Żadna praca nie hańbi. Nawet w kanalizacji. A jak jest to już funkcja zastępcy szefa rady nadzorczej w łódzkim Zakładzie Wodociągów i Kanalizacji - pensja trzy tysiące za góra kilka posiedzeń w miesiącu - to już można mówić o świetnej fuszce. Na taką załapał się Paweł Księżak, zięć posła Stefana Niesiołowskiego (68 l.) z Platformy Obywatelskiej.
Po aferze taśmowej Platforma ogłosiła wojnę z nepotyzmem. Jak się jednak okazało, partia Donalda Tuska (55 l.) powinna iść na wojnę sama ze sobą. W "Super Expressie" codziennie opisujemy przypadki zatrudniania członków rodzin najważniejszych polityków PO w państwowych lub miejskich spółkach. W zeszłym tygodniu ujawniliśmy, że brat Niesiołowskiego - Marek Myszkiewicz-Niesiołowski (67 l.) - zasiada w radzie nadzorczej Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi, mieście, z którego Niesiołowski posłuje, a rządy sprawuje prezydent z PO Hanna Zdanowicz (53 l.). Rada nadzorcza zbiera się maksymalnie trzy razy w miesiącu, a za zasiadanie w niej brat Niesiołowskiego dostaje 3 tys. złotych.
Co ciekawe, na podobnej zasadzie zatrudniony jest zięć Niesiołowskiego - Paweł Księżak. Załapał się na funkcję wiceszefa rady nadzorczej Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Łodzi. Zarabia, jak poinformował nas Marcin Masłowski, rzecznik łódzkiego urzędu miejskiego, 3015,86 zł brutto miesięcznie.
Chcieliśmy zapytać posła Niesiołowskiego, czy nie widzi nic zdrożnego w tym, że członkowie jego rodziny dostają świetnie płatne prace w spółkach kontrolowanych przez lokalne PO, ale w obraźliwy, charakterystyczny dla siebie sposób odmówił wypowiedzi.
- Miało być tanie państwo, a tymczasem Donald Tusk dał zielone światło do zatrudniania swoich znajomych, przyjaciół, rodzin, a Stefan Niesiołowski jest tego najlepszym przykładem - komentuje rzecznik SLD Dariusz Joński (33 l.).
Super Express

2012/07/27

Jest dobra praca! Ale dla chłopaka z młodzieżówki PO!


Bez wyższego wykształcenia, bez doświadczenia, ale z legitymacją partyjną. Tyle wystarczy, żeby pracować w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie. I to na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku w gabinecie politycznym samego wojewody. Taką fuchę dostał rok temu Damian Orlik (23 l.), którego zasługą było bycie przewodniczącym szczecińskiej młodzieżówki PO. A co musi zrobić zwykły Polak, żeby dostać pracę w urzędzie? Wymagania są konkretne: znajomość jęz. obcych, zaliczone szkolenia, znajomość prawa, doświadczenie nawet 6-letnie. Dokładnie takie kryteria rozpisuje urząd w oficjalnym ogłoszeniu o pracę.

„Gdzie wola, tam sposób” – takim mottem chwali się na swoim profilu w portalu społecznościowym 23-letni dziś student Damian Orlik. Wola pana Damiana była zapewne taka jak innych jego kolegów w tym wieku – znaleźć dobrą pracę. Ale w Polsce młodzi ludzie pracy nie mają – bezrobociewśród nich sięga prawie 30 procent! W Zachodniopomorskiem, gdzie żyje pan Damian, co drugi bezrobotny nie przekroczył 25 lat. Na bezrobociu są też ci z wyższym wykształceniem.
Dlatego pan Damian, wciąż jeszcze student, poszukał sposobu. I znalazł... Niezawodny w naszym kraju. Poszedł „w politykę” – stał się działaczem Młodych Demokratów, młodzieżówki Platformy Obywatelskiej. Młody ambitny działacz został nawet szefem szczecińskiego koła. Partyjny potencjał młodego człowieka dostrzeżono „na górze” – sam wojewoda zdecydował wziąć pod skrzydła pana Damiana – i tak student bez większego doświadczenia, zawodowego czy życiowego, objął funkcję asystenta wojewody zachodniopomorskiego.
Tysiące takich jak on, młodych, zdolnych, nawet po studiach, pracy znaleźć nie może, bo choć mają wolę, nie znaleźli sposobu. Nie wpadli na to, by zdobyć legitymacjępartyjną. A ogłoszenia o prace zamieszczane przez urządwojewódzki, ten sam, gdzie wojewoda wziął sobie partyjnego działacza za asystenta, wymagają od kandydatów nawet 6-letniego doświadczenia. Co automatycznie skreśla młodych ludzi w wieku Damiana Orlika.
Rozmowa z młodym asystentem wojewody zachodniopomorskiego:
Fakt: Dzień dobry, czy z panem Damianem Orlikiem mam przyjemność?
Damian Orlik: – Tak, tak, zgadza się.

Dzwonię z dziennika Fakt. Chciałbym się zapytać o Pana pracę. Jest Pan asystentem wojewody, prawda?
– Tak, tak.

W jakich okolicznościach Pan dostał tą funkcję?
– W jakich okolicznościach dostałem tą funkcję?

Tak.
– W normalnych. Przez zatrudnienie. Możemy się umówić na rozmowę?

Ale to proste pytanie. Jak Pan dostał funkcję asystenta wojewody?
– Yyyy... To może Pan zadzwonić tutaj do urzędu, do biura organizacji i kadr i zapytać. Tam Panu wszystkie informacje na temat stanowisk, na mój temat, Panu przekażą.

Ale ja Pana pytam, jakie ma Pan doświadczenie, żeby zostać asystentem wojewody w tak ważnym województwie zachodniopomorskim.
– Jakie mam doświadczenie? No... spełniłem kryteria.

Jakie kryteria?
– Kryteria, które zostały przede mną postawione.

