2012/03/03

Przyjaciel premiera zbuduje elektrownię atomową

Krzysztof Kilian to dobry menedżer, ale nie temu zawdzięcza prezesurę w PGE. Donald Tusk chciał mieć w największej spółce energetycznej swojego człowieka.


Tomasz Zadroga, poprzedni prezes Polskiej Grupy Energetycznej, podał się do dymisji po rozmowie z nowym ministrem skarbu Mikołajem Budzanowskim 14 grudnia 2011 r. Dokładnie tego samego dnia Krzysztof Kilian zrezygnował ze stanowiska wiceprezesa Polkomtela. Polkomtela właśnie kupił Zygmunt Solorz i chciał wprowadzić własnych ludzi.

Zadroga musiał odejść, bo był człowiekiem Grzegorza Schetyny. Poza tym między nim a nowym ministrem nie było chemii.

Rada nadzorcza PGE ogłosiła konkurs na nowego prezesa i członka zarządu. Zgodnie z prawem nie miała innego wyjścia. W radzie większość stanowią urzędnicy resortu skarbu, niezależnych członków jest tylko trzech.

Od razu zaczęły się plotki, że konkurs to formalność, bo to właśnie Kilian ma zastąpić Zadrogę w fotelu prezesa PGE. Według nieoficjalnych informacji ich źródłem było otoczenie Kiliana. - Chciał zaznaczyć terytorium, odstraszyć ewentualnych kontrkandydatów - opowiada osoba wtajemniczona w kulisy wyboru prezesa PGE.

To okazało się skuteczne - najgroźniejszy z możliwych przeciwników Paweł Skowroński, dotychczasowy wiceprezes spółki i jeden z najbardziej cenionych energetyków, w ogóle nie stanął do konkursu.

Z kancelarii premiera także wychodziły kontrolowane przecieki, że prezesem będzie Kilian. Uzasadnienie było dość kuriozalne - miał odpolitycznić spółkę. Rzeczywiście, Tomasz Zadroga zatrudnił na wielu stanowiskach członków PO, ale w końcu do ich pozbycia się nie był potrzebny przyjaciel premiera.

Procedura konkursu została ściśle dochowana. Stanęło do niego 33 kandydatów. Rada nadzorcza wybrała kilku do kolejnego etapu. Renomowana firma headhunterska Amrop sporządziła ich szczegółowe charakterystyki. Ale to była formalność, rada wybrała Kiliana i jego współpracowniczkę Bogusławę Maciejewską.

Czy głosowanie rady było jednomyślne? Jej przewodniczący Marcin Zieliński, dyrektor w resorcie skarbu, nie chce tego ujawnić. Ale według naszych informacji przynajmniej jeden członek rady głosował przeciw.

W otoczeniu premiera usłyszeliśmy, że Kilian został prezesem PGE, bo Donald Tusk chciał mieć w największej spółce energetycznej zaufanego człowieka. O tym, że jest dobrym znajomym premiera, może świadczyć to, że zarówno z nim, jak i z jego najbliższymi jest na ty. Komórki od nich odbiera bez względu na porę.

Premier liczył się z tym, że może być krytykowany za tę nominację. I w samej PO słychać takie głosy. - Wszystko dzieje się wewnątrz stada. Kiedyś Olek Grad i Grzegorz Schetyna mieli swoich ludzi w spółkach. Dzisiaj prezesów wyznaczają Jan Krzysztof Bielecki i Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera - mówi jeden z naszych rozmówców.

Inny broni Kiliana. - To nie jest przypadek "Staszka, który chciał się sprawdzić w biznesie" i dostał stołek prezesa w spółce energetycznej. Kilian był wiceprezesem w Polkomtelu, a kiedyś ministrem łączności. Zna się na biznesie. Ma zrestrukturyzować spółkę - twierdzi polityk bliski Tuskowi. - Prezesem takiej spółki nie mogła zostać przypadkowa osoba, to za duża odpowiedzialność, także dla nas - mówi osoba z resortu skarbu.

Kilian jest absolwentem Politechniki Gdańskiej. Z Donaldem Tuskiem i Janem Krzysztofem Bieleckim zna się jeszcze ze środowiska gdańskich liberałów z lat 80. Na początku lat 90. pracował w rządzie Hanny Suchockiej, był m.in. ministrem łączności. Potem poszedł do biznesu. Był doradcą w Banku Handlowym i w Morgan Stanley. W latach 1999-2008 założył własną firmę doradczą specjalizującą się w informatyce i telekomunikacji. W 2008 r. trafił do zarządu Polkomtela, za czasów rządu Donalda Tuska zasiadał w wielu rada nadzorczych - m.in. PKO PB i spółce PL.2012 koordynującej przygotowania do futbolowych mistrzostw.

Jeden z byłych pracowników Polkomtela przyznaje, że Kilian był szefem wymagającym, nawet bardzo. - Niejednemu drżały kolana, gdy stawał przed drzwiami jego gabinetu - mówi. A to dlatego, że Kilian nie toleruje niewiedzy. - Zanim się do niego poszło, trzeba było być przygotowanym do tematu na 150 proc. Jeśli ktoś się nie przygotował, mógł zostać skrzyczany - mówi nasz rozmówca. - Kilian ceni sobie profesjonalizm.

Jak poradzi sobie w spółce energetycznej? Nie ma żadnego doświadczenia, a to specyficzny sektor. - On bardzo szybko się uczy - zapewnia nasz rozmówca.

Gdy przychodził do Polkomtela, był w innej sytuacji niż dziś. Miał doświadczenie z resortu łączności, znał się na telekomunikacji. - Może nie na wszelkich aspektach, ale generalnie się orientował - zdradza nam osoba pamiętająca Kiliana z początków jego pracy w telekomie.

Trudno powiedzieć, czy zostając ministrem łączności, znał się na tym sektorze. Anna Streżyńska, była prezes UKE, która pamięta go z tamtego czasu, podkreśla, że na tle gabinetu wyróżniał się pozytywnie. - Ale w resorcie łączności, do którego także przyszedł jako ktoś zupełnie nowy, odnalazł się bez problemów. - Reprezentował rynkowe podejście do branży. Rozumiał zasady działania gospodarki rynkowej. To w tamtych czasach - monopoli na rynku - było bardzo świeże i odkrywcze - mówi Streżyńska. Słowa pochwały w jej ustach brzmią tym szczerzej, że Kilian jako wiceprezes Polkomtela nigdy nie ukrywał swojej niechęci do działań regulatora rynku. Sława osoby o świeżych poglądach ciągnęła się za Kilianem długo i to jej - zdaniem anonimowych rozmówców - zawdzięcza szybki rozwój swojej kariery.

W PGE będzie musiał się uczyć bardzo szybko Największy producent prądu w Polsce stoi przed olbrzymimi wyzwaniami - musi budować nowe elektrownie w Opolu i Turowie, które zastąpią stare, zbudowane jeszcze w PRL bloki. Ale najtrudniejsza będzie budowa pierwszej polskiej siłowni jądrowej. W sumie Kilian będzie odpowiadał za program inwestycyjny wart ok. 40 mld zł.

Najpierw musi podpisać umowę o pracę z PGE. Według nieoficjalnych informacji z kancelarii premiera chciał wzorem swego poprzednika Tomasza Zadrogi zasiadać również w zarządzie spółki-córki o nazwie PGE Energetyka Jądrowa. Zadroga w PGE zarobił w 2010 r. 533 tys. zł, w spółkach-córkach - aż 950 tys. zł. Jednak otoczenie premiera kręciło nosem - takie rzeczy źle wyglądają w tabloidach. Na razie nie rozwiązano tego problemu...

