Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzięba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzięba. Pokaż wszystkie posty

2012/07/31

Złoci chłopcy Platformy i taśma

To marzenie senne „Gazety Polskiej”. Młody koleś, blisko Platformy. W modnych ciuchach, z grubym portfelem i interesami na mieście – opisuje Michała Dziębę jeden z naszych rozmówców. Czy ktoś taki może być bohaterem taśm, które uderzają w PO?

Koniec lipca. Dwa tygodnie po wybuchu afery z taśmami Serafina. W Warszawie jest duszno, ale człowiek za kierownicą klimatyzowanego range rovera być może poci się bardziej niż ktokolwiek inny: 33-letni Michał Dzięba, były pracownik PO, były asystent ministra skarbu Aleksandra Grada. Od tygodni dzwonią do niego przyjaciele, przylatują znajomi z Brukseli, zagadują z troską: – Michał, podobno coś na ciebie jest? Opowiada znajomy Dzięby, warszawski działacz Platformy: – Zawsze nosił się jak hipster, ale teraz ma brodę jak faceci z ZZ Top. Ostatnio znajomi łapią go w barze: „Majkel, co ty?! Ukrywasz się?!”. Dzięba się nie ukrywa, choć chętnie chodziłby w czapce niewidce. – Wszyscy pytają mnie o taśmy Platformy. Wszyscy – wzdycha.
Zakręć się i działaj 
Gazety nazywały ich złotymi dziećmi Platformy. Młodzi, zdolni, energiczni. Na początku XXI wieku Dzięba studiuje prawo i nauki polityczne na UW. Na roku poznaje Marcina Rosoła i Piotra Wawrzynowicza. Potem do towarzystwa dołącza Piotr Targiński. Z wykształcenia politolog, dorabia jako model w agencji Riccardo Gay Model Network (występuje m.in. w reklamach Vistuli, Big Stara i Gianfranco Ferre).
Do stolicy zjeżdżają z całej Polski. Rosół – z Zabrza. Dzięba – z Tarnawatki-Tartaku na Lubelszczyźnie. Targiński – z Karoliny pod Górą Kalwarią. Wawrzynowicz – z Kępna. Partia jest dla nich pierwszą poważną pracą, wkrótce stanie się trampoliną do kariery. – Mówiliśmy o nich: awans społeczno-polityczny – żartuje dawny kolega z partii. W ciągu kilku lat PO da im obycie w świecie polityki, znajomości, pewność siebie. Odejdą z Platformy i – jak w bajce o małych Murzynkach – jeden skręci kark, drugi pożegluje do poważnego biznesu, trzeci zajmie się utylizacją śmieci. Wszystkim zostaną wspomnienia i kilkadziesiąt telefonów do najważniejszych ludzi w Polsce.
Rok 2003. Partia Donalda Tuska raczkuje, jest w głębokiej opozycji, ma zaledwie 56 posłów. Żeby się dostać do liderów, wystarczy się dobrze zakręcić. Wkrótce Rosół zostanie asystentem Grzegorza Schetyny, Wawrzynowicza weźmie do siebie Mirosław Drzewiecki. Dzięba już wtedy pracuje w biurze klubu parlamentarnego. Nigdy nie wstąpi do partii.
Warszawa. Platforma. Piekarnia 
Są ludźmi od wszystkiego. Trzeba zrobić prasówkę? Robi się. Zabrakło zakąski na wieczornej naradzie? Szast-prast i na stole lądują marynowane oliwki i bruschetty. Otwierają szefom drzwi i pilnują kalendarzy. Dowożą cygara. Gdy trzeba iść na ulicę z ulotkami – idą. Dawny działacz PO: – Najważniejszy był Rosół. Jeśli chciałeś się dostać do Tuska, musiałeś przejść przez jego ręce. Stał w sekretariacie jak cerber. „Jesteś umówiony z szefem, tak? – rzut oka do kalendarza. – Mhm, mam cię wpisanego. Tam trwa spotkanie, więc zapukasz dwa razy, wsadzisz głowę i grzecznie powiesz, że już jesteś. Masz równo godzinę. O 16 musisz wyjść, bo są następni. I nie trzaskaj drzwiami, przewodniczący tego nie lubi”. Tak to wtedy wyglądało.
Znajomy z tamtych lat: – Ich filozofia była nieskomplikowana: od 9 do 17 pracujemy, a w piątek imprezka w Piekarni [modny warszawski klub z muzyką house – przyp. red.]. Oj, potrafili zaszurać. Poseł PO: – Szybko stali się znani. Gdy stawali w progu biura w regionie, wiadomo było, że przysłali ich Mirek z Grześkiem. Rzadko mieli dobre wieści, zazwyczaj przywozili uchwały o rozwiązaniu koła, tego typu rzeczy. Czuli się ważni. Kolegom z młodzieżówki imponowali tekstami: „Waldy? Nie nadaje się, z wójta posła nie zrobimy”. „Uczę Mirka, żeby wyłączał telefon na spotkaniach”. „Podpowiedziałem Tuskowi, żeby nie robił zimnego łokcia i trzymał ramię blisko ciała, jak rozmawia przez komórkę”. Ważnypolityk PO wspomina: – Dla ludzi z tej generacji Platforma to był wtedy Tusk, może jeszcze Schetyna z Drzewieckim, i oni. Potem długo, długo nikt i gdzieś daleko w tyle reszta partyjnej tłuszczy.
Doradca z Brukseli 
Rosół, Dzięba i Wawrzynowicz znają politykę jak mało kto. Ale żaden nie zamierza robić kariery w Sejmie. Chcą iść do biznesu. Zarabiać. Dzięba rusza pierwszy. Najpierw po wyborach europejskich 2004 r. trafia do Brukseli. – Schetyna chciał mieć tam swoje uszy i oczy. I wymyślił, że będzie nimi Michał – mówią działacze PO.
Urzęduje w Parlamencie Europejskim. Zadanie jest proste: obserwować europosłów PO, raportować do Warszawy. Oficjalnie jest doradcą.
Rue Belliard to główna arteria Brukseli. Po obu stronach wejścia do europejskich instytucji, a w bocznych uliczkach – kluby i restauracje. Dzięba w dzień kursuje między biurami przy rue Belliard, wieczorami znika w jej odnogach. Nawiązuje kontakty. Poznaje ludzi, którzy lada chwila zrobią błyskotliwe kariery: Michała Krupińskiego i Mikołaja Budzanowskiego. Ten pierwszy wkrótce zostaje wiceministrem skarbu w rządzie PiS. Budzanowski – archeolog i asystent europosła PO Bogusława Sonika – dziś kieruje resortem skarbu. Dzięba w 2006 r. zakłada spółkę Beliard. – Beliard nigdy nie wykonał żadnego zlecenia dla PO, komitetu wyborczego PO, żadnego biura poselskiego, senatorskiego, europoselskiego – zapewnia Dzięba.
Firma wchodzi na rynek PR, działa ostro. Pracuje dla dużych klientów, prywatnych (IBM, Philip Morris) i państwowych (Enea, Energetyka Południe). Przez lata udziałowcami spółki bywają młodzi ludzie związani z PO. Dzięba zapewnia, że nigdy nie robili biznesów ze spółkami skarbu państwa: – Nie chcę, żeby dawni klienci ścigali mnie za ujawnianie klauzul umownych, ale za siebie mogę powiedzieć, że nie pracowałem ze spółkami skarbu. – Jak zdobywaliście pierwszych klientów? – Każdy klient to inna historia – ucina.
