Robert S. sam mówi o sobie: "byłem żołnierzem Kruczkowskiego". Piotra Kruczkowskiego (49 l.) - byłego prezydenta Wałbrzycha z Platformy Obywatelskiej, który stracił stanowisko po tym, jak sąd uznał, że przed wyborami doszło do korupcji. Jak wyglądało kupowanie głosów? Czy faktycznie zarządcy miejskich spółek musieli płacić w Wałbrzychu haracz na PO? Robert S. ujawnia nam szokujące szczegóły afery wałbrzyskiej.
- Ile głosów zostało kupionych w wyborach samorządowych w 2010 roku w Wałbrzychu?
- Nasza grupa "zrobiła" około 900 głosów, a takich grup było kilka. To dzięki nim Piotr Kruczkowski został prezydentem. Głosy kupowane były także podczas wyborów samorządowych w 2006 roku.
- Takich żołnierzy jak pan było wielu?
- Kilkadziesiąt osób. Najpierw dostawaliśmy listy z nazwiskami mieszkańców. Jechaliśmy do nich kilka dni przed wyborami, by się umówić. W dniu wyborów zawoziliśmy ich na głosowanie lub czekaliśmy pod okręgiem. Tylko ja otrzymałem kilka tysięcy złotych na ten cel. Pieniądze przekazał mi kierowca miejskiego radnego PO, który ma już zarzuty w tej sprawie.
- Jaką mieliście gwarancję, że zagłosują tak, jak chcecie?
- Był sposób. Najpierw do lokalu wyborczego wchodził nasz człowiek. Wrzucał do urny pustą kartkę, a wynosił na zewnątrz kartę do głosowania. Dogadanej osobie dawaliśmy kartę z zaznaczonymi już krzyżykami przy odpowiednich nazwiskach: radnych PO i Kruczkowskiego. Wchodziła z nią do lokalu, brała nową kartę, ale wrzucała do urny tę, którą dostała od nas. A pustą nam oddawała. Wtedy zakreślałem nazwiska i dawałem kolejnej osobie. I tak wkoło. Mieliśmy pewność, że głosują na naszych.
- Wcześniej w całym Wałbrzychu zorganizowaliście kilka tysięcy osób?
- Było ich mniej. Kolejnych załatwialiśmy przed okręgami wyborczymi. Wybieraliśmy pijaczków, środowisko kryminogenne. Podchodziłem do nich, mówiłem, że proponowałbym, by zagłosował na kandydatów PO do Rady Miasta i na prezydenta Piotra Kruczkowskiego. Dawaliśmy im po 20-30 zł za głos.
- I nikt nie powiadomił policji, że ich korumpujecie?
- Gdy pojawiała się policja, szybko zmieniałem miejsce. W pewnym momencie, podczas II tury wyborów prezydenckich w 2010 roku, dostaliśmy informację, że wg sondaży Kruczkowski przegrywa. Dowieziono nam gotówkę. Dochodziło do płacenia nawet po 100 zł za głos. Kruczkowski wygrał niewielką przewagą. W sumie na akcję w całym mieście poszło kilkadziesiąt tysięcy złotych.
- Dlaczego tak bardzo zależało wam, by wygrał Kruczkowski?
- On był parasolem ochronnym dla całego układu, który tu panował. Gdyby przegrał, byłby koniec. Dużo osób straciłoby pracę. Chodziło o to, by odpowiednie osoby, gwarantujące pozostanie szefów spółek na stanowiskach, dostały się do Ratusza. Wtedy utrzymamy władzę.
- A ci w spółkach rewanżowali się potem, płacąc Kruczkowskiemu?
- Od 2005 roku członkowie zarządów spółek płacili mu po 500 złotych miesięcznie. Płacił każdy. Nie mieli wyjścia, nie było możliwości niepłacenia, bo straciliby pracę, wypadali z układu.
- Jest pan pewny? To był ewidentny haracz?
- Piotr Kruczkowski wpadł na genialny pomysł, żeby do spółek miejskich wsadzić swoich ludzi. W zamian dostawał od nich pieniądze na kampanię. Za stanowiska płacili zarówno ludzie, którzy należeli do PO, jak i bezpartyjni. Byli to prezesi i członkowie zarządów około 8--9 spółek miejskich. W sumie kilkadziesiąt osób.
- Podobno mieli przekazywać także prowizje z nagród?
- Wszyscy tak robili. Oddawali nawet połowę z tych nagród.
- Dlaczego ci ludzie nic nie mówią?
- Boją się ważnych polityków PO z tego okręgu. Tak naprawdę czekają na wynik wyborów i na to, kto będzie rządził w mieście. Jeśli nieprzychylna im osoba, to jestem pewien, że zaczną mówić. Przecież dwie osoby już się wyłamały.
- Zarzuty Ireneusza Zarzeckiego i Wojciecha Czerwińskiego są prawdziwe?
- Wierzę w to, że Zarzecki przekazywał z kasy MPK pieniądze Kruczkowskiemu i jego ludziom. Ale pewnie sporą część z tych ponad 500 tysięcy wyprowadził dla siebie. Robili to w porozumieniu.
- Zarzecki twierdzi, że to była pożyczka na wybory.
- (śmiech) Jaka pożyczka?! Wiedział, że tego nie odzyska. Dopóki Kruczkowski był prezydentem, miał ochronę. Przez 5 lat żadne kontrole nie wykazały braku tych pieniędzy. Podobnie robiono w innych spółkach. Na przykład przed wyborami zatrudniano fikcyjne osoby czy też w papierach podwyższano pensje pracowników. I tak wyprowadzano pieniądze. Część szła na finansowanie spotkań towarzyskich, delegacji, reszta na wybory.
- A jak pan się znalazł w tym układzie?
- Byłem bardzo dobrym znajomym jednego z bliskich współpracowników Kruczkowskiego. On mi zaproponował, że można zarobić przy wyborach i w 2006, i w 2010 roku.
- Kruczkowskiego pan poznał?
- Tak. To było na jednym ze spotkań w Szczawnie-Zdroju w restauracji Legenda. Było to tylko uściśnięcie ręki, podczas którego ktoś, wskazując na mnie, powiedział: to jeden z naszych żołnierzy.
- Pan też łamał prawo.
- Doskonale to wiedziałem. W 2006 r. obiecano mi, że za dobrą robotę otrzymam pracę. Ale jej nie dostałem. W 2010 r. znów do mnie zadzwonili i powiedzieli, że można zarobić. I zapewnili mnie, że mogę liczyć na etat w wodociągach.
- Zaczął pan współpracować z prokuraturą, bo chce się wybielić?
- To przerwanie układu, jaki w tym mieście funkcjonował od wielu lat. Wiem, że brałem w tym udział i wypaczyliśmy wynik. Po wyborach dowiedziałem się, że prokuratura bada sprawę kupowania głosów. Po kilku dniach zgłosiłem się sam. Doszła do mnie informacja, że zostanę zatrzymany.
- Jaką mam gwarancję, że mówi pan prawdę?
- Prokuraturze przekazałem ważne dowody. Byłem też badany na wykrywaczu kłamstw i wyszło, że mówię prawdę.
- Ale nie chce się pan przedstawić.
- Z kilku powodów. Po pierwsze jest prowadzone postępowanie. Postawiono mi zarzuty kupowania głosów. Spodziewam się, że ten zarzut zostanie rozszerzony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Poza tym sąd w procesach wyborczych zakazał ujawniania mojego wizerunku. Do tego jestem świadkiem w innych sprawach.
Super Express
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2011/08/04
Ireneusz Zarzecki: Byłem za krótki żeby osobiście dawać haracze Chlebowskiemu
Ireneusz Zarzecki (50 l.) jako pierwszy złożył do prokuratury doniesienie o haraczach, jakie według niego wymuszali w Wałbrzychu politycy Platformy Obywatelskiej od członków swojej partii. Tylko nam opowiada o kulisach afery.
W jego zdumiewającą opowieść trudno uwierzyć. Opowiada, w jaki sposób wyciągał z publicznej spółki pieniądze, żeby oddawać je po cichu lokalnym działaczom PO - b. prezydentowi miasta Piotrowi Kruczkowskiemu (49 l.), posłom Izabeli Mrzygłockiej (52 l.) i Zbigniewowi Chlebowskiemu (47 l.) oraz senatorowi Romanowi Ludwiczukowi (54 l.). Sprawę już bada prokuratura. A Mrzygłocka i Ludwiczuk pozywają Zarzeckiego za naruszenie dóbr osobistych.
- Ile razy słyszał pan: płać na Platformę Obywatelską?
- Wiele razy. Zaczęło się w 2005 roku tuż przed wyborami. Kilka miesięcy wcześniej wstąpiłem do PO i zacząłem jeździć na zebrania. Dwa lub trzy razy w roku odbywały się sponsorowane szkolenia w Międzygórzu lub w pensjonatach w Walimiu. W niektórych uczestniczyli parlamentarzyści (m.in. Zbigniew Chlebowski, Roman Ludwiczuk, Izabela Mrzygłocka), lokalni politycy, w tym prezydent Piotr Kruczkowski, szefowie miejskich spółek. Na tych spotkaniach poza sprawami kampanijnymi, partyjnymi sugerowano nam, by płacić. Mówiono ogólnie o pożyczkach na działania wyborcze.
- I to wystarczyło, byście wykładali pieniądze?
- Przeważnie kilka dni po tych wyjazdach odbywały się spotkania indywidualne, w cztery oczy. Rozmowę taką przeprowadzał prezydent, jego ludzie, czasami parlamentarzyści. W ich trakcie padały określone sumy, prośby o pożyczkę. Zapewniano mnie: słuchaj stary, potrzebujemy kasę i oddamy.
- To miała być pożyczka?
- Jeśli chodzi o ten fundusz, to tak.
- Ile pan w ten sposób pożyczył? Skąd brał te pieniądze?
- To były pieniądze z MPK, którego byłem dyrektorem. Przekazywałem je w transzach po około 20-30 tysięcy złotych. Dla Mrzygłockiej w sumie jakieś 50-70 tys. w kilku transzach, dla Ludwiczuka około 40-50 tys. zł. Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają. Jemu lub jego ludziom przekazałem w sumie ok. 300 tys. zł.
- Łącznie z MPK zniknęło około 500 tys. zł. Był pan aż tak naiwny, że to się nie wyda?
- Liczyłem, że te pieniądze zostaną mi zwrócone. Przecież zaczęliśmy w Wałbrzychu rządzić trzecią kadencję. Oddanie takiej sumy było dla nich kwestią kilku miesięcy.
- Dawał pan im te pieniądze do ręki?
- Tak. Odbierał je prezydent, jego ludzie. Brali bez żadnych potwierdzeń, pokwitowań.
- Chlebowskiemu własnoręcznie też pan je przekazał?
- Powiedziano mi, że jestem za krótki na taki kontakt. Usłyszałem, by dać pieniądze Mrzygłockiej w trakcie imprezy w restauracji Legenda w Szczawnie-Zdroju, a ona da je Chlebowskiemu, który też był na tym przyjęciu.