źródło: Gazeta Wyborcza

2012/03/01

Standardy Ministry

Sprawę opisała w styczniu ubiegłego roku lubelska Gazeta Wyborcza. Anna Glijer – obecnie szefowa gabinetu politycznego ministry Muchy – była wtedy członkiem komisji konkursowej w NFZ, która rozdzielała kontrakty między przychodniami i szpitalami. Mimo drastycznych cięć w kontraktach dostały je wtedy przychodnie należące do wpływowych działaczy PO. Jeśli kontrola w sprawie przyznawania kontraktów wykazałaby nieprawidłowości wobec winnych należy wyciągnąć konsekwencje- mówiła wtedy obecna ministra. I te konsekwencje wyciągnęła...

Startując w wyborach z listy PO, Glijer przedstawiła założenia programowe: program skierowany jest przede wszystkim do ludzi młodych w kontekście rynku pracy. I faktycznie. Kandydując z ostatniego miejsca Glijer dostała 7 wynik na liście i 2 176 głosów. To niezły wynik. "100 lat i 9100 netto!" - takie życzenia przed wyborami dostała na wallu facebooka od jednego ze znajomych. Życzenie prawie się spełniło. To, co prawda mniej niż zarabia szefowa gabinetu politycznego ministry sportu ale standard Młodych Demokratów -i tak niezły- zostaje spełniony.

W styczniu 2011 lokalna Gazeta opisuje bulwersującą sprawę kontraktów dla placówek ochrony zdrowia. Chodziło o przychodnie: Farmed, której właścicielem jest przewodniczący klubu Platformy w radzie miasta Stanisław Podgórski i Sanus należacej do Jacka Madeja. “Podczas trwania konkursów szefem lubelskiego oddziału NFZ był działacz PO Tomasz Pękalski (na początku grudnia 2010 awansował na członka zarządu województwa, gdzie odpowiadał za służbę zdrowia i kulturę). To właśnie Pękalski, zgodnie z regulaminem, ustalał skład wszystkich komisji konkursowych. Członkiem takiej komisji została m.in. Anna Glijer, także członkini PO (dostała w NFZ etat referenta we wrześniu 2010 roku pokonując w konkursie 44 kandydatów. Komisja z nią w składzie aż w 11 przypadkach przyznała kontrakty Sanusowi i Farmedowi.”- opisywałi w lubelskiej Gazecie Jacek Brzuszkiewicz i Piotr Kozłowski. I pytali: “Czy wpływ na to, że zdobyli kontrakty ma fakt, że członkiem komisji konkursowej w NFZ była Anna Glijer, w przeszłości asystentka posłanki Joanny Muchy i pracownica biura europosłanki Leny Kolarskiej-Bobińskiej z PO?”

Glijer nie zrezygnowała z zasiadania w komisji, mimo że każdy z jej członków musiał podpisać oświadczenie o bezstronności. Jeden z jego punktów określa jasno, że członek komisji konkursowej NFZ nie może być z właścicielem przychodni "w takim stosunku prawnym lub faktycznym, że może to budzić uzasadnione wątpliwości, co do jego bezstronności".

Joanna Mucha mówiła wtedy Wyborczej: - Anię Glijer znam bardzo dobrze. To niezwykle uczciwa i rzetelna osoba. Jednak, gdybym była członkiem komisji NFZ i miała rozstrzygać sprawy kontraktów dla moich kolegów partyjnych wyłączyłabym się z takiej komisji. Myślę, że to, że Ania tego nie zrobiła, wynika z jej braku doświadczenia i wyczulenia na kwestie ewentualnych konfliktów interesów.

Tę sprawę trzeba dogłębnie wyjaśnić, choćby dlatego, że cieniem na PO w Lublinie kładą się dwuznaczne sprawy interesów Marzeny Świnarskiej i żony Marka Flasińskiego - komentowała wtedy Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją.

źródło: 300polityka.pl

2012/02/28

Barycki jak bumerang

Warszawski działacz PO, któremu w przeszłości zarzucano konflikt interesów, znalazł zatrudnienie u posła Platformy Marcina Kierwińskiego.
Lech Barycki wszedł do polityki w 2007 r. i wkrótce został szefem gabinetu politycznego minister zdrowia. Ewa Kopacz podziękowała mu jednak za współpracę, gdy „Newsweek” ujawnił, że nieoficjalnie reprezentował firmę Falck Medycyna (pracowała tam jego żona) przejmującą państwowe przychodnie i szpitale. Barycki zarzeka się, że został zwolniony z przyczyn osobistych, bez związku z naszą publikacją. 
Tak czy inaczej, zaraz znalazł schronienie u ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Został członkiem jego gabinetu politycznego. To stanowisko stracił z kolei, gdy „Dziennik” napisał, że naciskał na samorządowców, by wsparli firmę, którą zarządzała jego żona.
Bezrobotnemu znów pomogli koledzy z partii, zatrudniając go w biurze regionu mazowieckiego PO. A ostatnio został (na część etatu) pracownikiem biura poselskiego Marcina Kierwińskiego. Dzięki tej posadzie ma stałą przepustkę do Sejmu, a więc nieograniczony dostęp do posłów. Kierwiński nie widzi problemu w przeszłości nowego pracownika. – To sprawy całkowicie zamknięte – stwierdza. Sam Barycki podkreśla, że prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, a w styczniu sąd nakazał „Dziennikowi” opublikowanie przeprosin w związku z naruszeniem jego dóbr osobistych (pomówienia o lobbing).
 Jednak zdaniem Grażyny Kopińskiej, specjalistki od korupcji z Fundacji Batorego, nie oznacza to, że sprawa jest tak jednoznaczna. – Zatrudnienie za sejmowe pieniądze osoby, która traciła stanowisko ze względu na podejrzenia o konflikt interesów, jest niewłaściwe – komentuje.
źródło: Newsweek

2012/02/13

Lekarz stracił pracę po telefonie posłanki PO

Wieloletni szef oddziału chirurgi szpitala w Goleniowie stracił posadę dwa dni po odesłaniu z kwitkiem do domu pewnego chorego (ordynator nie chciał natychmiast opatrzyć pacjenta, bo twierdził, że jego rana może poczekać). Jak się później okazało chory był mężem posłanki Platformy Obywatelskiej Magdaleny Kochan. W ciągu tych dwóch dni między spławieniem pacjenta, a otrzymaniem przez ordynatora wypowiedzenia wydarzyły się ciekawe rzeczy... Andrzej Miczko kierował oddziałem chirurgi goleniowskiego szpitala 6 lat. Właśnie skończył mu się kontrakt. Omal mu go nie przedłużono, bo dyrektor szpitala chciał mu dać obniżkę pensji. Ordynator - jak sugeruje "Gazeta Wyborcza", która opisała aferę - trochę się dąsał. W tym samym czasie do szpitala przyszedł pacjent z ręką wymagającą opatrzenia (było to 5 lutego). - Uznałem, że nie mogę zająć się nim na oddziale, bo bakterie z rany mogłyby tam się rozprzestrzenić. Nie było zagrożenia życia. Pacjent nie był u nas operowany. Powiedziałem, by następnego dnia zgłosił się do poradni. Z każdym Kowalskim tak samo bym postąpił - powiedział "Gazecie Wyborczej" lekarz. No i zaczęło się. Choć kilkanaście godzin po incydencie, Andrzej Miczko podpisał nowy kontrakt ze szpitalem (6 lutego), dzień później (7 lutego) już dostał wypowiedzenie. Dlaczego? Wiadomo na razie tyle, że przed wyrzuceniem go z pracy, do starostwa, które zawiaduje szpitalem (placówka jest w 100 proc. własnością powiatu) zadzwoniła posłanka Magdalena Kochan (PO). Sama przyznała w "Gazecie Wyborczej", że pytała starostę o lekarza, który miał źle potraktować jej męża na dyżurze w szpitalu. Ten z kolei przyznał, że po interwencji posłanki dzwonił do szpitala z pytaniem o Andrzeja Miczkę. Dyrektor placówki Dariusz Guziak też przyznaje otwarcie, że 7 lutego rozwiązał z chirurgiem kontrakt z dwumiesięcznym wypowiedzeniem: - Utraciłem do niego zaufanie - powiedział "Gazecie Wyborczej". W szczegóły nie chce się wdawać, bo "to sprawy szpitala". źródło: SuperExpress

