Łódzki polityk PO przyznał się do wypisywania na internetowych forach obraźliwych haseł pod adresem kolegów z partii. Internetowym wandalem okazał się współpracownik ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka i niedoszły wiceprezydent Łodzi - Zbigniew Papiersk
Internet to wspaniałe narzędzie do dzielenia się z innymi własnymi opiniami. A dzielimy się nimi tym chętniej wiedząc, że zachowujemy przy tym anonimowość. Takie podejście miał zapewne Zbigniew Papierski, który pod pseudonimem lennon1 wypisywał obraźliwe hasła pod adresem Mirosława Drzewieckiego i Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej - łódzkich polityków PO. Drzewieckiego miał nazwać "gangsterem" i "narkomanem" zaś Śledzińską-Katarasińską "alkoholiczką".
Dzisiaj posłanka PO twierdzi, że wie, kto był autorem tych wpisów: "Do ukrywania się pod tym nickiem przyznał się Zbigniew Papierski - mówi Śledzińska-Katarasińska.
Zbigniew Papierski jest członkiem łódzkiej Platformy i bliskim współpracownikiem Cezarego Grabarczyka.
Zajmuje stanowisko prezesa pocztowej spółki Postdata kontrolowanej przez Ministerstwo Infrastruktury. Był też szefem kampanii wyborczej kandydatki na prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej. Typowano go nawet na wiceprezydenta, ale jego kandydatura upadła, gdy na jaw wyszła sprawa lennona1.
Oburzona całą sprawą Śledzińska-Katarasińska, która rozważa podanie sprawy do sądu, już dzisiaj zapowiada wnioskowanie o usunięcie Papierskiego z partii.
Dodajmy jeszcze, że Grabarczyk od lat rywalizuje o przywództwo w łódzkiej PO z Śledzińską-Katarasińką. Posłanka ma też własną teorię na temat obraźliwych komentarzy Papierskiego.
- Dziwnym trafem aktywność lennona1 zbiegała się w czasie z moją rywalizacją w partii z Czarkiem Grabarczykiem. Podejrzewam, że ten człowiek mógł być sterowany.
Sam Papierski nie komentuje całej sprawy.
Fakt
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2011/01/03
2010/12/28
Jak powstawały "Orliki"? "Te informacje są porażające"
PiS i SLD wskazują na nieprawidłowości przy tworzeniu projektów boisk "Orlik". PiS wysłało dzisiaj list do Prokuratora Generalnego w tej sprawie. SLD chce, aby zajęła się nią NIK. Według rzecznika ministerstwa sportu, powstawanie "Orlików" było monitorowane m.in. przez ABW i CBA. Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN. Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi".
Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN.
W poniedziałkowym wydaniu programu Superwizjer TVN zwrócono uwagę, że przy budowie "Orlików" doszło do wielu nieprawidłowości - m.in. zmieniano parametry nawierzchni użytej w projekcie, przez co faworyzowano w przetargach niektóre prywatne firmy. Zwrócono uwagę także na to, że niektórzy przedsiębiorcy uczestniczyli w zamkniętych spotkaniach z osobami związanymi ministerstwem sportu, jeszcze na etapie omawiania projektu "Orlik" - przed ogłoszeniem przetargów.
Ministerstwo Sportu w odpowiedzi na zarzuty poinformowało we wtorkowym oświadczeniu, że powstawanie "Orlików" było od samego początku monitorowane m.in. przez służby specjalne, m.in. ABW i CBA, w ramach programu "Tarcza antykorupcyjna". "Istotą programu było nieuprzywilejowanie żadnego z dostawców nawierzchni syntetycznych bądź wykonawców boisk, co przełożyło się na liczbę firm budujących "Orliki". W pierwszej edycji Orliki budowały 143 firmy, a łącznie w trzech edycjach liczba wykonawców wyniosła 371" - głosi oświadczenie.
- Prokuratura zapozna się z treścią listu (PiS - red.) i odniesie się do jego treści - zapewnił Maciej Kujawski z biura prasowego Prokuratury Generalnej. Jak dodał, być może Prokurator Generalny skieruje pismo do odpowiedniej prokuratury niższego szczebla lub też - gdyby okazało się, że któraś prokuratura prowadzi już postępowanie w opisanej sprawie - będzie do niego dołączony list parlamentarzystów.
Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w liście do Seremeta podkreślił, że informatorzy reporterów Superwizjera stwierdzili, że jeszcze przed powstaniem projektu architektonicznego w ministerstwie sportu odbywały się spotkania, w których udział brali m.in. poseł PO Andrzej Biernat, podsekretarz stanu w ministerstwie sportu Tomasz Półgrabski oraz właściciel firmy dostarczającej nawierzchnię dla tego typu obiektów Filip Kenig.
"Na tych spotkaniach Filip Kenig mógł zapoznać się z propozycją projektu architektonicznego i wnosić swoje uwagi. Co ciekawe, Kenig mógł zapoznać się z projektem na kilka miesięcy przed innymi przedstawicielami branży. W wyniku tych spotkań w finalnym projekcie architektonicznym przekazanym samorządom do realizacji znalazły się konkretne parametry trawy dla boisk, która znajdowała się w asortymencie firmy wspomnianego Filipa Keniga" - napisał w liście Błaszczak.
Zdaniem szefa klubu PiS mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych. - Urzędnicy ministerstwa podzielili bowiem zamówienie na części, w taki sposób, aby ich wykonanie mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. wolnej ręki. Takie działanie jest sprzeczne z ustawą - podkreślił.
Według Błaszczaka, ujawnione przez dziennikarzy fakty mogą zobowiązywać prokuraturę do wszczęcia postępowania z urzędu.
Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi". - Skłoniły nas do przygotowania i złożenia do Najwyższej Izby Kontroli wniosku o zbadanie prawidłowości przebiegu postępowania przygotowawczego do postępowań przetargowych przy budowy Orlików w Polsce - powiedział.
- Jeśli prawdą jest, że trawa musiała mieć 40 mm wysokości, a jedynym dostawcą na polskim rynku tego rodzaju trawy jest koleżka Mirosława D., to takie decyzje wołają o pomstę do nieba. Dlatego chcemy tą sprawą zainteresować NIK, aby zbadała, czy za tę samą pulę pieniędzy można było wybudować znacznie więcej boisk, tak bardzo potrzebnych polskim dzieciom i młodzieży we wszystkich polskich gminach - argumentował poseł SLD.
W oficjalnym oświadczeniu przekazanym PAP rzecznik prasowy ministerstwa sportu Jakub Kwiatkowski podkreślił m.in., że projekt "Orlik" objęty był programem "Tarczy antykorupcyjnej" oraz monitoringiem służb specjalnych. Rzecznik zaznaczył, że początkowa specyfikacja "Orlika" miała charakter tylko dokumentu pomocniczego i przykładowego i dopiero w latach 2009-2010 ministerstwo stworzyło sztywne zapisy SIWZ (specyfikacja istotnych warunków zamówienia) dotyczące sztucznych nawierzchni. Podkreślił, że wprowadzone zmiany w projekcie w latach 2009 i 2010 były po to, aby mogło go realizować jak najwięcej firm specjalizujących się w budowie obiektów sportowych. Dodał, że wszystkie kwestie merytoryczne były konsultowane ze specjalistami z Urzędu Zamówień Publicznych, a ostateczna wersja SIWZ przedstawiana była w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.
Kwiatkowski zaznaczył też, że pracując nad projektem ministerstwo prowadziło szerokie konsultacje w zakresie stworzenia typowego projektu boiska z samorządami, producentami nawierzchni sportowych i firmami budującymi obiekty sportowe oraz Polskim Stowarzyszeniem Rozwoju Infrastruktury Sportu i Rekreacji IAKS Polska. Podkreślił, że program "Moje Boisko - Orlik 2012" jest obecnie bardzo pozytywnie oceniany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne".
www.onet.pl
Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN.
W poniedziałkowym wydaniu programu Superwizjer TVN zwrócono uwagę, że przy budowie "Orlików" doszło do wielu nieprawidłowości - m.in. zmieniano parametry nawierzchni użytej w projekcie, przez co faworyzowano w przetargach niektóre prywatne firmy. Zwrócono uwagę także na to, że niektórzy przedsiębiorcy uczestniczyli w zamkniętych spotkaniach z osobami związanymi ministerstwem sportu, jeszcze na etapie omawiania projektu "Orlik" - przed ogłoszeniem przetargów.
Ministerstwo Sportu w odpowiedzi na zarzuty poinformowało we wtorkowym oświadczeniu, że powstawanie "Orlików" było od samego początku monitorowane m.in. przez służby specjalne, m.in. ABW i CBA, w ramach programu "Tarcza antykorupcyjna". "Istotą programu było nieuprzywilejowanie żadnego z dostawców nawierzchni syntetycznych bądź wykonawców boisk, co przełożyło się na liczbę firm budujących "Orliki". W pierwszej edycji Orliki budowały 143 firmy, a łącznie w trzech edycjach liczba wykonawców wyniosła 371" - głosi oświadczenie.
- Prokuratura zapozna się z treścią listu (PiS - red.) i odniesie się do jego treści - zapewnił Maciej Kujawski z biura prasowego Prokuratury Generalnej. Jak dodał, być może Prokurator Generalny skieruje pismo do odpowiedniej prokuratury niższego szczebla lub też - gdyby okazało się, że któraś prokuratura prowadzi już postępowanie w opisanej sprawie - będzie do niego dołączony list parlamentarzystów.
Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w liście do Seremeta podkreślił, że informatorzy reporterów Superwizjera stwierdzili, że jeszcze przed powstaniem projektu architektonicznego w ministerstwie sportu odbywały się spotkania, w których udział brali m.in. poseł PO Andrzej Biernat, podsekretarz stanu w ministerstwie sportu Tomasz Półgrabski oraz właściciel firmy dostarczającej nawierzchnię dla tego typu obiektów Filip Kenig.
"Na tych spotkaniach Filip Kenig mógł zapoznać się z propozycją projektu architektonicznego i wnosić swoje uwagi. Co ciekawe, Kenig mógł zapoznać się z projektem na kilka miesięcy przed innymi przedstawicielami branży. W wyniku tych spotkań w finalnym projekcie architektonicznym przekazanym samorządom do realizacji znalazły się konkretne parametry trawy dla boisk, która znajdowała się w asortymencie firmy wspomnianego Filipa Keniga" - napisał w liście Błaszczak.
Zdaniem szefa klubu PiS mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych. - Urzędnicy ministerstwa podzielili bowiem zamówienie na części, w taki sposób, aby ich wykonanie mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. wolnej ręki. Takie działanie jest sprzeczne z ustawą - podkreślił.
Według Błaszczaka, ujawnione przez dziennikarzy fakty mogą zobowiązywać prokuraturę do wszczęcia postępowania z urzędu.
Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi". - Skłoniły nas do przygotowania i złożenia do Najwyższej Izby Kontroli wniosku o zbadanie prawidłowości przebiegu postępowania przygotowawczego do postępowań przetargowych przy budowy Orlików w Polsce - powiedział.
- Jeśli prawdą jest, że trawa musiała mieć 40 mm wysokości, a jedynym dostawcą na polskim rynku tego rodzaju trawy jest koleżka Mirosława D., to takie decyzje wołają o pomstę do nieba. Dlatego chcemy tą sprawą zainteresować NIK, aby zbadała, czy za tę samą pulę pieniędzy można było wybudować znacznie więcej boisk, tak bardzo potrzebnych polskim dzieciom i młodzieży we wszystkich polskich gminach - argumentował poseł SLD.
W oficjalnym oświadczeniu przekazanym PAP rzecznik prasowy ministerstwa sportu Jakub Kwiatkowski podkreślił m.in., że projekt "Orlik" objęty był programem "Tarczy antykorupcyjnej" oraz monitoringiem służb specjalnych. Rzecznik zaznaczył, że początkowa specyfikacja "Orlika" miała charakter tylko dokumentu pomocniczego i przykładowego i dopiero w latach 2009-2010 ministerstwo stworzyło sztywne zapisy SIWZ (specyfikacja istotnych warunków zamówienia) dotyczące sztucznych nawierzchni. Podkreślił, że wprowadzone zmiany w projekcie w latach 2009 i 2010 były po to, aby mogło go realizować jak najwięcej firm specjalizujących się w budowie obiektów sportowych. Dodał, że wszystkie kwestie merytoryczne były konsultowane ze specjalistami z Urzędu Zamówień Publicznych, a ostateczna wersja SIWZ przedstawiana była w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.
Kwiatkowski zaznaczył też, że pracując nad projektem ministerstwo prowadziło szerokie konsultacje w zakresie stworzenia typowego projektu boiska z samorządami, producentami nawierzchni sportowych i firmami budującymi obiekty sportowe oraz Polskim Stowarzyszeniem Rozwoju Infrastruktury Sportu i Rekreacji IAKS Polska. Podkreślił, że program "Moje Boisko - Orlik 2012" jest obecnie bardzo pozytywnie oceniany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne".
www.onet.pl
2010/12/18
Miał być ukarany, został wiceszefem rady
Radny PO, który w kampanii wyborczej rozdawał ulotki z 20-procentową zniżką do knajpy, nie poniesie za to żadnych konsekwencji.
O Łukaszu Muszyńskim, działaczu Platformy Obywatelskiej na Pradze-Północ, pisaliśmy przed wyborami.
Zasłynął niestandardową kampanią wyborczą. Rozdawał ulotki ze swoim wizerunkiem, nazwiskiem, programem i informacją, że jest kandydatem do rady dzielnicy. Na tej reklamówce był też dopisek: „Z tą ulotką 20 proc. rabatu na zestaw wyborczy w kawiarni Mucha Nie Siada. Oferta ważna do końca listopada”.
– Czy to można nazwać formą kupowania głosów? – zastanawiali się wtedy rywale Muszyńskiego. Władze Platformy oburzyły się. Zakazały kandydatowi rozdawania tej ulotki. Groziły, że po wyborach Muszyński stanie przed sądem partyjnym. Sprawa trafiła do prokuratury.
Ta jednak nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Na ulotce – choć drobnym druczkiem – znalazła się informacja, że jest to materiał promocyjny północnopraskiej kawiarni Mucha Nie Siada. Nie można więc tego traktować jak ulotki wyborczej.
– Ponieważ ja miałem hasło wyborcze takie samo jak nazwa kawiarni, użyczyłem właścicielce swojego wizerunku do reklamy lokalu. A co ona z tym zrobiła, to już nie moja sprawa – stwierdza dziś Łukasz Muszyński. – Po sygnale w mediach zakazaliśmy temu panu rozdawania ulotki. Zastosował się. A skoro prokuratura stwierdziła, że nie ma naruszenia prawa, z naszego punktu widzenia nie ma podstaw do tego, by wyciągać wobec niego konsekwencje – argumentuje wiceszef warszawskiej PO Marcin Kierwiński.
Nie ma już też mowy o sądzie partyjnym. Kontrowersyjna kampania opłaciła się kandydatowi. Nie tylko zdobył mandat radnego, ale z rekomendacji PO został wybrany wiceprzewodniczącym rady Pragi-Północ.
Nie wiadomo jeszcze tylko, jak sprawę oceni Państwowa Komisja Wyborcza. Dowiemy się, gdy komitet PO rozliczy się z wydatków na kampanię wyborczą.
Życie Warszawy
Izabela Kraj
O Łukaszu Muszyńskim, działaczu Platformy Obywatelskiej na Pradze-Północ, pisaliśmy przed wyborami.
Zasłynął niestandardową kampanią wyborczą. Rozdawał ulotki ze swoim wizerunkiem, nazwiskiem, programem i informacją, że jest kandydatem do rady dzielnicy. Na tej reklamówce był też dopisek: „Z tą ulotką 20 proc. rabatu na zestaw wyborczy w kawiarni Mucha Nie Siada. Oferta ważna do końca listopada”.
– Czy to można nazwać formą kupowania głosów? – zastanawiali się wtedy rywale Muszyńskiego. Władze Platformy oburzyły się. Zakazały kandydatowi rozdawania tej ulotki. Groziły, że po wyborach Muszyński stanie przed sądem partyjnym. Sprawa trafiła do prokuratury.
Ta jednak nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Na ulotce – choć drobnym druczkiem – znalazła się informacja, że jest to materiał promocyjny północnopraskiej kawiarni Mucha Nie Siada. Nie można więc tego traktować jak ulotki wyborczej.
– Ponieważ ja miałem hasło wyborcze takie samo jak nazwa kawiarni, użyczyłem właścicielce swojego wizerunku do reklamy lokalu. A co ona z tym zrobiła, to już nie moja sprawa – stwierdza dziś Łukasz Muszyński. – Po sygnale w mediach zakazaliśmy temu panu rozdawania ulotki. Zastosował się. A skoro prokuratura stwierdziła, że nie ma naruszenia prawa, z naszego punktu widzenia nie ma podstaw do tego, by wyciągać wobec niego konsekwencje – argumentuje wiceszef warszawskiej PO Marcin Kierwiński.
Nie ma już też mowy o sądzie partyjnym. Kontrowersyjna kampania opłaciła się kandydatowi. Nie tylko zdobył mandat radnego, ale z rekomendacji PO został wybrany wiceprzewodniczącym rady Pragi-Północ.
Nie wiadomo jeszcze tylko, jak sprawę oceni Państwowa Komisja Wyborcza. Dowiemy się, gdy komitet PO rozliczy się z wydatków na kampanię wyborczą.
Życie Warszawy
Izabela Kraj
2010/12/09
Miliony dotacji dla kościelnego ośrodka. Dla dzieci nic
Aż 2,5 mln zł w ciągu ostatnich pięciu lat dostał od władz Bemowa kościelny ośrodek młodzieżowy z Nowego Bemowa. Inne organizacje pozarządowe z dzielnicy mogą tylko marzyć o takich pieniądzach. - Od stycznia nasze dzieci zostają bez wyżywienia i pomocy psychologa - mówią w bemowskim TPD
Choć ośrodek Michael z ul. ks. Markiewicza 1 korzysta z obfitego wsparcia pieniędzy podatników, to kierujący nim ks. Mieczysław Kucel nie chce zgodzić się na oprowadzenie po nim reportera "Gazety". - Niech pan skorzysta z internetu - doradził przez telefon. Sprawdziliśmy: w ośrodku Michael działa świetlica, siłownia, ścianka wspinaczkowa, studio muzyczne, sala widowiskowo-teatralna. Są zajęcia z aerobiku, ceramiczne, chór, taniec i pomoc psychologiczna.
Ośrodek jest doskonale wyposażony. Nic dziwnego - lista sponsorów jest długa, od lat pieniędzy nie szczędzą również władze Bemowa. Jedną z przyczyn tej szczodrości jest niewątpliwie geografia wyborcza - ośrodek znajduje się w tym samym okręgu, z którego startował burmistrz Jarosław Dąbrowski (PO). W ciągu ostatnich pięciu lat samorząd wpłacił na konto kościelnego ośrodka aż 2,5 mln zł. W 2007 r. roku władze dofinansowały m.in. wypoczynek zimowy (16 tys. zł) i letni dzieci (33 tys. zł). W tym roku władze dołożyły m.in. 28 tys. zł na "Michalickie warsztaty muzyczne - Matka Pana", 10 tys. zł na "promocję trójboju siłowego wśród młodzieży" (w 2006 r. odbyły się tu mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie, dotacja 10 tys. zł). W tym roku Michael otrzymał na działalność aż 1 mln 179 tys. zł.