- Jak te pieniądze były księgowane w MPK?
- Jako moje pożyczki. Brałem to na swoje barki. Cały czas liczyłem, że zwrócą mi te pieniądze. Kiedy dzwoniła do mnie osoba związana np. z prezydentem i mówiła: "słuchaj stary, potrzebujemy pieniędzy", to miałem kilkanaście dni na ich zorganizowanie.
- Jakie pan ma teraz dowody na to, że je dawał, skoro brak pokwitowań?
- Wiem, komu dawałem, ile dawałem i kiedy. Można to wszystko zweryfikować i liczę, że prokuratura to zrobi. Mam też kilka przelewów bankowych.
- Dlaczego tak późno zawiadomił pan o tym prokuraturę?
- Liczyłem na to, że wszystko będzie wyprostowane.
- Osoby, które pan wymienia, twierdzą, że nic od pana nie dostawały, że pan się mści za wyrzucenie z pracy.
- Jestem w stanie udowodnić moje słowa przed prokuraturą. Wszystkiego nie chcę mówić, by ci ludzie nie mieli czasu na przygotowanie linii obrony. Potrafię zestawić ze sobą ludzi, miejsca i udowodnić w ten sposób, że mam rację.
- Dawał im pan nie tylko pieniądze MPK, ale i swoje.
- Było kilka funduszy. Kolejny był zbierany z nagród. Dowiadywałem się od prezydenta, że dostanę nagrodę i słyszałem sugestie, że byłoby dobrze, gdybym połowę tej nagrody oddał na partię. Jednorazowo to było ok. 9 tys. zł. Takich nagród od 2005 roku dostałem dwie. Wpłaciłem więc niecałe 20 tysięcy złotych.
- Poza tym wskazał pan śledczym, że kolejne pieniądze co miesiąc zbierała prezes zamku Książ Barbara Grzegorczyk.
- To był kolejny fundusz. Miesięczne składki z pensji wynosiły ok. 500 zł. Jak ktoś nie dał jednego miesiąca, to kolejnego musiał oddać ten dług. Podobny mechanizm stosował senator Ludwiczuk, który pobierał od radnych i funkcyjnych po 400 zł miesięcznie. Te pieniądze zbierał starosta.
- Nie chciał pan pokwitowań, nie pytał, na co idą?
- Nie wiem gdzie te pieniądze trafiały. Jak sadzę, wydawano je na kampanię samorządową lub parlamentarną. Ale nikt ich nie księgował. W ten sposób na wybory wydawano dużo więcej, niż później wykazywano. Miałem niemal pewność, że nie tylko ja płacę. Jak spotykała się nasza grupa, to nie wszystko mówiono wprost, ale każdy wiedział, o co chodzi. I też pewnie płacili.
- To dlaczego teraz siedzą cicho?
- Według mnie, boją się mówić. Jestem niemal pewny, że wkrótce kolejna osoba złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie. W moim doniesieniu opisałem same fakty, pewne osoby będą w tej sprawie przesłuchiwane. Lepiej dla nich, aby wcześniej zaczęły mówić. To są ważni ludzie w Wałbrzychu. Mam świadomość, że odpalam bombę.
- Ale zanim ta bomba wybuchnie, to pan może trafić za kratki. Mogą pana aresztować za brak w MPK 500 tys. zł.
- Wiem, że tak może być. Ale udowodnię, co się stało z tymi pieniędzmi.
- Ma pan dowody w postaci nagrań, pism czy choćby świadków?
- To były zawsze spotkania jeden na jeden. Spotykałem się z Kruczkowskim w jego gabinecie, w moim gabinecie, w restauracjach.
- To może chociaż ktoś ważny z Wrocławia z PO w tych waszych zebraniach brał udział. Wie o wszystkim i teraz też nic nie mówi?
- Nie wiem, czy władze PO z Wrocławia wiedziały. Nikt z Wrocławia nie przyjeżdżał na te narady.
- Płacąc Kruczkowskiemu nie chciał się pan odwdzięczyć za załatwienie pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji?
- Nie dostałem się do tej spółki z nadania. W 2003 roku, kiedy odbywał się konkurs na szefa MPK, nie znałem jeszcze ani prezydenta Kruczkowskiego, ani polityków PO. Nie byłem także członkiem PO. Wygrałem uczciwy konkurs. Pokonałem ponad 20 innych kandydatów.
Super Express
W jego zdumiewającą opowieść trudno uwierzyć. Opowiada, w jaki sposób wyciągał z publicznej spółki pieniądze, żeby oddawać je po cichu lokalnym działaczom PO - b. prezydentowi miasta Piotrowi Kruczkowskiemu (49 l.), posłom Izabeli Mrzygłockiej (52 l.) i Zbigniewowi Chlebowskiemu (47 l.) oraz senatorowi Romanowi Ludwiczukowi (54 l.). Sprawę już bada prokuratura. A Mrzygłocka i Ludwiczuk pozywają Zarzeckiego za naruszenie dóbr osobistych.
- Ile razy słyszał pan: płać na Platformę Obywatelską?
- Wiele razy. Zaczęło się w 2005 roku tuż przed wyborami. Kilka miesięcy wcześniej wstąpiłem do PO i zacząłem jeździć na zebrania. Dwa lub trzy razy w roku odbywały się sponsorowane szkolenia w Międzygórzu lub w pensjonatach w Walimiu. W niektórych uczestniczyli parlamentarzyści (m.in. Zbigniew Chlebowski, Roman Ludwiczuk, Izabela Mrzygłocka), lokalni politycy, w tym prezydent Piotr Kruczkowski, szefowie miejskich spółek. Na tych spotkaniach poza sprawami kampanijnymi, partyjnymi sugerowano nam, by płacić. Mówiono ogólnie o pożyczkach na działania wyborcze.
- I to wystarczyło, byście wykładali pieniądze?
- Przeważnie kilka dni po tych wyjazdach odbywały się spotkania indywidualne, w cztery oczy. Rozmowę taką przeprowadzał prezydent, jego ludzie, czasami parlamentarzyści. W ich trakcie padały określone sumy, prośby o pożyczkę. Zapewniano mnie: słuchaj stary, potrzebujemy kasę i oddamy.
- To miała być pożyczka?
- Jeśli chodzi o ten fundusz, to tak.
- Ile pan w ten sposób pożyczył? Skąd brał te pieniądze?
- To były pieniądze z MPK, którego byłem dyrektorem. Przekazywałem je w transzach po około 20-30 tysięcy złotych. Dla Mrzygłockiej w sumie jakieś 50-70 tys. w kilku transzach, dla Ludwiczuka około 40-50 tys. zł. Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają. Jemu lub jego ludziom przekazałem w sumie ok. 300 tys. zł.
- Łącznie z MPK zniknęło około 500 tys. zł. Był pan aż tak naiwny, że to się nie wyda?
- Liczyłem, że te pieniądze zostaną mi zwrócone. Przecież zaczęliśmy w Wałbrzychu rządzić trzecią kadencję. Oddanie takiej sumy było dla nich kwestią kilku miesięcy.
- Dawał pan im te pieniądze do ręki?
- Tak. Odbierał je prezydent, jego ludzie. Brali bez żadnych potwierdzeń, pokwitowań.
- Chlebowskiemu własnoręcznie też pan je przekazał?
- Powiedziano mi, że jestem za krótki na taki kontakt. Usłyszałem, by dać pieniądze Mrzygłockiej w trakcie imprezy w restauracji Legenda w Szczawnie-Zdroju, a ona da je Chlebowskiemu, który też był na tym przyjęciu.
- Jak te pieniądze były księgowane w MPK?
- Jako moje pożyczki. Brałem to na swoje barki. Cały czas liczyłem, że zwrócą mi te pieniądze. Kiedy dzwoniła do mnie osoba związana np. z prezydentem i mówiła: "słuchaj stary, potrzebujemy pieniędzy", to miałem kilkanaście dni na ich zorganizowanie.
- Jakie pan ma teraz dowody na to, że je dawał, skoro brak pokwitowań?
- Wiem, komu dawałem, ile dawałem i kiedy. Można to wszystko zweryfikować i liczę, że prokuratura to zrobi. Mam też kilka przelewów bankowych.
- Dlaczego tak późno zawiadomił pan o tym prokuraturę?
- Liczyłem na to, że wszystko będzie wyprostowane.
- Osoby, które pan wymienia, twierdzą, że nic od pana nie dostawały, że pan się mści za wyrzucenie z pracy.
- Jestem w stanie udowodnić moje słowa przed prokuraturą. Wszystkiego nie chcę mówić, by ci ludzie nie mieli czasu na przygotowanie linii obrony. Potrafię zestawić ze sobą ludzi, miejsca i udowodnić w ten sposób, że mam rację.
- Dawał im pan nie tylko pieniądze MPK, ale i swoje.
- Było kilka funduszy. Kolejny był zbierany z nagród. Dowiadywałem się od prezydenta, że dostanę nagrodę i słyszałem sugestie, że byłoby dobrze, gdybym połowę tej nagrody oddał na partię. Jednorazowo to było ok. 9 tys. zł. Takich nagród od 2005 roku dostałem dwie. Wpłaciłem więc niecałe 20 tysięcy złotych.
- Poza tym wskazał pan śledczym, że kolejne pieniądze co miesiąc zbierała prezes zamku Książ Barbara Grzegorczyk.
- To był kolejny fundusz. Miesięczne składki z pensji wynosiły ok. 500 zł. Jak ktoś nie dał jednego miesiąca, to kolejnego musiał oddać ten dług. Podobny mechanizm stosował senator Ludwiczuk, który pobierał od radnych i funkcyjnych po 400 zł miesięcznie. Te pieniądze zbierał starosta.
- Nie chciał pan pokwitowań, nie pytał, na co idą?
- Nie wiem gdzie te pieniądze trafiały. Jak sadzę, wydawano je na kampanię samorządową lub parlamentarną. Ale nikt ich nie księgował. W ten sposób na wybory wydawano dużo więcej, niż później wykazywano. Miałem niemal pewność, że nie tylko ja płacę. Jak spotykała się nasza grupa, to nie wszystko mówiono wprost, ale każdy wiedział, o co chodzi. I też pewnie płacili.
- To dlaczego teraz siedzą cicho?
- Według mnie, boją się mówić. Jestem niemal pewny, że wkrótce kolejna osoba złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie. W moim doniesieniu opisałem same fakty, pewne osoby będą w tej sprawie przesłuchiwane. Lepiej dla nich, aby wcześniej zaczęły mówić. To są ważni ludzie w Wałbrzychu. Mam świadomość, że odpalam bombę.
- Ale zanim ta bomba wybuchnie, to pan może trafić za kratki. Mogą pana aresztować za brak w MPK 500 tys. zł.
- Wiem, że tak może być. Ale udowodnię, co się stało z tymi pieniędzmi.
- Ma pan dowody w postaci nagrań, pism czy choćby świadków?