2011/11/18

Folwark TVP Warszawa

Dzień Matki - na antenie minister rolnictwa z PSL Marek Sawicki składa życzenia mamom. Dzień dziecka - uśmiechnięty minister Sawicki w otoczeniu dzieci Szary budynek przy warszawskiej ulicy Jasna 14/16 w porównaniu ze szklanymi domami centrali telewizji publicznej na Woronicza nie wygląda imponująco. To siedziba TVP Warszawa, która chlubi się ponadpółwiekowymi tradycjami (pierwszy "Telewizyjny Kurier Warszawski" nadano w 1958 r.). Redakcja na stronie internetowej informuje, że "uznanie widzów zdobyły programy publicystyczne, kulturalne i interwencyjne". Ale po wielu rozmowach z jej pracownikami odnoszę wrażenie, że świetność TVP Warszawa (dawniej Warszawski Ośrodek Telewizyjny) przebrzmiała.

I nie chodzi o to, że nadaje tylko kilka godzin w ciągu dnia i dzieli częstotliwość z TVP Info (mniej zorientowany widz ich nie odróżni). - Z TVP Warszawa - mówią moi rozmówcy - źle się dzieje. Anonimowo, boją się.

Spotykamy się w kawiarni (z dala od Jasnej), prowadzę godzinne rozmowy przez telefon (dlatego swoich rozmówcom w tekście nadaję tylko numery). Wśród głównych odpowiedzialnych wskazują Tomasza Mazura, który w TVP Warszawa pracuje ponad dwa lata. Rozmówca nr 1 opowiada: - Robi prywatny folwark, na czym cierpi redakcja i jakość programu. Szefowa TVP Warszawa Aleksandra Zawłocka miała do niego bezgraniczne zaufanie. Nie zareagowała na żadną skargę. Mazur był do końca października p.o. zastępcy kierownika redakcji.

Rozmówca nr 2: - Nadzorował programy informacyjne. Po pytaniach "Gazety" pod koniec października o nieprawidłowości, zaczęło się zamiatanie pod dywan. Mazura odsunięto od "Kuriera Warszawskiego" i "Mazowieckiego". Zawłocka szefową była do 18 października. Gdy wygasł jej dyrektorski kontrakt, została m.in. przewodniczącą komisji kolaudacyjnej (będzie decydować o dopuszczaniu do anteny materiałów). P.o. dyrektora został teraz reporter z TVP Warszawa Sławomir Majcher. - Sprawuję tę funkcję od niedawna. Lepszej osoby do udzielania informacji niż rzecznik prasowy TVP pani nie znajdzie - odpowiada na pytanie o sytuację w stacji, którą to on teraz kieruje. Sawicki matkom i dzieciom Największą zmorą na Jasnej 14/16 - mówią pracownicy - jest upolitycznienie.

Moi rozmówcy opowiadają, że w redakcji dochodzi do scen kuriozalnych, najczęściej związanych z promowaniem PSL. - Na Dzień Matki dziennikarka dostała polecenie, żeby jechać nagrać ministra rolnictwa Marka Sawickiego, jak składa życzenia mamom - wspomina Rozmówca nr 1. Sprawdzam. Rzeczywiście 26 maja Sawicki składał na antenie TVP Warszawa życzenia mamom. Idę tym tropem i oglądam jeden z programów stacji - "Agro Kurier" - emitowany w Dniu Dziecka. A tam uśmiechnięty Sawicki w otoczeniu dzieci zapewnia, że "Ministerstwo Rolnictwa realizuje dwa wspaniałe programy: szklanka mleka i owoce w szkole, w których uczestniczy bardzo wiele dzieci". Rozmówca nr 2 przypomina inne historie. - Kamera TVP Warszawa pojechała kiedyś za min. Sawickim na dożynki do Podlaskiego! Co to ma wspólnego z Warszawą?! Nasza reporterka towarzyszyła mu również w Paryżu na targach spożywczych - mówi. W styczniu TVP Warszawa wybrała się za ministrem do Berlina na targi Grune Woche. Swój czas na antenie dostał też prezes PSL Waldemar Pawlak. W "Biznes Kurierze" z 26 kwietnia ukazał się wywiad z nim. W przydomowym ogródku, dziewięć minut, prawie pół programu. Niektórzy pracownicy TVP Warszawa należą do związanego z ludowcami Stowarzyszenia Dziennikarzy im. Władysława Reymonta, m.in. szefowa produkcji Iwona Michalczyk i prowadząca programy w tej stacji Jolanta Adamiec-Furgał.

Czy Mazur ma jakieś związki z PSL? Rozmówca nr 1 odpowiada: - Raczej wyczuwa koniunkturę. Na jego uroczystości poślubnej z Joanną Fudalą bawił się prezes Pawlak. Zdjęcia były na Facebooku, ale zniknęły po niedawnym tekście w "Gazecie" o powiązaniach pracowników TVP Info ze Stowarzyszeniem Reymonta. Pytam, jak w redakcji wyglądała ostatnia kampania wyborcza? Dziennikarze opowiadają o "chaosie". Mówią, że nie było spotkania z pełnomocnikami komitetów wyborczych ani losowania czasów i kolejności wystąpień w debatach. - W największej gorączce wyborczej, pod koniec września, Mazur był za granicą. Z Sycylii rozmawiał o sprawach związanych z programem - wspomina Rozmówca nr 2. Z kolei dziennikarz "Kuriera Warszawskiego" Jakub Sito, który przygotowywał m.in. materiały informacyjne o wyborach, jest jednocześnie producentem w firmie Psycho-Media, która robiła spoty wyborcze PO. O swoich związkach z Psycho-Media Sito pisze na swoim profilu GoldenLine.