WJak pisaliśmy tydzień temu, w tej kwocie mieszczą się również 32 tys. zł odebrane przez władze Bemowa Towarzystwu Przyjaciół Dzieci i fundacji Naszym Dzieciom, które przy ul. Synów Pułku 2 prowadzą przedszkole dla dzieci. W tym samym lokalu działa też ognisko wychowawcze TPD, które przez trzy lata działalności dostało od Bemowa zaledwie 254 tys. zł. Trzy razy więcej - 450 tys. zł - przyznano za to działającej od zaledwie trzech lat fundacji Chodźmy Razem ze Skierniewic, która ma założyć świetlicę przy ul. Pełczyńskiego.
- Właśnie piszemy do burmistrza pismo wyrażające nasz sprzeciw. Głowimy się, czym kieruje się bemowska komisja konkursowa - mówi nam Wiesław Kołak, prezes mazowieckiego oddziału TPD. - Jesteśmy traktowani nierówno i niesprawiedliwie. Działamy na Bemowie od 31 lat, dostajemy te same zadania, ale pieniędzy znacznie mniej.
Dlaczego nowa organizacja na Bemowie, na dodatek spoza województwa, dostaje "na dzień dobry" sutą dotację na trzy lata? - pyta Monika Jagodzińska, wiceprezes mazowieckiego TPD.
Decyzje władz Bemowa spowodowały, że ognisko i Klub Przedszkolaka z ul. Synów Pułku od stycznia stać tylko na opłacenie jednego etatu pedagoga i ćwiartki drugiego. - Dzieci nie dostaną podwieczorku, zwalniamy socjoterapeutę - dodaje Jagodzińska.
Pedagodzy z ul. Synów Pułku złożą dokumentację do kolejnego konkursu jednorocznego. Jego zasady są jednak takie, że dzielnica sfinansuje zwycięzcom tylko 80 proc. działalności, resztę muszą zdobyć sami.
Kontrowersje wokół przyznawania dotacji na Bemowie zainteresowały miejskie Biuro Polityki Społecznej, które rozdziela między dzielnicami pieniądze na dotacje. - Zażądaliśmy pełnej informacji o konkursach - mówi Bogdan Jaskołd, dyrektor BPS. - Zapadła też decyzja, że wszystkie dzielnice będą musiały przysyłać nam informacje o rozstrzygniętych konkursach na finansowanie profilaktyki społecznej - powiedział "Gazecie" dyrektor Jaskołd.
Gazeta Stołeczna, GRzegorz Lisicki
Choć ośrodek Michael z ul. ks. Markiewicza 1 korzysta z obfitego wsparcia pieniędzy podatników, to kierujący nim ks. Mieczysław Kucel nie chce zgodzić się na oprowadzenie po nim reportera "Gazety". - Niech pan skorzysta z internetu - doradził przez telefon. Sprawdziliśmy: w ośrodku Michael działa świetlica, siłownia, ścianka wspinaczkowa, studio muzyczne, sala widowiskowo-teatralna. Są zajęcia z aerobiku, ceramiczne, chór, taniec i pomoc psychologiczna.
Ośrodek jest doskonale wyposażony. Nic dziwnego - lista sponsorów jest długa, od lat pieniędzy nie szczędzą również władze Bemowa. Jedną z przyczyn tej szczodrości jest niewątpliwie geografia wyborcza - ośrodek znajduje się w tym samym okręgu, z którego startował burmistrz Jarosław Dąbrowski (PO). W ciągu ostatnich pięciu lat samorząd wpłacił na konto kościelnego ośrodka aż 2,5 mln zł. W 2007 r. roku władze dofinansowały m.in. wypoczynek zimowy (16 tys. zł) i letni dzieci (33 tys. zł). W tym roku władze dołożyły m.in. 28 tys. zł na "Michalickie warsztaty muzyczne - Matka Pana", 10 tys. zł na "promocję trójboju siłowego wśród młodzieży" (w 2006 r. odbyły się tu mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie, dotacja 10 tys. zł). W tym roku Michael otrzymał na działalność aż 1 mln 179 tys. zł.
WJak pisaliśmy tydzień temu, w tej kwocie mieszczą się również 32 tys. zł odebrane przez władze Bemowa Towarzystwu Przyjaciół Dzieci i fundacji Naszym Dzieciom, które przy ul. Synów Pułku 2 prowadzą przedszkole dla dzieci. W tym samym lokalu działa też ognisko wychowawcze TPD, które przez trzy lata działalności dostało od Bemowa zaledwie 254 tys. zł. Trzy razy więcej - 450 tys. zł - przyznano za to działającej od zaledwie trzech lat fundacji Chodźmy Razem ze Skierniewic, która ma założyć świetlicę przy ul. Pełczyńskiego.
- Właśnie piszemy do burmistrza pismo wyrażające nasz sprzeciw. Głowimy się, czym kieruje się bemowska komisja konkursowa - mówi nam Wiesław Kołak, prezes mazowieckiego oddziału TPD. - Jesteśmy traktowani nierówno i niesprawiedliwie. Działamy na Bemowie od 31 lat, dostajemy te same zadania, ale pieniędzy znacznie mniej.
Dlaczego nowa organizacja na Bemowie, na dodatek spoza województwa, dostaje "na dzień dobry" sutą dotację na trzy lata? - pyta Monika Jagodzińska, wiceprezes mazowieckiego TPD.
Decyzje władz Bemowa spowodowały, że ognisko i Klub Przedszkolaka z ul. Synów Pułku od stycznia stać tylko na opłacenie jednego etatu pedagoga i ćwiartki drugiego. - Dzieci nie dostaną podwieczorku, zwalniamy socjoterapeutę - dodaje Jagodzińska.
Pedagodzy z ul. Synów Pułku złożą dokumentację do kolejnego konkursu jednorocznego. Jego zasady są jednak takie, że dzielnica sfinansuje zwycięzcom tylko 80 proc. działalności, resztę muszą zdobyć sami.
Kontrowersje wokół przyznawania dotacji na Bemowie zainteresowały miejskie Biuro Polityki Społecznej, które rozdziela między dzielnicami pieniądze na dotacje. - Zażądaliśmy pełnej informacji o konkursach - mówi Bogdan Jaskołd, dyrektor BPS. - Zapadła też decyzja, że wszystkie dzielnice będą musiały przysyłać nam informacje o rozstrzygniętych konkursach na finansowanie profilaktyki społecznej - powiedział "Gazecie" dyrektor Jaskołd.
Gazeta Stołeczna, GRzegorz Lisicki
2010/12/08
Fatalny pierwszy burmistrz nowej kadencji
Pierwszy burmistrz dzielnicy w nowej kadencji wybrany został na Bemowie - jest nim Jarosław Dąbrowski. Platforma wybiera na urząd człowieka złapanego na oczywistym nadużyciu: załatwił - poza kolejką i wbrew decydującej normalnie o tym komisji - mieszkanie matce swojej przyjaciółki i podwładnej. Dodajmy, mieszkanie w świetnej lokalizacji i po remoncie.
To symboliczny gest i zła wróżba dla rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz na następne cztery lata. Platforma nie wstydzi się i wręcz promuje takich ludzi jak Dąbrowski. Nowy-stary burmistrz Bemowa też uważa, że nie ma czego się wstydzić. W inauguracyjnym przemówieniu nie omieszkał podziękować osobno swojej przyjaciółce, której matce sprawił prezent na nasz koszt.
Pani prezydent i burmistrz Bemowa odnieśli sukces w wyborach, ale nic ich nie ustrzeże przed skutkami arogancji. Do partii władzy szybko i łatwo przylepiają się nadużycia i korupcja. Platforma wyraźnie nie ma takich lęków. A powinna, choćby po tzw. aferze hazardowej. Również w Warszawie ciągle wychodzą na wierzch podejrzane interesy jej działaczy. Niedawno pisaliśmy o aferze z apteką El Kashifa, w którą uwikłany był mokotowski aktywista PO Paweł Dulski, teraz o decyzjach lokalowych burmistrza Dąbrowskiego. Doczekamy się na pewno następnych takich afer.
I doczekamy się czasu, że wyborcy odmówią głosu takim politykom jak Jarosław Dąbrowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Seweryn Blumsztajn
To symboliczny gest i zła wróżba dla rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz na następne cztery lata. Platforma nie wstydzi się i wręcz promuje takich ludzi jak Dąbrowski. Nowy-stary burmistrz Bemowa też uważa, że nie ma czego się wstydzić. W inauguracyjnym przemówieniu nie omieszkał podziękować osobno swojej przyjaciółce, której matce sprawił prezent na nasz koszt.
Pani prezydent i burmistrz Bemowa odnieśli sukces w wyborach, ale nic ich nie ustrzeże przed skutkami arogancji. Do partii władzy szybko i łatwo przylepiają się nadużycia i korupcja. Platforma wyraźnie nie ma takich lęków. A powinna, choćby po tzw. aferze hazardowej. Również w Warszawie ciągle wychodzą na wierzch podejrzane interesy jej działaczy. Niedawno pisaliśmy o aferze z apteką El Kashifa, w którą uwikłany był mokotowski aktywista PO Paweł Dulski, teraz o decyzjach lokalowych burmistrza Dąbrowskiego. Doczekamy się na pewno następnych takich afer.