- To były zawsze spotkania jeden na jeden. Spotykałem się z Kruczkowskim w jego gabinecie, w moim gabinecie, w restauracjach.
- To może chociaż ktoś ważny z Wrocławia z PO w tych waszych zebraniach brał udział. Wie o wszystkim i teraz też nic nie mówi?
- Nie wiem, czy władze PO z Wrocławia wiedziały. Nikt z Wrocławia nie przyjeżdżał na te narady.
- Płacąc Kruczkowskiemu nie chciał się pan odwdzięczyć za załatwienie pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji?
- Nie dostałem się do tej spółki z nadania. W 2003 roku, kiedy odbywał się konkurs na szefa MPK, nie znałem jeszcze ani prezydenta Kruczkowskiego, ani polityków PO. Nie byłem także członkiem PO. Wygrałem uczciwy konkurs. Pokonałem ponad 20 innych kandydatów.
Super Express
2011/08/03
Martwe dusze w Platformie: Co ustalił prokurator?
Prokuratura w Gorzowie prowadzi śledztwo w sprawie martwych dusz w miejscowej Platformie Obywatelskiej. Ale nie zabezpieczyła żadnych dokumentów, licząc na efekty wewnętrznego "śledztwa" partii. A tych na razie brak
Afera z tzw. pompowaniem kół w gorzowskiej PO wybuchła pod koniec maja br., gdy do prokuratury zgłosiła się mieszkanka Gorzowa. Pani Dorota od kilku lat dostawała życzenia świąteczne od posła Witolda Pahla. Tym razem przyszło pismo o skreśleniu jej z listy członków PO. Zdębiała. Do PO nigdy się nie zapisywała. Prokuratura Rejonowa wszczęła śledztwo w sprawie fałszowania dokumentów. Do niej zaczęli się zgłaszać kolejni fikcyjni członkowie Platformy.
Spekulowano, że liczba martwych dusz sięgać może nawet 300 osób. O takiej skali mówi także prokuratura. Po doniesieniach medialnych, m.in. "Gazety", lubuska centrala partii rozwiązała struktury w Gorzowie i powołała komisarza.
Do pączkowania kół (jest ich w mieście 14) miało dojść jeszcze w 2009 r., gdy frakcje szykowały się do walki o przywództwo w PO. W szeregach PO zaczęły krążyć plotki, że jeden z prominentnych działaczy gorzowskiej partii miał wyłożyć za kilkudziesięciu członków zalegających ze składkami blisko 15 tys. zł. Czy miało to wpływ na wynik wyborów, nie wiemy. Ostatnio z list gorzowskiej PO wykreślono 170 osób (nie opłacały składek).
Na jakim etapie jest prokuratorskie śledztwo? Rozwikłała się sprawa pani Doroty. Platforma przesłała śledczym oryginał deklaracji. Kobieta rozpoznała swój podpis, ale zastrzega, że złożyła go nieświadomie - ktoś musiał podsunąć jej dokument wraz z innymi, które podpisywała. Śledczy jednak nie umorzyli sprawy. Sprawdzają kolejne trzy zgłoszenia. Ale z oceną mają problem. Nie dysponują oryginałami ich deklaracji. - Przedstawiliśmy tym osobom jedynie wzory dokumentów, jakimi posługuje się Platforma. Nie potwierdziły, by widziały takie deklaracje wcześniej i je podpisały - tłumaczy Dariusz Domarecki, rzecznik gorzowskiej Prokuratury Okręgowej. Partia nie dosłała do tej pory oryginałów deklaracji. Ma to zrobić po wewnętrznym śledztwie. - Uzgodniliśmy, że komisarz przekaże nam wszystkie deklaracje, które wzbudzają wątpliwość. PO ma sprawdzić około 300 z ostatniego czasu. Faktycznie minęło sporo czasu, a dokumentów nie otrzymaliśmy - tłumaczy Domarecki.
Komisarz Leszek Turczyniak: - Pytamy członków, czy sami zapisali się do partii. Sprawdziliśmy około 100 osób. W żadnym przypadku nie było coś nie tak. Nie było konieczności przesłania dokumentów.
- Nie lepiej było przekazać całą dokumentację prokuraturze, a wewnętrzne śledztwo w partii przeprowadzić na kopiach dokumentów?
- Prokuratura nie stawiała takich żądań. Gdyby stawiała, oddalibyśmy dokumenty - tłumaczy Turczyniak.
Prokuratura nie powołała jeszcze biegłego grafologa. Zrobi to, gdy podejrzanych deklaracji przybędzie. A to może potrwać kilka miesięcy.
Tymczasem "Gazeta" dotarła do dokumentu z marca 2010 r. Skarbnik gorzowskiej PO odpowiada swojemu szefowi, dlaczego nie ma raportów kasowych, dowodów wpłat KP i zestawień dla poszczególnych kół. Tłumaczy, że w grudniu 2009 r. sekretarz powiatu wpłacił do kasy 17,5 tys. zł za składki z siedmiu kół. Stosowną dokumentację obiecał dosłać. Mimo że minęły trzy miesiące, tego nie zrobił.
- Nie mamy takiego dokumentu - przyznaje Domarecki.
Sprawę wpłaty 17,5 tys. zł próbowaliśmy wyjaśnić u samego wpłacającego. Nie odbierał telefonu. Za to Platforma zapewnia, że dokumentację uzupełniono. Dlaczego członkowie sami nie opłacali składek w swoich kołach, skoro to zwyczajowa praktyka? - W gorzowskim biurze panował chaos i bałagan. Potwierdzenia wpłat członków wpłynęły do biura regionu pod koniec ub. roku. Mamy je - tłumaczy Bożenna Bukiewicz, posłanka i szefowa lubuskiej PO.
- To normalne, że wysoki rangą działacz płaci gotówkę za szeregowych członków, ale nie przynosi dokumentacji? Donosi ją dopiero po roku? - pytamy.
- Niestety, to możliwe. Nie podobało mi się to od początku, ale tak robił tylko Gorzów. Komisja rewizyjna, wykazała masę nieprawidłowości. Głównie to braki w dokumentacji - odpowiada Bukiewicz. Przyznaje, że dotyczy to większości spośród 14 gorzowskich kół. Działacze do biura regionu odsyłali jedynie kopie deklaracji członkowskich. - Gdy zwróciliśmy się o oryginały, okazało się, że ich po prostu nie ma. Udało się na odnaleźć około 10 proc. oryginałów - dodaje Bukiewicz. - Nie bez powodu doszło do wprowadzenia komisarza. Poza tym to nienaturalne, by w tak krótkim czasie powiększyć liczbę członków. Po śledztwie wyciągniemy konsekwencje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Zielona Góra
Afera z tzw. pompowaniem kół w gorzowskiej PO wybuchła pod koniec maja br., gdy do prokuratury zgłosiła się mieszkanka Gorzowa. Pani Dorota od kilku lat dostawała życzenia świąteczne od posła Witolda Pahla. Tym razem przyszło pismo o skreśleniu jej z listy członków PO. Zdębiała. Do PO nigdy się nie zapisywała. Prokuratura Rejonowa wszczęła śledztwo w sprawie fałszowania dokumentów. Do niej zaczęli się zgłaszać kolejni fikcyjni członkowie Platformy.
Spekulowano, że liczba martwych dusz sięgać może nawet 300 osób. O takiej skali mówi także prokuratura. Po doniesieniach medialnych, m.in. "Gazety", lubuska centrala partii rozwiązała struktury w Gorzowie i powołała komisarza.
Do pączkowania kół (jest ich w mieście 14) miało dojść jeszcze w 2009 r., gdy frakcje szykowały się do walki o przywództwo w PO. W szeregach PO zaczęły krążyć plotki, że jeden z prominentnych działaczy gorzowskiej partii miał wyłożyć za kilkudziesięciu członków zalegających ze składkami blisko 15 tys. zł. Czy miało to wpływ na wynik wyborów, nie wiemy. Ostatnio z list gorzowskiej PO wykreślono 170 osób (nie opłacały składek).
Na jakim etapie jest prokuratorskie śledztwo? Rozwikłała się sprawa pani Doroty. Platforma przesłała śledczym oryginał deklaracji. Kobieta rozpoznała swój podpis, ale zastrzega, że złożyła go nieświadomie - ktoś musiał podsunąć jej dokument wraz z innymi, które podpisywała. Śledczy jednak nie umorzyli sprawy. Sprawdzają kolejne trzy zgłoszenia. Ale z oceną mają problem. Nie dysponują oryginałami ich deklaracji. - Przedstawiliśmy tym osobom jedynie wzory dokumentów, jakimi posługuje się Platforma. Nie potwierdziły, by widziały takie deklaracje wcześniej i je podpisały - tłumaczy Dariusz Domarecki, rzecznik gorzowskiej Prokuratury Okręgowej. Partia nie dosłała do tej pory oryginałów deklaracji. Ma to zrobić po wewnętrznym śledztwie. - Uzgodniliśmy, że komisarz przekaże nam wszystkie deklaracje, które wzbudzają wątpliwość. PO ma sprawdzić około 300 z ostatniego czasu. Faktycznie minęło sporo czasu, a dokumentów nie otrzymaliśmy - tłumaczy Domarecki.
Komisarz Leszek Turczyniak: - Pytamy członków, czy sami zapisali się do partii. Sprawdziliśmy około 100 osób. W żadnym przypadku nie było coś nie tak. Nie było konieczności przesłania dokumentów.
- Nie lepiej było przekazać całą dokumentację prokuraturze, a wewnętrzne śledztwo w partii przeprowadzić na kopiach dokumentów?
- Prokuratura nie stawiała takich żądań. Gdyby stawiała, oddalibyśmy dokumenty - tłumaczy Turczyniak.
Prokuratura nie powołała jeszcze biegłego grafologa. Zrobi to, gdy podejrzanych deklaracji przybędzie. A to może potrwać kilka miesięcy.
Tymczasem "Gazeta" dotarła do dokumentu z marca 2010 r. Skarbnik gorzowskiej PO odpowiada swojemu szefowi, dlaczego nie ma raportów kasowych, dowodów wpłat KP i zestawień dla poszczególnych kół. Tłumaczy, że w grudniu 2009 r. sekretarz powiatu wpłacił do kasy 17,5 tys. zł za składki z siedmiu kół. Stosowną dokumentację obiecał dosłać. Mimo że minęły trzy miesiące, tego nie zrobił.
- Nie mamy takiego dokumentu - przyznaje Domarecki.
Sprawę wpłaty 17,5 tys. zł próbowaliśmy wyjaśnić u samego wpłacającego. Nie odbierał telefonu. Za to Platforma zapewnia, że dokumentację uzupełniono. Dlaczego członkowie sami nie opłacali składek w swoich kołach, skoro to zwyczajowa praktyka? - W gorzowskim biurze panował chaos i bałagan. Potwierdzenia wpłat członków wpłynęły do biura regionu pod koniec ub. roku. Mamy je - tłumaczy Bożenna Bukiewicz, posłanka i szefowa lubuskiej PO.