Co na to p.o. dyrektora TVP Warszawa Sławomir Majcher? Odpowiada za pośrednictwem rzeczniczki TVP Joanny Stempień-Rogalińskiej: "Kampanię wyborczą dla KW PO RP zlecały TVP Warszawa dwie agencje reklamowe - Psychomedia i Propeller Film. Psychomedia zawarła z TVP Warszawa umowę ramową na świadczenie emisji reklam od 19.09.2011 do 18.09.2012 r. Firma jest reprezentowana przez właścicielkę p. Dorotę Lazar-Sito". I dodaje: "Nic nam nie wiadomo na temat rzekomego przygotowywania spotów wyborczych przez red. Jakuba Sito". Dorota Lazar-Sito jest żoną Jakuba Sito. A on sam w przesłanym nam oświadczeniu zapewniał: "Nie uczestniczyłem w realizacji jakichkolwiek audycji wyborczych przygotowywanych przez komitety wyborcze, nie agitowałem na rzecz jakiejkolwiek partii politycznej". "Gazeta" ma link z profilem Sito z Youtube'a (występuje tam jako Qba Sito, "scenarzysta i reżyser, ale nie tylko. Niezależny producent radiowy i telewizyjny. Autor reportaży, dokumentów, ale również form komercyjnych"). Na tym profilu wisi m.in. reklamówka wyborcza ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego, który dostał się do Sejmu z list PO. Psycho-Media wyprodukowało też dla TVP Warszawa dwa reportaże: "Twierdza" (o Forcie Sokolnickim na Żoliborzu) i "Łowcy" - o kieszonkowcach. Wyemitowano je w październiku. Jednym z dwóch autorów scenariusza i realizacji jest Jakub Sito. A montaż "Twierdzy" zrobił... "QbaS". Z żyrandola na antenę Moi informatorzy opowiadają, że jedną z pierwszych sugestii Mazura jako p.o. zastępcy kierownika (we wrześniu 2009 r.) było, by jego narzeczona Joanna Fudala prowadziła "Telewizyjny Kurier Warszawski". - Dziennikarze rozpoznali w niej aktorkę z reklamy sieci komórkowej, która siedziała na żyrandolu i mówiła, że jest potrzebą konsumenta - uśmiecha się Rozmówca nr 1. Fudala nie poradziła sobie, myliła się, była zdenerwowana. Sprawą zainteresował się branżowy "Presserwis". Fudalę zdjęto z anteny, ale wobec Mazura nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. Dziennikarze w rozmowie ze mną skarżą się, że redakcja została zdekompletowana, doświadczeni pracownicy odeszli. Rozmówca nr 1: - Ucierpieli ci, którzy nie chcieli wykonywać niemądrych poleceń. Jeśli Mazur chciał kogoś nagrodzić, to dał mu sześć dyżurów, a jeśli zmarginalizować, żadnego. Do tego system honoracyjny winduje zarobki "wiernych" do nieprawdopodobnych rozmiarów. A niektórych bierze się prawie głodem - dostają 1300 zł na rękę. We wrześniu tego roku dziennikarka Małgorzata Karolina Piekarska napisała na blogu: "W piątek mój szef wrzasnął w newsroomie: zamknijcie mordy, kurwa wasza mać, bo się pracować nie da". - To o Mazurze - mówią moi rozmówcy. Biznes, kolej i brat - Związki z biznesem i inne funkcje dyskwalifikują Mazura jako dziennikarza, a wcześniej też jako zarządzającego programami informacyjnymi - uważa mój rozmówca nr 1. Mazur do stycznia 2009 r. był prezesem spółki Dom Wydawniczy Krajowej Izby Gospodarczej SA. W 2008 r. współorganizował (jako szef rady programowej) Forum Gospodarcze EXEAST w Zamościu (patronat honorowy miał m.in. Waldemar Pawlak). Mazur zasiada też w stowarzyszeniu Polski Instytut Wspierania Mediów. P.o. szefa TVP Warszawa Sławomir Majcher zapytany o to zapewnia, że „od 2002 r. stowarzyszenie nie prowadzi działalności gospodarczej. Jest to stowarzyszenie »martwe « i nie realizuje ono żadnych projektów”. Ale realizuje. Właśnie PIWM był jednym z organizatorów EXEAST w 2008 r. Mazur jest w Instytucie (dane z KRS) prezesem zarządu, w którym są też właściciel firmy PR Ignacy Krasicki i rzecznik oraz szef wydziału promocji Kolei Mazowieckich Marcjusz Włodarczyk. Jak ustaliliśmy, brat Ignacego Krasickiego Beniamin, właściciel firmy ochroniarskiej, występował w jednym z odcinków "Biznes Kuriera". Co na to Majcher? "Ów pan wystąpił w felietonie dotyczącym przepisów i regulacji z zakresu prowadzenia biznesu. Była to krótka wypowiedź ekspercka" - odpowiedział nam poprzez rzeczniczkę TVP. - Mazur powinien dbać o merytoryczną zawartość ramówki, a skupia się na programach sponsorowanych, które w nazwie mają "kurier". Przez to kojarzą się z "Telewizyjnym Kurierem Warszawskim", programem informacyjnym z ogromnymi tradycjami - narzeka mój Rozmówca nr 2. Chodzi mu właśnie o "Agro Kurier", którego Mazur jest autorem (program współfinansuje Ministerstwo Rolnictwa, zapraszany jest minister Sawicki z PSL). Albo o "Biznes Kurier" (ukazywał się do czerwca, współfinansowała go organizacja Pracodawcy RP, w programie występował m.in. jej prezydent Andrzej Malinowski, który w latach 1990-2001 był członkiem PSL). Na tym nie koniec dziwnych obyczajów w "Kurierach". Np. w kwietniu reporter Łukasz Łubian zrobił wywiad ze swoim bratem Rafałem, weterynarzem z Garwolina (materiał o wiejskich weterynarzach opowiada tylko o nim). Łubian zwraca się w nim do brata "panie doktorze". - Czy zdarzyła się panu jakaś niebezpieczna sytuacja? - pyta. - Czasami kopnęła mnie krowa, raz mnie ganiał byk po polu - odpowiada bratu weterynarz Rafał Łubian. Rozmówca 3: - Skandaliczna sytuacja. Mazur jest odpowiedzialny za program jako wydawca. Za takie rzeczy wylatuje się z telewizji. Na antenie jest też program "KolejTV" realizowany przez kilka spółek kolejowych. Reklamowany jako program informacyjny, ale w tyłówce (napisach końcowych) można przeczytać nazwiska rzeczników dwóch spółek kolejowych. Obecny szef TVP Warszawa Sławomir Majcher zignorował nasze pytanie, czy nie ma w tym nic niewłaściwego. Napisał: „ »KolejTV « to audycja, której TVP Warszawa jest emitentem (umowa licencyjna z PKP Polskie Linie Kolejowe). PKP PLK współfinansuje koszty emisji 52 odcinków audycji. Za pokrycie kosztów emisji TVP Warszawa emituje podziękowania dla: PKP SA, PKP TLK SA, PKP Energetyka i PKP InterCity SA”. Majcher odpowiada. Mazura odsuwają A co z zarzutami pracowników TVP Warszawa wobec Mazura? - Anonimowych wypowiedzi pracowników TVP Warszawa nie komentuję. Tomasz Mazur uczestniczy w codziennych kolegiach zespołów informacyjnych ("Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego" i "Kuriera Mazowieckiego"), nadzorując ich pracę. Jednocześnie zajmuje się współredagowaniem audycji sponsorowanych, które dostarczają Oddziałowi przychód - odpowiedział nam Majcher. A kilka dni później Mazura odsunięto od programów informacyjnych. Sam Mazur odsyła do rzecznika TVP, podobnie jego była szefowa Aleksandra Zawłocka. - Nic nie wiem o żadnych nieprawidłowościach, a opowieści o zemstach koleżeńskich nie będę snuła - powiedziała mi. Pytana, czy dawała Mazurowi wolną rękę, odpowiada: - Nigdy niczego oczywiście nie narzucam dziennikarzom, nie mówię, jakich mają zapraszać gości i tak dalej. Rozmówca nr 3 podsumowuje: - Ta telewizja nadaje się do zburzenia i zbudowania na nowo. Nie walczy się o widza. W internecie zapowiadane są programy, których już nie ma, bo ich miejsce zajęły np. telezakupy emitowane o godz. 19, w najlepszym czasie antenowym. To marnowanie dorobku redakcji, która ma 50 lat i była zawsze blisko ludzi, nawet jeśli mówiła o dziurach na ulicy. Źródło: Gazeta Wyborcza Katarzyna Wiśniewska

2011/09/19

Kandydat PO robi kampanię za publiczne pieniądze?

Marcin Kierwiński, wicemarszałek Mazowsza i kandydat PO do Sejmu, króluje w wydawanych za publiczne pieniądze gazetkach dzielnic rządzonych przez jego partię. - Wykorzystuje swoją pozycję do darmowej reklamy - oburzają się kontrkandydaci. "Jestem od urodzenia warszawiakiem, tu się wychowałem, w Warszawie chodziłem do szkoły, tutaj mieszkam. Z satysfakcją obserwuję, jak miasto rozwija się i zmienia, dlatego też cenię sobie wspólne przedsięwzięcia z warszawskim samorządem" - pisze o sobie Kierwiński w gazecie "Kurier Wolski".