I doczekamy się czasu, że wyborcy odmówią głosu takim politykom jak Jarosław Dąbrowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Seweryn Blumsztajn
2010/12/07
Jarosław Dąbrowski burmistrzem Bemowa. Mimo afery
- Dziękuję pani prezydent, że z przychylnością patrzyła na sprawy Bemowa. Dziękuję tutejszym parafiom i pasterzom -mówił wczoraj Jarosław Dąbrowski (PO), którego własna partia jako pierwszego namaściła na burmistrza dzielnicy
Chwilę po wyborze nagradzany brawami założył burmistrzowski łańcuch i przyjął kwiaty od urzędników. To była reelekcja: burmistrz Dąbrowski rządził Bemowem w poprzedniej kadencji.
Przemówienie odczytał z kartki. - Bardzo mocno dziękuję pracownikom mojego sekretariatu, a szczególnie tej osobie, która jest na urlopie bezpłatnym - mówił. Chodzi o Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu, a prywatnie przyjaciółkę, która bezskutecznie walczyła o mandat radnej miasta pod sztandarami Platformy Obywatelskiej.
Jak pisaliśmy, jej matka dostała od burmistrza Dąbrowskiego nie lada bonus: blisko 40-metrowe, wyremontowane na koszt dzielnicy mieszkanie komunalne w świetnej lokalizacji na przedwojennym osiedlu w Boernerowie. Ustaliliśmy, że doszło do tego w ekspresowym tempie poza komunalną kolejką oczekujących na przydział. Gdy zaczęliśmy interesować się tą sprawą, Barbara Lewandowska poszła na urlop bezpłatny.
W ocenie warszawskiej PO ta sprawa nie dyskredytuje burmistrza Dąbrowskiego. Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa partii Donalda Tuska w stolicy, przypomina, że Jarosław Dąbrowski uzyskał świetny wynik w wyborach i murem stoi za nim lokalne koło Platformy.
Faktycznie, PO zdecydowanie wygrała wybory do rady tej dzielnicy i może nią rządzić samodzielnie. Przygotowania do wczorajszej reelekcji burmistrza utrzymywano jednak w tajemnicy. W porządku sesji Bemowa można było znaleźć tylko punkt "Sprawy różne". A wybrany w zeszłym tygodniu szef rady Grzegorz Popielarz na kilka minut przed rozpoczęciem obrad nie chciał ujawnić planów swojej partii.
Szybko okazało się, że Platforma ma jednak gotowy scenariusz. Grupa radnych PO, w tym Jarosław Dąbrowski, poprosiła, by porządek sesji uzupełnić o wybór zarządu
- Mam przyjemność ogłosić, że zgłaszamy kandydaturę naturalną: burmistrza poprzedniej kadencji, który w wyborach do rady dzielnicy dostał prawie 5 tys. głosów - przemówił Jakub Gręziak, szef klubu PO w radzie Bemowa.
Prócz burmistrza dominująca w niej Platforma wybrała jeszcze aż czterech członków zarządu dzielnicy: dotychczasowego wiceburmistrza Bohdana Szułczyńskiego, byłego dyrektora Liceum im. Kopernika Alberta Stommę, byłego szefa klubu radnych PO Pawła Bujskiego oraz Krzysztofa Zygrzaka, byłego rzecznika prasowego Bemowa, który dostał się do Rady Warszawy. Wszystkich rekomendowała PO.
Oznacza to, że zarząd dzielnicy rozrósł się o dwie osoby. Pozwalają na to przepisy, jeśli przybywa mieszkańców.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska
Chwilę po wyborze nagradzany brawami założył burmistrzowski łańcuch i przyjął kwiaty od urzędników. To była reelekcja: burmistrz Dąbrowski rządził Bemowem w poprzedniej kadencji.
Przemówienie odczytał z kartki. - Bardzo mocno dziękuję pracownikom mojego sekretariatu, a szczególnie tej osobie, która jest na urlopie bezpłatnym - mówił. Chodzi o Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu, a prywatnie przyjaciółkę, która bezskutecznie walczyła o mandat radnej miasta pod sztandarami Platformy Obywatelskiej.
Jak pisaliśmy, jej matka dostała od burmistrza Dąbrowskiego nie lada bonus: blisko 40-metrowe, wyremontowane na koszt dzielnicy mieszkanie komunalne w świetnej lokalizacji na przedwojennym osiedlu w Boernerowie. Ustaliliśmy, że doszło do tego w ekspresowym tempie poza komunalną kolejką oczekujących na przydział. Gdy zaczęliśmy interesować się tą sprawą, Barbara Lewandowska poszła na urlop bezpłatny.
W ocenie warszawskiej PO ta sprawa nie dyskredytuje burmistrza Dąbrowskiego. Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa partii Donalda Tuska w stolicy, przypomina, że Jarosław Dąbrowski uzyskał świetny wynik w wyborach i murem stoi za nim lokalne koło Platformy.
Faktycznie, PO zdecydowanie wygrała wybory do rady tej dzielnicy i może nią rządzić samodzielnie. Przygotowania do wczorajszej reelekcji burmistrza utrzymywano jednak w tajemnicy. W porządku sesji Bemowa można było znaleźć tylko punkt "Sprawy różne". A wybrany w zeszłym tygodniu szef rady Grzegorz Popielarz na kilka minut przed rozpoczęciem obrad nie chciał ujawnić planów swojej partii.
Szybko okazało się, że Platforma ma jednak gotowy scenariusz. Grupa radnych PO, w tym Jarosław Dąbrowski, poprosiła, by porządek sesji uzupełnić o wybór zarządu
- Mam przyjemność ogłosić, że zgłaszamy kandydaturę naturalną: burmistrza poprzedniej kadencji, który w wyborach do rady dzielnicy dostał prawie 5 tys. głosów - przemówił Jakub Gręziak, szef klubu PO w radzie Bemowa.
Prócz burmistrza dominująca w niej Platforma wybrała jeszcze aż czterech członków zarządu dzielnicy: dotychczasowego wiceburmistrza Bohdana Szułczyńskiego, byłego dyrektora Liceum im. Kopernika Alberta Stommę, byłego szefa klubu radnych PO Pawła Bujskiego oraz Krzysztofa Zygrzaka, byłego rzecznika prasowego Bemowa, który dostał się do Rady Warszawy. Wszystkich rekomendowała PO.
Oznacza to, że zarząd dzielnicy rozrósł się o dwie osoby. Pozwalają na to przepisy, jeśli przybywa mieszkańców.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska
2010/11/16
Burmistrz tłumaczy, jak jego znajoma dostała mieszkanie
Ważą się losy Jarosława Dąbrowskiego (PO), burmistrza Bemowa. Musi na piśmie wytłumaczyć się z ekspresowego przydziału mieszkania komunalnego w świetnej lokalizacji, który dostała matka jego podwładnej
Burmistrza czeka też kontrola urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz, która ma zbadać okoliczności problematycznej decyzji zarządu Bemowa, na którego czele stoi Jarosław Dąbrowski. - Tę sprawę trzeba wyjaśnić. A w przyszłej kadencji wprowadzić nowe, jasne dla wszystkich i sprawiedliwe zasady przydziału mieszkań komunalnych - mówi Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją.
Walczą o mandaty
To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy perypetie mieszkaniowe Elżbiety K., matki Barbary Lewandowskiej, przyjaciółki Jarosława Dąbrowskiego zatrudnionej na stanowisku koordynatorki jego sekretariatu.
Ustaliliśmy, że burmistrz Bemowa podpisał się pod uchwałą przyznającą K. blisko 40-metrowe mieszkanie komunalne. Zaskakująca była wielkość, lokalizacja i czas podjęcia tej decyzji.
W kolejce po komunalny lokal czeka na Bemowie ok. 200 rodzin, z reguły w dramatycznych warunkach. K. dostała sporą kawalerkę na wyłączność w wolno stojącym, wyremontowanym przez dzielnicę domu, w ekskluzywnej lokalizacji na Boernerowie. Na dodatek w ekspresowym tempie - od wpisania do komunalnej kolejki minęło niespełna pół roku. Inni czekają nawet ponad dziesięć lat.
Zarówno Jarosław Dąbrowski, jak i Barbara Lewandowska walczą o mandat radnych z listy partii Tuska. Skreślić ich już nie można. Chyba że na własne życzenie. Władze warszawskiej PO nie kwapią się z podejmowaniem decyzji w tej sprawie.
- Poczekam na wyniki kontroli. Dostałam obietnicę, że będą gotowe szybko - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO.
- PO idzie do wyborów pod hasłem: zero rodzin na listach kandydatów na radnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu Przeciw Korupcji Fundacji Batorego. - Tymczasem znacznie poważniejszy problem to posady i dobra publiczne dzielone po znajomości. Dlatego hasło PO powinno brzmieć: zero stanowisk i mieszkań komunalnych dla rodzin i znajomych.
Kopie piłkę z premierem
Jarosław Dąbrowski był bohaterem wczorajszej konferencji prasowej Katarzyny Munio, kandydatki na prezydenta stolicy z Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Przed ratuszem na pl. Bankowym przypomniała, że należy do najlepiej opłacanych urzędników. Prócz burmistrzowskiej pensji (192 tys. zł rocznie) partia dała mu posadę w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji (41 tys. zł rocznie). - Jarek Dąbrowski to jeden z kilku burmistrzów, którym pani prezydent umożliwiła dorabianie na boku. Czy jest specjalistą od wodociągów? I jeszcze ta sprawa z mieszkaniem dla matki przyjaciółki. Jak to możliwe, że ktoś taki rządzi Bemowem? - pytała Katarzyna Munio.