Koledzy z liceum 
Jesień 2007 r. Platforma właśnie zdobyła władzę, trwa przejmowanie ministerstw i urzędów. Aleksander Grad, nowy minister skarbu, kompletuje ekipę. Schetyna podsuwa mu Dziębę. Grad się krzywi, ale Dzięba gra na czułej strunie. W czasie spotkania wspomina, że też pochodzi spod Zamościa: – Kończyłem to samo liceum co pan, panie ministrze! Dzięba wchodzi do gabinetu ministra skarbu. Z Beliarda się wycofuje, w spółce zastąpi go narzeczona.  Przed złotymi dziećmi PO otwiera się lepsza przyszłość. Wreszcie kierownictwo ich dostrzega – pozwala zajmować się finansami w kampanii wyborczej 2005 r. Wawrzynowicz i Dzięba pojawiają się na boisku, „haratają w gałę” z Tuskiem i Schetyną. Jest dobrze. Targiński zostaje szefem gabinetu Schetyny, nowego szefa MSWiA.
Dzięba pisze własną legendę. Jego koledzy wspominają: rozpowiada, że jest łącznikiem między ministerstwem a Kancelarią Premiera. Że Grad go słucha. Chwali się, że sprawdza życiorysy kandydatów na prezesów spółek: czy nie współpracowali z PiS, czy nie mają wyroków, czy nie będą kraść. Dzięba dzisiaj: – Mówią o mnie Pierwszy Kadrowy Skarbu. To kłamstwo. Nie takie kłamstwa już o sobie słyszałem. Targiński podtrzymuje legendę kadrową: – O Mikołaju Budzanowskim, który pochodzi z Krakowa, to myśmy powiedzieli naszym mocodawcom. Współpracownik Grada: – Dzięba myślał, że będzie kierował gabinetem politycznym. Usłyszał: „Najpierw skończ studia”.
Komisja pyta o złote dzieci 
Jest dobrze, ale kiedy PO zaczyna rządy, niektóre złote dzieci już są nieźle poobijane. W 2006 r. „Newsweek” publikuje tekst, w którym oskarża Rosoła i Wawrzynowicza o wyprowadzanie z Platformy pieniędzy przez podstawionych ludzi – „słupy”. Śledztwo w tej sprawie zostanie umorzone, ale rozgłos szkodzi PO. – Wawrzynowicz z Rosołem wycofali się z pierwszej linii, przeszli na zaplecze Platformy – wspomina Targiński.
Za karę Rosół zostaje asystentem ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, Wawrzynowicz – przybocznym jego znajomego Piotra Nurowskiego, szefa PKOl. On trzyma się najdalej od polityki.
Ostatecznie Rosoła zmiecie afera hazardowa i przesłuchania przed komisją śledczą. To koniec złotych dzieci. W 2010 r., gdy komisja wypytuje Tuska o Rosoła, Wawrzynowicza, Targińskiego i Dziębę, żaden z nich nie piastuje już ani partyjnej, ani rządowej funkcji. Wszyscy odchodzą na własną prośbę. Dzięba gra w piłkę z premierem jeszcze jakiś czas po tym, jak przechodzi do biznesu.
Marcin Rosół znika. Wawrzynowicz zasiada w organach nadzorczych spółek powiązanych z Zygmuntem Solorzem-Żakiem. Targiński trafia do państwowego koncernu PGE. Politolog i model zostaje zastępcą dyrektora departamentu energetyki jądrowej. Bez konkursu. – Odszedłem, nie dogadałem się z prezesem – wspomina dzisiaj. – Miałem jeszcze kontakt z PERN, ale to też nie wyszło. Powiem panu: ze spółkami skarbu mam złe doświadczenia. To powinno być sprywatyzowane, sprzedane. Tam jest marazm i mało płacą. Mimo zgorzknienia Targiński zasiada do dziś w radzie nadzorczej gazowej spółki Gaskon. Jej udziałowcem jest PGNiG. Jest też prokurentem prywatnej spółki Bioelektra z branży energetycznej.
Nie został posprzątany 
Dzięba też ma skłonności do energetyki. W ministerstwie zajmuje się układankami – forsowaniem kandydatów na prezesów i zwalczaniem wrogów. Najlepsze kontakty ma w Enei. Enea w czasie giełdowego debiutu współpracuje z firmą Umbrella Communications, zarejestrowaną w Nidzicy na narzeczoną Dzięby. Dziębę do dziś pamiętają pracownicy energetycznego koncernu PGE, któremu prezesował wtedy Tomasz Zadroga, kolega Marcina Rosoła. – Wchodzę do sekretariatu prezesa, a tam Marcin – opowiada były pracownik PGE, znajomy Dzięby i Rosoła. – Śmiał się, zagadywał asystentki. „Marcin, ty tutaj?”, „A tak. Do prezesa wpadłem”. Dzięba też przychodził. Raz powiedział mi jakoś tak dziwnie: „Jak chcesz dalej pracować, to bądź grzeczny”.
Dzięba odszedł z ministerstwa w 2009 r. Współpracownicy Grada mówią, że został wyrzucony za nachodzenie prezesów. Dlaczego więc do 2011 r. zasiadał w radach nadzorczych państwowych spółek z grupy PGE? Dzięba twierdzi, że sam zrezygnował. Współpracownik Tuska: – Gdyby pojawił się wokół niego smród, zostałby posprzątany w trzy sekundy. A nie został. Dowód? Jeszcze długo po swoim odejściu jeździł na piłkę z premierem. Gdy wybuchła afera hazardowa, taki Rosół od razu dostał telefon od życzliwych, żeby sobie odpoczął od treningów.
Surfer z Tarnawatki 
– Po odejściu z ministerstwa Dzięba przeniósł się dwadzieścia metrów dalej, na ulicę Żurawią. W modnym lokalu 6/12 spędzał całe dnie – mówi pracownik gabinetu ministra skarbu. –Budzanowski widuje go czasem z okien służbowej limuzyny. Najczęściej w ogródku 6/12 lub Szpilki. Chyba uważa go za dziwoląga.
Dzięba ma 33 lata i jest królem życia. – Plotki o moim majątku są legendarne – ubolewa. Mówi, że ma mieszkanie za milion (w kredycie), ponad dwieście tysięcy złotych w papierach wartościowych. W wolnym czasie deska i kitesurfing. Swojego range rovera („Model à la David Beckham, 500 koni pod maską” – opowiada jego przyjaciel) często parkuje przy placu Trzech Krzyży, w centrum lanserki. – Kim jest Michał Dzięba? – pytamy jego dawnego znajomego.
– Chłopakiem z podzamojskiej wsi Tarnawatka-Tartak. Mama pielęgniarka, tata hydraulik. Skromna rodzina. Do Warszawy przyjechał na studia niemal w jednej koszuli. Dziś nosi się po hipstersku, wygląda jak kalifornijski surfer, ale wtedy? Wysoki urzędnik MinisterstwaSkarbu Państwa: – Lubił się pokazać. Zarabialiśmy tu niewiele, a on wyskakiwał na spotkanie w butach od Diora za kilka tysięcy.