Pismo wydaje dzielnica Wola, gdzie rządzi PO. "Marcin Kierwiński życiowe priorytety ma poukładane od lat. Dobrze liczy unijne pieniądze, walczy z janosikowym [podatek płacony przez bogate samorządy na rzecz biedniejszych], wspiera rozwój naszej dzielnicy" - czytamy w "Bemowo News", innej gazetki dzielnicowej. Na Bemowie też rządzi PO. W piśmie zamieszczono wielkie zdjęcie wicemarszałka, który pozuje na tle bemowskiego ratusza. - Jestem aktywny. Dlatego gazety same się do mnie zgłaszają i proszą o wywiady. To nie ma nic wspólnego z kampanią wyborczą. Nigdzie tam nie ma informacji, że startuję do Sejmu. Trudno też, bym na czas kampanii rezygnował z pracy - mówi Marcin Kierwiński. - Wywiad został przeprowadzony z inicjatywy redaktora naczelnego "Bemowo News" i był zaplanowany od kilku miesięcy. Jego treść dotyczy istotnych dla mieszkańców Warszawy i Bemowa aspektów oraz nie nawiązuje w jakikolwiek sposób do zbliżających się wyborów parlamentarnych - zapewnia Michał Łukasik, rzecznik dzielnicy.

Murem za Kierwińskim stoi sztab wyborczy. - Nie widzę w tym nic złego. Takie wywiady wynikają z pracy Marcina Kierwińskiego jako marszałka - uważa Rafał Miastowski, burmistrz Bielan i koordynator kampanii PO w Warszawie. Zupełnie inaczej widzą to szeregowi kandydaci Platformy to Sejmu. Otóż politycy mogą wydać na kampanię określona ilość pieniędzy. W PO to - w zależności od miejsca - od 4 do ponad 30 tys. zł. A wywiad w gazecie jest darmowy i nie obciąża indywidualnego budżetu.

- Platforma ma mocną listę, a pieniędzy jest mało. Dlatego każdy darmowy wywiad jest na wagę złota - mówi poseł PO, który stara się o reelekcję. Marcin Kierwiński, wiceszef warszawskiej PO, to jeden z najbardziej wpływowych polityków Platformy. W partii nazywany jest "małym Schetyną" i "kadrowym PO". - Od ręki znajduje pracę wybranym przez siebie działaczom - zdradza nam jeden z polityków. Cztery lata temu bez powodzenia starował do Sejmu (dostał 1403 głosy). Dostał się za to do Rady Warszawy, którą opuścił, by wziąć od partii stanowisko wicemarszałka Mazowsza. - Jemu ciągle mało. Za wszelką cenę chce wejść do Sejmu, więc wykorzystuje swoją pozycję i reklamuje się za darmo. Jego ludzie wydzwaniają po dzielnicach i żądają publikacji wywiadu właśnie z nim. Koniecznie ze zdjęciem. To straszne świństwo. My, partyjne szaraczki, możemy tylko pomarzyć o takim wsparciu - narzeka jeden polityków PO. "Samorząd to dobra szkoła. Celująco ten egzamin zdał Marcin Kierwiński. (...) Takich ludzi potrzeba w Sejmie" - tak w spotach wyborczych zachwala wicemarszałka Mazowsza Grzegorz Schetyna. Ale chyba żaden polityk na warszawskiej liście PO nie wzbudza takiej niechęci wśród kolegów. Mimo porażki sprzed lat dostał bowiem świetne, piąte miejsce na warszawskiej liście kandydatów do Sejmu. Daleko za nim uplasowali się obecni posłowie: Tadeusz Ross, Alicja Dąbrowska czy Michał Szczerba.

Gazeta Stołeczna, autor: Dominika Olszewska

2011/08/06

AFERA W PO - Robert S.: Kupowałem głosy dla Platformy Obywatelskiej

Robert S. sam mówi o sobie: "byłem żołnierzem Kruczkowskiego". Piotra Kruczkowskiego (49 l.) - byłego prezydenta Wałbrzycha z Platformy Obywatelskiej, który stracił stanowisko po tym, jak sąd uznał, że przed wyborami doszło do korupcji. Jak wyglądało kupowanie głosów? Czy faktycznie zarządcy miejskich spółek musieli płacić w Wałbrzychu haracz na PO? Robert S. ujawnia nam szokujące szczegóły afery wałbrzyskiej.
- Ile głosów zostało kupionych w wyborach samorządowych w 2010 roku w Wałbrzychu?

- Nasza grupa "zrobiła" około 900 głosów, a takich grup było kilka. To dzięki nim Piotr Kruczkowski został prezydentem. Głosy kupowane były także podczas wyborów samorządowych w 2006 roku.

- Takich żołnierzy jak pan było wielu?

- Kilkadziesiąt osób. Najpierw dostawaliśmy listy z nazwiskami mieszkańców. Jechaliśmy do nich kilka dni przed wyborami, by się umówić. W dniu wyborów zawoziliśmy ich na głosowanie lub czekaliśmy pod okręgiem. Tylko ja otrzymałem kilka tysięcy złotych na ten cel. Pieniądze przekazał mi kierowca miejskiego radnego PO, który ma już zarzuty w tej sprawie.

- Jaką mieliście gwarancję, że zagłosują tak, jak chcecie?

- Był sposób. Najpierw do lokalu wyborczego wchodził nasz człowiek. Wrzucał do urny pustą kartkę, a wynosił na zewnątrz kartę do głosowania. Dogadanej osobie dawaliśmy kartę z zaznaczonymi już krzyżykami przy odpowiednich nazwiskach: radnych PO i Kruczkowskiego. Wchodziła z nią do lokalu, brała nową kartę, ale wrzucała do urny tę, którą dostała od nas. A pustą nam oddawała. Wtedy zakreślałem nazwiska i dawałem kolejnej osobie. I tak wkoło. Mieliśmy pewność, że głosują na naszych.

- Wcześniej w całym Wałbrzychu zorganizowaliście kilka tysięcy osób?

- Było ich mniej. Kolejnych załatwialiśmy przed okręgami wyborczymi. Wybieraliśmy pijaczków, środowisko kryminogenne. Podchodziłem do nich, mówiłem, że proponowałbym, by zagłosował na kandydatów PO do Rady Miasta i na prezydenta Piotra Kruczkowskiego. Dawaliśmy im po 20-30 zł za głos.

- I nikt nie powiadomił policji, że ich korumpujecie?

- Gdy pojawiała się policja, szybko zmieniałem miejsce. W pewnym momencie, podczas II tury wyborów prezydenckich w 2010 roku, dostaliśmy informację, że wg sondaży Kruczkowski przegrywa. Dowieziono nam gotówkę. Dochodziło do płacenia nawet po 100 zł za głos. Kruczkowski wygrał niewielką przewagą. W sumie na akcję w całym mieście poszło kilkadziesiąt tysięcy złotych.

- Dlaczego tak bardzo zależało wam, by wygrał Kruczkowski?

- On był parasolem ochronnym dla całego układu, który tu panował. Gdyby przegrał, byłby koniec. Dużo osób straciłoby pracę. Chodziło o to, by odpowiednie osoby, gwarantujące pozostanie szefów spółek na stanowiskach, dostały się do Ratusza. Wtedy utrzymamy władzę.

- A ci w spółkach rewanżowali się potem, płacąc Kruczkowskiemu?

- Od 2005 roku członkowie zarządów spółek płacili mu po 500 złotych miesięcznie. Płacił każdy. Nie mieli wyjścia, nie było możliwości niepłacenia, bo straciliby pracę, wypadali z układu.

- Jest pan pewny? To był ewidentny haracz?

- Piotr Kruczkowski wpadł na genialny pomysł, żeby do spółek miejskich wsadzić swoich ludzi. W zamian dostawał od nich pieniądze na kampanię. Za stanowiska płacili zarówno ludzie, którzy należeli do PO, jak i bezpartyjni. Byli to prezesi i członkowie zarządów około 8--9 spółek miejskich. W sumie kilkadziesiąt osób.

- Podobno mieli przekazywać także prowizje z nagród?