Dodała: - Donald Tusk tyle mówi o etyce w polityce, a tu pod jego nosem w najlepsze trwa najgorszej klasy kolesiostwo. Partia takim ludziom powinna natychmiast cofnąć rekomendacje.
Potem podeszła do bramy ratusza i zawiesiła na niej tablicę z napisem: "Warszawski urząd pracy tylko dla prominentnych działaczy PO. Rejestracja w bufecie".
Nie jest tajemnicą, że Dąbrowski ma w warszawskiej Platformie wysoką pozycję. Należy do ulubieńców wiceszefowej partii Hanny Gronkiewicz-Waltz, która przyznawała mu jedne z najwyższych burmistrzowskich nagród. Na jednym z bemowskich boisk przy ul. Obrońców Tobruku grywa Donald Tusk i jego najbliżsi współpracownicy. Na tych słynnych już w dzielnicy meczach pojawia się też burmistrz Dąbrowski. - Wie, jak zaistnieć. Donald lubi grać w piłkę, udostępnił im więc stadion - zdradza nam jeden z działaczy PO.
Gazeta Stołeczna, JanFusiecki, Dominika Olszewska
Burmistrza czeka też kontrola urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz, która ma zbadać okoliczności problematycznej decyzji zarządu Bemowa, na którego czele stoi Jarosław Dąbrowski. - Tę sprawę trzeba wyjaśnić. A w przyszłej kadencji wprowadzić nowe, jasne dla wszystkich i sprawiedliwe zasady przydziału mieszkań komunalnych - mówi Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją.
Walczą o mandaty
To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy perypetie mieszkaniowe Elżbiety K., matki Barbary Lewandowskiej, przyjaciółki Jarosława Dąbrowskiego zatrudnionej na stanowisku koordynatorki jego sekretariatu.
Ustaliliśmy, że burmistrz Bemowa podpisał się pod uchwałą przyznającą K. blisko 40-metrowe mieszkanie komunalne. Zaskakująca była wielkość, lokalizacja i czas podjęcia tej decyzji.
W kolejce po komunalny lokal czeka na Bemowie ok. 200 rodzin, z reguły w dramatycznych warunkach. K. dostała sporą kawalerkę na wyłączność w wolno stojącym, wyremontowanym przez dzielnicę domu, w ekskluzywnej lokalizacji na Boernerowie. Na dodatek w ekspresowym tempie - od wpisania do komunalnej kolejki minęło niespełna pół roku. Inni czekają nawet ponad dziesięć lat.
Zarówno Jarosław Dąbrowski, jak i Barbara Lewandowska walczą o mandat radnych z listy partii Tuska. Skreślić ich już nie można. Chyba że na własne życzenie. Władze warszawskiej PO nie kwapią się z podejmowaniem decyzji w tej sprawie.
- Poczekam na wyniki kontroli. Dostałam obietnicę, że będą gotowe szybko - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO.
- PO idzie do wyborów pod hasłem: zero rodzin na listach kandydatów na radnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu Przeciw Korupcji Fundacji Batorego. - Tymczasem znacznie poważniejszy problem to posady i dobra publiczne dzielone po znajomości. Dlatego hasło PO powinno brzmieć: zero stanowisk i mieszkań komunalnych dla rodzin i znajomych.
Kopie piłkę z premierem
Jarosław Dąbrowski był bohaterem wczorajszej konferencji prasowej Katarzyny Munio, kandydatki na prezydenta stolicy z Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Przed ratuszem na pl. Bankowym przypomniała, że należy do najlepiej opłacanych urzędników. Prócz burmistrzowskiej pensji (192 tys. zł rocznie) partia dała mu posadę w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji (41 tys. zł rocznie). - Jarek Dąbrowski to jeden z kilku burmistrzów, którym pani prezydent umożliwiła dorabianie na boku. Czy jest specjalistą od wodociągów? I jeszcze ta sprawa z mieszkaniem dla matki przyjaciółki. Jak to możliwe, że ktoś taki rządzi Bemowem? - pytała Katarzyna Munio.
Dodała: - Donald Tusk tyle mówi o etyce w polityce, a tu pod jego nosem w najlepsze trwa najgorszej klasy kolesiostwo. Partia takim ludziom powinna natychmiast cofnąć rekomendacje.
Potem podeszła do bramy ratusza i zawiesiła na niej tablicę z napisem: "Warszawski urząd pracy tylko dla prominentnych działaczy PO. Rejestracja w bufecie".
Nie jest tajemnicą, że Dąbrowski ma w warszawskiej Platformie wysoką pozycję. Należy do ulubieńców wiceszefowej partii Hanny Gronkiewicz-Waltz, która przyznawała mu jedne z najwyższych burmistrzowskich nagród. Na jednym z bemowskich boisk przy ul. Obrońców Tobruku grywa Donald Tusk i jego najbliżsi współpracownicy. Na tych słynnych już w dzielnicy meczach pojawia się też burmistrz Dąbrowski. - Wie, jak zaistnieć. Donald lubi grać w piłkę, udostępnił im więc stadion - zdradza nam jeden z działaczy PO.
Gazeta Stołeczna, JanFusiecki, Dominika Olszewska
2010/11/15
Stołeczne spółki Platformą stoją
Kiedy zaczynała rządzić stolicą, podkreślała, że nigdy nie rozdawała posad z politycznego klucza. Dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz pytana, dlaczego w spółkach należących do miasta roi się od ludzi Platformy Obywatelskiej, odpowiada, że "przynależność partyjna nie może nikogo dyskryminować". Jednocześnie świetnych fachowców na członków zarządów i rad nadzorczych widzi przede wszystkim w kojarzonych z PO burmistrzach. W Ratuszu nie dziwią się nawet wtedy, gdy słyszą, że podczas tego samego posiedzenia rady, zwolnione przez obecnego ministra sprawiedliwości miejsce, natychmiast zajmuje jego brat - pisze tvn24.pl.
Walkę o to, by spółki miejskie nie kojarzyły się wyborcom jedynie z dobrze płatnymi posadami dla partyjnych działaczy, zapowiadała już w poprzedniej kampanii. W "Programie dla Warszawy na lata 2006-2010" Hanna Gronkiewicz-Waltz pisała, że "są one swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych". Tuż po wygranej nowa prezydent stolicy zapewniała z kolei, że "politycznych posad nie rozdawała” i rozdawać nie ma zamiaru, a w Ratuszu „nie będzie zarządzania politycznego".
Burmistrz cenna rzecz
W nowym programie, który ubiegająca się o ponowny wybór Gronkiewicz-Waltz rozdawała w sobotę na 30. piętrze Pałacu Kultury i Nauki, podobne deklaracje nie padają. - Jest bardziej konkretny i realny, bo jestem osobą mądrzejszą o doświadczenie czterech ostatnich lat – tłumaczyła podczas konferencji podsumowującej jej dokonania. Doświadczenie z obsadzaniem stanowisk w spółkach miejskich obecna prezydent Warszawy ma jednak takie samo, jak poprzednicy, których tak krytykowała.
Dziś m.st. Warszawa jest jedynym właścicielem 27 spółek (plus 15 spółek z większościowym/ mniejszościowym udziałem). W 2006 roku było ich 34. Co z hucznie zapowiadaną prywatyzacją i likwidacją "tych, których działalność nie leży w interesie miasta"? Prezydent tłumaczy, że z "prywatyzacją się nie paliła", bo chciała wszystko dokładnie sprawdzić. - Ale uważam, że ten wynik to i tak dużo. A cały szereg spółek jeszcze zrestrukturyzujemy – zapowiada. Łatwo nie będzie między innymi dlatego, że w ich zarządach i radach nadzorczych aż roi się od ludzi z Platformy Obywatelskiej, albo z PO związanych. Są wśród nich szeregowi działacze, radni, ale i wiceburmistrzowie oraz burmistrzowie. W oddelegowywaniu do spółek tych ostatnich Gronkiewicz-Waltz dzisiaj widzi już tylko korzyści.
Jej polityka
- To jest moja polityka, bo w ten sposób mam kontrolę miejską nad daną spółką. Burmistrzowie w ich radach nadzorczych to bardzo cenna rzecz – przekonuje. Ale i zastrzega: - Absolutnie nie są to jednak osoby, które można by nazwać nominantami politycznymi.
Ilu nowych członków prezydent Gronkiewicz-Waltz wprowadziła do rad nadzorczych i zarządów spółek miejskich? - Myślę, że bardzo niewielki procent. Jestem ostatnią osobą, która robi rewolucje kadrowe – uważa była prezes NBP. Z dokumentów Krajowego Rejestru Sądowego, które przejrzeliśmy, wynika jednak co innego.
Partia, rodzina, fachowiec
Tylko na przestrzeni czterech miesięcy, od lutego do kwietnia 2007 roku (a więc w pierwszych miesiącach urzędowania obecnej prezydent) w radach nadzorczych i zarządach spółek miejskich pojawiło się kilkadziesiąt nowych nazwisk. Wiele z nich to osoby związane bądź kojarzone z PO. 23 marca 2007 r. na stanowisko członka rady nadzorczej Towarzystwa Budownictwa Społecznego Bemowo powołany został Krzysztof Kwiatkowski, ówczesny wiceprzewodniczący sejmiku... łódzkiego, obecny minister sprawiedliwości. W maju następnego roku Kwiatkowski, wówczas już senator PO, przestał być członkiem rady. Na tym samym posiedzeniu trafił do niej jednak jego brat – Sebastian. - Spełnia wszystkie wymagania merytoryczne – podkreśla Tomasz Andryszczyk, p.o. rzecznika stołecznego magistratu.