- To normalne, że wysoki rangą działacz płaci gotówkę za szeregowych członków, ale nie przynosi dokumentacji? Donosi ją dopiero po roku? - pytamy.
- Niestety, to możliwe. Nie podobało mi się to od początku, ale tak robił tylko Gorzów. Komisja rewizyjna, wykazała masę nieprawidłowości. Głównie to braki w dokumentacji - odpowiada Bukiewicz. Przyznaje, że dotyczy to większości spośród 14 gorzowskich kół. Działacze do biura regionu odsyłali jedynie kopie deklaracji członkowskich. - Gdy zwróciliśmy się o oryginały, okazało się, że ich po prostu nie ma. Udało się na odnaleźć około 10 proc. oryginałów - dodaje Bukiewicz. - Nie bez powodu doszło do wprowadzenia komisarza. Poza tym to nienaturalne, by w tak krótkim czasie powiększyć liczbę członków. Po śledztwie wyciągniemy konsekwencje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Zielona Góra
2011/08/02
Czy kandydatów PO wspierały wałbrzyskie spółki?
Dwóch byłych prezesów miejskich spółek w Wałbrzychu twierdzi, że pieniądze z nich miały zasilić kampanie wyborcze kandydatów Platformy. Złożyli doniesienia do prokuratury.
O sprawie napisał wczoraj "Dziennik Gazeta Prawna". Pierwsze doniesienie złożył dwa tygodnie temu Wojciech Czerwiński, były prezes Miejskiego Zarządu Budynków. Twierdzi, że poprzedni prezydent Wałbrzycha Piotr Kruczkowski z PO domagał się od niego w ubiegłym roku 7 tys. zł w zamian za przyznaną nagrodę roczną wynoszącą 24 tys. zł. Kruczkowski miał przychodzić wielokrotnie, a gdy był ostatni raz w październiku, Czerwiński spotkanie nagrał. Nagranie ma prokuratura. "Gazeta" poznała treść tej rozmowy:
Kruczkowski: - No myślałeś coś?
Czerwiński: - Kurde, no coś tak... Ale za dużo ci nie dam.
Kruczkowski: - Ile?
Czerwiński: - 1500.
Kruczkowski: - Co ty kurde, na waciki?
Czerwiński: - Na waciki... No, mówię ci nie mam kasy.
Kruczkowski: - Kurde.
Czerwiński: - A poza tym Piotr, kurwa przyjąłeś mnie tu jako fachowca, do cholery, no nie?
Kruczkowski: - Zastanów się...
Przypomnijmy: Piotr Kruczkowski był prezydentem Wałbrzycha od 2002 r. Do dymisji podał się w maju, gdy sąd w Świdnicy orzekł, że podczas drugiej tury ubiegłorocznych wyborów samorządowych handlowano głosami i unieważnił je. Według świadków głosy na kandydatów Platformy, w tym Kruczkowskiego, kupowano za pieniądze i alkohol. On sam po wybuchu afery zapewniał, że nie ma z tym nic wspólnego.
W sprawie doniesienia Czerwińskiego Kruczkowski potwierdza, że przyszedł do niego prosić o pieniądze na kampanię wyborczą. - Tak samo, jak proszę o wsparcie moich znajomych, tak prosiłem o to Wojciecha Czerwińskiego, którego znam od kilkunastu lat - mówi. - Ale nie stawiałem mu żadnego ultimatum, zresztą on tych pieniędzy mi nie przekazał i nie spotkały go przecież za to żadne konsekwencje.
Jest jednak drugie doniesienie - Ireneusza Zarzeckiego, byłego prezesa wałbrzyskiego MPK, który twierdzi, że przekazywano pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów PO. Doniesienie w świdnickiej prokuraturze złożył w ubiegłym tygodniu, opisał w nim proceder. Według niego każdy z szefów spółek komunalnych był zobowiązany, by przed wyborami wypłacać z kasy pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów Platformy. "Co roku w spółkach, gdzie można było dać nagrodę obowiązkiem nagrodzonego było odpalić 1 lub 1,5 pensji netto w zależności, czy obdarowany dostał 2 lub 3 pensje nagrody" - pisze w doniesieniu, które poznała "Gazeta". Dodaje, że od 2005 r. każdy z szefów spółek miał dawać 500 zł ze swojej pensji.
Kto dostawał te pieniądze? Zarzecki twierdzi, że m.in. parlamentarzyści PO. Według niego w ten sposób na kampanię posłanki Katarzyny Mrzygłockiej musiał "znaleźć" 30 tys. zł. Wśród polityków, którzy z MPK mieli dostać w ten sposób pieniądze, miał być również Roman Ludwiczuk (senator) oraz Zbigniew Chlebowski (poseł). Natomiast - twierdzi był szef MPK - najwięcej miał wziąć sam Kruczkowski - ponad 200 tys. zł w ciągu kilku lat. "Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają" - pisze w doniesieniu Zarzecki.
Katarzyna Mrzygłocka ostro zaprzecza słowom Zarzeckiego. - To kłamstwo i absurd - mówi. Zapowiada, że pozwie b. szefa wałbrzyskiej komunikacji do sądu za zniesławienie.
Roman Ludwiczuk: - To jakiś żart? Nie chce mi się tego nawet komentować. Będę się w tej sprawie kontaktował z prawnikiem. Pana Zarzeckiego powinien przebadać psychiatra.
Piotr Kruczkowski również zaprzecza. - To piramidalna bzdura - mówi.
Wczoraj, do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę, Kruczkowski postanowił zawiesić swoje członkostwo w PO. Według niego Zarzecki, zgłaszając doniesienie, próbuje ratować się przed zarzutem defraudacji pieniędzy z MPK. W połowie lipca Andrzej Kosiór, nowy prezes tej spółki, ogłosił, że w kasie brakuje pół miliona złotych.
Sam Zarzecki w doniesieniu do prokuratury potwierdza, że wyprowadzał pieniądze z MPK. Twierdzi, że częściowo przelewał je na swoje prywatne konto, a częściowo przekazywał lokalnym politykom Platformy, którzy za pośrednictwem innych osób mieli później wpłacać je na fundusz wyborczy.
- Na razie toczy się w tej sprawie postępowanie przygotowawcze, ale należy się spodziewać wszczęcia śledztwa - mówi Ewa Ścierzyńska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.
Całą sprawę ujawniono w trakcie toczącej się kampanii wyborczej w Wałbrzychu. W nadchodzącą niedzielę rozpocznie się tam pierwsza tura powtórzonych wyborów na prezydenta miasta oraz w jednym okręgu wyborczym do rady miejskiej. Kandydatem popieranym przez PO jest Roman Szełemej (formalnie bezpartyjny), który zarządza Wałbrzychem jako komisarz powołany przez premiera.
PO nie ma już w Wałbrzychu żadnych struktur. Zostały rozwiązane w lutym, gdy prokuratura postawiła dwóm członkom PO zarzuty korupcji wyborczej. Struktury miały być odbudowane po zakończonych wyborach, ale Piotr Borys, wiceprzewodniczący dolnośląskiej PO, już zapowiada, że potrwa to znacznie dłużej. - Aż trudno uwierzyć w większość tych szokujących informacji, które wypłynęły w ostatnich dniach. Dlatego poczekamy, aż wszystko wyjaśni prokuratura i wtedy przystąpimy do odbudowy struktur. Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej - mówi Borys.
Źródło: Gazeta Wyborcza
O sprawie napisał wczoraj "Dziennik Gazeta Prawna". Pierwsze doniesienie złożył dwa tygodnie temu Wojciech Czerwiński, były prezes Miejskiego Zarządu Budynków. Twierdzi, że poprzedni prezydent Wałbrzycha Piotr Kruczkowski z PO domagał się od niego w ubiegłym roku 7 tys. zł w zamian za przyznaną nagrodę roczną wynoszącą 24 tys. zł. Kruczkowski miał przychodzić wielokrotnie, a gdy był ostatni raz w październiku, Czerwiński spotkanie nagrał. Nagranie ma prokuratura. "Gazeta" poznała treść tej rozmowy:
Kruczkowski: - No myślałeś coś?
Czerwiński: - Kurde, no coś tak... Ale za dużo ci nie dam.
Kruczkowski: - Ile?
Czerwiński: - 1500.
Kruczkowski: - Co ty kurde, na waciki?
Czerwiński: - Na waciki... No, mówię ci nie mam kasy.
Kruczkowski: - Kurde.
Czerwiński: - A poza tym Piotr, kurwa przyjąłeś mnie tu jako fachowca, do cholery, no nie?
Kruczkowski: - Zastanów się...
Przypomnijmy: Piotr Kruczkowski był prezydentem Wałbrzycha od 2002 r. Do dymisji podał się w maju, gdy sąd w Świdnicy orzekł, że podczas drugiej tury ubiegłorocznych wyborów samorządowych handlowano głosami i unieważnił je. Według świadków głosy na kandydatów Platformy, w tym Kruczkowskiego, kupowano za pieniądze i alkohol. On sam po wybuchu afery zapewniał, że nie ma z tym nic wspólnego.
W sprawie doniesienia Czerwińskiego Kruczkowski potwierdza, że przyszedł do niego prosić o pieniądze na kampanię wyborczą. - Tak samo, jak proszę o wsparcie moich znajomych, tak prosiłem o to Wojciecha Czerwińskiego, którego znam od kilkunastu lat - mówi. - Ale nie stawiałem mu żadnego ultimatum, zresztą on tych pieniędzy mi nie przekazał i nie spotkały go przecież za to żadne konsekwencje.
Jest jednak drugie doniesienie - Ireneusza Zarzeckiego, byłego prezesa wałbrzyskiego MPK, który twierdzi, że przekazywano pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów PO. Doniesienie w świdnickiej prokuraturze złożył w ubiegłym tygodniu, opisał w nim proceder. Według niego każdy z szefów spółek komunalnych był zobowiązany, by przed wyborami wypłacać z kasy pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów Platformy. "Co roku w spółkach, gdzie można było dać nagrodę obowiązkiem nagrodzonego było odpalić 1 lub 1,5 pensji netto w zależności, czy obdarowany dostał 2 lub 3 pensje nagrody" - pisze w doniesieniu, które poznała "Gazeta". Dodaje, że od 2005 r. każdy z szefów spółek miał dawać 500 zł ze swojej pensji.
Kto dostawał te pieniądze? Zarzecki twierdzi, że m.in. parlamentarzyści PO. Według niego w ten sposób na kampanię posłanki Katarzyny Mrzygłockiej musiał "znaleźć" 30 tys. zł. Wśród polityków, którzy z MPK mieli dostać w ten sposób pieniądze, miał być również Roman Ludwiczuk (senator) oraz Zbigniew Chlebowski (poseł). Natomiast - twierdzi był szef MPK - najwięcej miał wziąć sam Kruczkowski - ponad 200 tys. zł w ciągu kilku lat. "Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają" - pisze w doniesieniu Zarzecki.