- Wszyscy tak robili. Oddawali nawet połowę z tych nagród.

- Dlaczego ci ludzie nic nie mówią?

- Boją się ważnych polityków PO z tego okręgu. Tak naprawdę czekają na wynik wyborów i na to, kto będzie rządził w mieście. Jeśli nieprzychylna im osoba, to jestem pewien, że zaczną mówić. Przecież dwie osoby już się wyłamały.

- Zarzuty Ireneusza Zarzeckiego i Wojciecha Czerwińskiego są prawdziwe?

- Wierzę w to, że Zarzecki przekazywał z kasy MPK pieniądze Kruczkowskiemu i jego ludziom. Ale pewnie sporą część z tych ponad 500 tysięcy wyprowadził dla siebie. Robili to w porozumieniu.

- Zarzecki twierdzi, że to była pożyczka na wybory.

- (śmiech) Jaka pożyczka?! Wiedział, że tego nie odzyska. Dopóki Kruczkowski był prezydentem, miał ochronę. Przez 5 lat żadne kontrole nie wykazały braku tych pieniędzy. Podobnie robiono w innych spółkach. Na przykład przed wyborami zatrudniano fikcyjne osoby czy też w papierach podwyższano pensje pracowników. I tak wyprowadzano pieniądze. Część szła na finansowanie spotkań towarzyskich, delegacji, reszta na wybory.

- A jak pan się znalazł w tym układzie?

- Byłem bardzo dobrym znajomym jednego z bliskich współpracowników Kruczkowskiego. On mi zaproponował, że można zarobić przy wyborach i w 2006, i w 2010 roku.

- Kruczkowskiego pan poznał?

- Tak. To było na jednym ze spotkań w Szczawnie-Zdroju w restauracji Legenda. Było to tylko uściśnięcie ręki, podczas którego ktoś, wskazując na mnie, powiedział: to jeden z naszych żołnierzy.

- Pan też łamał prawo.

- Doskonale to wiedziałem. W 2006 r. obiecano mi, że za dobrą robotę otrzymam pracę. Ale jej nie dostałem. W 2010 r. znów do mnie zadzwonili i powiedzieli, że można zarobić. I zapewnili mnie, że mogę liczyć na etat w wodociągach.

- Zaczął pan współpracować z prokuraturą, bo chce się wybielić?

- To przerwanie układu, jaki w tym mieście funkcjonował od wielu lat. Wiem, że brałem w tym udział i wypaczyliśmy wynik. Po wyborach dowiedziałem się, że prokuratura bada sprawę kupowania głosów. Po kilku dniach zgłosiłem się sam. Doszła do mnie informacja, że zostanę zatrzymany.

- Jaką mam gwarancję, że mówi pan prawdę?

- Prokuraturze przekazałem ważne dowody. Byłem też badany na wykrywaczu kłamstw i wyszło, że mówię prawdę.

- Ale nie chce się pan przedstawić.

- Z kilku powodów. Po pierwsze jest prowadzone postępowanie. Postawiono mi zarzuty kupowania głosów. Spodziewam się, że ten zarzut zostanie rozszerzony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Poza tym sąd w procesach wyborczych zakazał ujawniania mojego wizerunku. Do tego jestem świadkiem w innych sprawach.

Super Express

2011/08/04

Ireneusz Zarzecki: Byłem za krótki żeby osobiście dawać haracze Chlebowskiemu

Ireneusz Zarzecki (50 l.) jako pierwszy złożył do prokuratury doniesienie o haraczach, jakie według niego wymuszali w Wałbrzychu politycy Platformy Obywatelskiej od członków swojej partii. Tylko nam opowiada o kulisach afery.
W jego zdumiewającą opowieść trudno uwierzyć. Opowiada, w jaki sposób wyciągał z publicznej spółki pieniądze, żeby oddawać je po cichu lokalnym działaczom PO - b. prezydentowi miasta Piotrowi Kruczkowskiemu (49 l.), posłom Izabeli Mrzygłockiej (52 l.) i Zbigniewowi Chlebowskiemu (47 l.) oraz senatorowi Romanowi Ludwiczukowi (54 l.). Sprawę już bada prokuratura. A Mrzygłocka i Ludwiczuk pozywają Zarzeckiego za naruszenie dóbr osobistych.

- Ile razy słyszał pan: płać na Platformę Obywatelską?

- Wiele razy. Zaczęło się w 2005 roku tuż przed wyborami. Kilka miesięcy wcześniej wstąpiłem do PO i zacząłem jeździć na zebrania. Dwa lub trzy razy w roku odbywały się sponsorowane szkolenia w Międzygórzu lub w pensjonatach w Walimiu. W niektórych uczestniczyli parlamentarzyści (m.in. Zbigniew Chlebowski, Roman Ludwiczuk, Izabela Mrzygłocka), lokalni politycy, w tym prezydent Piotr Kruczkowski, szefowie miejskich spółek. Na tych spotkaniach poza sprawami kampanijnymi, partyjnymi sugerowano nam, by płacić. Mówiono ogólnie o pożyczkach na działania wyborcze.

- I to wystarczyło, byście wykładali pieniądze?

- Przeważnie kilka dni po tych wyjazdach odbywały się spotkania indywidualne, w cztery oczy. Rozmowę taką przeprowadzał prezydent, jego ludzie, czasami parlamentarzyści. W ich trakcie padały określone sumy, prośby o pożyczkę. Zapewniano mnie: słuchaj stary, potrzebujemy kasę i oddamy.

- To miała być pożyczka?

- Jeśli chodzi o ten fundusz, to tak.

- Ile pan w ten sposób pożyczył? Skąd brał te pieniądze?

- To były pieniądze z MPK, którego byłem dyrektorem. Przekazywałem je w transzach po około 20-30 tysięcy złotych. Dla Mrzygłockiej w sumie jakieś 50-70 tys. w kilku transzach, dla Ludwiczuka około 40-50 tys. zł. Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają. Jemu lub jego ludziom przekazałem w sumie ok. 300 tys. zł.

- Łącznie z MPK zniknęło około 500 tys. zł. Był pan aż tak naiwny, że to się nie wyda?

- Liczyłem, że te pieniądze zostaną mi zwrócone. Przecież zaczęliśmy w Wałbrzychu rządzić trzecią kadencję. Oddanie takiej sumy było dla nich kwestią kilku miesięcy.

- Dawał pan im te pieniądze do ręki?

- Tak. Odbierał je prezydent, jego ludzie. Brali bez żadnych potwierdzeń, pokwitowań.

- Chlebowskiemu własnoręcznie też pan je przekazał?

- Powiedziano mi, że jestem za krótki na taki kontakt. Usłyszałem, by dać pieniądze Mrzygłockiej w trakcie imprezy w restauracji Legenda w Szczawnie-Zdroju, a ona da je Chlebowskiemu, który też był na tym przyjęciu.

- Jak te pieniądze były księgowane w MPK?

- Jako moje pożyczki. Brałem to na swoje barki. Cały czas liczyłem, że zwrócą mi te pieniądze. Kiedy dzwoniła do mnie osoba związana np. z prezydentem i mówiła: "słuchaj stary, potrzebujemy pieniędzy", to miałem kilkanaście dni na ich zorganizowanie.

- Jakie pan ma teraz dowody na to, że je dawał, skoro brak pokwitowań?

- Wiem, komu dawałem, ile dawałem i kiedy. Można to wszystko zweryfikować i liczę, że prokuratura to zrobi. Mam też kilka przelewów bankowych.

- Dlaczego tak późno zawiadomił pan o tym prokuraturę?

- Liczyłem na to, że wszystko będzie wyprostowane.

- Osoby, które pan wymienia, twierdzą, że nic od pana nie dostawały, że pan się mści za wyrzucenie z pracy.