Ale jakie to były kryteria?
– No to niech Pan zapyta pana wojewodę albo wyśle pismo, i tutaj odpowie osoba kompetentna, jakie są kryteria przyjmowania na stanowisko asystenta wojewody, czy wicewojewody, w kwestiach asystentów i doradców, bo rozumiem, że Pan pyta o stanowiska polityczne (...). Najlepsze będzie biuro kadr, które wszystkie wymogi i kryteria, które takie osoby muszą spełniać, Panu przekażą.

A Pan nie zna tych kryteriów?
– Ja znam, znam, ale mogę pominąć niektóre.

To niech Pan poda te najważniejsze.
– Najlepsze będzie skontaktowanie się z biurem organizacji i kadr, u nas w urzędzie.

A jakie ma Pan obowiązki? Jako asystenta.
– Proszę Pana, proszę się zwrócić na piśmie. To wtedy możemy Panu odpowiedzieć.

A ile Pan zarabia?
– Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów.

Czyli?
– Yyy... Zgodnie z rozporządzeniem, tyle ile powinienem, tyle zarabiam.

To proszę się podzielić tą wiedzą.
– Podzielę się, jeśli Pan skieruje... Najlepiej chętnie odpowiem na pismo, tylko proszę na piśmie skierować.

A wie Pan, jakie jest bezrobocie w województwie zachodniopomorskim?
– Tak.

To jakie?
– Poprosiłem, by Pan napisał pytania.

A ile jest mieszkańców w województwie?
– Wiem, około dwóch milionów (wg danych GUS 1,7 mln – red.).

A co Pan studiuje?
– Europeistykę.

To może jest Pan asystentem w sprawach europeistyki? Ile jest państw w Unii Europejskiej?
– Nie, proszę, aby Pan skierował wszystkie pytania na piśmie i odpowiemy.

Ale to są proste pytania, jeśli jest Pan asystentem i spełnia kryteria, to powinien Pan na nie odpowiedzieć, to jest dość elementarna wiedza.
– No dobrze, dobrze, ale Pan nie jest moim pracodawcą, żeby mnie tutaj przepytywać z wiedzy ogólnej i te szczegóły. A jeśli chodzi o pytania dotyczące funkcji asystenta czy doradcy, to trzeba wysłać do nas pismo.

Czy jest Pan wciąż przewodniczącym koła Młodych Demokratów?
– Proszę zadać wszystkie pytania...

A fakt pełnienia funkcji w Młodych Demokratach miał wpływ na zatrudnienie Pana jako asystenta wojewody?
– Proszę skierować pismo i odpowiemy na wszystkie pytania.

Czy został Pan asystentem z nadania politycznego?
– Czy może pan wysłać pytania, mógłbym się zastanowić lepiej i udzielić odpowiedzi. Tak będzie najlepiej dla Pana i dla nas.

Czy mógłby Pan skomentować aferę taśmową i ujawnione fakty nepotyzmu czy zatrudniania po znajomości, z powodów politycznych, ludzi bez doświadczenia na funkcjach państwowych?
– Proszę skierować pytania, odpowiem.

A jaki mamy dzisiaj dzień?
– Proszę nie żartować, dobrze? Ja bym bardzo prosił, jeśli Pan by chciał poznać wszystkie tajniki, szczegóły, proszę skierować pismo. Odpowiemy.

Posiada Pan samochód służbowy?
– Nie.

Telefon?
– Proszę skierować pytania na piśmie. Pozdrawiam, Do widzenia...
Super Express

2012/05/13

Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała 2 mln na wojaże urzędników!

Stany Zjednoczone, Izrael, Brazylia, Tajlandia, Japonia, Bruksela, Ateny, Tallin, Berlin, Frankfurt i Genua - to tylko niektóre z miejsc, jakie odwiedzili stołeczni urzędnicy za pieniądze podatników. Zagraniczne wojaże prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz (60 l.) i jej świty kosztowały nas w 2011 roku aż 2 miliony złotych!

Za nieco ponad miesiąc prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz (60 l.) stanie przed radnymi, by wytłumaczyć się z ubiegłorocznych wydatków miasta. Interesujące będą na pewno tłumaczenia związane z kwotami, które z naszych podatków poszły na urzędnicze podróże. Choćby dlatego, że są one wyjątkowo duże. Na wojaże pracowników urzędu miasta i rozmaitych miejskich jednostek poszło w tym roku ponad 2 mln zł, czyli o blisko 200 tys. zł więcej niż rok temu. Dodać do tego trzeba ponad 425 tys. zł, które Ratusz przeznacza na ryczałty samochodowe dla swoich pracowników.
W 2011 roku najwięcej pochłonęły krajowe objazdy po Polsce, które urządzali sobie pracownicy urzędu miasta. Poszło na nie przeszło 771 tys. zł. Nieco mniej, bo ponad 697 tys. zł, wylatali i wyjeździli pociągami prezydent Gronkiewicz-Waltz z najbliższymi współpracownikami i szefami biur. Wśród podróży zagranicznych organizowanych przez gabinet prezydenta były wizyty w Brukseli czy na targach w Cannes, gdzie prócz szefowej Ratusza udała się też szefowa biura promocji Katarzyna Ratajczyk (46 l.) i dyrektor biura obsługi inwestorów Paweł Pawłowski.
Sporo wycieczek mają na koncie rozmaite jednostki organizacyjne podległe Ratuszowi oraz miejskie spółki. Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta wyjeździł kwotę 115 tys. zł, a Zarząd Oczyszczania Miasta ponad 47 tys. Z kolei Zarząd Transportu Miejskiego uszczuplił budżet o 61 tys. zł za wyjazdy krajowe i o ponad 88 tys. zł za wojaże zagraniczne.
Opozycyjni radni miasta nie mogą się już doczekać oficjalnego wystąpienia prezydent podczas głosowania nad absolutorium. - Mimo kryzysu gospodarczego widać, że turystyka wśród miejskich urzędników za publiczne pieniądze ma się jeszcze lepiej niż w ubiegłym roku - komentuje radny PiS Jarosław Krajewski (30 l.).
Źródło: Superexpress

2012/03/26

Pitera kosztowała nas 1,5 mln złotych!