Katarzyna Mrzygłocka ostro zaprzecza słowom Zarzeckiego. - To kłamstwo i absurd - mówi. Zapowiada, że pozwie b. szefa wałbrzyskiej komunikacji do sądu za zniesławienie.
Roman Ludwiczuk: - To jakiś żart? Nie chce mi się tego nawet komentować. Będę się w tej sprawie kontaktował z prawnikiem. Pana Zarzeckiego powinien przebadać psychiatra.
Piotr Kruczkowski również zaprzecza. - To piramidalna bzdura - mówi.
Wczoraj, do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę, Kruczkowski postanowił zawiesić swoje członkostwo w PO. Według niego Zarzecki, zgłaszając doniesienie, próbuje ratować się przed zarzutem defraudacji pieniędzy z MPK. W połowie lipca Andrzej Kosiór, nowy prezes tej spółki, ogłosił, że w kasie brakuje pół miliona złotych.
Sam Zarzecki w doniesieniu do prokuratury potwierdza, że wyprowadzał pieniądze z MPK. Twierdzi, że częściowo przelewał je na swoje prywatne konto, a częściowo przekazywał lokalnym politykom Platformy, którzy za pośrednictwem innych osób mieli później wpłacać je na fundusz wyborczy.
- Na razie toczy się w tej sprawie postępowanie przygotowawcze, ale należy się spodziewać wszczęcia śledztwa - mówi Ewa Ścierzyńska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.
Całą sprawę ujawniono w trakcie toczącej się kampanii wyborczej w Wałbrzychu. W nadchodzącą niedzielę rozpocznie się tam pierwsza tura powtórzonych wyborów na prezydenta miasta oraz w jednym okręgu wyborczym do rady miejskiej. Kandydatem popieranym przez PO jest Roman Szełemej (formalnie bezpartyjny), który zarządza Wałbrzychem jako komisarz powołany przez premiera.
PO nie ma już w Wałbrzychu żadnych struktur. Zostały rozwiązane w lutym, gdy prokuratura postawiła dwóm członkom PO zarzuty korupcji wyborczej. Struktury miały być odbudowane po zakończonych wyborach, ale Piotr Borys, wiceprzewodniczący dolnośląskiej PO, już zapowiada, że potrwa to znacznie dłużej. - Aż trudno uwierzyć w większość tych szokujących informacji, które wypłynęły w ostatnich dniach. Dlatego poczekamy, aż wszystko wyjaśni prokuratura i wtedy przystąpimy do odbudowy struktur. Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej - mówi Borys.
Źródło: Gazeta Wyborcza
2011/07/01
Firma straciła miliony. Europoseł PO oskarżony o niegospodarność
KRZYSZTOF L. MIAŁ DOPROWADZIĆ SPÓŁKĘ DO STRATY 2,7 MLN ZŁ
Poseł do Parlamentu Europejskiego z PO Krzysztof L. oraz trzy inne osoby zostały oskarżone w śledztwie dotyczącym zarządzania majątkiem Polskiego Stowarzyszenia Kart Młodzieżowych oraz upadłości spółki Campus.
Jak powiedziała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Aneta Skupień, akt oskarżenia w sprawie przesłano już do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Dodała, że zawarte w nim zarzuty dotyczą wyrządzenia Polskiemu Stowarzyszeniu Kart Młodzieżowych (PSKM) szkody majątkowej w wysokości 2 mln 738 tys. zł, podawania nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych stowarzyszenia oraz niezgłoszenia do sądu wniosku o upadłość spółki Campus.
Miliony za nic niewarte udziały
Szkoda poniesiona przez PSKM to według prokuratury efekt niekorzystnych dla stowarzyszenia rozliczeń ze spółką Campus. Prezesem obu podmiotów w latach objętych aktem oskarżenia był obecny eurodeputowany Krzysztof L.
2,2 mln zł PSKM straciło nie egzekwując od spółki Campus należności w tej kwocie i na zamianie w 2006 r. tej wierzytelności na 22 tys. udziałów w spółce. Natomiast 538 tys. zł stowarzyszenie straciło na objęciu w latach 2005 - 2006 za gotówkę kolejnych 5380 udziałów w spółce Campus. Według powołanego przez prokuraturę biegłego, udziały objęte w wyniku obu operacji były nic nie warte, bo Campus był już wówczas bankrutem.
Krzysztof L. miał też zezwolić na podanie nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych PSKM za lata 2004 i 2005. Chodzi o nieujęcie w dokumentach dwóch pożyczek dla Campusa w łącznej kwocie 1,9 mln zł - umowa z 2004 r. opiewała na 400 tys. zł., umowa z 2005 r. na 1,5 mln zł.
Krzysztof L. jest też oskarżony o niezgłoszenie wniosku o upadłość spółki Campus, co według biegłego z uwagi na stan jej finansów powinno nastąpić w 2005 r. Wniosek taki wpłynął do sądu dopiero w 2007 r. Upadłość spółki ogłoszono rok później.
Czworo oskarżonych
Zarzut wyrządzenia PSKM szkody w wielkich rozmiarach prokuratura przedstawiła w akcie oskarżenia również Dorocie O.-L., która była członkiem zarządu PSKM. O podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu PSKM oskarżona została także księgowa stowarzyszenia Beata N.-P. Natomiast o niezgłoszenie do upadłości Campusa oskarżono również innego członka zarządu tej spółki - Przemysława L.
Podejrzani - jak poinformowała prokurator Aneta Skupień - nie przyznali się w śledztwie do winy i odmówili składania wyjaśnień.
Wyrządzenie szkody majątkowej w wielkich rozmiarach jest ścigane z Kodeksu karnego, grozi za to do 10 lat więzienia. Za podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu finansowym na mocy ustawy o rachunkowości grozi do 2 lat pozbawienia wolności. Natomiast za ścigane z Kodeksu spółek handlowych niezgłoszenie wniosku o upadłość grozi do roku więzienia.
Wyroki już zapadały
W wątku śledztwa dotyczącym spółki Campus koszalińska prokuratura zarzuty przedstawiła wcześniej trzem innym członkom zarządu tej firmy. W dwóch przypadkach chodziło o niezgłoszenie wniosku o upadłość. Ta sprawa zakończyła się wnioskiem do sądu o uznanie ich za winnych, wymierzenie kar pieniężnych w wysokości 7 i 10 tys. zł. i umorzeniem postępowania na rok próby. 30 sierpnia 2010 r. Sąd Rejonowy w Iławie wydał orzeczenie zgodne z wnioskami prokuratury.
W trzecim przypadku do niezgłoszenia wniosku o upadłość doszedł zarzut spłacenia jednego z wierzycieli Campusa kosztem innych. To postępowanie zakończyło się aktem oskarżenia. Od maja br. spraw ta toczy się przed Sądem Rejonowym Gdańsk - Południe.
bgr/iga
TVN24.pl
Poseł do Parlamentu Europejskiego z PO Krzysztof L. oraz trzy inne osoby zostały oskarżone w śledztwie dotyczącym zarządzania majątkiem Polskiego Stowarzyszenia Kart Młodzieżowych oraz upadłości spółki Campus.
Jak powiedziała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Aneta Skupień, akt oskarżenia w sprawie przesłano już do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Dodała, że zawarte w nim zarzuty dotyczą wyrządzenia Polskiemu Stowarzyszeniu Kart Młodzieżowych (PSKM) szkody majątkowej w wysokości 2 mln 738 tys. zł, podawania nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych stowarzyszenia oraz niezgłoszenia do sądu wniosku o upadłość spółki Campus.
Miliony za nic niewarte udziały
Szkoda poniesiona przez PSKM to według prokuratury efekt niekorzystnych dla stowarzyszenia rozliczeń ze spółką Campus. Prezesem obu podmiotów w latach objętych aktem oskarżenia był obecny eurodeputowany Krzysztof L.
2,2 mln zł PSKM straciło nie egzekwując od spółki Campus należności w tej kwocie i na zamianie w 2006 r. tej wierzytelności na 22 tys. udziałów w spółce. Natomiast 538 tys. zł stowarzyszenie straciło na objęciu w latach 2005 - 2006 za gotówkę kolejnych 5380 udziałów w spółce Campus. Według powołanego przez prokuraturę biegłego, udziały objęte w wyniku obu operacji były nic nie warte, bo Campus był już wówczas bankrutem.
Krzysztof L. miał też zezwolić na podanie nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych PSKM za lata 2004 i 2005. Chodzi o nieujęcie w dokumentach dwóch pożyczek dla Campusa w łącznej kwocie 1,9 mln zł - umowa z 2004 r. opiewała na 400 tys. zł., umowa z 2005 r. na 1,5 mln zł.
Krzysztof L. jest też oskarżony o niezgłoszenie wniosku o upadłość spółki Campus, co według biegłego z uwagi na stan jej finansów powinno nastąpić w 2005 r. Wniosek taki wpłynął do sądu dopiero w 2007 r. Upadłość spółki ogłoszono rok później.
Czworo oskarżonych
Zarzut wyrządzenia PSKM szkody w wielkich rozmiarach prokuratura przedstawiła w akcie oskarżenia również Dorocie O.-L., która była członkiem zarządu PSKM. O podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu PSKM oskarżona została także księgowa stowarzyszenia Beata N.-P. Natomiast o niezgłoszenie do upadłości Campusa oskarżono również innego członka zarządu tej spółki - Przemysława L.
Podejrzani - jak poinformowała prokurator Aneta Skupień - nie przyznali się w śledztwie do winy i odmówili składania wyjaśnień.
Wyrządzenie szkody majątkowej w wielkich rozmiarach jest ścigane z Kodeksu karnego, grozi za to do 10 lat więzienia. Za podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu finansowym na mocy ustawy o rachunkowości grozi do 2 lat pozbawienia wolności. Natomiast za ścigane z Kodeksu spółek handlowych niezgłoszenie wniosku o upadłość grozi do roku więzienia.
Wyroki już zapadały
W wątku śledztwa dotyczącym spółki Campus koszalińska prokuratura zarzuty przedstawiła wcześniej trzem innym członkom zarządu tej firmy. W dwóch przypadkach chodziło o niezgłoszenie wniosku o upadłość. Ta sprawa zakończyła się wnioskiem do sądu o uznanie ich za winnych, wymierzenie kar pieniężnych w wysokości 7 i 10 tys. zł. i umorzeniem postępowania na rok próby. 30 sierpnia 2010 r. Sąd Rejonowy w Iławie wydał orzeczenie zgodne z wnioskami prokuratury.