Były kontrahent spółki Beliard: – Michał jest jak marzenie senne pisowców z „Gazety Polskiej”. Archetyp młodego kolesia związanego z Platformą, który chodzi i robi na mieście interesy. Znajoma Dzięby: – Spotkałam go w 6/12 kilka miesięcy po odejściu z resortu. Elegancki, zdjął marynarkę i błysnął metką: „Szyta we Włoszech, na miarę, 15 tys. zł za nią zapłaciłem”.
Finansowo odżył. Albo – jak mówią inni – odjechał. Na mieście zaczęło się mówić, że Dziębie pieniądze zaszumiały w głowie. Były działacz młodzieżówki PO: – Liczba opowieści krążących na jego temat była niezwykła, prawie codziennie słyszało się coś nowego. Podobno w jedną noc wydał 6 tys. zł w jakimś klubie, podobno był na wakacjach w Kolumbii. Podobno. Ile z tego jest prawdą, nie mam pojęcia, ale wiem, że wielu ludzi prosiło go, żeby zwolnił.
Piotr Targiński: – To wszystko, co słyszę na temat Michała, wynika z zazdrości. O co? O majątek, o to, jak się ubiera. On ma taki styl, że podchodzi do każdego z otwartymi ramionami. A ludzie patrzą na niego przez pryzmat: ulica Żurawia, dobra bryka. Byliśmy przez kilka lat blisko decydentów, ale odeszliśmy i sobie radzimy. Może to kogoś męczy?
Czy coś na ciebie jest? 
O tym, że Michał Dzięba jest taśmą Platformy, sam zainteresowany dowiedział się w połowie maja. Wtedy usłyszał na mieście, że ma wpływy. I że się na nie powołuje. Przykład? Wiosna 2012 r. Ktoś startuje w konkursie do zarządu państwowej spółki X, ale dziennikarze zamiast do X dzwonią do Dzięby: – Podobno jest pan najlepiej zorientowany w tej sprawie? Dzięba zaprzecza. Spotyka się z dziennikarzami. Słyszy od nich, że szybko się wzbogacił. I znów że powołuje się na wpływy. Podobno nagrał go prezes spółki, któremu Dzięba obiecuje pomóc. Wersji o taśmach jest sporo. Warszawski PR-owiec na dorobku: – Słyszałem 38 różnych wersji. Sprowadzają się do jednego: są taśmy na Platformę, a na taśmach Dzięba.
Dzięba relacjonuje, co przez ostatnie dwa miesiące usłyszał o sobie: że jest kadrowym Ministerstwa Skarbu Państwa. Że ma 9 mln zł majątku. Że chodzi od spółki do spółki i – powołując się na wpływy – załatwia biznesy.  Koniec lipca. Po taśmach Serafina dziennikarze ekscytują się kadrami w państwowych spółkach. „Gazeta Wyborcza” cytuje anegdotę: młody działacz PO z gabinetu ministra skarbu ustawia kadry w spółkach. Gdy minister się dziwi, działacz odpowiada: „Masz z tym problem?”. Michał Dzięba: – Dwóch bliskich znajomych, którzy otarli się o rząd, jest przekonanych, że chodziło o mnie. A to nieprawda. Wysoki urzędnik MSP: – Wszyscy pomyśleliśmy, że chodzi o Dziębę. Kiedy próbujemy dowiedzieć się czegoś o taśmach Platformy, zaczynają dzwonić lobbyści, ministrowie i politycy: – Podobno piszecie o Dziębie? Wszyscy chcą się spotkać, żeby powiedzieć jedno: nie mają z Dziębą nic wspólnego.
Gra brutalnie chłopak 
Interesujące: co najmniej kilkunastu warszawskich lobbystów i piarowców opowiada różnym dziennikarzom o Dziębie. Wtorek rano, rozmowa z pracownikiem firmy PR (elegancka koszula, na ręku czarna omega). – To jedna z najgrubszych historii na zapleczu rządów PO – wydyma usta Czarna Omega. – Dzięba uchodzi za człowieka związanego ze skarbem. Niektórzy menedżerowie podejmowali z nim rozmowy, żeby mieć dobre relacje z kimś, kto szepnie słówko w ich sprawie. Część menedżerów się go boi. Gra brutalnie chłopak, ostry jest.  Czarna Omega zastrzega: wie to i owo, ale „nie robi” przy Dziębie. Na pożegnanie precyzuje: – O Dziębie zbiera informacje ktoś, kto pracuje dla spółki skarbu państwa. Nazwijmy ją X.
Ustalamy: dla X pracuje jedna z warszawskich firm piarowskich. Dzwonimy do jej właściciela (nazwijmy go – Złoty Patek). Jest jowialny: – Dzięba? Nie, nic nie wiem. Wysyłał do nas emisariusza, widocznie myślał, że mamy coś wspólnego z tymi plotkami. Ale ja naprawdę nie znam sprawy. Koniec rozmowy.
Tego samego dnia znajoma dziennikarka pokazuje nam notatkę, która krąży po kilku redakcjach. Na trzech stronach opowiada o tym, jakie intrygi knuto przeciw prezesowi spółki X. Cały akapit poświęcony jest Dziębie. – Podobno notatkę widział premier Tusk – słyszymy.
– Kto ją napisał? – Jak to kto? Agencja Złotego Patka!  Czy o notatce Złotego Patka wie resort skarbu? Sprawdzamy: nie wie. Czy o taśmach, spółce X i Dziębie ktoś rozmawiał z ministrem skarbu? Nasze źródło w ministerstwie: – Nie. Kiedy przez kilka dni kontaktujemy się z Dziębą, jest przekonany, że wszystkie plotki o nim rozpuszcza agencja Złotego Patka. Potem zmienia zdanie. A Złoty Patek zaprzecza. Piotr Targiński: – Szyją mu buty. Wie pan dlaczego? Każdy wie, że się znają z Budzanowskim. A nie ma nic prostszego, jak przywalić w Dziębę, jeśli chce się przywalić w ministra.
Chcecie mnie uczynić sławnym? 
Podsumujmy: taśm nikt nie słyszał. Czy istnieją? Znak zapytania. Co w takim razie wiadomo?  Że Michał Dzięba, ich rzekomy bohater, jest dziś poważnym biznesmenem. Chce budować biogazownię. – Biomasówkę (spalanie biomasy) – poprawia nas. – Biogazowniami się brzydzę.
– We współpracy z państwowymi spółkami? – dopytujemy. – Jeden podmiot z mniejszościowym udziałem skarbu państwa ustami swojego prezesa wyrażał zainteresowanie, ale zanim się określił, musiałem odmówić. – A gdzie ta biomasówka miała stanąć? – Panowie, chcecie mnie uczynić sławnym i jeszcze zwinąć pomysł biznesowy?
Maciej Bogucki, rocznik 1986, „harata w gałę” z premierem. Mimo młodego wieku jest już członkiem rady nadzorczej spółki-córki Bumaru (wcześniej w spółce-córce PGNiG). Dobry znajomy Dzięby: – Z jednej strony nie dziwię się, że piszecie o Michale. To zdolny i inteligentny człowiek, jego historia może być interesująca. Ale z drugiej strony, to co w tym niezwykłego? Przecież tylu ludzi przyjeżdża ze wsi do Warszawy i robi kariery.