Zlikwidowane ministerstwo do spraw wykluczonych, na które wydaliśmy 300 tys. zł, to małe piwo. Po czterech latach kabaretowej działalności pełnomocnika rządu do spraw korupcji, czyli polonistki Julii Pitery (59 l.), premier ogłosił: Centralne Biuro Antykorupcyjne wystarczy! I zlikwidował jej urząd, który kosztował podatnika co najmniej półtora miliona złotych.

Według naszych szacunków, urząd Pitery pochłaniał miesięcznie około 30 tysięcy złotych. I to tylko na pensje. Pitera miała co miesiąc około 12 tysięcy złotych. Zatrudniała też dwie sekretarki i dwóch kierowców. Ujawnione przez rząd wydatki za okres od listopada 2007 do marca 2011 roku wyglądają tak: 497 tys. zł dla pani minister, 161 tys. dla sekretarek i aż 425 tys. dla kierowców.
A Pitera zajmowała ministerialny stołek jeszcze przez pół roku. W sumie wyjdzie więc z półtora miliona na same pensje. I to bez kosztów np. prawniczych ekspertyz, które zlecał urząd Pitery, opłat za telefony czy wydatków na benzynę.
Superexpress

2012/03/20

WARSZAWA: Przekręt za 4 mln?

Stołeczna policja prowadzi dochodzenie w sprawie przekrętów, jakich dopuścili się przy naliczaniu opłat za użytkowanie wieczyste byli włodarze Ursynowa. Według ratusza, dzielnica straciła przez nich ponad 4 milionów złotych! Co gorsza, ci urzędnicy nadal zajmują odpowiedzialne stanowiska!

Urszula Kierzkowska (45 l.), burmistrz Ursynowa w poprzedniej kadencji a dziś burmistrz Woli, oraz Ryszard Zięciak, (62 l.) niegdyś jej zastępca a obecnie radny i dyrektor Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości, to główni bohaterowie afery w warszawskim samorządzie. Ratusz badając, jak w latach 2004-2010 aktualizowano opłaty wieczyste na Ursynowie, odkrył, że urzędnicy dopuścili się rażących nieprawidłowości. Dotyczą one m.in. sprawy 2,2 mln zł kary dla firmy Pergranso, która nie dotrzymała umowy i podanych w niej terminów zagospodarowania wydzierżawionego terenu. Zdanie, w którym mowa o nałożeniu na nią kary, zamieszczone przez urzędników w projekcie pisma do ratusza dziwnym trafem zniknęło z gotowego dokumentu podpisanego przez wiceburmistrza Zięciaka. Efekt? Utrata ponad 2,1 mln zł za opłaty oraz 2,2 mln zł z tytułu nienaliczonej kary - w sumie ponad 4 mln zł! Nic dziwnego, że sprawą zajęła się policja.
A co na to sami zainteresowani? - To leżało w kompetencji burmistrza Zięciaka - odparowuje w pierwszej chwili Urszula Kierzkowska, ale potem zmienia zdanie. - Kara mogła być naliczona, ale nie musiała. Decyzję i tak podejmowało Biuro Gospodarowania Nieruchomościami - tłumaczy. Ryszard Zięciak zdaje się zupełnie tym nie przejmować. - Policja wyjaśnia? I dobrze! Niech wyjaśniają - stwierdza beztrosko. A co z wyciągnięciem konsekwencji wobec winnych? - Nie zapadły jeszcze żadne inne decyzje - mówi Agnieszka Kłąb ze stołecznego ratusza.
Obecny burmistrz Ursynowa Piotr Guział (37 l.) nie kryje oburzenia. - Ci ludzie wygenerowali realne straty i unikają kary - mówi. Zapowiada, że wystąpi do władz miasta o wyjaśnienie.
źródło:Superexpress

2012/02/13

Lekarz stracił pracę po telefonie posłanki PO

Wieloletni szef oddziału chirurgi szpitala w Goleniowie stracił posadę dwa dni po odesłaniu z kwitkiem do domu pewnego chorego (ordynator nie chciał natychmiast opatrzyć pacjenta, bo twierdził, że jego rana może poczekać). Jak się później okazało chory był mężem posłanki Platformy Obywatelskiej Magdaleny Kochan. W ciągu tych dwóch dni między spławieniem pacjenta, a otrzymaniem przez ordynatora wypowiedzenia wydarzyły się ciekawe rzeczy... Andrzej Miczko kierował oddziałem chirurgi goleniowskiego szpitala 6 lat. Właśnie skończył mu się kontrakt. Omal mu go nie przedłużono, bo dyrektor szpitala chciał mu dać obniżkę pensji. Ordynator - jak sugeruje "Gazeta Wyborcza", która opisała aferę - trochę się dąsał. W tym samym czasie do szpitala przyszedł pacjent z ręką wymagającą opatrzenia (było to 5 lutego). - Uznałem, że nie mogę zająć się nim na oddziale, bo bakterie z rany mogłyby tam się rozprzestrzenić. Nie było zagrożenia życia. Pacjent nie był u nas operowany. Powiedziałem, by następnego dnia zgłosił się do poradni. Z każdym Kowalskim tak samo bym postąpił - powiedział "Gazecie Wyborczej" lekarz. No i zaczęło się. Choć kilkanaście godzin po incydencie, Andrzej Miczko podpisał nowy kontrakt ze szpitalem (6 lutego), dzień później (7 lutego) już dostał wypowiedzenie. Dlaczego? Wiadomo na razie tyle, że przed wyrzuceniem go z pracy, do starostwa, które zawiaduje szpitalem (placówka jest w 100 proc. własnością powiatu) zadzwoniła posłanka Magdalena Kochan (PO). Sama przyznała w "Gazecie Wyborczej", że pytała starostę o lekarza, który miał źle potraktować jej męża na dyżurze w szpitalu. Ten z kolei przyznał, że po interwencji posłanki dzwonił do szpitala z pytaniem o Andrzeja Miczkę. Dyrektor placówki Dariusz Guziak też przyznaje otwarcie, że 7 lutego rozwiązał z chirurgiem kontrakt z dwumiesięcznym wypowiedzeniem: - Utraciłem do niego zaufanie - powiedział "Gazecie Wyborczej". W szczegóły nie chce się wdawać, bo "to sprawy szpitala". źródło: SuperExpress