W trzecim przypadku do niezgłoszenia wniosku o upadłość doszedł zarzut spłacenia jednego z wierzycieli Campusa kosztem innych. To postępowanie zakończyło się aktem oskarżenia. Od maja br. spraw ta toczy się przed Sądem Rejonowym Gdańsk - Południe.
bgr/iga
TVN24.pl
2011/06/13
Pijany POciąg Platformy!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi "umilaczami". Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu... Dziennikarzom Faktu udało się pojechać wesołym pociągiem, który zawiózł działaczy PO z Mazowsza do Gdańska
Aż się łezka w oku kręciła na widok radości działaczy Platformy Obywatelskiej. Lekko niczym sarenki wskakiwali w Warszawie do specjalnego pociągu, który nocą z piątku na sobotę powiózł ich na konwencję do Gdańska. Gdy tylko skład ruszył, od lokomotywy po ostatni wagon jak na partyjną komendę otworzyły się torby i plecaki, a stoliczki w przedziałach zapełniły się materiałami na zjazd!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi „umilaczami”. Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu...
Skład otrzymał kryptonim Błękitny i choć podróż trwała długie 8 godzin, wśród podróżnych szybko zyskał miano Błękitnej Strzały. Strzelano bowiem sobie w gardła w każdym wagonie – nie minęło więcej niż kwadrans od odjazdu z Warszawy Centralnej, gdy na stoliczkach w przedziałach pojawiły się butelki i puszki piwa. – Spokojnie, spokojnie, coś mocniejszego u nas w torbie też się znajdzie – zapewniali siebie wzajemnie uśmiechnięci delegaci Platformy. I jak obiecali, tak zrobili. Gdy puste puszki zaczęły wpadać do śmietniczek, a częściej wprost na podłogę, ich miejsce zajęły europejskie Finlandie, swojskie Wyborowe, a czasem nawet whisky. W ruch poszły plastikowe kubeczki, a ostry smak ognistych płynów gaszono słodkimi napojami gazowanymi.
Gdy towarzystwo mocno poweselało, nastał czas na zawiązanie nowych przyjaźni. W przedziałach zrobiło się luźno, za to zdecydowanie tłoczno na korytarzach. Przy papierosku wymieniano poglądy i żartowano. – Wiecie, czemu zamienili nam lokomotywę w Toruniu i teraz jedziemy w drugą stronę? – pytał jeden z działaczy kolegów, którzy rozsiedli się w wagonie WARS-u. – Bo Rydzyk nie pozwolił, żeby nasz pociąg przejechał przez jego miasto i kazał nam wracać – odpowiedział sam sobie. Radości z dowcipu nie było końca.
Kiedy minęliśmy Włocławek, pierwsi działacze nie wytrzymywali trudów podróży. Ale od czego są koledzy – mocno zmęczonego delegata ułożyli na czterech fotelach. – Chłopaki, to taka niespodzianka od nas dla was – zwrócili się do zdziwionych pasażerów. W sąsiednim przedziale huknęła tymczasem weselna przyśpiewka: „Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, pocałunek był za krótki!”... Wśród męskiej części delegacji wzrosła również chęć do dalszego integrowania się. – 6 dziewczyn poszło w tamtą stronę, idziemy – poganiał jeden drugiego.
W końcu pociąg usnął. Ranek zaczął się kolejką niewyspanych delegatów do baru: – Śniadanko polskie, jajecznica na maśle! – obsługa uwijała się jak w ukropie.
Kiedy pociąg dojeżdżał do Gdańska, organizatorzy wycieczki wysłali „przypominacza”. – Przypominacz! Dojeżdżamy! Pamiętajcie posprzątać butelki i puszki! Przypominacz... – wołał mężczyzna, zaglądając do każdego przedziału...
Fakt, Bartłomiej Łęczek
Aż się łezka w oku kręciła na widok radości działaczy Platformy Obywatelskiej. Lekko niczym sarenki wskakiwali w Warszawie do specjalnego pociągu, który nocą z piątku na sobotę powiózł ich na konwencję do Gdańska. Gdy tylko skład ruszył, od lokomotywy po ostatni wagon jak na partyjną komendę otworzyły się torby i plecaki, a stoliczki w przedziałach zapełniły się materiałami na zjazd!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi „umilaczami”. Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu...
Skład otrzymał kryptonim Błękitny i choć podróż trwała długie 8 godzin, wśród podróżnych szybko zyskał miano Błękitnej Strzały. Strzelano bowiem sobie w gardła w każdym wagonie – nie minęło więcej niż kwadrans od odjazdu z Warszawy Centralnej, gdy na stoliczkach w przedziałach pojawiły się butelki i puszki piwa. – Spokojnie, spokojnie, coś mocniejszego u nas w torbie też się znajdzie – zapewniali siebie wzajemnie uśmiechnięci delegaci Platformy. I jak obiecali, tak zrobili. Gdy puste puszki zaczęły wpadać do śmietniczek, a częściej wprost na podłogę, ich miejsce zajęły europejskie Finlandie, swojskie Wyborowe, a czasem nawet whisky. W ruch poszły plastikowe kubeczki, a ostry smak ognistych płynów gaszono słodkimi napojami gazowanymi.
Gdy towarzystwo mocno poweselało, nastał czas na zawiązanie nowych przyjaźni. W przedziałach zrobiło się luźno, za to zdecydowanie tłoczno na korytarzach. Przy papierosku wymieniano poglądy i żartowano. – Wiecie, czemu zamienili nam lokomotywę w Toruniu i teraz jedziemy w drugą stronę? – pytał jeden z działaczy kolegów, którzy rozsiedli się w wagonie WARS-u. – Bo Rydzyk nie pozwolił, żeby nasz pociąg przejechał przez jego miasto i kazał nam wracać – odpowiedział sam sobie. Radości z dowcipu nie było końca.
Kiedy minęliśmy Włocławek, pierwsi działacze nie wytrzymywali trudów podróży. Ale od czego są koledzy – mocno zmęczonego delegata ułożyli na czterech fotelach. – Chłopaki, to taka niespodzianka od nas dla was – zwrócili się do zdziwionych pasażerów. W sąsiednim przedziale huknęła tymczasem weselna przyśpiewka: „Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, pocałunek był za krótki!”... Wśród męskiej części delegacji wzrosła również chęć do dalszego integrowania się. – 6 dziewczyn poszło w tamtą stronę, idziemy – poganiał jeden drugiego.
W końcu pociąg usnął. Ranek zaczął się kolejką niewyspanych delegatów do baru: – Śniadanko polskie, jajecznica na maśle! – obsługa uwijała się jak w ukropie.
Kiedy pociąg dojeżdżał do Gdańska, organizatorzy wycieczki wysłali „przypominacza”. – Przypominacz! Dojeżdżamy! Pamiętajcie posprzątać butelki i puszki! Przypominacz... – wołał mężczyzna, zaglądając do każdego przedziału...
Fakt, Bartłomiej Łęczek
Delegaci Platformy gorsi od kiboli
Sterty butelek po wódce i piwie. Walające się po przedziałach śmieci, resztki jedzenia i dolatujący zewsząd odór jak z pijackiej meliny. To nie krajobraz po polskich pseudokibicach. Tak wyglądał specjalnie wynajęty pociąg, kiedy wysiedli z niego delegaci na sobotni zjazd Platformy Obywatelskiej.
Na niedzielną konwencję PO w Gdańsku delegaci podążali ze wszystkich stron Polski. Nie tylko dla małopolskich działaczy przygotowano specjalny skład pociągu. Jak relacjonował reporter RMF FM, tego składu nie dało się nie zauważyć. Był długi na 12 wagonów i nie mieścił się na peronie dworca Kraków Płaszów.
Wagony ściągane były z całego kraju. A w środku było czyściutko, schludnie i dużo miejsca. Podobne pociągi wyruszyły do Gdańska z całej Polski, także z Warszawy. Podróż nimi musiała być samą przyjemnością. Tym bardziej że wszyscy podróżni to sami swoi. Więc panował szampański humor i biesiadna wręcz atmosfera.
Dowód: filmiki, które już teraz krążą po Internecie. Jak widać na zdjęciach, politycy PO nie szczędzili sobie alkoholu. Z każdym kilometrem torów zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a repertuar śpiewanych piosenek był coraz szerszy.
Na dworcu w Gdańsku można było zobaczyć, co zostawili po sobie delegaci. Pociąg był kompletnie zarzucony pustymi butelkami po wódce i puszkami po piwie. Podobnie wyglądał po dotarciu do Warszawy z Gdańska. No cóż, dla podróżujących delegatów impreza była wyjątkowo udana.
- Nie widziałem tego pociągu. Nie słyszałem o tym. Poza tym usługa sprzątania była opłacona - skomentował nam poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz (31 l.). Co na to premier?
Superexpress
Na niedzielną konwencję PO w Gdańsku delegaci podążali ze wszystkich stron Polski. Nie tylko dla małopolskich działaczy przygotowano specjalny skład pociągu. Jak relacjonował reporter RMF FM, tego składu nie dało się nie zauważyć. Był długi na 12 wagonów i nie mieścił się na peronie dworca Kraków Płaszów.
Wagony ściągane były z całego kraju. A w środku było czyściutko, schludnie i dużo miejsca. Podobne pociągi wyruszyły do Gdańska z całej Polski, także z Warszawy. Podróż nimi musiała być samą przyjemnością. Tym bardziej że wszyscy podróżni to sami swoi. Więc panował szampański humor i biesiadna wręcz atmosfera.
Dowód: filmiki, które już teraz krążą po Internecie. Jak widać na zdjęciach, politycy PO nie szczędzili sobie alkoholu. Z każdym kilometrem torów zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a repertuar śpiewanych piosenek był coraz szerszy.
Na dworcu w Gdańsku można było zobaczyć, co zostawili po sobie delegaci. Pociąg był kompletnie zarzucony pustymi butelkami po wódce i puszkami po piwie. Podobnie wyglądał po dotarciu do Warszawy z Gdańska. No cóż, dla podróżujących delegatów impreza była wyjątkowo udana.
- Nie widziałem tego pociągu. Nie słyszałem o tym. Poza tym usługa sprzątania była opłacona - skomentował nam poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz (31 l.). Co na to premier?
Superexpress
2011/06/07
Partia pamięta o swoich: praca dla byłego burmistrza
Jego partia przegrała batalię o władzę w dzielnicy. Stracił burmistrzowską posadę, na wszelki wypadek poszedł na urlop bezpłatny i dzięki partyjnym kontaktom zdobył atrakcyjną posadę.
Chodzi o Ryszarda Zięciaka, w poprzedniej kadencji wiceburmistrza Ursynowa, wieloletniego działacza PO. Gdy w 2006 r. Platforma sekowała w wyborach "piskorczyków", Zięciak stracił mandat radnego. Jednak trzy lata później wrócił do łask i dostał od partii stanowisko wiceburmistrza Ursynowa.
Posada w nagrodę?
W ostatnich wyborach samorządowych na Ursynowie triumfował skłócony z partią Tuska lokalny komitet Nasz Ursynów, który w koalicji z PiS przejął władzę. Zięciak musiał odejść z władz Ursynowa, ale szybko znalazł sobie intratną posadę w instytucji kontrolowanej przez jego partyjnych kolegów z urzędu marszałkowskiego.