- Jestem w stanie udowodnić moje słowa przed prokuraturą. Wszystkiego nie chcę mówić, by ci ludzie nie mieli czasu na przygotowanie linii obrony. Potrafię zestawić ze sobą ludzi, miejsca i udowodnić w ten sposób, że mam rację.

- Dawał im pan nie tylko pieniądze MPK, ale i swoje.

- Było kilka funduszy. Kolejny był zbierany z nagród. Dowiadywałem się od prezydenta, że dostanę nagrodę i słyszałem sugestie, że byłoby dobrze, gdybym połowę tej nagrody oddał na partię. Jednorazowo to było ok. 9 tys. zł. Takich nagród od 2005 roku dostałem dwie. Wpłaciłem więc niecałe 20 tysięcy złotych.

- Poza tym wskazał pan śledczym, że kolejne pieniądze co miesiąc zbierała prezes zamku Książ Barbara Grzegorczyk.

- To był kolejny fundusz. Miesięczne składki z pensji wynosiły ok. 500 zł. Jak ktoś nie dał jednego miesiąca, to kolejnego musiał oddać ten dług. Podobny mechanizm stosował senator Ludwiczuk, który pobierał od radnych i funkcyjnych po 400 zł miesięcznie. Te pieniądze zbierał starosta.

- Nie chciał pan pokwitowań, nie pytał, na co idą?

- Nie wiem gdzie te pieniądze trafiały. Jak sadzę, wydawano je na kampanię samorządową lub parlamentarną. Ale nikt ich nie księgował. W ten sposób na wybory wydawano dużo więcej, niż później wykazywano. Miałem niemal pewność, że nie tylko ja płacę. Jak spotykała się nasza grupa, to nie wszystko mówiono wprost, ale każdy wiedział, o co chodzi. I też pewnie płacili.

- To dlaczego teraz siedzą cicho?

- Według mnie, boją się mówić. Jestem niemal pewny, że wkrótce kolejna osoba złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie. W moim doniesieniu opisałem same fakty, pewne osoby będą w tej sprawie przesłuchiwane. Lepiej dla nich, aby wcześniej zaczęły mówić. To są ważni ludzie w Wałbrzychu. Mam świadomość, że odpalam bombę.

- Ale zanim ta bomba wybuchnie, to pan może trafić za kratki. Mogą pana aresztować za brak w MPK 500 tys. zł.

- Wiem, że tak może być. Ale udowodnię, co się stało z tymi pieniędzmi.

- Ma pan dowody w postaci nagrań, pism czy choćby świadków?

- To były zawsze spotkania jeden na jeden. Spotykałem się z Kruczkowskim w jego gabinecie, w moim gabinecie, w restauracjach.

- To może chociaż ktoś ważny z Wrocławia z PO w tych waszych zebraniach brał udział. Wie o wszystkim i teraz też nic nie mówi?

- Nie wiem, czy władze PO z Wrocławia wiedziały. Nikt z Wrocławia nie przyjeżdżał na te narady.

- Płacąc Kruczkowskiemu nie chciał się pan odwdzięczyć za załatwienie pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji?

- Nie dostałem się do tej spółki z nadania. W 2003 roku, kiedy odbywał się konkurs na szefa MPK, nie znałem jeszcze ani prezydenta Kruczkowskiego, ani polityków PO. Nie byłem także członkiem PO. Wygrałem uczciwy konkurs. Pokonałem ponad 20 innych kandydatów.


Super Express

2011/08/03

Martwe dusze w Platformie: Co ustalił prokurator?

Prokuratura w Gorzowie prowadzi śledztwo w sprawie martwych dusz w miejscowej Platformie Obywatelskiej. Ale nie zabezpieczyła żadnych dokumentów, licząc na efekty wewnętrznego "śledztwa" partii. A tych na razie brak

Afera z tzw. pompowaniem kół w gorzowskiej PO wybuchła pod koniec maja br., gdy do prokuratury zgłosiła się mieszkanka Gorzowa. Pani Dorota od kilku lat dostawała życzenia świąteczne od posła Witolda Pahla. Tym razem przyszło pismo o skreśleniu jej z listy członków PO. Zdębiała. Do PO nigdy się nie zapisywała. Prokuratura Rejonowa wszczęła śledztwo w sprawie fałszowania dokumentów. Do niej zaczęli się zgłaszać kolejni fikcyjni członkowie Platformy.

Spekulowano, że liczba martwych dusz sięgać może nawet 300 osób. O takiej skali mówi także prokuratura. Po doniesieniach medialnych, m.in. "Gazety", lubuska centrala partii rozwiązała struktury w Gorzowie i powołała komisarza.

Do pączkowania kół (jest ich w mieście 14) miało dojść jeszcze w 2009 r., gdy frakcje szykowały się do walki o przywództwo w PO. W szeregach PO zaczęły krążyć plotki, że jeden z prominentnych działaczy gorzowskiej partii miał wyłożyć za kilkudziesięciu członków zalegających ze składkami blisko 15 tys. zł. Czy miało to wpływ na wynik wyborów, nie wiemy. Ostatnio z list gorzowskiej PO wykreślono 170 osób (nie opłacały składek).

Na jakim etapie jest prokuratorskie śledztwo? Rozwikłała się sprawa pani Doroty. Platforma przesłała śledczym oryginał deklaracji. Kobieta rozpoznała swój podpis, ale zastrzega, że złożyła go nieświadomie - ktoś musiał podsunąć jej dokument wraz z innymi, które podpisywała. Śledczy jednak nie umorzyli sprawy. Sprawdzają kolejne trzy zgłoszenia. Ale z oceną mają problem. Nie dysponują oryginałami ich deklaracji. - Przedstawiliśmy tym osobom jedynie wzory dokumentów, jakimi posługuje się Platforma. Nie potwierdziły, by widziały takie deklaracje wcześniej i je podpisały - tłumaczy Dariusz Domarecki, rzecznik gorzowskiej Prokuratury Okręgowej. Partia nie dosłała do tej pory oryginałów deklaracji. Ma to zrobić po wewnętrznym śledztwie. - Uzgodniliśmy, że komisarz przekaże nam wszystkie deklaracje, które wzbudzają wątpliwość. PO ma sprawdzić około 300 z ostatniego czasu. Faktycznie minęło sporo czasu, a dokumentów nie otrzymaliśmy - tłumaczy Domarecki.

Komisarz Leszek Turczyniak: - Pytamy członków, czy sami zapisali się do partii. Sprawdziliśmy około 100 osób. W żadnym przypadku nie było coś nie tak. Nie było konieczności przesłania dokumentów.

- Nie lepiej było przekazać całą dokumentację prokuraturze, a wewnętrzne śledztwo w partii przeprowadzić na kopiach dokumentów?

- Prokuratura nie stawiała takich żądań. Gdyby stawiała, oddalibyśmy dokumenty - tłumaczy Turczyniak.

Prokuratura nie powołała jeszcze biegłego grafologa. Zrobi to, gdy podejrzanych deklaracji przybędzie. A to może potrwać kilka miesięcy.

Tymczasem "Gazeta" dotarła do dokumentu z marca 2010 r. Skarbnik gorzowskiej PO odpowiada swojemu szefowi, dlaczego nie ma raportów kasowych, dowodów wpłat KP i zestawień dla poszczególnych kół. Tłumaczy, że w grudniu 2009 r. sekretarz powiatu wpłacił do kasy 17,5 tys. zł za składki z siedmiu kół. Stosowną dokumentację obiecał dosłać. Mimo że minęły trzy miesiące, tego nie zrobił.

- Nie mamy takiego dokumentu - przyznaje Domarecki.

Sprawę wpłaty 17,5 tys. zł próbowaliśmy wyjaśnić u samego wpłacającego. Nie odbierał telefonu. Za to Platforma zapewnia, że dokumentację uzupełniono. Dlaczego członkowie sami nie opłacali składek w swoich kołach, skoro to zwyczajowa praktyka? - W gorzowskim biurze panował chaos i bałagan. Potwierdzenia wpłat członków wpłynęły do biura regionu pod koniec ub. roku. Mamy je - tłumaczy Bożenna Bukiewicz, posłanka i szefowa lubuskiej PO.