Newsweek, Michał Krzymowski, Wojciech Cieśla







2012/07/30

Michał Dzięba bohaterem "taśm PO"? "To nieprawda"

Tuż po tym, jak Puls Biznesu ujawnił tzw. taśmy PSL w mediach pojawiły się informacje, że podobne równie kłopotliwe nagrania dotyczą także osób związanych z Platformą Obywatelską. Tygodnik "Newsweek" spekuluje, że tą osobą może być Michał Dzięba. "Dwóch bliskich znajomych, którzy otarli się o rząd, jest przekonanych, że chodzi o mnie. A to nieprawda" - zarzeka się sam Dzięba.
Taśm, mimo że są tematem wielu dyskusji, nikt jednak nie słyszał. Nie wiadomo nawet, czy w ogóle istnieją. Podobno nagrać go miał prezes spółki, któremu obiecywał pomoc. Wersji tych taśm i tego, co na nich jest istnieje wiele. "Słyszałem 38 różnych wersji. Sprowadzają się do jednego: są taśmy na Platformę; a na taśmach Dzięba" - mówi jedne z PR-owców.
Jak dodaje w rozmowie z dziennikarzami tygodnika Dzięba, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy usłyszał o sobie, że jest "kadrowym ministerstwa skarbu państwa" i że "chodzi od spółki do spółki i załatwia biznesy". Jeden z jego byłych kontrahentów mówi: jest jak marzenie senne pisowców z "Gazety Polskiej". Archetyp młodego kolesia związanego z Platformą, który chodzi na mieście i robi interesy.
Jego znajomi przekonują, że liczba opowieści, jakie krążą po mieście na jego temat jest "niezwykła". Nie są jednak w stanie stwierdzić, które są prawdziwe. "To wszystko, co słyszę na temat Michała, wynika z zazdrości. Byliśmy przez kilka lat blisko decydentów, ale odeszliśmy i sobie radzimy. Może to kogoś męczy?" - przekonuje Piotr Targiński.
"Szyją mu buty. Każdy wie, że znają się z Budzanowskim (minister skarbu - red.). A nie ma nic prostszego, jak przywalić w Dziębę, jeśli chce się przywalić w ministra" - dodaje jego znajomy.
(Newsweek, RZ)

2010/02/15

Pechowiec do zadań specjalnych

Marcin Rosół - złote dziecko Platformy, któremu dotychczas jego patroni nie dali zginąć. Czy tym razem będzie inaczej?
Marcin Rosół od czasu wybuchu afery hazardowej unika ludzi. – Siedzi w domu, córką się opiekuje – mówi Piotr Targiński, znajomy Rosoła z czasów wielkiej polityki. Gdy już odbierze komórkę, to zawsze odpowiada, że niczego nie komentuje, a tłumaczyć się będzie przed sejmową komisją hazardową albo prokuraturą.

Od 20 października 2009 r., a więc prawie po trzech tygodniach od dymisji ministra sportu Mirosława Drzewieckiego i Rosoła – szefa jego gabinetu politycznego, prowadzi działalność gospodarczą „Marcin Rosół doradztwo związane z zarządzaniem”. Rosół zajmuje się dziś m.in. public relations, pośrednictwem w sprzedaży czasu i miejsca na cele reklamowe w radiu, TV, prasie i w mediach elektronicznych. – Z wysokiego konia spadł – przyznaje jego znajomy z PO.


Koledzy z uczelni

W listopadzie 2007 r., gdy na czele rządu stanął Donald Tusk, Marcin Rosół, Piotr Targiński i Michał Dzięba, koledzy ze studiów politologicznych na Uniwersytecie Warszawskim, mają po 27 lat. Są nazywani złotymi dziećmi Platformy, pasjonują się marketingiem politycznym. Od kilku lat intensywnie działają w młodzieżówce Platformy. Rzutcy, chętni, pracowici. Szybko wypływają na szerokie wody. Poznają tajniki działania partii politycznej, kierownictwo im ufa, a oni nigdy nie zawodzą. Rosół zostaje szefem gabinetu ministra sportu, Targiński – wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetyny, a Dzięba – doradcą ministra skarbu Aleksandra Grada. Czwarty kolega z politologii Piotr Wawrzynowicz (były współpracownik Drzewieckiego) idzie w biznes: trafia do rad nadzorczych różnych spółek (np. zajmujących się budową kotłów), zostaje doradcą szefów rad nadzorczych, jest współwłaścicielem agencji public relations i innej zajmującej się doradztwem giełdowym. Znajduje jeszcze czas na społeczne doradzanie szefowi Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotrowi Nurowskiemu.

Marcin Rosół pochodzi z Zabrza (jego ojciec był pracownikiem tamtejszej huty), ale na początku w śląskiej Platformie nikt go właściwie nie zna, bo polityczną karierę zaczynał w Warszawie w Młodych Demokratach. Był w grupie Sławomira Nowaka, w opozycji do młodych spod skrzydła Pawła Piskorskiego. Już wtedy dostawał ambitne polecenia od władz partii.


Człowiek od kasy

W 2004 r. Sławomir Pelec, dociekliwy radny PO w Zabrzu, ujawnia nieprawidłowości w urzędzie miasta (chodziło głównie o kontrowersje dotyczące handlu gminnymi gruntami). Skandal uderza w ówczesnego prezydenta Zabrza Romana Urbańczyka, członka Platformy. W zabrzańskiej PO wybucha konflikt między działaczami. W końcu zarząd śląskiej Platformy decyduje o rozwiązaniu koła partii w Zabrzu, sygnał idzie do Warszawy. Posprzątać po aferze ma Marcin Rosół, który zostaje wysłany do Zabrza jako zarządca komisaryczny Platformy. Jest asystentem posła Grzegorza Schetyny. Ale to dopiero początek jego politycznej kariery. Kilka miesięcy po wizycie w Zabrzu zostaje pełnomocnikiem finansowym całej Platformy w wyborach do europarlamentu. Rok później – w 2005 – dostaje kolejne poważne zadanie – odpowiada za finanse partii w wyborach do Sejmu i Senatu. Rosoła do tych zadań rekomenduje skarbnik Platformy Mirosław Drzewiecki. Politolog, świeżo po studiach, odpowiada za wydawanie milionów złotych. W 2005 r. pełnomocnikiem finansowym sztabu kandydata PO na prezydenta Donalda Tuska zostaje Wawrzynowicz. Obaj decydują o podziale pieniędzy, pilnują wydatków. – To jest kwestia zaufania – stwierdza Andrzej Wyrobiec, skarbnik Platformy, który zastąpił Drzewieckiego. – Marcin to niezwykle rzutki chłopak. Wydawało mi się wtedy, że ta cecha chyba mu trochę przeszkadzała w funkcji pełnomocnika finansowego, który musi grzęznąć w rachunkach i fakturach – ocenia Wyrobiec.

Podczas wyborów do europarlamentu Rosół popada w konflikt ze swoim wieloletnim znajomym Sławomirem Nitrasem, dziś europosłem PO. – Poszło o ścięcie przez Rosoła o kilkanaście sekund czasu antenowego Marka Torzewskiego, znanego tenora, którego utwór był wówczas hymnem wyborczym PO – mówi jedna z osób zajmujących się kampanią. Dziś Nitras odmawia rozmowy na ten temat.

Rosół prawidłowo rozlicza się z wydatków partii i awansuje. Zostaje dyrektorem Klubu Parlamentarnego PO, w czasie gdy rządzi PiS. Natomiast jego kolega Wawrzynowicz popełnił błąd. Państwowa Komisja Wyborcza odrzuca sprawozdanie finansowe komitetu Tuska. Platforma traci ponad 2,5 mln zł na rzecz Skarbu Państwa. – Piotr zatracił instynkt, nie poradził sobie z tym zadaniem – uważa Wyrobiec. Kierownictwo PO nie karze Wawrzynowicza.