2011/08/06

AFERA W PO - Robert S.: Kupowałem głosy dla Platformy Obywatelskiej

Robert S. sam mówi o sobie: "byłem żołnierzem Kruczkowskiego". Piotra Kruczkowskiego (49 l.) - byłego prezydenta Wałbrzycha z Platformy Obywatelskiej, który stracił stanowisko po tym, jak sąd uznał, że przed wyborami doszło do korupcji. Jak wyglądało kupowanie głosów? Czy faktycznie zarządcy miejskich spółek musieli płacić w Wałbrzychu haracz na PO? Robert S. ujawnia nam szokujące szczegóły afery wałbrzyskiej.
- Ile głosów zostało kupionych w wyborach samorządowych w 2010 roku w Wałbrzychu?

- Nasza grupa "zrobiła" około 900 głosów, a takich grup było kilka. To dzięki nim Piotr Kruczkowski został prezydentem. Głosy kupowane były także podczas wyborów samorządowych w 2006 roku.

- Takich żołnierzy jak pan było wielu?

- Kilkadziesiąt osób. Najpierw dostawaliśmy listy z nazwiskami mieszkańców. Jechaliśmy do nich kilka dni przed wyborami, by się umówić. W dniu wyborów zawoziliśmy ich na głosowanie lub czekaliśmy pod okręgiem. Tylko ja otrzymałem kilka tysięcy złotych na ten cel. Pieniądze przekazał mi kierowca miejskiego radnego PO, który ma już zarzuty w tej sprawie.

- Jaką mieliście gwarancję, że zagłosują tak, jak chcecie?

- Był sposób. Najpierw do lokalu wyborczego wchodził nasz człowiek. Wrzucał do urny pustą kartkę, a wynosił na zewnątrz kartę do głosowania. Dogadanej osobie dawaliśmy kartę z zaznaczonymi już krzyżykami przy odpowiednich nazwiskach: radnych PO i Kruczkowskiego. Wchodziła z nią do lokalu, brała nową kartę, ale wrzucała do urny tę, którą dostała od nas. A pustą nam oddawała. Wtedy zakreślałem nazwiska i dawałem kolejnej osobie. I tak wkoło. Mieliśmy pewność, że głosują na naszych.

- Wcześniej w całym Wałbrzychu zorganizowaliście kilka tysięcy osób?

- Było ich mniej. Kolejnych załatwialiśmy przed okręgami wyborczymi. Wybieraliśmy pijaczków, środowisko kryminogenne. Podchodziłem do nich, mówiłem, że proponowałbym, by zagłosował na kandydatów PO do Rady Miasta i na prezydenta Piotra Kruczkowskiego. Dawaliśmy im po 20-30 zł za głos.

- I nikt nie powiadomił policji, że ich korumpujecie?

- Gdy pojawiała się policja, szybko zmieniałem miejsce. W pewnym momencie, podczas II tury wyborów prezydenckich w 2010 roku, dostaliśmy informację, że wg sondaży Kruczkowski przegrywa. Dowieziono nam gotówkę. Dochodziło do płacenia nawet po 100 zł za głos. Kruczkowski wygrał niewielką przewagą. W sumie na akcję w całym mieście poszło kilkadziesiąt tysięcy złotych.

- Dlaczego tak bardzo zależało wam, by wygrał Kruczkowski?

- On był parasolem ochronnym dla całego układu, który tu panował. Gdyby przegrał, byłby koniec. Dużo osób straciłoby pracę. Chodziło o to, by odpowiednie osoby, gwarantujące pozostanie szefów spółek na stanowiskach, dostały się do Ratusza. Wtedy utrzymamy władzę.

- A ci w spółkach rewanżowali się potem, płacąc Kruczkowskiemu?

- Od 2005 roku członkowie zarządów spółek płacili mu po 500 złotych miesięcznie. Płacił każdy. Nie mieli wyjścia, nie było możliwości niepłacenia, bo straciliby pracę, wypadali z układu.

- Jest pan pewny? To był ewidentny haracz?

- Piotr Kruczkowski wpadł na genialny pomysł, żeby do spółek miejskich wsadzić swoich ludzi. W zamian dostawał od nich pieniądze na kampanię. Za stanowiska płacili zarówno ludzie, którzy należeli do PO, jak i bezpartyjni. Byli to prezesi i członkowie zarządów około 8--9 spółek miejskich. W sumie kilkadziesiąt osób.

- Podobno mieli przekazywać także prowizje z nagród?

- Wszyscy tak robili. Oddawali nawet połowę z tych nagród.

- Dlaczego ci ludzie nic nie mówią?

- Boją się ważnych polityków PO z tego okręgu. Tak naprawdę czekają na wynik wyborów i na to, kto będzie rządził w mieście. Jeśli nieprzychylna im osoba, to jestem pewien, że zaczną mówić. Przecież dwie osoby już się wyłamały.

- Zarzuty Ireneusza Zarzeckiego i Wojciecha Czerwińskiego są prawdziwe?

- Wierzę w to, że Zarzecki przekazywał z kasy MPK pieniądze Kruczkowskiemu i jego ludziom. Ale pewnie sporą część z tych ponad 500 tysięcy wyprowadził dla siebie. Robili to w porozumieniu.

- Zarzecki twierdzi, że to była pożyczka na wybory.

- (śmiech) Jaka pożyczka?! Wiedział, że tego nie odzyska. Dopóki Kruczkowski był prezydentem, miał ochronę. Przez 5 lat żadne kontrole nie wykazały braku tych pieniędzy. Podobnie robiono w innych spółkach. Na przykład przed wyborami zatrudniano fikcyjne osoby czy też w papierach podwyższano pensje pracowników. I tak wyprowadzano pieniądze. Część szła na finansowanie spotkań towarzyskich, delegacji, reszta na wybory.