Dopiero co wprowadził się do dyrektorskiego gabinetu Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości w zabytkowej willi Gabriela Narutowicza przy ul. Parkowej, tuż obok Łazienek Królewskich, w tej samej, która ma stać się siedzibą Instytutu Lecha Wałesy. Oficjalnie Zięciak wygrał konkurs na to stanowisko.
- Szukałem nowych wyzwań. Dlatego gdy znalazłem ogłoszenie w internecie, zgłosiłem się - twierdzi Ryszard Zięciak. Jego partyjni koledzy są jednak przekonani, że tę posadę dostał dzięki znajomościom w urzędzie marszałkowskim kontrolowanym przez koalicję PO-PSL.
O stanowisko szefa walczyło dziewięć osób, w tym Grażyna Strzelec, nienależąca do żadnej partii wieloletnia szefowa MZN. - Startowałam, ale wygrał pan Zięciak. Widać był lepszy - mówi Grażyna Strzelec.
Inaczej widzą to koledzy z partii. Przypominają, że tak się dziwnie składa, że w konkursach organizowanych przez urząd marszałkowski najlepsi okazują się działacze PO i PSL.
- Zięciak stracił dobrą burmistrzowską pensję i rady nadzorcze. Narzekał, że brakuje mu pieniędzy. Szukał intratnej posady. Uderzył więc do kadrowego Platformy, czyli Marcina Kierwińskiego [wicemarszałek Mazowsza i sekretarz mazowieckiej PO nazywanym w partii "małym Schetyną"]. On od ręki znajduje kolegom z partii jakąś robotę - zdradza nam działacz PO.
- Ryszard Zięciak wygrał konkurs, bo według komisji był najlepszy. Nie mam nic więcej do dodania - ucina rozmowę Kierwiński.
- Burmistrzem Ryszard był nijakim. Na dodatek za jego rządów Platforma poniosła sromotną porażkę. I teraz w nagrodę dali mu posadę? - dziwi się Teresa Jurczyńska-Owczarek, radna Naszego Ursynowa.
PiS-owska metoda
Jeśli ktoś myśli, że nowa posada Zięciakowi wystarczyła, to się myli. Ryszard Zięciak lubi się zabezpieczyć. Sięgnął więc po metodę stosowaną w czasie rządów PiS. Pod koniec ub.r. skończyła mu się kadencja i powinien zrzec się stanowiska wiceburmistrza. Nie zrobił tego jednak: wziął urlop bezpłatny.
- Pod rządami Lecha Kaczyńskiego w ratuszu wymyślono konstrukcję urlopów bezpłatnych, które zabezpieczały prywatne interesy burmistrzów i wysokich urzędników, ale obciążały stołeczny budżet - przypomina Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka. Mechanizm był następujący: tuż przed końcem kadencji burmistrz składał wniosek o urlop bezpłatny. Gdy po wyborach okazywało się, że zmienił się układ polityczny i nie ma szans na reelekcję, mógł zażądać przyjęcia go z powrotem do urzędu. Dzięki temu, zgodnie z prawem pracy, ratusz musiał mu zaproponować stanowisko z pensją podobną do burmistrzowskiej (od 10 do 12 tys.) i to bez konkursu.
- Ostatnio z takim żądaniem przyszedł do nas były wiceburmistrz Targówka pod rządami PiS. W latach 2006-2010 był radnym i wiceburmistrzem na urlopie bezpłatnym. W ostatnich wyborach nie zdobył mandatu i ratusz musiał mu dać etat - mówi Grzegorz Zawistowski.
- To falandyzacja prawa pracy, niepotrzebny i nie do końca uczciwy parasol ochronny dla funkcjonariuszy partyjnych - mówił kilka dni temu Tomasz Andryszczyk, wtedy jeszcze rzecznik ratusza.
- Nie mogłem się nadziwić, gdy z kadr dostałem informację, że cały czas jest na urlopie bezpłatnym. A kadencja jego zarządu wygasła w grudniu ub.r. - mówi Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.
- Zięciak chciał się w ten sposób zabezpieczyć, gdy zorientował się, że Platforma traci władzę na Ursynowie. Mógł przecież w każdej chwili wrócić z urlopu i zażądać posady z burmistrzowską pensją - mówi jeden z działaczy warszawskiej Platformy.
Już wcześniej udowodnił, że potrafi walczyć o swoje. W poprzedniej kadencji prócz burmistrzowskiego fotelu dorabiał w radach nadzorczych TBS Południe (firma miejska) oraz PPKS Warszawa (spółka podległa wojewodzie). Za to dostawał rocznie dodatkowo 80 tys. zł.
O swoim urlopie bezpłatnym Ryszard Zięciak wypowiada się niechętnie. Podkreśla, że przepisy pozwalają na takie zachowanie.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Źródło: Gazeta Stołeczna
Chodzi o Ryszarda Zięciaka, w poprzedniej kadencji wiceburmistrza Ursynowa, wieloletniego działacza PO. Gdy w 2006 r. Platforma sekowała w wyborach "piskorczyków", Zięciak stracił mandat radnego. Jednak trzy lata później wrócił do łask i dostał od partii stanowisko wiceburmistrza Ursynowa.
Posada w nagrodę?
W ostatnich wyborach samorządowych na Ursynowie triumfował skłócony z partią Tuska lokalny komitet Nasz Ursynów, który w koalicji z PiS przejął władzę. Zięciak musiał odejść z władz Ursynowa, ale szybko znalazł sobie intratną posadę w instytucji kontrolowanej przez jego partyjnych kolegów z urzędu marszałkowskiego.
Dopiero co wprowadził się do dyrektorskiego gabinetu Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości w zabytkowej willi Gabriela Narutowicza przy ul. Parkowej, tuż obok Łazienek Królewskich, w tej samej, która ma stać się siedzibą Instytutu Lecha Wałesy. Oficjalnie Zięciak wygrał konkurs na to stanowisko.
- Szukałem nowych wyzwań. Dlatego gdy znalazłem ogłoszenie w internecie, zgłosiłem się - twierdzi Ryszard Zięciak. Jego partyjni koledzy są jednak przekonani, że tę posadę dostał dzięki znajomościom w urzędzie marszałkowskim kontrolowanym przez koalicję PO-PSL.
O stanowisko szefa walczyło dziewięć osób, w tym Grażyna Strzelec, nienależąca do żadnej partii wieloletnia szefowa MZN. - Startowałam, ale wygrał pan Zięciak. Widać był lepszy - mówi Grażyna Strzelec.
Inaczej widzą to koledzy z partii. Przypominają, że tak się dziwnie składa, że w konkursach organizowanych przez urząd marszałkowski najlepsi okazują się działacze PO i PSL.
- Zięciak stracił dobrą burmistrzowską pensję i rady nadzorcze. Narzekał, że brakuje mu pieniędzy. Szukał intratnej posady. Uderzył więc do kadrowego Platformy, czyli Marcina Kierwińskiego [wicemarszałek Mazowsza i sekretarz mazowieckiej PO nazywanym w partii "małym Schetyną"]. On od ręki znajduje kolegom z partii jakąś robotę - zdradza nam działacz PO.
- Ryszard Zięciak wygrał konkurs, bo według komisji był najlepszy. Nie mam nic więcej do dodania - ucina rozmowę Kierwiński.
- Burmistrzem Ryszard był nijakim. Na dodatek za jego rządów Platforma poniosła sromotną porażkę. I teraz w nagrodę dali mu posadę? - dziwi się Teresa Jurczyńska-Owczarek, radna Naszego Ursynowa.
PiS-owska metoda
Jeśli ktoś myśli, że nowa posada Zięciakowi wystarczyła, to się myli. Ryszard Zięciak lubi się zabezpieczyć. Sięgnął więc po metodę stosowaną w czasie rządów PiS. Pod koniec ub.r. skończyła mu się kadencja i powinien zrzec się stanowiska wiceburmistrza. Nie zrobił tego jednak: wziął urlop bezpłatny.
- Pod rządami Lecha Kaczyńskiego w ratuszu wymyślono konstrukcję urlopów bezpłatnych, które zabezpieczały prywatne interesy burmistrzów i wysokich urzędników, ale obciążały stołeczny budżet - przypomina Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka. Mechanizm był następujący: tuż przed końcem kadencji burmistrz składał wniosek o urlop bezpłatny. Gdy po wyborach okazywało się, że zmienił się układ polityczny i nie ma szans na reelekcję, mógł zażądać przyjęcia go z powrotem do urzędu. Dzięki temu, zgodnie z prawem pracy, ratusz musiał mu zaproponować stanowisko z pensją podobną do burmistrzowskiej (od 10 do 12 tys.) i to bez konkursu.
- Ostatnio z takim żądaniem przyszedł do nas były wiceburmistrz Targówka pod rządami PiS. W latach 2006-2010 był radnym i wiceburmistrzem na urlopie bezpłatnym. W ostatnich wyborach nie zdobył mandatu i ratusz musiał mu dać etat - mówi Grzegorz Zawistowski.
- To falandyzacja prawa pracy, niepotrzebny i nie do końca uczciwy parasol ochronny dla funkcjonariuszy partyjnych - mówił kilka dni temu Tomasz Andryszczyk, wtedy jeszcze rzecznik ratusza.
- Nie mogłem się nadziwić, gdy z kadr dostałem informację, że cały czas jest na urlopie bezpłatnym. A kadencja jego zarządu wygasła w grudniu ub.r. - mówi Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.
- Zięciak chciał się w ten sposób zabezpieczyć, gdy zorientował się, że Platforma traci władzę na Ursynowie. Mógł przecież w każdej chwili wrócić z urlopu i zażądać posady z burmistrzowską pensją - mówi jeden z działaczy warszawskiej Platformy.
Już wcześniej udowodnił, że potrafi walczyć o swoje. W poprzedniej kadencji prócz burmistrzowskiego fotelu dorabiał w radach nadzorczych TBS Południe (firma miejska) oraz PPKS Warszawa (spółka podległa wojewodzie). Za to dostawał rocznie dodatkowo 80 tys. zł.
O swoim urlopie bezpłatnym Ryszard Zięciak wypowiada się niechętnie. Podkreśla, że przepisy pozwalają na takie zachowanie.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Źródło: Gazeta Stołeczna
2011/06/06
Korupcja w mazowieckiej PO? "Dostał 50 tysięcy, obiecywał korzyści"
Czy członek władz mazowieckiej PO i kandydat do Sejmu Mariusz Popielarz przyjął 50 tys. zł w zamian za obietnicę korzyści? Tak twierdzi Roman Wargulewski, przedsiębiorca z Ostrołęki. – Najlepiej by było, gdyby pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii do czasu wyjaśnienia sprawy – komentuje sprawę ostrołęcki poseł PO Andrzej Kania.