Prokuratura nie znajduje „słupów”

W połowie 2006 r. do prokuratury w Warszawie zgłasza się Marcin K., młody działacz Platformy (członek Młodych Demokratów) – mówi o nieprawidłowościach podczas kampanii w 2004 i 2005 r., a w „Newsweeku” ukazuje się artykuł „Dojenie Platformy”. Opisuje, że Rosół i Wawrzynowicz podczas tych kampanii mieli wyprowadzać pieniądze poprzez tzw. słupy, z którymi sztab PO podpisywał fikcyjne umowy. W dokumentach i fakturach wszystko się zgadza, ale niektórzy świadkowie twierdzą, że pieniądze idą do kieszeni tych dwóch młodych działaczy.
W czasie śledztwa Rosoła i Wawrzynowicza obciążyły trzy osoby: Maciej Sz., były asystent Jana Rokity, oraz Łukasz L. i Zbigniew T., którzy mieli podpisane umowy-zlecenia ze sztabem PO. Dwaj ostatni mieli być tzw. słupami. Łukasz L. początkowo zeznał, że podpisał dwie fikcyjne umowy, a dużą część przelanych na jego konto pieniędzy oddał Rosołowi. W czasie konfrontacji z młodym politykiem PO wycofał się jednak z tych oskarżeń. Natomiast do końca Rosoła obciążał Zbigniew T., który twierdził, że oddał mu większość pieniędzy otrzymanych na podstawie fikcyjnych umów. Z kolei Maciej Sz. zeznał, że pieniądze z PO wyprowadzono m.in. poprzez umowy z firmami, np. public relations. Jedną z form miało być także podpisanie z Igą, ówczesną narzeczoną Rosoła, dziś jego żoną, opiewającej na 8 tys. zł umowy odpłatnego użyczenia na rzecz PO jej samochodu. Rosół podczas jednego z przesłuchań tłumaczył, że wykorzystywał to auto w czasie kampanii wyborczej. W śledztwie przesłuchiwany był m.in. Targiński. – Brałem udział w kampanii w 2005 r. i też miałem umowy podpisane na wykonywanie zleceń na rzecz sztabu – mówi „Rz”. – Nie było przy tym żadnych nieprawidłowości. Mogę nawet powiedzieć, że za wykonywaną przeze mnie pracę powinienem otrzymać większe pieniądze.

Śledztwo trwało, gdy w 2007 r. PO wygrała wybory. Rosoła w prokuraturze bronił także skarbnik PO Drzewiecki, będący już wówczas ministrem sportu. Zeznał, że nic nie wie o wyprowadzaniu poprzez „słupy” pieniędzy, a całą sprawę traktuje jako wewnętrzne walki w partii.


Praca w Agencji

Gdy sprawą zajęła się prokuratura, Rosół został zawieszony w prawach członka PO. W styczniu 2007 r. został wiceprezesem Agencji Rozwoju Mazowsza, spółki podległej marszałkowi województwa mazowieckiego.

Gdy prokuratura nie znajduje dowodów na winę Rosoła (w połowie 2008 r. umarza śledztwo), wraca do polityki. Zostaje szefem gabinetu ministra sportu, który ma przygotować Polskę do mistrzostw Euro 2012.

– Wizerunkowo w rządzie Tuska to jeden z trzech najważniejszych resortów: ogromne wpływy, ogromne pieniądze – przyznaje jeden z posłów PO.


W Pędzącym Króliku

Oprócz inwestycji związanych z Euro są jeszcze Orliki – program budowy boisk, do których rząd dokłada po 300 tys. zł. Kiedy minister Drzewiecki nie może jechać na otwarcie jakiegoś Orlika, nie wysyła wiceministrów, lecz Rosoła, by to on w jego imieniu przeciął wstęgę.

Jak wynika z materiałów CBA, Rosół chciał załatwić stanowisko w zarządzie Totalizatora Sportowego Magdalenie Sobiesiak, córce biznesmena działającego w branży hazardowej i znajomego Drzewieckiego. Podczas przesłuchania przed komisją śledczą były już dziś minister sportu przekonywał jednak, że nie kazał Rosołowi załatwić jej pracy. Miał przekazać mu tylko jej CV. 24 sierpnia 2009 r. Rosół spotyka się z Magdaleną Sobiesiak w warszawskiej restauracji Pędzący Królik. Według CBA to właśnie wtedy Rosół miał ją ostrzec o zainteresowaniu CBA i kazać jej wycofać aplikację z Totalizatora.

Z informacji „Rz” wynika, że tego samego dnia, krótko przed rozmową z Sobiesiakówną, Rosół spotkał się z Michałem Dziębą, wówczas byłym już doradcą ministra skarbu. Czy także w Pędzącym Króliku?

– Może i tak było. Nie pamiętam – mówi dziś Dzięba. – Spotykaliśmy się nawet kilka razy dziennie, ale na pewno Magdy Sobiesiak nie poznałem i nie uczestniczyłem w spotkaniu z nią – podkreśla. Zaznacza, że w żaden sposób nie pomagał w załatwieniu pracy córce biznesmena.

Rosół na przełomie stycznia i lutego 2009 r. spędził weekend w należącym do Sobiesiaka ośrodku w Zieleńcu. Planował wyjazd z rodziną. Nie wyszło. – Wówczas zaczął dzwonić do Targińskiego, Dzięby, Wawrzynowicza, ale żaden z nich nie miał czasu na wypad – mówi „Rz” jeden z przyjaciół Rosoła. Ostatecznie do pensjonatu Sobiesiaka pojechał z kimś innym. Z kim? Nie wiadomo. Rosół zapewniał jednak, że za pobyt zapłacił z własnej kieszeni.


Już nie gra z Tuskiem

Rosół należał do bliskiego kręgu szefostwa PO – regularnie grywał w piłkę z premierem. To się skończyło, gdy nazwisko Rosoła pojawiło się w kontekście afery hazardowej. – Od października, jak ta afera wybuchła, Marcin nie przychodzi już na mecze – przyznaje jeden z uczestników tych spotkań. – Nikt mu tego nie zabronił, ale wie, że nie byłby mile widziany na boisku, dopóki wszystko się nie uspokoi.

Dlatego nie ma się co dziwić, że rozmowy o nim unikają nawet jego koledzy. Odmawia Wawrzynowicz. Targiński zaperza się: – Nie jest to jakiś mój bliski znajomy.

Nad kłopotami Rosoła nie zamierza się rozwodzić jego teść Marek Isański, założyciel Towarzystwa Finansowo-Leasingowego. – To młody, zdolny człowiek, ale niestety ma trochę pecha – wzdycha.

Proszący o anonimowość znajomy Rosoła z warszawskiej PO nie ma jednak wątpliwości: – Marcin stracił instynkt samozachowawczy.

„Rz” próbowała namówić Rosoła na rozmowę.

Ten jednak w esemesach napisał, że jest za granicą na nartach i wraca dopiero na przesłuchanie komisji zaplanowane na 18 lutego. W jaki sposób przygotowuje się do zeznań?

„Nie mam sztabu, który ma mnie przygotowywać, więc chociaż na parę dni zapomnę o tej sprawie” – napisał. Nie chciał też odnosić się do swojej kariery politycznej. „Nie ma czego komentować. I tak wszyscy mają mnie za łobuza” – stwierdził Rosół.

Rzeczpospolita
Piotr Nisztor, Izabela Kacprza

2009/05/04

Śledztwo ''Gazety'': Łatwy biznes młodych z PO i PiS

Wystarczy sprzedać państwowej spółce towar, którego nie potrzebuje. Tak było w przypadku Enei SA
Sprostowanie: W artykule "Śledztwo ''Gazety'': Łatwy biznes młodych z PO i PiS" z dnia 4 maja 2009 r., opierając się na informacjach ze strony internetowej grupy Modus, napisaliśmy, że Jan Czuryłowicz pracował równolegle dla grupy Modus i spółki Enea.
Pan Jan Czuryłowicz zaprzeczył temu i przedstawił dokumenty, z których wynika, że współpracę z grupą Modus zakończył w październiku 2007 r., a z Eneą SA współpracował od września 2008 r. do stycznia 2009 r. Zaprzeczył także, jakoby znał panów Dąbrowskiego i Tutaka. Przytoczone w artykule wypowiedzi Michała Dzięby prezentują jego własne opinie, które nie są opiniami "Gazety" ani autora publikacji. Przepraszamy Pana Jana Czuryłowicza za podanie zakwestionowanych informacji.
Jest w tej historii zaskakujące koleżeństwo w interesach młodych działaczy PiS i PO. Pojawia się były wiceminister z PiS, a z nim były sekretarz stanu u Kazimierza Marcinkiewicza. Występuje oblatany językowo Białorusin, który wyrzucany z jednej elektrowni, zaraz ląduje w drugiej. I jest młody aktywista z Platformy, który zna ich wszystkich. No i CBA, które próbuje to rozgryźć. Jest też śledztwo "Gazety".