- A jak pan się znalazł w tym układzie?

- Byłem bardzo dobrym znajomym jednego z bliskich współpracowników Kruczkowskiego. On mi zaproponował, że można zarobić przy wyborach i w 2006, i w 2010 roku.

- Kruczkowskiego pan poznał?

- Tak. To było na jednym ze spotkań w Szczawnie-Zdroju w restauracji Legenda. Było to tylko uściśnięcie ręki, podczas którego ktoś, wskazując na mnie, powiedział: to jeden z naszych żołnierzy.

- Pan też łamał prawo.

- Doskonale to wiedziałem. W 2006 r. obiecano mi, że za dobrą robotę otrzymam pracę. Ale jej nie dostałem. W 2010 r. znów do mnie zadzwonili i powiedzieli, że można zarobić. I zapewnili mnie, że mogę liczyć na etat w wodociągach.

- Zaczął pan współpracować z prokuraturą, bo chce się wybielić?

- To przerwanie układu, jaki w tym mieście funkcjonował od wielu lat. Wiem, że brałem w tym udział i wypaczyliśmy wynik. Po wyborach dowiedziałem się, że prokuratura bada sprawę kupowania głosów. Po kilku dniach zgłosiłem się sam. Doszła do mnie informacja, że zostanę zatrzymany.

- Jaką mam gwarancję, że mówi pan prawdę?

- Prokuraturze przekazałem ważne dowody. Byłem też badany na wykrywaczu kłamstw i wyszło, że mówię prawdę.

- Ale nie chce się pan przedstawić.

- Z kilku powodów. Po pierwsze jest prowadzone postępowanie. Postawiono mi zarzuty kupowania głosów. Spodziewam się, że ten zarzut zostanie rozszerzony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Poza tym sąd w procesach wyborczych zakazał ujawniania mojego wizerunku. Do tego jestem świadkiem w innych sprawach.

Super Express

2011/08/04

Ireneusz Zarzecki: Byłem za krótki żeby osobiście dawać haracze Chlebowskiemu

Ireneusz Zarzecki (50 l.) jako pierwszy złożył do prokuratury doniesienie o haraczach, jakie według niego wymuszali w Wałbrzychu politycy Platformy Obywatelskiej od członków swojej partii. Tylko nam opowiada o kulisach afery.
W jego zdumiewającą opowieść trudno uwierzyć. Opowiada, w jaki sposób wyciągał z publicznej spółki pieniądze, żeby oddawać je po cichu lokalnym działaczom PO - b. prezydentowi miasta Piotrowi Kruczkowskiemu (49 l.), posłom Izabeli Mrzygłockiej (52 l.) i Zbigniewowi Chlebowskiemu (47 l.) oraz senatorowi Romanowi Ludwiczukowi (54 l.). Sprawę już bada prokuratura. A Mrzygłocka i Ludwiczuk pozywają Zarzeckiego za naruszenie dóbr osobistych.

- Ile razy słyszał pan: płać na Platformę Obywatelską?

- Wiele razy. Zaczęło się w 2005 roku tuż przed wyborami. Kilka miesięcy wcześniej wstąpiłem do PO i zacząłem jeździć na zebrania. Dwa lub trzy razy w roku odbywały się sponsorowane szkolenia w Międzygórzu lub w pensjonatach w Walimiu. W niektórych uczestniczyli parlamentarzyści (m.in. Zbigniew Chlebowski, Roman Ludwiczuk, Izabela Mrzygłocka), lokalni politycy, w tym prezydent Piotr Kruczkowski, szefowie miejskich spółek. Na tych spotkaniach poza sprawami kampanijnymi, partyjnymi sugerowano nam, by płacić. Mówiono ogólnie o pożyczkach na działania wyborcze.

- I to wystarczyło, byście wykładali pieniądze?

- Przeważnie kilka dni po tych wyjazdach odbywały się spotkania indywidualne, w cztery oczy. Rozmowę taką przeprowadzał prezydent, jego ludzie, czasami parlamentarzyści. W ich trakcie padały określone sumy, prośby o pożyczkę. Zapewniano mnie: słuchaj stary, potrzebujemy kasę i oddamy.

- To miała być pożyczka?

- Jeśli chodzi o ten fundusz, to tak.

- Ile pan w ten sposób pożyczył? Skąd brał te pieniądze?

- To były pieniądze z MPK, którego byłem dyrektorem. Przekazywałem je w transzach po około 20-30 tysięcy złotych. Dla Mrzygłockiej w sumie jakieś 50-70 tys. w kilku transzach, dla Ludwiczuka około 40-50 tys. zł. Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają. Jemu lub jego ludziom przekazałem w sumie ok. 300 tys. zł.

- Łącznie z MPK zniknęło około 500 tys. zł. Był pan aż tak naiwny, że to się nie wyda?

- Liczyłem, że te pieniądze zostaną mi zwrócone. Przecież zaczęliśmy w Wałbrzychu rządzić trzecią kadencję. Oddanie takiej sumy było dla nich kwestią kilku miesięcy.

- Dawał pan im te pieniądze do ręki?

- Tak. Odbierał je prezydent, jego ludzie. Brali bez żadnych potwierdzeń, pokwitowań.

- Chlebowskiemu własnoręcznie też pan je przekazał?

- Powiedziano mi, że jestem za krótki na taki kontakt. Usłyszałem, by dać pieniądze Mrzygłockiej w trakcie imprezy w restauracji Legenda w Szczawnie-Zdroju, a ona da je Chlebowskiemu, który też był na tym przyjęciu.

- Jak te pieniądze były księgowane w MPK?

- Jako moje pożyczki. Brałem to na swoje barki. Cały czas liczyłem, że zwrócą mi te pieniądze. Kiedy dzwoniła do mnie osoba związana np. z prezydentem i mówiła: "słuchaj stary, potrzebujemy pieniędzy", to miałem kilkanaście dni na ich zorganizowanie.

- Jakie pan ma teraz dowody na to, że je dawał, skoro brak pokwitowań?