Dziś oprócz brata ministra w radzie nadzorczej TBS Bemowo zasiadają jeszcze między innymi Roman Bielański (działacz PO z Wołomina) i Marek Lipiński (wiceburmistrz Woli z PO) a prezesem zarządu jest Andrzej Smoliński, były poseł AWS, obecnie w Platformie. Wszyscy wymienieni stanowiska objęli w 2007 lub 2008 roku.
"Bez znaczenia"
Podobnie jak Marek Andruk, burmistrz Woli (PO) i Jarosław Dąbrowski, burmistrz Bemowa (PO). Do rady nadzorczej miejskiego giganta, czyli Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji weszli 13 marca 2007 roku. Dąbrowski ciekawie tłumaczy, dlaczego radzie się przydaje. - Bo wcześniej byłem w radzie nadzorczej miejskich wodociągów w Jarocinie - mówi nam.
Ratusz stanowczo podkreśla jednak, że "w obecnej kadencji jedynym kryterium doboru kandydatów na członków organów spółek z udziałem m.st. Warszawy są ich kwalifikacje merytoryczne", tj. wykształcenie oraz predyspozycje. - Przynależność partyjna kandydata ani przynależność do konkretnej opcji politycznej nie ma znaczenia – zaznacza Andryszczyk.
Nie dyskwalifikować
Miasto nie wie, ilu partyjnym działaczom spółki płacą średnio po ok. 2,5 tysiąca złotych za zasiadanie w radach i zarządach. Osoby aplikujące do pełnienia funkcji w organach spółek, które uznano za dysponujące odpowiednimi kwalifikacjami, nie mają po prostu obowiązku informowania o swojej przynależności partyjnej bądź jej zmianie. - Przynależność partyjna kandydatów nie jest ewidencjonowana. Co więcej, w świetle przepisów o ochronie danych osobowych, zbieranie takich informacji przez Urząd m. st. Warszawy jest niedozwolone – podkreśla p.o. rzecznika urzędu miasta.
Prezydent stolicy idzie o krok dalej i stwierdza, że odrzucanie czyjejś kandydatury ze względu na przynależność partyjną mogłoby zostać odebrane jako dyskryminacja. - Taka przynależność nie dyskwalifikuje kandydatów. Jeżeli ktoś jest aktywnym działaczem jakiejś partii, to nie mogę mu powiedzieć: przepraszam bardzo, ale pan należy do Platformy i dlatego nie może zostać szefem – podkreśla Gronkiewicz-Waltz.
"Fachowiec"
Tę strategię prezydent wcieliła w życie między innymi w przypadku Sławomira Michalaka, pełnomocnika finansowego jej komitetu w poprzednich wyborach i działacza PO z Ochoty. - Sprawdził się i poszedł do bardzo trudnej spółki. Myślę, że to osoba bardzo wykwalifikowana – zaznacza wiceprzewodnicząca Platformy. Identycznie rzecz się podobno ma jeśli chodzi o jednoczesne zasiadanie Stanisława Rojka (b. Wiceprezydenta stolicy, męża radnej PO) w zarządzie Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowo-Usługowego "ZAPLECZE" i radzie nadzorczej MPT. - Pan Rojek to nie jest moja nominacja w takim sensie, że ja go sobie wymyśliłam. To fachowiec – zapewnia prezydent stolicy.
TVN24, TVN Warszawa
Walkę o to, by spółki miejskie nie kojarzyły się wyborcom jedynie z dobrze płatnymi posadami dla partyjnych działaczy, zapowiadała już w poprzedniej kampanii. W "Programie dla Warszawy na lata 2006-2010" Hanna Gronkiewicz-Waltz pisała, że "są one swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych". Tuż po wygranej nowa prezydent stolicy zapewniała z kolei, że "politycznych posad nie rozdawała” i rozdawać nie ma zamiaru, a w Ratuszu „nie będzie zarządzania politycznego".
Burmistrz cenna rzecz
W nowym programie, który ubiegająca się o ponowny wybór Gronkiewicz-Waltz rozdawała w sobotę na 30. piętrze Pałacu Kultury i Nauki, podobne deklaracje nie padają. - Jest bardziej konkretny i realny, bo jestem osobą mądrzejszą o doświadczenie czterech ostatnich lat – tłumaczyła podczas konferencji podsumowującej jej dokonania. Doświadczenie z obsadzaniem stanowisk w spółkach miejskich obecna prezydent Warszawy ma jednak takie samo, jak poprzednicy, których tak krytykowała.
Dziś m.st. Warszawa jest jedynym właścicielem 27 spółek (plus 15 spółek z większościowym/ mniejszościowym udziałem). W 2006 roku było ich 34. Co z hucznie zapowiadaną prywatyzacją i likwidacją "tych, których działalność nie leży w interesie miasta"? Prezydent tłumaczy, że z "prywatyzacją się nie paliła", bo chciała wszystko dokładnie sprawdzić. - Ale uważam, że ten wynik to i tak dużo. A cały szereg spółek jeszcze zrestrukturyzujemy – zapowiada. Łatwo nie będzie między innymi dlatego, że w ich zarządach i radach nadzorczych aż roi się od ludzi z Platformy Obywatelskiej, albo z PO związanych. Są wśród nich szeregowi działacze, radni, ale i wiceburmistrzowie oraz burmistrzowie. W oddelegowywaniu do spółek tych ostatnich Gronkiewicz-Waltz dzisiaj widzi już tylko korzyści.
Jej polityka
- To jest moja polityka, bo w ten sposób mam kontrolę miejską nad daną spółką. Burmistrzowie w ich radach nadzorczych to bardzo cenna rzecz – przekonuje. Ale i zastrzega: - Absolutnie nie są to jednak osoby, które można by nazwać nominantami politycznymi.
Ilu nowych członków prezydent Gronkiewicz-Waltz wprowadziła do rad nadzorczych i zarządów spółek miejskich? - Myślę, że bardzo niewielki procent. Jestem ostatnią osobą, która robi rewolucje kadrowe – uważa była prezes NBP. Z dokumentów Krajowego Rejestru Sądowego, które przejrzeliśmy, wynika jednak co innego.
Partia, rodzina, fachowiec
Tylko na przestrzeni czterech miesięcy, od lutego do kwietnia 2007 roku (a więc w pierwszych miesiącach urzędowania obecnej prezydent) w radach nadzorczych i zarządach spółek miejskich pojawiło się kilkadziesiąt nowych nazwisk. Wiele z nich to osoby związane bądź kojarzone z PO. 23 marca 2007 r. na stanowisko członka rady nadzorczej Towarzystwa Budownictwa Społecznego Bemowo powołany został Krzysztof Kwiatkowski, ówczesny wiceprzewodniczący sejmiku... łódzkiego, obecny minister sprawiedliwości. W maju następnego roku Kwiatkowski, wówczas już senator PO, przestał być członkiem rady. Na tym samym posiedzeniu trafił do niej jednak jego brat – Sebastian. - Spełnia wszystkie wymagania merytoryczne – podkreśla Tomasz Andryszczyk, p.o. rzecznika stołecznego magistratu.
Dziś oprócz brata ministra w radzie nadzorczej TBS Bemowo zasiadają jeszcze między innymi Roman Bielański (działacz PO z Wołomina) i Marek Lipiński (wiceburmistrz Woli z PO) a prezesem zarządu jest Andrzej Smoliński, były poseł AWS, obecnie w Platformie. Wszyscy wymienieni stanowiska objęli w 2007 lub 2008 roku.
"Bez znaczenia"
Podobnie jak Marek Andruk, burmistrz Woli (PO) i Jarosław Dąbrowski, burmistrz Bemowa (PO). Do rady nadzorczej miejskiego giganta, czyli Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji weszli 13 marca 2007 roku. Dąbrowski ciekawie tłumaczy, dlaczego radzie się przydaje. - Bo wcześniej byłem w radzie nadzorczej miejskich wodociągów w Jarocinie - mówi nam.
Ratusz stanowczo podkreśla jednak, że "w obecnej kadencji jedynym kryterium doboru kandydatów na członków organów spółek z udziałem m.st. Warszawy są ich kwalifikacje merytoryczne", tj. wykształcenie oraz predyspozycje. - Przynależność partyjna kandydata ani przynależność do konkretnej opcji politycznej nie ma znaczenia – zaznacza Andryszczyk.
Nie dyskwalifikować
Miasto nie wie, ilu partyjnym działaczom spółki płacą średnio po ok. 2,5 tysiąca złotych za zasiadanie w radach i zarządach. Osoby aplikujące do pełnienia funkcji w organach spółek, które uznano za dysponujące odpowiednimi kwalifikacjami, nie mają po prostu obowiązku informowania o swojej przynależności partyjnej bądź jej zmianie. - Przynależność partyjna kandydatów nie jest ewidencjonowana. Co więcej, w świetle przepisów o ochronie danych osobowych, zbieranie takich informacji przez Urząd m. st. Warszawy jest niedozwolone – podkreśla p.o. rzecznika urzędu miasta.
Prezydent stolicy idzie o krok dalej i stwierdza, że odrzucanie czyjejś kandydatury ze względu na przynależność partyjną mogłoby zostać odebrane jako dyskryminacja. - Taka przynależność nie dyskwalifikuje kandydatów. Jeżeli ktoś jest aktywnym działaczem jakiejś partii, to nie mogę mu powiedzieć: przepraszam bardzo, ale pan należy do Platformy i dlatego nie może zostać szefem – podkreśla Gronkiewicz-Waltz.