Zakupy za 10 mln

Koncern Enea SA to energetyczny gigant. Dostarcza prąd do ponad 2,5 mln mieszkań i firm w zachodniej Polsce. W zeszłym roku Ministerstwo Skarbu - zostawiając sobie ponad 70 proc. udziałów - wprowadziło spółkę na giełdę, chwaląc się, że to jego największa publiczna oferta.

Latem 2007 r., u schyłku rządów PiS, szefem Enei został Paweł Mortas. Młody menedżer wszedł w energetykę wprost z warszawskich TBS-ów, którymi rządził z nadania ratusza Lecha Kaczyńskiego. Głównym zadaniem Mortasa było wprowadzenie Enei na giełdę. Dlatego gdy jesienią 2007 r. wybory wygrywa Platforma, został na stanowisku, by dokończyć dzieło.

Ale Mortas zajmował się nie tylko giełdą. Dokonywał również kosztownych zakupów.

Latem 2008 r. zamówił dla Enei 5 tys. licencji na program, który pozwala kontrolować wszystkie poczynania pracowników w komputerach. Za jedną licencję Enea zapłaciła prawie 2 tys. zł. Razem blisko 10 mln zł.

Sprzedawcą była warszawska spółka eModus. W jej radzie nadzorczej znajdujemy byłego wiceministra skarbu z rządu PiS Ireneusza Dąbrowskiego, a prezesem jest były sekretarz stanu i wiceszef kancelarii rządu PiS Piotr Tutak.

Dąbrowski, 39-letni działacz PiS, stracił fotel wiceministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, gdy zarzucono mu, że w spółce podległej swemu resortowi zatrudnił kolegę. Kilka tygodni temu bezskutecznie zabiegał o start z listy PiS do europarlamentu.

Tutak to przyjaciel byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. W kancelarii rządu PiS pracował do marca 2007 r. Obecnie poza szeregami partii.

I jeszcze za 6 mln zł

Enea kupiła programy ledwie kilka miesięcy po powstaniu eModusa. Ale kolejne 6 mln zł wpłynęło do warszawskiej spółki jesienią 2008 r. - za dyski komputerowe o olbrzymiej pojemności.

Znamy wynik audytu zakończonego w Enei dwa tygodnie temu. Analitycy firmy Deloitte piszą, że nowe dyski twarde były niepotrzebne, bo stare wykorzystywano ledwie w 30 procentach. "W tej sytuacji zakup wydaje się nieuzasadniony" - ocenili audytorzy.

A program komputerowy? Z 5 tys. licencji zainstalowano ledwie kilkanaście, ale i te potem zostały odinstalowane. A gdy zapytano pracownicę Enei odpowiedzialną za informatykę, gdzie są licencje, nie potrafiła odpowiedzieć. Audytorzy podkreślają, że podobne programy można było kupić na rynku za jedną dziesiątą ceny.

A wszystko bez pytania

Enea, choć kontrolowana przez państwo (ponad 70 proc.), nie musiała stosować przepisów o przetargach, bo jakiś czas temu została podzielona na kilka spółek. Ale wewnętrzny regulamin nakazywał pytać właścicieli, czyli skarb państwa, o zgodę na zakupy powyżej 800 tys. zł.

Czy prezes Paweł Mortas zapytał? Nie. Gdyż Enea zrobiła zakupy u spółki eModus w kilkunastu transzach - tak by żadna nie przekraczała 800 tys. zł. Niektóre transze były akceptowane dzień po dniu. Przykłady: między 4 a 7 listopada 2008 r. Enea zatwierdziła transze na 5 mln zł; 1 grudnia - kilka transz na ponad 3 mln zł.

Spółka eModus wypączkowała z firmy Modus. Ta również zarabiała dzięki Enei. Na przełomie 2007 i 2008 r. dostała od koncernu energetycznego 75 tys. zł za usługi konsultingowe. Znamy jedną z nich. Za 7 tys. zł Enea kupiła analizę "sytuacji polityczno-gospodarczej na Ukrainie". Tyle że analiza ta widniała na stronie internetowej Modusa już miesiąc przez sprzedażą.

Dlaczego Enea płaciła za coś, co wcześniej mógł przeczytać każdy internauta?
Tajemnicze odejście doradcy

Nie wiadomo, kto był autorem analizy o Ukrainie, ale ekspertem Dąbrowskiego i Tutaka ds. rynków Wschodu był Jan Czuryłowicz. To młody działacz opozycji białoruskiej, który pracował m.in. w Brukseli i współpracował z polskimi eurodeputowanymi różnych opcji. Skąd się wziął w otoczeniu byłych polityków PiS? Tego nie wiemy. Ale równolegle z pracą dla grupy Modus Czuryłowicz był pracownikiem... Enei. A polecił go tam Michał Dzięba, związany z Platformą Obywatelską doradca polityczny ministra skarbu Aleksandra Grada. Dzięba znał Czuryłowicza z Brukseli, a pod koniec 2007 r. szukał dla niego pracy. Najpierw znalazł mu stanowisko w Polskiej Grupie Energetycznej. W 2008 r. polecił go Pawłowi Mortasowi. Tak Białorusin trafił do podległej koncernowi elektrowni w Gubinie. Ale i tam nie zagrzał długo miejsca.
Dzięba: - Poleciłem Janka Mortasowi, bo znał języki, a Enea chciała sprawdzić rynki na Wschodzie. Dzisiaj wiem, że to był błąd, bo się nie sprawdził na żadnym stanowisku. Dlatego już nie odbieram od niego telefonów.

Ale Dzięba zna również Pawła Tutaka i Ireneusza Dąbrowskiego. Z pierwszym pracował drzwi w drzwi jeszcze w Sejmie. Dzięba był etatowym specjalistą w PO, a Tutak dyrektorem klubu PiS.

Czy Dzięba, będąc w Ministerstwie Skarbu, które nadzoruje Eneę, wiedział, co robią jego koledzy? Pytanie to zadał mu wiceminister skarbu Jan Bury (PSL), bo ministerstwo nie miało pojęcia o milionowych zakupach. Pod koniec marca br. Bury wezwał kilku urzędników resortu - wśród nich Dziębę - na pilną naradę, gdy przeczytał o tajemniczych transakcjach.

Dzięba mówi "Gazecie": - Znałem ich wszystkich, ale dopiero na spotkaniu u ministra Burego usłyszałem o tych interesach. Nie miałem z tym nic wspólnego.

Kilka dni po spotkaniu u wiceministra Dzięba zrezygnował z pracy w resorcie skarbu. Dlaczego odszedł? Twierdzi, że miał inne plany.

Maciej Wewiór, rzecznik resortu skarbu: - Pan Dzięba zrezygnował za porozumieniem stron, a o powody należy jego pytać.

Po tym samym spotkaniu minister Bury kazał zwolnić niemal pół zarządu Enei, w tym prezesa Pawła Mortasa.