Mariusz Popielarz jest szefem Platformy w Ostrołęce, miejskim radnym i kandydatem do Sejmu. – Przed ostatnimi wyborami samorządowymi pożyczyłem mu 50 tys. zł na kampanię. W zamian usłyszałem obietnicę rozmaitych korzyści, które mógłbym odnieść po wyborach, oraz zapowiedź zwrotu pieniędzy. Korzyści nie chciałem, ale na zwrot pieniędzy liczyłem. Nie dostałem ich do dziś – mówi „Wprost" Wargulewski, znany ostrołęcki przedsiębiorca, jeden z najbogatszych ludzi w mieście. Twierdzi, że pieniądze przekazał Popielarzowi w gotówce. Nie ma jednak na to żadnego dowodu. Jego wersję potwierdza za to działacz warszawskiej PO Mirosław Skorupski.
Popielarz zapewnia nas, że historia jest zmyślona. – Nie brałem od niego żadnych pieniędzy. Ta sprawa to dla mnie wizerunkowy kłopot i zależy mi na jak najszybszym jej wyjaśnieniu. Nie wykluczam, że Wargulewski jest inspirowany przez moich politycznych przeciwników – mówi. Popielarz złożył już w tej sprawie zawiadomienie na policji. Twierdzi, że Wargulewski go pomawia.
Z ustaleń „Wprost" wynika, że oskarżeniami wobec Popielarza zajmuje się obecnie władze PO. – To poważna sprawa, bardzo niekorzystna dla Platformy. Uważam, najlepiej by było, gdyby do czasu jej wyjaśnienia pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii – mówi nam poseł Platformy Andrzej Kania. Sprawą zainteresowała się także Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją. Po zapoznaniu się z wersjami obu stron przyznała rację Popielarzowi. Kwestię bada obecnie zarząd mazowieckiej PO.
Autor: Michał Krzymowsk
Mariusz Popielarz jest szefem Platformy w Ostrołęce, miejskim radnym i kandydatem do Sejmu. – Przed ostatnimi wyborami samorządowymi pożyczyłem mu 50 tys. zł na kampanię. W zamian usłyszałem obietnicę rozmaitych korzyści, które mógłbym odnieść po wyborach, oraz zapowiedź zwrotu pieniędzy. Korzyści nie chciałem, ale na zwrot pieniędzy liczyłem. Nie dostałem ich do dziś – mówi „Wprost" Wargulewski, znany ostrołęcki przedsiębiorca, jeden z najbogatszych ludzi w mieście. Twierdzi, że pieniądze przekazał Popielarzowi w gotówce. Nie ma jednak na to żadnego dowodu. Jego wersję potwierdza za to działacz warszawskiej PO Mirosław Skorupski.
Popielarz zapewnia nas, że historia jest zmyślona. – Nie brałem od niego żadnych pieniędzy. Ta sprawa to dla mnie wizerunkowy kłopot i zależy mi na jak najszybszym jej wyjaśnieniu. Nie wykluczam, że Wargulewski jest inspirowany przez moich politycznych przeciwników – mówi. Popielarz złożył już w tej sprawie zawiadomienie na policji. Twierdzi, że Wargulewski go pomawia.
Z ustaleń „Wprost" wynika, że oskarżeniami wobec Popielarza zajmuje się obecnie władze PO. – To poważna sprawa, bardzo niekorzystna dla Platformy. Uważam, najlepiej by było, gdyby do czasu jej wyjaśnienia pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii – mówi nam poseł Platformy Andrzej Kania. Sprawą zainteresowała się także Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją. Po zapoznaniu się z wersjami obu stron przyznała rację Popielarzowi. Kwestię bada obecnie zarząd mazowieckiej PO.
Autor: Michał Krzymowsk
Tusk wściekły na Schetynę. Szwagier marszałka rozbił listę PO do Senatu
arbary Zdrojewskiej, żony ministra kultury, może zabraknąć w jesiennych wyborach do Senatu. Niewykluczone, że jej miejsce zajmie senator Władysław Sidorowicz, którego PO już umieściła na szóstym miejscu na liście do Sejmu we Wrocławiu. Skąd takie zamieszanie? Działacze PO nieoficjalnie przyznają, że to przez marszałka Sejmu Grzegorza Schetynę i jego szwagra Konrada Rowińskiego
Rowiński to kandydat do Senatu z okręgu, w którego skład wchodzą powiaty m.in.: bolesławiecki, głogowski, jaworski, jeleniogórski, zgorzelecki, legnicki, złotoryjski, Jelenia Góra i Legnica.
- Tusk się wściekł. Sprawa wyszła na jaw, kiedy władze krajowe PO deklarowały, że na listach nie pojawią się członkowie rodzin kandydatów - zdradza jeden z działaczy wrocławskiej PO.
Ta zasada miała obowiązywać w całym kraju. Na start Bogdana i Barbary Zdrojewskich jeszcze na początku kwietnia też nie było zgody. Minister dostał nawet propozycję, na którą się nie zgodził, by pociągnąć wałbrzyską listę do Sejmu. Ostatecznie Zdrojewskim udało się przekonać władze PO, by z ich kandydowania nie robiły problemu. Problem powstał jednak, kiedy Zdrojewscy posłużyli Schetynie jako precedens.
Ale nazwiska tych, którzy będą się ubiegać o mandaty w Senacie, partia ma pokazać w tym tygodniu, przed sobotnim kongresem w Gdańsku.
- Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że będzie kilka ciekawych i miłych zaskoczeń - stwierdza ogólnikowo europoseł Piotr Borys, odpowiadający za kampanię wyborczą Platformy na Dolnym Śląsku. Nieobecności Zdrojewskiej komentować nie chce. Tak samo jak ewentualnej obecności wśród walczących o Senat Józefa Piniora. Nie jest tajemnicą, że PO zabiega o tę legendę Solidarności, byłego europosła i polityka SdPl. Ale nie ona jedna. Piniora chce ściągnąć do siebie również SLD. Mówi poseł Janusz Krasoń, szef dolnośląskich struktur tej partii: - Czekamy na jego ostateczną decyzję. Nie jest związany z Sojuszem, ale chciałbym, żeby znalazł się na naszych listach.
Pinior unika jakichkolwiek rozmów na ten temat. Platformę jednak goni czas, bo po 11 czerwca zamierza już zacząć przekonywanie do siebie wyborców. Nie może tego robić bez kandydatów, a o tych do Senatu rozmawia bardzo niechętnie.
Niemal pewne są trzy nazwiska: Jarosława Dudy i prof. Leona Kieresa, który zawalczy o mandat w podwrocławskich powiatach. W Wałbrzychu wystartuje zaś obecny senator Stanisław Jurcewicz. Kiedy PO ogłosi nazwiska wszystkich chętnych do Senatu, będzie jedyną partią w kraju, która wyłożyła już niemal wszystkie karty na stół. Premier ma obsadzić każde z 12 miejsc na wszystkich listach partii.
Karty wyłożył też Tomasz Misiak, którego PO nie chciała po tym, jak w 2009 r. związana z nim firma Work Service podpisała z Agencją Rozwoju Przemysłu umowę na doradztwo dla pracowników zwalnianych ze stoczni w Gdyni i Szczecinie. W 2008 r. Misiak był przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Ale "tematu Misiaka" w jesiennych wyborach w PO nie było. Czy podejmie go teraz Polskie Stronnictwo Ludowe? Tak pod koniec ubiegłego tygodnia pisał jeden z tabloidów. Misiak zaprzecza: - Takich rozmów nie było. Gdybym dostał taką propozycję, to się nad tym zastanowię. Duchowo do pracy wicepremiera Waldemara Pawlaka jest mi bardzo blisko. Misiak jest pewien, że wystartuje z własnego komitetu.
Magdalena Kozioł
Rowiński to kandydat do Senatu z okręgu, w którego skład wchodzą powiaty m.in.: bolesławiecki, głogowski, jaworski, jeleniogórski, zgorzelecki, legnicki, złotoryjski, Jelenia Góra i Legnica.
- Tusk się wściekł. Sprawa wyszła na jaw, kiedy władze krajowe PO deklarowały, że na listach nie pojawią się członkowie rodzin kandydatów - zdradza jeden z działaczy wrocławskiej PO.
Ta zasada miała obowiązywać w całym kraju. Na start Bogdana i Barbary Zdrojewskich jeszcze na początku kwietnia też nie było zgody. Minister dostał nawet propozycję, na którą się nie zgodził, by pociągnąć wałbrzyską listę do Sejmu. Ostatecznie Zdrojewskim udało się przekonać władze PO, by z ich kandydowania nie robiły problemu. Problem powstał jednak, kiedy Zdrojewscy posłużyli Schetynie jako precedens.
Ale nazwiska tych, którzy będą się ubiegać o mandaty w Senacie, partia ma pokazać w tym tygodniu, przed sobotnim kongresem w Gdańsku.
- Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że będzie kilka ciekawych i miłych zaskoczeń - stwierdza ogólnikowo europoseł Piotr Borys, odpowiadający za kampanię wyborczą Platformy na Dolnym Śląsku. Nieobecności Zdrojewskiej komentować nie chce. Tak samo jak ewentualnej obecności wśród walczących o Senat Józefa Piniora. Nie jest tajemnicą, że PO zabiega o tę legendę Solidarności, byłego europosła i polityka SdPl. Ale nie ona jedna. Piniora chce ściągnąć do siebie również SLD. Mówi poseł Janusz Krasoń, szef dolnośląskich struktur tej partii: - Czekamy na jego ostateczną decyzję. Nie jest związany z Sojuszem, ale chciałbym, żeby znalazł się na naszych listach.
Pinior unika jakichkolwiek rozmów na ten temat. Platformę jednak goni czas, bo po 11 czerwca zamierza już zacząć przekonywanie do siebie wyborców. Nie może tego robić bez kandydatów, a o tych do Senatu rozmawia bardzo niechętnie.
Niemal pewne są trzy nazwiska: Jarosława Dudy i prof. Leona Kieresa, który zawalczy o mandat w podwrocławskich powiatach. W Wałbrzychu wystartuje zaś obecny senator Stanisław Jurcewicz. Kiedy PO ogłosi nazwiska wszystkich chętnych do Senatu, będzie jedyną partią w kraju, która wyłożyła już niemal wszystkie karty na stół. Premier ma obsadzić każde z 12 miejsc na wszystkich listach partii.
Karty wyłożył też Tomasz Misiak, którego PO nie chciała po tym, jak w 2009 r. związana z nim firma Work Service podpisała z Agencją Rozwoju Przemysłu umowę na doradztwo dla pracowników zwalnianych ze stoczni w Gdyni i Szczecinie. W 2008 r. Misiak był przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Ale "tematu Misiaka" w jesiennych wyborach w PO nie było. Czy podejmie go teraz Polskie Stronnictwo Ludowe? Tak pod koniec ubiegłego tygodnia pisał jeden z tabloidów. Misiak zaprzecza: - Takich rozmów nie było. Gdybym dostał taką propozycję, to się nad tym zastanowię. Duchowo do pracy wicepremiera Waldemara Pawlaka jest mi bardzo blisko. Misiak jest pewien, że wystartuje z własnego komitetu.
Magdalena Kozioł
Subskrybuj:
Posty (Atom)