"Fachowiec"
Tę strategię prezydent wcieliła w życie między innymi w przypadku Sławomira Michalaka, pełnomocnika finansowego jej komitetu w poprzednich wyborach i działacza PO z Ochoty. - Sprawdził się i poszedł do bardzo trudnej spółki. Myślę, że to osoba bardzo wykwalifikowana – zaznacza wiceprzewodnicząca Platformy. Identycznie rzecz się podobno ma jeśli chodzi o jednoczesne zasiadanie Stanisława Rojka (b. Wiceprezydenta stolicy, męża radnej PO) w zarządzie Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowo-Usługowego "ZAPLECZE" i radzie nadzorczej MPT. - Pan Rojek to nie jest moja nominacja w takim sensie, że ja go sobie wymyśliłam. To fachowiec – zapewnia prezydent stolicy.
TVN24, TVN Warszawa
2010/11/13
Bemowo: Burmistrz nic nie wiedział o mieszkaniu?
Kto ma szansę na ekspresowy przydział mieszkania komunalnego w świetnej lokalizacji? Trzeba mieć córkę, która jest przyjaciółką burmistrza Bemowa Jarosława Dąbrowskiego (PO) i jeszcze kandyduje do rady miasta z listy partii Tuska.
Burmistrz Jarosław Dąbrowski, szef PO na Bemowie, to jeden z ulubieńców Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jest liderem listy PO do rady dzielnicy. - Jest aktywny, ma dobre kontakty z prasą. To się liczy - mówią w warszawskiej PO.
Burmistrz ma też przyjaciółkę, Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu. Ona z kolei trafiła na elitarną listę kandydatów PO do Rady Warszawy.
Koneserska lokalizacja
Na Bemowie na mieszkanie komunalne czeka się nawet dziesięć lat. W kolejce jest 200 rodzin. W 2008 r. przydziały na mieszkania gminne dostało zaledwie osiem osób. Trzy z nich trafiły do lokali socjalnych o najniższym standardzie na Pradze-Północ i Woli. Czwórka dostała skierowanie do bloku komunalnego na odludziu. Tylko jedna osoba, Elżbieta K., emerytowana nauczycielka, dostała mieszkanie komunalne na Boernerowie, na osiedlu domków jednorodzinnych z lat 30.
Jak ustaliliśmy, K. to mama przyjaciółki burmistrza Barbary Lewandowskiej.
Boernerowo to pełen zieleni teren objęty opieką konserwatora. - To koneserska lokalizacja. Działki kosztują tu ponad 1,5 mln zł - tłumaczy Paulina Benda z firmy Emmerson Nieruchomości.
K. trafiła do modernistycznego domu przy ul. Kunickiego. Dostała blisko 40-metrowe mieszkanie, w którym zgodnie z miejskimi przepisami mogła zamieszkać nawet trzyosobowa rodzina. Urząd sfinansował też remont dachu i elewacji budynku. Tuż przed przeprowadzką Elżbiety K. dzielnica wyremontowała jej przyszłe mieszkanie, płacąc za to 76 tys. zł. Tak hojne inwestycje zadziwiają, bo o dom przy Kunickiego upomina się rodzina dawnych właścicieli. A w takich przypadkach ratusz z reguły wstrzymuje remonty do czasu wyjaśnienia sytuacji prawnej.
Nie było dramatycznych warunków
Pani Elżbieta trafiła na Kunickiego z dwupokojowego mieszkania z wielkiej płyty w jednym z bloków na Bemowie. Lokal należał do jej męża, który po rozwodzie zażądał, by się wyprowadziła. W grudniu 2007 r. sprawą zajęła się komisja mieszkaniowa radnych Bemowa. - Nie zobaczyliśmy dramatycznych warunków, nie stwierdziliśmy oznak przemocy domowej - wspomina Hanna Głowacka, szefowa komisji mieszkaniowej na Bemowie, radna Naszego Miasta.
W protokole komisji czytamy: "Komisja postanowiła wstrzymać się z zaopiniowaniem wniosku do czasu przedstawienia przez Wnioskodawczynię dokumentów dotyczących przemocy w rodzinie". To ważna okoliczność: ofiary przemocy domowej i niepełnosprawni mają pierwszeństwo w przydziale mieszkań komunalnych.
Elżbieta K. w kwietniu 2007 r. poskarżyła się prokuraturze, że jest ofiarą przemocy. W lipcu 2007 r. sprawę umorzono.
- Stało się tak z powodu braku dowodów uzasadniających podejrzenia tego czynu - mówi Marta Białobrzeska, prokurator rejonowa na Woli.
Mimo to zarząd Bemowa już w maju 2008 r. (pięć miesięcy od trafienia na listę oczekujących) przyznał Elżbiecie K mieszkanie przy Kunickiego. Decyzję podpisał osobiście burmistrz Dąbrowski.
- O tym dowiedziałam się po fakcie, bo zarząd nie uzgadnia decyzji o przydziale z komisją - oburza się Hanna Głowacka.
- Nie mieliśmy pojęcia, że to mama urzędniczki - dodaje Teresa Świderska (PiS), inna radna komisji mieszkaniowej.
Mniej szczęścia niż mama przyjaciółki burmistrza miała pani Agnieszka. Od trzech lat czeka w komunalnej kolejce na Bemowie. W 2007 r. odeszła od męża, który bił ją i jej dzieci (syn ma autyzm). Trafiła do ośrodka ofiar przemocy domowej, potem wynajęła mieszkanie. - Były mąż nie płaci alimentów, a moja pensja nie starcza na utrzymanie dzieci i wynajem lokum. Już tonę w długach. W urzędzie usłyszałam, że przez najbliższe lata nie mam szans na mieszkanie - zwierza się pani Agnieszka.
Nikt po prostu nic nie wiedział
Burmistrz Dąbrowski upiera się, że podpisując przydział mieszkania dla K., nie wiedział, że to matka jego zaufanej pracowniczki. Zapewnia, że gdy się o wszystkim dowiedział, przeprowadził z nią rozmowę. - Uwierzyłem w przekazane mi wyjaśnienia - mówi. Kilka dni po rozmowie z nami decyduje się wysłać koordynatorkę na urlop bezpłatny.
- Jestem oddanym pracownikiem i społecznikiem od urodzenia - przedstawia się Barbara Lewandowska. I zarzeka się: - Nic nie wiedziałam, że moja mama złożyła wniosek o mieszkanie. Nie mam sobie nic do zarzucenia.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Burmistrz Jarosław Dąbrowski, szef PO na Bemowie, to jeden z ulubieńców Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jest liderem listy PO do rady dzielnicy. - Jest aktywny, ma dobre kontakty z prasą. To się liczy - mówią w warszawskiej PO.
Burmistrz ma też przyjaciółkę, Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu. Ona z kolei trafiła na elitarną listę kandydatów PO do Rady Warszawy.
Koneserska lokalizacja
Na Bemowie na mieszkanie komunalne czeka się nawet dziesięć lat. W kolejce jest 200 rodzin. W 2008 r. przydziały na mieszkania gminne dostało zaledwie osiem osób. Trzy z nich trafiły do lokali socjalnych o najniższym standardzie na Pradze-Północ i Woli. Czwórka dostała skierowanie do bloku komunalnego na odludziu. Tylko jedna osoba, Elżbieta K., emerytowana nauczycielka, dostała mieszkanie komunalne na Boernerowie, na osiedlu domków jednorodzinnych z lat 30.
Jak ustaliliśmy, K. to mama przyjaciółki burmistrza Barbary Lewandowskiej.
Boernerowo to pełen zieleni teren objęty opieką konserwatora. - To koneserska lokalizacja. Działki kosztują tu ponad 1,5 mln zł - tłumaczy Paulina Benda z firmy Emmerson Nieruchomości.
K. trafiła do modernistycznego domu przy ul. Kunickiego. Dostała blisko 40-metrowe mieszkanie, w którym zgodnie z miejskimi przepisami mogła zamieszkać nawet trzyosobowa rodzina. Urząd sfinansował też remont dachu i elewacji budynku. Tuż przed przeprowadzką Elżbiety K. dzielnica wyremontowała jej przyszłe mieszkanie, płacąc za to 76 tys. zł. Tak hojne inwestycje zadziwiają, bo o dom przy Kunickiego upomina się rodzina dawnych właścicieli. A w takich przypadkach ratusz z reguły wstrzymuje remonty do czasu wyjaśnienia sytuacji prawnej.
Nie było dramatycznych warunków
Pani Elżbieta trafiła na Kunickiego z dwupokojowego mieszkania z wielkiej płyty w jednym z bloków na Bemowie. Lokal należał do jej męża, który po rozwodzie zażądał, by się wyprowadziła. W grudniu 2007 r. sprawą zajęła się komisja mieszkaniowa radnych Bemowa. - Nie zobaczyliśmy dramatycznych warunków, nie stwierdziliśmy oznak przemocy domowej - wspomina Hanna Głowacka, szefowa komisji mieszkaniowej na Bemowie, radna Naszego Miasta.
W protokole komisji czytamy: "Komisja postanowiła wstrzymać się z zaopiniowaniem wniosku do czasu przedstawienia przez Wnioskodawczynię dokumentów dotyczących przemocy w rodzinie". To ważna okoliczność: ofiary przemocy domowej i niepełnosprawni mają pierwszeństwo w przydziale mieszkań komunalnych.
Elżbieta K. w kwietniu 2007 r. poskarżyła się prokuraturze, że jest ofiarą przemocy. W lipcu 2007 r. sprawę umorzono.
- Stało się tak z powodu braku dowodów uzasadniających podejrzenia tego czynu - mówi Marta Białobrzeska, prokurator rejonowa na Woli.
Mimo to zarząd Bemowa już w maju 2008 r. (pięć miesięcy od trafienia na listę oczekujących) przyznał Elżbiecie K mieszkanie przy Kunickiego. Decyzję podpisał osobiście burmistrz Dąbrowski.