- Wiem, komu dawałem, ile dawałem i kiedy. Można to wszystko zweryfikować i liczę, że prokuratura to zrobi. Mam też kilka przelewów bankowych.

- Dlaczego tak późno zawiadomił pan o tym prokuraturę?

- Liczyłem na to, że wszystko będzie wyprostowane.

- Osoby, które pan wymienia, twierdzą, że nic od pana nie dostawały, że pan się mści za wyrzucenie z pracy.

- Jestem w stanie udowodnić moje słowa przed prokuraturą. Wszystkiego nie chcę mówić, by ci ludzie nie mieli czasu na przygotowanie linii obrony. Potrafię zestawić ze sobą ludzi, miejsca i udowodnić w ten sposób, że mam rację.

- Dawał im pan nie tylko pieniądze MPK, ale i swoje.

- Było kilka funduszy. Kolejny był zbierany z nagród. Dowiadywałem się od prezydenta, że dostanę nagrodę i słyszałem sugestie, że byłoby dobrze, gdybym połowę tej nagrody oddał na partię. Jednorazowo to było ok. 9 tys. zł. Takich nagród od 2005 roku dostałem dwie. Wpłaciłem więc niecałe 20 tysięcy złotych.

- Poza tym wskazał pan śledczym, że kolejne pieniądze co miesiąc zbierała prezes zamku Książ Barbara Grzegorczyk.

- To był kolejny fundusz. Miesięczne składki z pensji wynosiły ok. 500 zł. Jak ktoś nie dał jednego miesiąca, to kolejnego musiał oddać ten dług. Podobny mechanizm stosował senator Ludwiczuk, który pobierał od radnych i funkcyjnych po 400 zł miesięcznie. Te pieniądze zbierał starosta.

- Nie chciał pan pokwitowań, nie pytał, na co idą?

- Nie wiem gdzie te pieniądze trafiały. Jak sadzę, wydawano je na kampanię samorządową lub parlamentarną. Ale nikt ich nie księgował. W ten sposób na wybory wydawano dużo więcej, niż później wykazywano. Miałem niemal pewność, że nie tylko ja płacę. Jak spotykała się nasza grupa, to nie wszystko mówiono wprost, ale każdy wiedział, o co chodzi. I też pewnie płacili.

- To dlaczego teraz siedzą cicho?

- Według mnie, boją się mówić. Jestem niemal pewny, że wkrótce kolejna osoba złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie. W moim doniesieniu opisałem same fakty, pewne osoby będą w tej sprawie przesłuchiwane. Lepiej dla nich, aby wcześniej zaczęły mówić. To są ważni ludzie w Wałbrzychu. Mam świadomość, że odpalam bombę.

- Ale zanim ta bomba wybuchnie, to pan może trafić za kratki. Mogą pana aresztować za brak w MPK 500 tys. zł.

- Wiem, że tak może być. Ale udowodnię, co się stało z tymi pieniędzmi.

- Ma pan dowody w postaci nagrań, pism czy choćby świadków?

- To były zawsze spotkania jeden na jeden. Spotykałem się z Kruczkowskim w jego gabinecie, w moim gabinecie, w restauracjach.

- To może chociaż ktoś ważny z Wrocławia z PO w tych waszych zebraniach brał udział. Wie o wszystkim i teraz też nic nie mówi?

- Nie wiem, czy władze PO z Wrocławia wiedziały. Nikt z Wrocławia nie przyjeżdżał na te narady.

- Płacąc Kruczkowskiemu nie chciał się pan odwdzięczyć za załatwienie pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji?

- Nie dostałem się do tej spółki z nadania. W 2003 roku, kiedy odbywał się konkurs na szefa MPK, nie znałem jeszcze ani prezydenta Kruczkowskiego, ani polityków PO. Nie byłem także członkiem PO. Wygrałem uczciwy konkurs. Pokonałem ponad 20 innych kandydatów.


Super Express

2011/06/13

Delegaci Platformy gorsi od kiboli

Sterty butelek po wódce i piwie. Walające się po przedziałach śmieci, resztki jedzenia i dolatujący zewsząd odór jak z pijackiej meliny. To nie krajobraz po polskich pseudokibicach. Tak wyglądał specjalnie wynajęty pociąg, kiedy wysiedli z niego delegaci na sobotni zjazd Platformy Obywatelskiej.

Na niedzielną konwencję PO w Gdańsku delegaci podążali ze wszystkich stron Polski. Nie tylko dla małopolskich działaczy przygotowano specjalny skład pociągu. Jak relacjonował reporter RMF FM, tego składu nie dało się nie zauważyć. Był długi na 12 wagonów i nie mieścił się na peronie dworca Kraków Płaszów.

Wagony ściągane były z całego kraju. A w środku było czyściutko, schludnie i dużo miejsca. Podobne pociągi wyruszyły do Gdańska z całej Polski, także z Warszawy. Podróż nimi musiała być samą przyjemnością. Tym bardziej że wszyscy podróżni to sami swoi. Więc panował szampański humor i biesiadna wręcz atmosfera.

Dowód: filmiki, które już teraz krążą po Internecie. Jak widać na zdjęciach, politycy PO nie szczędzili sobie alkoholu. Z każdym kilometrem torów zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a repertuar śpiewanych piosenek był coraz szerszy.

Na dworcu w Gdańsku można było zobaczyć, co zostawili po sobie delegaci. Pociąg był kompletnie zarzucony pustymi butelkami po wódce i puszkami po piwie. Podobnie wyglądał po dotarciu do Warszawy z Gdańska. No cóż, dla podróżujących delegatów impreza była wyjątkowo udana.

- Nie widziałem tego pociągu. Nie słyszałem o tym. Poza tym usługa sprzątania była opłacona - skomentował nam poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz (31 l.). Co na to premier?

