Krytyka prasowa nie pomogła: władze PO wycięły z list kandydatów na radnych najaktywniejszych działaczy. Postawiły na lojalnych, ale często kontrowersyjnych.
- Promujemy doświadczonych samorządowców, którzy potrafią pracować w zespole - tłumaczy Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO, pytana, dlaczego władze jej partii ostatecznie wykreśliły z list wyborczych Michała Kubiaka. Jak pisaliśmy, należał do bardzo aktywnych radnych.
Niepokorni na bruku
Miał nadzieję, że - jak przed czterema laty - znów będzie mógł kandydować do rady Woli. Niestety, nie ma go na liście zatwierdzonej w weekend przez regionalne władze Platformy. Władzom partii Kubiak naraził się forsowaniem nazwy ronda Wolnego Tybetu (aby nie drażnić Chin, PO zgodziła się jedynie na rondo Tybetu). Proponował też racjonalną korektę lokalizacji stacji drugiej linii metra, na co z niejasnych powodów ratusz przystać nie chciał.
- Moje interpelacje i dokumenty świadczące o moim zaangażowaniu zajmują cztery obfite segregatory. Niestety, nikt z tego radnych nie rozliczał - mówi Michał Kubiak. Czuje żal do władz partii, ale pozostaje jej wierny, bo "na scenie politycznej nie ma alternatywy".
- Nie żal panu tego radnego? - pytamy Małgorzatę Kidawę-Błońską.
- Mam nadzieję, że nie rozmawiamy o nim ostatni raz - odpowiada. - Jeśli się sprawdzi, może kandydować za cztery lata.
Taki sam los spotkał Wojciecha Tumasza, radnego PO w Białołęce, który walczył o wytyczenie buspasów na Modlińskiej i Trasie AK. Sprzeciwiał się forsowanemu wbrew mieszkańcom przebiegowi linii tramwajowej na Tarchomin. Werdykt władz PO był taki jak w przypadku Kubiaka: rzekomy brak umiejętności pracy w zespole.
Platforma utrzymała za to rekomendację dla tak kontrowersyjnej postaci jak Tomasz Mencina, były burmistrz Ursynowa. Musiał odejść w niesławie z urzędu, gdy okazało się, że jego urzędnicy przegapili terminy w sądzie i Warszawa straciła szansę na uzyskanie gigantycznego odszkodowania od firmy Mostostal Eksport za opóźnienie budowy hali przy Pileckiego. Ku uciesze politycznej konkurencji Mencina otworzy listę kandydatów PO do rady Ursynowa.
Do rady Włoch będzie kandydował Krzysztof Czuma, który cztery lata temu walczył o mandat pod sztandarami LPR. Lokalni działacze narzekają, że dostał miejsce tylko dlatego, że ma wpływowego ojca: posła, byłego szefa resortu sprawiedliwości.
Matura, partia, praca
W weekend władze regionu zatwierdziły też listy kandydatów do sejmiku Mazowsza. Liderzy w warszawskich okręgach nie zaskakują. W prawobrzeżnej Warszawie numer jeden to Tomasz Kucharski, burmistrz Pragi-Północ i radny wojewódzki. Marcin Święcicki, były prezydent Warszawy, który od miesięcy stara się bezskutecznie o przyjęcie w poczet członków PO, wystartuje z listy tej partii, ale z numeru trzeciego. Przed nim znajdzie się Wioletta Paprocka, była rzeczniczka MSWiA, bliska współpracowniczka Grzegorza Schetyny.
Lewy brzeg podzielili między siebie wicemarszałkowie województwa. W dzielnicach południowych i Śródmieściu liderem ma być Marcin Kierwiński, zaś w północnych i zachodnich - Ludwik Rakowski.
Wśród kandydatów z okręgu podwarszawskiego zaskakuje nazwisko Jarosława Jóźwiaka, wiceszefa gabinetu Hanny Gronkiewicz-Waltz, którego faktyczne wpływy są dużo większe, niż wynikałoby to z zajmowanej funkcji. Będzie czwarty na liście otwieranej przez Pawła Czekalskiego, dotąd działającego w Radzie Warszawy. W kuluarach ratusza mówi się, że po wyborach Jóźwiak ma zostać wiceprezydentem Warszawy.
- Ja wiem tyle, że pod Warszawą potrzebowaliśmy najlepszych kandydatów, a do takich zalicza się Jarosław Jóźwiak - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska.