- To normalne, że wysoki rangą działacz płaci gotówkę za szeregowych członków, ale nie przynosi dokumentacji? Donosi ją dopiero po roku? - pytamy.

- Niestety, to możliwe. Nie podobało mi się to od początku, ale tak robił tylko Gorzów. Komisja rewizyjna, wykazała masę nieprawidłowości. Głównie to braki w dokumentacji - odpowiada Bukiewicz. Przyznaje, że dotyczy to większości spośród 14 gorzowskich kół. Działacze do biura regionu odsyłali jedynie kopie deklaracji członkowskich. - Gdy zwróciliśmy się o oryginały, okazało się, że ich po prostu nie ma. Udało się na odnaleźć około 10 proc. oryginałów - dodaje Bukiewicz. - Nie bez powodu doszło do wprowadzenia komisarza. Poza tym to nienaturalne, by w tak krótkim czasie powiększyć liczbę członków. Po śledztwie wyciągniemy konsekwencje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Zielona Góra

2011/08/02

Czy kandydatów PO wspierały wałbrzyskie spółki?

Dwóch byłych prezesów miejskich spółek w Wałbrzychu twierdzi, że pieniądze z nich miały zasilić kampanie wyborcze kandydatów Platformy. Złożyli doniesienia do prokuratury.
O sprawie napisał wczoraj "Dziennik Gazeta Prawna". Pierwsze doniesienie złożył dwa tygodnie temu Wojciech Czerwiński, były prezes Miejskiego Zarządu Budynków. Twierdzi, że poprzedni prezydent Wałbrzycha Piotr Kruczkowski z PO domagał się od niego w ubiegłym roku 7 tys. zł w zamian za przyznaną nagrodę roczną wynoszącą 24 tys. zł. Kruczkowski miał przychodzić wielokrotnie, a gdy był ostatni raz w październiku, Czerwiński spotkanie nagrał. Nagranie ma prokuratura. "Gazeta" poznała treść tej rozmowy:

Kruczkowski: - No myślałeś coś?
Czerwiński: - Kurde, no coś tak... Ale za dużo ci nie dam.

Kruczkowski: - Ile?

Czerwiński: - 1500.

Kruczkowski: - Co ty kurde, na waciki?

Czerwiński: - Na waciki... No, mówię ci nie mam kasy.

Kruczkowski: - Kurde.

Czerwiński: - A poza tym Piotr, kurwa przyjąłeś mnie tu jako fachowca, do cholery, no nie?

Kruczkowski: - Zastanów się...

Przypomnijmy: Piotr Kruczkowski był prezydentem Wałbrzycha od 2002 r. Do dymisji podał się w maju, gdy sąd w Świdnicy orzekł, że podczas drugiej tury ubiegłorocznych wyborów samorządowych handlowano głosami i unieważnił je. Według świadków głosy na kandydatów Platformy, w tym Kruczkowskiego, kupowano za pieniądze i alkohol. On sam po wybuchu afery zapewniał, że nie ma z tym nic wspólnego.

W sprawie doniesienia Czerwińskiego Kruczkowski potwierdza, że przyszedł do niego prosić o pieniądze na kampanię wyborczą. - Tak samo, jak proszę o wsparcie moich znajomych, tak prosiłem o to Wojciecha Czerwińskiego, którego znam od kilkunastu lat - mówi. - Ale nie stawiałem mu żadnego ultimatum, zresztą on tych pieniędzy mi nie przekazał i nie spotkały go przecież za to żadne konsekwencje.

Jest jednak drugie doniesienie - Ireneusza Zarzeckiego, byłego prezesa wałbrzyskiego MPK, który twierdzi, że przekazywano pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów PO. Doniesienie w świdnickiej prokuraturze złożył w ubiegłym tygodniu, opisał w nim proceder. Według niego każdy z szefów spółek komunalnych był zobowiązany, by przed wyborami wypłacać z kasy pieniądze na fundusz wyborczy kandydatów Platformy. "Co roku w spółkach, gdzie można było dać nagrodę obowiązkiem nagrodzonego było odpalić 1 lub 1,5 pensji netto w zależności, czy obdarowany dostał 2 lub 3 pensje nagrody" - pisze w doniesieniu, które poznała "Gazeta". Dodaje, że od 2005 r. każdy z szefów spółek miał dawać 500 zł ze swojej pensji.

Kto dostawał te pieniądze? Zarzecki twierdzi, że m.in. parlamentarzyści PO. Według niego w ten sposób na kampanię posłanki Katarzyny Mrzygłockiej musiał "znaleźć" 30 tys. zł. Wśród polityków, którzy z MPK mieli dostać w ten sposób pieniądze, miał być również Roman Ludwiczuk (senator) oraz Zbigniew Chlebowski (poseł). Natomiast - twierdzi był szef MPK - najwięcej miał wziąć sam Kruczkowski - ponad 200 tys. zł w ciągu kilku lat. "Najwięcej zagarniał Piotr Kruczkowski, który jasno mówił, że jak jego nie będzie w ratuszu, to i nas pozamiatają" - pisze w doniesieniu Zarzecki.

Katarzyna Mrzygłocka ostro zaprzecza słowom Zarzeckiego. - To kłamstwo i absurd - mówi. Zapowiada, że pozwie b. szefa wałbrzyskiej komunikacji do sądu za zniesławienie.

Roman Ludwiczuk: - To jakiś żart? Nie chce mi się tego nawet komentować. Będę się w tej sprawie kontaktował z prawnikiem. Pana Zarzeckiego powinien przebadać psychiatra.

Piotr Kruczkowski również zaprzecza. - To piramidalna bzdura - mówi.

Wczoraj, do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę, Kruczkowski postanowił zawiesić swoje członkostwo w PO. Według niego Zarzecki, zgłaszając doniesienie, próbuje ratować się przed zarzutem defraudacji pieniędzy z MPK. W połowie lipca Andrzej Kosiór, nowy prezes tej spółki, ogłosił, że w kasie brakuje pół miliona złotych.

Sam Zarzecki w doniesieniu do prokuratury potwierdza, że wyprowadzał pieniądze z MPK. Twierdzi, że częściowo przelewał je na swoje prywatne konto, a częściowo przekazywał lokalnym politykom Platformy, którzy za pośrednictwem innych osób mieli później wpłacać je na fundusz wyborczy.

- Na razie toczy się w tej sprawie postępowanie przygotowawcze, ale należy się spodziewać wszczęcia śledztwa - mówi Ewa Ścierzyńska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.

Całą sprawę ujawniono w trakcie toczącej się kampanii wyborczej w Wałbrzychu. W nadchodzącą niedzielę rozpocznie się tam pierwsza tura powtórzonych wyborów na prezydenta miasta oraz w jednym okręgu wyborczym do rady miejskiej. Kandydatem popieranym przez PO jest Roman Szełemej (formalnie bezpartyjny), który zarządza Wałbrzychem jako komisarz powołany przez premiera.

PO nie ma już w Wałbrzychu żadnych struktur. Zostały rozwiązane w lutym, gdy prokuratura postawiła dwóm członkom PO zarzuty korupcji wyborczej. Struktury miały być odbudowane po zakończonych wyborach, ale Piotr Borys, wiceprzewodniczący dolnośląskiej PO, już zapowiada, że potrwa to znacznie dłużej. - Aż trudno uwierzyć w większość tych szokujących informacji, które wypłynęły w ostatnich dniach. Dlatego poczekamy, aż wszystko wyjaśni prokuratura i wtedy przystąpimy do odbudowy struktur. Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej - mówi Borys.

Źródło: Gazeta Wyborcza