Superexpress

2011/02/08

Warszawa: Nie tylko interesy łączą Ratusz z Zubrzyckim

Agencji Ochrony "Zubrzycki" nikomu w Warszawie nie trzeba przedstawiać. Jej pracownicy najpierw spacyfikowali kupców z KDT, potem, ku zdumieniu warszawiaków, zarabiali na kolejnych zleceniach od miasta. Okazuje się, że założyciel firmy - Sylwester Zubrzycki (48 l.) jest ojcem chrzestnym dziecka szefowej gabinetu prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz (59 l.).

Uliczną bitwę ochroniarzy "Zubrzyckiego" z kupcami w lipcu 2009 roku pamięta cała stolica. Po tym, jak od pałek i gazu ucierpiało 40 osób, firmą zainteresowała się nie tylko prokuratura, ale i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, które wystąpiło o cofnięcie agencji koncesji. Na władzach miasta nie zrobiło to jednak wrażenia.
Intratne zlecenia
W grudniu Ratusz najął jego ochroniarzy do ochrony imprezy sylwestrowej na pl. Konstytucji, później w kwietniu do ustawiania i demontażu płotków podczas uroczystości żałobnych na placu Piłsudskiego. Na pierwszym zleceniu "Zubrzycki" zarobił 310 tys. zł. Przy tym drugim, bez jakiegokolwiek przetargu, agencja wzbogaciła się o 146 tys. zł. Na tym jednak nie koniec - ostatnio agencja "Zubrzycki" zgarnęła kontrakt na ochronę pasażerów komunikacji miejskiej, na którym zarobi, bagatela, 2,4 mln zł.
Bliscy znajomi
Dziś okazuje się, że biznesowe powiązania agencji z miastem to nie wszystko. Założyciel firmy Sylwester Zubrzycki (48 l.) jest ojcem chrzestnym 10-letniej córki Renaty Wiśniewskiej (46 l.), szefowej gabinetu prezydent stolicy. - Byliśmy kiedyś sąsiadami i przyjaźniliśmy się - potwierdza urzędniczka. Zapewnia, że dziś kontakty z Sylwestrem Zubrzyckim wyglądają zupełnie inaczej. - Ograniczają się do spotkań raz w roku na urodzinach córki - wyjaśnia i stanowczo zaprzecza, by ta znajomość miała jakiekolwiek przełożenie na współpracę miasta z agencją "Zubrzycki".
Nic w tym złego
Przedstawiciele Ratusza również zaprzeczają, jakoby miało to wpływ na zatrudnianie agencji przez miasto. - Ani gabinet prezydenta, ani jego dyrektorka nie odpowiadała, nie odpowiada i nigdy nie będzie odpowiadać za wybór agencji ochrony - mówi Tomasz Andryszczyk (29 l.), rzecznik urzędu miasta. - Robią to inne jednostki według jasnych przepisów i kryteriów. Ostatnio nawet stosując aukcję internetową. Bardziej przejrzystej metody nie ma - dodaje.
Słynne firmy i ich kontrakty
W Warszawie działają dwie agencje "Zubrzycki". Siedziby mają w tym samym miejscu. Są to Agencja Ochrony Osób i Mienia ZUBRZYCKI oraz Agencja Ochrony Osób i Mienia Zubrzycki Sp. z o.o.
Oto ich umowy z miastem - występują w nich jako konsorcjum lub osobno
Grudzień 2009
Ochrona imprezy sylwestrowej na pl. Konstytucji - 310 tys. zł - "Zubrzycki"
Ochrona osób i mienia w placówkach Domu Kultury Włochy (w 2010 roku) - 115 tys. zł (konsorcjum)
Ochrona Targowiska Banacha przy ul. Grójeckiej 95 - 530 tys. zł - Zubrzycki Sp. z o.o. - rok wcześniej robił to "Zubrzycki"
Ochrona fizyczna i usługi portierskie w SP nr 342 im. Jana Marcina Szancera przy ul. Strumykowej 21A - 72 tys. zł - Zubrzycki Sp. z o.o. - rok wcześniej robił to "Zubrzycki")
Kwiecień 2010
Ustawienie i demontaż płotków podczas uroczystości żałobnych na placu Piłsudskiego - 146 tys. zł - "Zubrzycki"
Grudzień 2010
Ochrona obiektów i pasażerów komunikacji miejskiej - około 2,4 mln zł - konsorcjum


Super Express, Sylwester Ruszkiewicz

2010/05/29

Afera gruntowa na Targówku

Przewodniczący rady dzielnicy Targówek przygotowali uchwałę, która pozwoliłaby im za grosze dokupić kilka metrów kwadratowych gruntu do działek. Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL zdemaskował ich zamiary i wytknął im to na sesji.
Wybuchł skandal, po którym pomysłodawcy uchwały - radni Jędrzej Kunowski (35 l., PO), wiceprzewodniczący rady Targówka, i Zbigniew Poczesny (70 l., PO), przewodniczący rady tej dzielnicy - zaczęli wycofywać się ze swojego pomysłu.

Zbigniew Poczesny, przewodniczący rady dzielnicy Targówek, i Jędrzej Kunowski przygotowali projekt "uchwały skrawkowej". Dzięki temu przepisowi można by było wykupić zbędny miastu grunt położony przy posesjach za jeden procent jego wartości. Chodzi o trawniki albo nieużywane fragmenty chodników.

- Okazało się, że proponowany projekt uchwały bezpośrednio dotyczy przewodniczących - mówi radny Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL.

- Gdy zapytałem burmistrza, skąd pomysł takiego prawa, na sali obrad rozpętało się piekło. Kunowski zaczął się nagle wycofywać ze swoich pomysłów i przepraszać, że głosował dla własnej korzyści, a Poczesny długo nie przyznawał się, że ma taki interes, dopóki nie ujawnił tego burmistrz dzielnicy Grzegorz Zawistowski (58 l.) - dodaje Sebastian Kozłowski.
Zbigniew Poczesny i Jędrzej Kunowski uważają, że są niewinni, a sprawa została nadmuchana. W ich obronie stanął radny Witold Harasim (68 l.) z Koła Mieszkańców Bródna, Targówka i Zacisza. - Kto panu dał ten doktorat?! Nie odzywaj się pan! - krzyczał do Kozłowskiego.