W Siedlcach lokomotywą listy PO będzie Elżbieta Lanc, radna sejmiku, wcześniej działaczka PSL i PiS. Gdy opisywaliśmy rozdawanie posad w publicznych spółkach według partyjnego klucza, przyznała: - Szukałam pracy, zapisałam się klubu PO i udało się [dostać pracę w spółce miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami "Warszawa"].
Na pytanie, jakie ma kwalifikacje, wyznała, że jest z wykształcenia polonistką, ale w ścisłej branży rady da radę, bo zdała egzamin maturalny z matematyki.
- Wiem, że ta pani była w różnych partiach, ale odnalazła się dopiero w naszej. Czasem trzeba długo szukać - komentuje Małgorzata Kidawa-Błońska.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki, Dominika Olszewska
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2010/10/11
2010/10/04
Co wolno synowi i dyrektorowi
Platforma wycina z list wyborczych społeczników. Kandyduje za to były aktywista LPR, zarazem syn posła PO, oraz były burmistrz, który odszedł z urzędu, bo naraził miasto na gigantyczne straty.
Platforma jako pierwsza przyszykowała listy kandydatów na warszawskich radnych. Jak pisaliśmy dwa tygodnie temu, nie znaleźli się na niej najaktywniej si, którzy ośmielili się prowadzić działania niezgodne z linią narzucaną przez liderów.
Synowi wolno więcej
Ich miejsce zajmują politycy, których konkurencja określa mianem BMW, czyli biernych, miernych, ale wiernych. Wśród kandydatów do rady miasta z okręgu Bielany-Żoliborz znalazła się trójka obecnych radnych, która przez całą kadencję ani razu nie zabrała głosu podczas obrad .
Lokalnych działaczy PO oburza promocja Krzysztofa Czumy, syna byłego ministra sprawiedliwości i posła PO. Zrobiło się o nim głośno, gdy jego ojciec Andrzej objął tekę ministra sprawiedliwości i uczynił swojego syna asystentem społecznym.
Gazety, powołując się na pracowników ministerstwa, donosiły, że Czuma junior „trzęsie ministerstwem“. W pierwszych dniach rządów w resorcie był nieformalnym rzecznikiem ojca. To on kontaktował się z dziennikarzami. Miał ponoć uczestniczyć w spotkaniach prokuratorów z ministrem. Zniknął z ministerstwa, dopiero gdy nagłośniły to media.
Długo w cieniu nie wytrzymał. Jest na liście kandydatów PO do rady Włoch. To zaskakujące, bo cztery lata temu próbował wejść do lokalnego samorządu pod sztandarami LPR. Bezskutecznie. Mimo pierwszej pozycji na liście zebrał zaledwie 139 głosów. Skąd taka zmiana partyjnego szyldu? Tej kwestii Krzysztof Czuma rozważać nie chce. Pytany, czy kandyduje w nadchodzących wyborach, używa formuły: „Nie potwierdzam i nie zaprzeczam“.
Znacznie bardziej rozmowni są lokalni działacze PO. - Nie jest członkiem naszego koła. Nigdy nie pojawił się na żadnym naszym spotkaniu, a nagle ląduje na liście kandydatów. I jeszcze ta jego miłość do LPR - mówi działacz Platformy z Włoch.
Inny oburza się: - Żadnemu z nas partyjne władze nie wybaczyłyby takiej przeszłości. Ale to przecież syn byłego ministra. Widać jemu wolno więcej.
Wiele do zrobienia
Kolejni forsowani przez partyjne władze to Tomasz Mencina, numer jeden wśród kandydatów PO do rady Ursynowa, oraz Wiesław Raboszuk, lider dzielnicowej listy na Targówku.
Pierwszy to były burmistrz Ursynowa, który musiał zrzec się stanowiska, gdy jak media ujawniły, że przez zaniedbanie jego urzędników Warszawa straciła szansę na dziesiątki milionów złotych odszkodowania od firmy Mostostal Eksport.
Dziś Mencina jest szefem biura organizacji i zarządzania w miejskich Wodociągach (to miejska spółka; były burmistrz dostał tę posadę dzięki układom wPO). Tłumaczy, że ze sprawy Mostostalu Eksport rozgrzesza go wyrok Sądu Najwyższego, który dał miastu ostatnią szansę na to, by coś od tej firmy uzyskać.
Kłopot w tym, że ma się to nijak do oczywistych zaniedbań ur synowskich urzędników, którzy przegapili terminy spraw sądowych. Miasto przez cztery lata nie dostało od Mostostalu Eksport nawet złotówki i wciąż nie wiadomo, czy cokolwiek wywalczy.