Transakcje eModusa z Eneą bada właśnie poznańska prokuratura. A Centralne Biuro Antykorupcyjne rozsyła po spółkach zależnych od Enei pytania, czy im też nie kazano kupować drogiego programu komputerowego.

Zapytaliśmy szefów eModusa o znajomość z Pawłem Mortasem. Dąbrowski stwierdził, że nie zna szczegółów, a Mortasa "za dobrze nie kojarzy". A Piotr Tutak zażądał pytań na piśmie. I odpowiedział, że nie zna Pawła Mortasa, a jego spółka miała tylko biznesowy kontakt z Eneą. Zapytaliśmy, czy jego firma ma innych klientów i ile zarobiła w ubiegłym roku, bo nie złożył jeszcze w sądzie bilansu finansowego za 2008 r. Tutak nie chciał tego ujawnić.

Po tym jak został z Enei odwołany, nieuchwytny pozostaje Paweł Mortas.


Źródło: Gazeta Wyborcza
MArcin Kącki

2008/10/22

Co łączy ukraińskich inwestorów i narzeczoną doradcy ministra skarbu?

Czy to normalne, że firma narzeczonej doradcy ministra skarbu otrzymuje zlecenia od spółki, której właściciele zabiegają o korzystną decyzję prywatyzacyjną tegoż ministra?
- To niedopuszczalna sytuacja – mówi Julia Pitera, pełnomocnik rządu do spraw zwalczania korupcji i patologii. – Takie powiązania personalne mogą zagrażać bezstronności podejmowanych decyzji w sprawie prywatyzacji – dodaje. Prosząc Piterę o komentarz powiedzieliśmy jej, że sprawa miała miejsce za rządów PiS i dotyczyła doradcy Wojciecha Jasińskiego. Czy Pitera nie zmieni zdania, gdy wyjdzie na jaw, że owa niedopuszczalna sytuacja dotyczy jej partyjnych kolegów?
W rzeczywistości chodzi o Michała Dziębę, doradcę obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada oraz prywatyzację Stoczni Gdynia. Stara się o nią ukraiński Przemysłowy Związek Donbasu za pośrednictwem polskiej spółki ISD. Spółkę tę reprezentuje Marcin Ciok, współwłaściciel firmy Index Copernicus. Zlecenia od spółki Cioka otrzymuje agencja public relations Beliard. Jej właścicielem był wspomniany Michał Dzięba.
Doradca Aleksandra Grada (w resorcie nazwany jest „prawą ręką ministra") nie dostrzega tu konfliktu interesów. – Prywatyzacje stoczni nie leżą w zakresie tematyki, którą się zajmuję w ministerstwie. Nie mam żadnego wpływu na decyzje, które zapadają w związku z tą sprawą – tłumaczy. W rozmowie z „Wprost” przekonuje, że nic go już nie łączy ze spółką Beliard. – W lutym tego roku zbyłem swoje udziały i przestałem być prezesem - tłumaczy. Tyle tylko, że udziały te przejęła Ewa Onych, partnerka życiowa Dzięby.
Według niej umowa Beliardu i Index Copernicus dotyczy „usług o charakterze media relations" związanych z ofertą publiczną spółki. - Treść umowy objęta jest standardowo tajemnicą handlową – tłumaczy Onych. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że pierwszym prezesem spółki Beliard (wówczas spółka nazywała się AFP) był w 2003 r. Piotr Targiński, obecny szef Gabinetu Politycznego wicepremiera Grzegorza Schetyny.
Autor: Leszek Szymowski
wprost