Sprawą w przyszłym tygodniu zajmie się burmistrz Grzegorz Zawistowski (58 l.), który obecnie jest w szpitalu.
Super Express
Przemysław Burkiewicz

2010/02/17

Drzewiecki i Chlebowski to chłopcy na telefon

Wystarczył jeden telefon, by czołowi i wpływowi politycy PO zaczęli rozwiązywać biznesowe problemy Ryszarda Sobiesiaka (56 l.), głównego bohatera afery hazardowej.

Z analizy nowych materiałów CBA niezbicie wynika, że Mirosław Drzewiecki (54 l.) i Zbigniew Chlebowski (46 l.) - wbrew temu co zeznali przed komisją śledczą - pomagali Sobiesiakowi w jego interesach. Można odnieść wrażenie, że nie byli Rysiowi w stanie załatwić tylko... opadów śniegu.
Ujawnione przez "Rzeczpospolitą" stenogramy z podsłuchów CBA rzucają nowe światło na relacje polityków PO z Sobiesiakiem. Okazuje się, że znajomość Rysia z Mirem nie ograniczała się jedynie - jak zapewniał były minister sportu - do spotkań na turniejach golfowych. Polityk PO był doskonale rozeznany w interesach króla hazardu.

- Słuchaj, będę dzwonił, już zaraz się dowiem - tłumaczył Drzewiecki Sobiesiakowi. Biznesmen skarżył się, że nie ma zgody resortu środowiska na wylesienie (chodzi o budowę wyciągu w Zieleńcu). - Mirek, weź proszę dopilnuj to - dociskał. Jeszcze tego samego dnia Marcin Rosół (31 l.), asystent Drzewieckiego, poprosił Sobiesiaka o numer faksu, na który... można przesłać decyzję resortu. Miesiąc później w rozmowie z biznesmenem Rosół ironizował: "Załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy".
Wczoraj śledczy odpytywali córkę Sobiesiaka - Magdalenę. - To są wasze porachunki, wasze spory - oświadczyła Sobiesiakówna. I choć zeznawała przez kilka godzin, nie powiedziała nic, co prace komisji posunęłoby do przodu.

Rysiu zaraz się dowiem w sprawie tego wyciągu
Rozmowa Ryszarda sobiesiaka z Mirosławem Drzewieckim

22 września 2008 r.
M. D.: Tak?
R. S.: Dzień dobry, dalej zajęci? Sobiesiak się kłania.
M. D.: Cześć Rysia.
R. S.: A cześć, panie ministrze. No to kurdemol ja już myślałem, że ty już kurna nie chcesz… to nie chcesz mi tu pomóc… nie zrobię tego wyciągu na zimę, no…
M. D.: Proszę?
R. S.: No nie zrobię tego wyciągu na zimę jak k...!
M. D.: Słuchaj, już będę dzwonił, zaraz się dowiem, bo teraz przejeżdżam z jednego miejsca do drugiego.
R. S.: Bo ja chciałem tam już, wiesz…
M. D.: Zaraz zadzwonię i oddzwonię do ciebie.
R. S.: Proszę cię bardzo, bo ja już tu chciałem panu Reinertowi dać, żeby dzwonił, żeby dzwonił do ciebie, bo ty ode mnie nie odbierasz. Nic nie potrzebujesz od pana Alojzego?
M. D.: Na razie nie, ale będę potrzebował okna jeszcze.
R. S.: Będziesz potrzebował jeszcze okna jeszcze…
M. D.: Duże takie jedno przesuwane, pięć metrów ponad.
R. S.: Pięć metrów ponad będziesz potrzebował. Dobra, powiem mu. A powiedz mi, czy był z tobą jakiś gościu na olimpiadzie - pan Magiera?
M. D.: Był.
R. S.: Leśniczy taki, co z urz… myśliwy, gdzieś tam razem polowali z panem…
M. D.: Tak, tak.
R. S.: To dobra, to nie przeszkadzam, Mirek weź proszę cię dopilnuj to.
M. D.: Dobrze, dobrze.
R. S.: Faksem potrzebuję to chociaż, no.
M. D.: Dobra, dobra.
R. S.: Dziękuję ci serdecznie, no ciao.

Melduje mi tu dyrektor cały czas
Rozmowy Ryszarda Sobiesiaka ze Zbigniewem Chlebowskim
17 listopada 2008 r.
R. S.: Powiedz mi tylko jeszcze jedno. Ty masz gdzieś tam w tych…, w tych… Lasy to nie są wasze rejony? Szefostwo lasów?
Z. Ch.: Bardzo dobrze znam te Generalne Lasy. Przecież to wtedy, co tam chciałeś… Chłopaki ci obiecują, a ja później muszę szybko załatwiać…
R. S..: Ha ha ha! [...] Rozumiem, że ty jak tu byś był i mógłbyś [niezrozumiale] pogadać dwa słowa z tym naszym we Wrocławiu, to nie byłoby problemu?
Z. Ch.: Nie, żadnego.

24 listopada 2008 r.
Z. Ch.: Halo?
R. S.: Tak?
Z. Ch.: Cześć Rysiu, Zbyszek się kłania.
R. S.: Cześć Zbyszku.
Z. Ch.: No byłeś tam we Wrocławiu wiem, jutro masz być… Macie spisać wszystko, czyli pod kontrolą wszystko?
R. S.: Tak, tak dziękuję, wszystko, no, byłem zaraz… Wszystko jest OK.
Z. Ch.: Melduje mi tu dyrektor na bieżąco wiesz…[…]
R. S.: No tutaj musimy ponieść jakąś karę, ale wszystko jest OK, no…
Z. Ch.: A ty, nie masz pojęcia, że gdyby nie ten, to w ogóle by nie chciał gadać z wami.
R. S.: No nie gadaj mi. Dziękuję ci serdecznie!
Z. Ch.: Pogadamy, jak się spotkamy.
R. S.: Cześć, dziękuję, pozdrawiam. Ciao, pa!
Autor: Tomasz Sygut
Superexpress