- O tym dowiedziałam się po fakcie, bo zarząd nie uzgadnia decyzji o przydziale z komisją - oburza się Hanna Głowacka.
- Nie mieliśmy pojęcia, że to mama urzędniczki - dodaje Teresa Świderska (PiS), inna radna komisji mieszkaniowej.
Mniej szczęścia niż mama przyjaciółki burmistrza miała pani Agnieszka. Od trzech lat czeka w komunalnej kolejce na Bemowie. W 2007 r. odeszła od męża, który bił ją i jej dzieci (syn ma autyzm). Trafiła do ośrodka ofiar przemocy domowej, potem wynajęła mieszkanie. - Były mąż nie płaci alimentów, a moja pensja nie starcza na utrzymanie dzieci i wynajem lokum. Już tonę w długach. W urzędzie usłyszałam, że przez najbliższe lata nie mam szans na mieszkanie - zwierza się pani Agnieszka.
Nikt po prostu nic nie wiedział
Burmistrz Dąbrowski upiera się, że podpisując przydział mieszkania dla K., nie wiedział, że to matka jego zaufanej pracowniczki. Zapewnia, że gdy się o wszystkim dowiedział, przeprowadził z nią rozmowę. - Uwierzyłem w przekazane mi wyjaśnienia - mówi. Kilka dni po rozmowie z nami decyduje się wysłać koordynatorkę na urlop bezpłatny.
- Jestem oddanym pracownikiem i społecznikiem od urodzenia - przedstawia się Barbara Lewandowska. I zarzeka się: - Nic nie wiedziałam, że moja mama złożyła wniosek o mieszkanie. Nie mam sobie nic do zarzucenia.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
2010/11/08
Politycy PO pchają swoje rodziny do władzy. Na listach wyborczych do samorządu krewni członków PO
Dość nepotyzmu - obiecywała Platforma Obywatelska, układając listy wyborcze w wyborach samorządowych i chwaliła się, że dzięki decyzjom władz partii w wyborach nie wystartują krewni polityków PO.
Okazało się jednak, że wystarczy dobrze przyjrzeć się kandydatom do warszawskiego samorządu, a z łatwością można znaleźć na listach synów, córki, żony oraz mężów od dawna działających już w Platformie polityków.
To miał być wielki sukces Platformy. Sukces, który nagłośniono przy okazji układania list wyborczych do samorządów. Pod koniec października kandydatów spokrewnionych z obecnymi już w polityce członkami PO skreślano z list. Tłumaczono, że jest to "decyzja zarządu krajowego Platformy dla całego kraju", a inicjatorem akcji miał być osobiście Donald Tusk (53 l.).
W Warszawie jest inaczej. Liderką listy do Rady Warszawy jest żona byłego sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Rafała Grupińskiego (58 l.) - Ewa Malinowska-Grupińska (54 l.). Z kolei do warszawskiej Rady Dzielnicy Włochy chce dostać się syn b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy (72 l.) - Krzysztof Czuma. Ten sam, który m.in. żądał od internetowych blogerów usunięcia negatywnych wpisów na temat swojego ojca oraz był szarą eminencją Ministerstwa Sprawiedliwości w okresie, kiedy na czele resortu stał Andrzej Czuma, obecnie poseł PO. Podobnych przypadków "Super Express" doszukał się jeszcze kilkunastu.
Patrz też: Jacek Guzy, prezydent Siemianowic - uczciwością i pracą ludzie się bogacą - ZDJĘCIA, WIDEO
Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jacek-guzy-prezydent-siemianowic-uczciwoscia-praca_157141.html
Co na to władze mazowieckiej PO? Okazuje się, że problemu nie widzą. - Trudno mówić o nepotyzmie, jeżeli to wyborcy wybierają osoby, które znajdują się na liście - twierdzi wiceszefowa mazowieckiej PO Małgorzata Kidawa-Błońska (53 l.).
Jak w praktyce wygląda zwalczanie nepotyzmu na warszawskich listach wyborczych PO
Ewa Malinowska-Grupińska - liderka listy do Rady Warszawy - żona Rafała Grupińskiego, posła PO
Krzysztof Czuma - kandydat do Rady Dzielnicy Włochy - syn posła PO i b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska - liderka listy do Rady Dzielnicy Śródmieście - żona Marcina Kierwińskiego, wicemarszałka Województwa Mazowieckiego z PO
Robert Kropacz - kandydat do Rady Dzielnicy Bielany - syn Jerzego Kropacza, działacza bielańskiej PO i byłego radnego PO na Bielanach
Łukasz Lanc - kandydat do Rady Dzielnicy Praga-Południe - syn Elżbiety Lanc, radnej Województwa Mazowieckiego z PO (która ponownie kandyduje do sejmiku)
Karolina Mioduszewska - kandydatka do Rady Dzielnicy Ursynów - żona przewodniczącego Rady Dzielnicy Ursynów Michała Matejki (który także kandyduje do Rady Dzielnicy Ursynów)
Krystian Malesa - kandydat do Rady Dzielnicy Ursynów - syn byłego radnego PO na Ursynowie Wojciecha Malesy (który kandyduje do sejmiku).
Łukasz Jeziorski - kandydat do Rady Dzielnicy Wawer - syn radnego PO na Pradze-Południe Bogdana Jeziorskiego (który ponownie kandyduje)
Joanna Tracz-Łaptaszyńska - liderka listy do Rady Dzielnicy Wola - żona Krzysztofa Łaptaszyńskiego, zastępcy dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego
Joanna Tucholska - liderka listy do Rady Dzielnicy Żoliborz - córka Joanny Tucholskiej, skarbnika PO na Ursynowie
Szymon Kozłowski - kandydat do Rady Warszawy - mąż radnej PO na Bielanach Ilony Soji-Kozłowskiej (która również kandyduje)
Super Express, Sylewster Ruszkiewicz
Okazało się jednak, że wystarczy dobrze przyjrzeć się kandydatom do warszawskiego samorządu, a z łatwością można znaleźć na listach synów, córki, żony oraz mężów od dawna działających już w Platformie polityków.
To miał być wielki sukces Platformy. Sukces, który nagłośniono przy okazji układania list wyborczych do samorządów. Pod koniec października kandydatów spokrewnionych z obecnymi już w polityce członkami PO skreślano z list. Tłumaczono, że jest to "decyzja zarządu krajowego Platformy dla całego kraju", a inicjatorem akcji miał być osobiście Donald Tusk (53 l.).
W Warszawie jest inaczej. Liderką listy do Rady Warszawy jest żona byłego sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Rafała Grupińskiego (58 l.) - Ewa Malinowska-Grupińska (54 l.). Z kolei do warszawskiej Rady Dzielnicy Włochy chce dostać się syn b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy (72 l.) - Krzysztof Czuma. Ten sam, który m.in. żądał od internetowych blogerów usunięcia negatywnych wpisów na temat swojego ojca oraz był szarą eminencją Ministerstwa Sprawiedliwości w okresie, kiedy na czele resortu stał Andrzej Czuma, obecnie poseł PO. Podobnych przypadków "Super Express" doszukał się jeszcze kilkunastu.
Patrz też: Jacek Guzy, prezydent Siemianowic - uczciwością i pracą ludzie się bogacą - ZDJĘCIA, WIDEO
Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jacek-guzy-prezydent-siemianowic-uczciwoscia-praca_157141.html
Co na to władze mazowieckiej PO? Okazuje się, że problemu nie widzą. - Trudno mówić o nepotyzmie, jeżeli to wyborcy wybierają osoby, które znajdują się na liście - twierdzi wiceszefowa mazowieckiej PO Małgorzata Kidawa-Błońska (53 l.).
Jak w praktyce wygląda zwalczanie nepotyzmu na warszawskich listach wyborczych PO
Ewa Malinowska-Grupińska - liderka listy do Rady Warszawy - żona Rafała Grupińskiego, posła PO
Krzysztof Czuma - kandydat do Rady Dzielnicy Włochy - syn posła PO i b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska - liderka listy do Rady Dzielnicy Śródmieście - żona Marcina Kierwińskiego, wicemarszałka Województwa Mazowieckiego z PO
Robert Kropacz - kandydat do Rady Dzielnicy Bielany - syn Jerzego Kropacza, działacza bielańskiej PO i byłego radnego PO na Bielanach
Łukasz Lanc - kandydat do Rady Dzielnicy Praga-Południe - syn Elżbiety Lanc, radnej Województwa Mazowieckiego z PO (która ponownie kandyduje do sejmiku)
Karolina Mioduszewska - kandydatka do Rady Dzielnicy Ursynów - żona przewodniczącego Rady Dzielnicy Ursynów Michała Matejki (który także kandyduje do Rady Dzielnicy Ursynów)
Krystian Malesa - kandydat do Rady Dzielnicy Ursynów - syn byłego radnego PO na Ursynowie Wojciecha Malesy (który kandyduje do sejmiku).
Łukasz Jeziorski - kandydat do Rady Dzielnicy Wawer - syn radnego PO na Pradze-Południe Bogdana Jeziorskiego (który ponownie kandyduje)
Joanna Tracz-Łaptaszyńska - liderka listy do Rady Dzielnicy Wola - żona Krzysztofa Łaptaszyńskiego, zastępcy dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego
Joanna Tucholska - liderka listy do Rady Dzielnicy Żoliborz - córka Joanny Tucholskiej, skarbnika PO na Ursynowie
Szymon Kozłowski - kandydat do Rady Warszawy - mąż radnej PO na Bielanach Ilony Soji-Kozłowskiej (która również kandyduje)
Super Express, Sylewster Ruszkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)