Korupcja w rządzie? Jak zarabiają kadry Tuska

Najwyższy CZAS!” dotarł do powiązań biznesowych i personalnych doradców i asystentów Tuska, Schetyny, Grada i Gilowskiej z Przemysłowym Związkiem Donbas (obecny właściciel Stoczni Gdańskiej i Huty Częstochowa oraz twórca projektów restrukturyzacyjnych dla stoczni, które Polska zaproponowała UE). Obecnie – z pomocą rządów Platformy - Donbas przymierza się do przejęcia Stoczni Gdyńskiej.
Ukraiński Donbas poprzez spółkę córkę ISD Polska (przedstawiciel Donbasu na Polskę) w 2007 r. bardzo korzystnie nabył Stocznię Gdańską. Przejął też inne polskie strategiczne zakłady produkcyjne, m.in. Hutę Częstochowa. Donbas za którym stoją Rosjanie przymierza się do przejęcia kolejnych zakładów, w tym Stoczni Gdyńskiej. Donbas faworyzują politycy Platformy Obywatelskiej, której „pierwszy garnitur” (Tusk, Schetyna, Grad) poprzez swoich asystentów i doradców powiązany jest zależnościami biznesowymi i personalnymi z ukraińską firmą. A więc sprzedanie polskich koncernów przez PO i zakup ich przez ukraiński Donbas można rozumieć jako wspólnotę interesów finansowych Platformy i Ukraińców, a tu w grę wchodzą już zarzuty o podejrzeniu korupcji i popełnieniu przestępstwa.
Sami swoi
- Jeśli śledztwo dziennikarskie „NCz!” okazałoby się prawdziwe to mielibyśmy do czynienia z bardzo poważnymi zarzutami – powiedział dla „NCz!” generał Andrzej Kapkowski, były szef Urzędu Ochrony Państwa.
„NCz!” ustalił mechanizm powiązań i zależności ludzi PO z ISD Polska (Donbas), który okazał się zaskakująco czytelny:
Firma Beliar
Powstała w 2003 r. i miała działać w Brukseli i Warszawie. Jej obecna formuła została zarejestrowana w 2007 r. Pierwszym prezesem tej firmy został Piotr Targiński (późniejszy asystent Donalda Tuska, obecnie szef Gabinetu Politycznego Grzegorza Schetyny, nieoficjalny łącznik pomiędzy Tuskiem a Schetyną). Targiński nie poinformował marszałka sejmu o fakcie prezesowania Beliardowi (miał taki obowiązek). W 2006 r. fotel prezesa Beliardu obejmuje Michał Dzięba, który od 2003 r. pracował w Brukseli z ramienia PO w Parlamencie Europejskim. Obecnie Dzięba jest doradcą w Gabinecie Politycznym Ministra Skarbu Aleksandra Grada (odpowiedzialny w obecnym rządzie za decyzje w sprawie stoczni). Warto dodać, że aktywność Dzięby w Brukseli interpretowana była jednoznacznie jako „ucho i oko” Grzegorza Schetyny. Pozornie trop pomiędzy Platformą a Beliardem urwał się 26 lutego 2008 r. Wtedy nowym prezesem została Ewa Onych, bezpartyjna i nie pełniąca w PO żadnych funkcji.
Z ustaleń „NCz!” wynika jednak, że Onych jest od wielu lat życiową partnerką Dzięby. Obecnie w firmie pracuje również Marek Hajbos, podejrzewany niegdyś o wyprowadzenie pieniędzy z Platformy Obywatelskiej. Hajbos był wieloletnim asystentem Zyty Gilowskiej. Kiedy w 2005 r. Gilowska została wyrzucona z PO Hajbos został skierowany do pracy na „innym odpowiedzialnym odcinku”, czyli do sekretariatu Donalda Tuska. Kiedy Gilowska wróciła do gry i została wicepremierem i Ministrem Finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, Hajbos wrócił do swojej byłej szefowej i otrzymał fotel dyrektorski.
Firma Index Copernicus International
Spółka powstała w 1995 r. Zajmowała się wydawaniem czasopisma naukowego z zakresu medycyny klinicznej. Kolejne lata rozszerzały formułę zasady wieloparametrycznej oceny czasopism naukowych. Następnie firma opatentowała system umożliwiający rejestrację i ranking naukowców. Spółka Index Copernicus od 21 lutego 2008 r. czerpie zyski z umowy ramowej z Ośrodkiem Przetwarzania Informacji przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Szefem resortu nauki jest Barbara Kudrycka (PO). Index Copernicus jest jednym z głównych klientów Beliardu. Przewodniczącym rady nadzorczej Indexu jest Bogusław Leśnodorski, który zasiada również w radzie nadzorczej Huty Częstochowa. Właścicielem Huty jest spółka ISD Polska należąca do koncernu Donbas. „NCz!” ustalił, że Leśnodorski jest wspólnikiem dużej kancelarii prawnej Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy, która na zlecenie Donbasu pracowała nad nabyciem pakietu kontrolnego Stoczni Gdańsk S.A. Prace zakończyły się przejęciem przez Ukraińców stoczni w Gdańsku.
Firma Aimcomms
Spółka, która oficjalnie zajmuje się public relations. Dawniej nazywała się PBL Public Affairs, a właścicielem jej był Marcin Ciok (udziałowiec Index Copernicus!). Obecnie Ciok razem z Jackiem Łęskim (Aimcomms) pracują dla ISD Polska, występują jako oficjalni rzecznicy ISD i Donbasu wypowiadając się w szeregu spraw dotyczących ukraińskiego inwestora.
PO i Donbas, wspólnota ludzi i interesów
Dochodzi więc do sytuacji, w której ludzie PO pracują pośrednio (lub bezpośrednio) dla Donbasu, któremu Platforma sprzedaje stocznie. Nie można nie zapytać więc o konflikt interesów (państwowych i prywatnych).
DOtykamy sytuacji, gdzie firma Beliard – formalnie będąca własnością Ewy Onych, życiowej partnerki Michała Dzięby, wpływowego doradcy Ministra Skarbu Aleksandra Grada obsługuje podmiot gospodarczy powiązany biznesowo, personalnie i towarzysko z Donbasem, czyli inwestorem zainteresowanym korzystnymi dla siebie decyzjami ministerstwa w sprawie stoczni.
W okresie od marca do lipca 2008 r. Agencja Beliard wykonywała usługi o charakterze media relations, investor relations na zlecenie Index Copernicus S.A. Działania te związane były z ofertą publiczną spółki przeprowadzaną na New Connect – tłumaczy „NCz!” Ewa Onych i dodaje:
„Nigdy nie pracowaliśmy przy projektach związanych z Donbasem, nie mamy też żadnej wiedzy o powiązaniach biznesowych czy personalnych Index Copernicus S.A. z wymienianą przez Pana firmą. Nasza praca związana była tylko i wyłącznie z działaniami z obszaru relacji mediowych i inwestorskich w kontekście debiutu spółki Index Copernicus na New Connect.”
Pozostaje dość retoryczne pytanie, czy zlecenia (np. „pijarowskie”) od Donbasu dla firm związanych z Beliardem dowodzonym przez ludzi ze środowiska Platformy Obywatelskiej i Ministerstwa Skarbu nie są zapłatą za udane transakcje.
Adresowe przypadki
Można założyć, że nici powiązań pomiędzy PO i Donbasem mogą być sprawą niesamowitego zbiegu okoliczności, a wytworzona wybitnie korupcjogenna sytuacja tylko niewykorzystaną pokusą, ale rachunek prawdopodobieństwa odrzuca taką ewentualność.
Poza tym „NCz!” ustalił dodatkowe fakty świadczące o wyraźnych powiązaniach Platformy z firmami świadczącymi usługi Donbasowi. Kolejne „przypadkowe” zbiegi okoliczności potwierdzające tezę o współpracy PO i Donbasu przy handlu stoczniami to sprawa adresów.
Z ustaleń „NCz!” wynika, że firma Beliard mieści się obecnie w willi przy ul. Ustrzyckiej 11. Do niedawna pod tym adresem mieściła się siedziba firmy Index Copernicus. Wcześniej siedziba firmy Beliard mieściła się przy ul. Stępińskiej 13 w budynku gdzie swoją siedzibę ma firma Carisma należąca do Dariusza Boguckiego, którego 22-letni syn Maciej Bogucki jest doradcą Aleksandra Grada.
Kolejny przypadek?
Resortowe biuro Donbasu
- Beliard jest bardzo wpływową firmą. Formalnie prezesem jest Ewa Onych, ale tak naprawdę decyzje podejmowane są w gronie: Dzięba, Hajbos, Targiński – powiedział nam informator zbliżony do środowiska Beliardu.
Z ustaleń „NCz!” wynika, że w Ministerstwie Skarbu Państwa panuje powszechne przekonanie, że Dzięba to człowiek Schetyny. Pomimo przeprowadzanych konkursów i szerokich konsultacji nad różnymi Radami Nadzorczymi spółek Skarbu Państwa, miały miejsca przypadki kiedy wchodził Dzięba, wyciągał karteczkę z nazwiskami i dyktował skład Rady…
- Donbas ma swoje nieformalne biuro w Ministerstwie Skarbu. To Dzięba, doradca ministra Grada i młode wilki z resortu obsługują Ukraińców. Podczas licznych spotkań m.in. w restauracji sejmowej słychać było z ich stolika okrzyki: „to k…a teraz szyjemy stocznie!…” – powiedział nam informator z Ministerstwa Skarbu pragnący zachować anonimowość.
„Prywatyzacja” stoczni
Rząd RP postanowił za wszelką cenę pozbyć się strategicznego sektora gospodarki – stoczni. Obserwując poczynania innych europejskich rządów podejmujących działania nacjonalizacyjne w kierunku ratowania rodzimych gospodarek przed kryzysem finansowym można się dziwić, dlaczego w Polsce na siłę wypycha się stocznie w ręce zagranicznych prywatnych inwestorów. I na pewno nie jest to ukłon w stronę polityki wolnorynkowej. Polski rząd oddaje stocznie, ale na tym nie zarabia. Mało tego, dopłaca.
Można zadać sobie pytanie dlaczego premier Donald Tusk, którego dawnym asystentem był Piotr Targiński, były prezes Beliardu, wydał zgodę Ministrowi Skarbu, którego doradcą był Michał Dzięba, również były prezes Beliardu, aby minister parafował umowy prywatyzacyjne z Donbasem, czyli zleceniodawcą dla firm współpracujących z Beliardem w momencie, kiedy prowadzone było śledztwo w sprawie naruszeń prawa dokonanych przez przedstawiciela Donbasu w Polsce, czyli spółkę ISD. Zastanawiające jest dlaczego Tuskowi i Gradowi nie przeszkadzało oddanie Stoczni Gdańsk i być może nie będzie przeszkadzało oddanie Stoczni Gdynia firmie ISD Polska, pomimo że ISD nie posiada własnej bazy surowcowej, niezbędnej, aby utrzymać ciąg technologiczny. Dlaczego przekazano UE opracowany przez ISD, a więc inwestora, plan ratowania przemysłu stoczniowego? Dlaczego tak postąpił minister Grad teoretycznie wiadomo. On sam mówi, że państwowi urzędnicy i eksperci nie byli kompetentni, żeby takie plany sporządzić (sic!)
Jednak w świetle ujawnionych przez „NCz!” powiązań Ministerstwa Skarbu i polityków Platformy Obywatelskiej z ukraińskim Donbasem widać, że motywy oddawania Donbasowi hut, stoczni i zakładów kooperujących ze stoczniami miały najprawdopodobniej podłoże czysto korupcyjne.
Robert Wit Wyrostkiewicz
Najwyższy Czas