Wiesław Raboszuk szefuje w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych - instytucji, która miała sprawnie dzielić brukselskie euro na Mazowszu. Jednak przez nieudolność zatrudnionych z partyjnego klucza urzędników stała się zmorą przedsiębiorców i społeczników, którzy nie mogli doprosić się ani pomocy, ani terminowego załatwienia sprawy.
Raboszuk woli patrzeć w przód. - Wiele zrobiliśmy i wiele jeszcze zostało do zrobienia - tłumaczy pytany, dlaczego znów chce kandydować na radnego.
- Listy kandydatów nie są jeszcze ostatecznie zatwierdzone, dlatego wolę dziś jeszcze nie rozmawiać o konkretnych nazwiskach - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska,szefowa warszawskiej PO.
Jan Fusiecki, Gazeta Stołeczna
Platforma jako pierwsza przyszykowała listy kandydatów na warszawskich radnych. Jak pisaliśmy dwa tygodnie temu, nie znaleźli się na niej najaktywniej si, którzy ośmielili się prowadzić działania niezgodne z linią narzucaną przez liderów.
Synowi wolno więcej
Ich miejsce zajmują politycy, których konkurencja określa mianem BMW, czyli biernych, miernych, ale wiernych. Wśród kandydatów do rady miasta z okręgu Bielany-Żoliborz znalazła się trójka obecnych radnych, która przez całą kadencję ani razu nie zabrała głosu podczas obrad .
Lokalnych działaczy PO oburza promocja Krzysztofa Czumy, syna byłego ministra sprawiedliwości i posła PO. Zrobiło się o nim głośno, gdy jego ojciec Andrzej objął tekę ministra sprawiedliwości i uczynił swojego syna asystentem społecznym.
Gazety, powołując się na pracowników ministerstwa, donosiły, że Czuma junior „trzęsie ministerstwem“. W pierwszych dniach rządów w resorcie był nieformalnym rzecznikiem ojca. To on kontaktował się z dziennikarzami. Miał ponoć uczestniczyć w spotkaniach prokuratorów z ministrem. Zniknął z ministerstwa, dopiero gdy nagłośniły to media.
Długo w cieniu nie wytrzymał. Jest na liście kandydatów PO do rady Włoch. To zaskakujące, bo cztery lata temu próbował wejść do lokalnego samorządu pod sztandarami LPR. Bezskutecznie. Mimo pierwszej pozycji na liście zebrał zaledwie 139 głosów. Skąd taka zmiana partyjnego szyldu? Tej kwestii Krzysztof Czuma rozważać nie chce. Pytany, czy kandyduje w nadchodzących wyborach, używa formuły: „Nie potwierdzam i nie zaprzeczam“.
Znacznie bardziej rozmowni są lokalni działacze PO. - Nie jest członkiem naszego koła. Nigdy nie pojawił się na żadnym naszym spotkaniu, a nagle ląduje na liście kandydatów. I jeszcze ta jego miłość do LPR - mówi działacz Platformy z Włoch.
Inny oburza się: - Żadnemu z nas partyjne władze nie wybaczyłyby takiej przeszłości. Ale to przecież syn byłego ministra. Widać jemu wolno więcej.
Wiele do zrobienia
Kolejni forsowani przez partyjne władze to Tomasz Mencina, numer jeden wśród kandydatów PO do rady Ursynowa, oraz Wiesław Raboszuk, lider dzielnicowej listy na Targówku.
Pierwszy to były burmistrz Ursynowa, który musiał zrzec się stanowiska, gdy jak media ujawniły, że przez zaniedbanie jego urzędników Warszawa straciła szansę na dziesiątki milionów złotych odszkodowania od firmy Mostostal Eksport.
Dziś Mencina jest szefem biura organizacji i zarządzania w miejskich Wodociągach (to miejska spółka; były burmistrz dostał tę posadę dzięki układom wPO). Tłumaczy, że ze sprawy Mostostalu Eksport rozgrzesza go wyrok Sądu Najwyższego, który dał miastu ostatnią szansę na to, by coś od tej firmy uzyskać.
Kłopot w tym, że ma się to nijak do oczywistych zaniedbań ur synowskich urzędników, którzy przegapili terminy spraw sądowych. Miasto przez cztery lata nie dostało od Mostostalu Eksport nawet złotówki i wciąż nie wiadomo, czy cokolwiek wywalczy.
Wiesław Raboszuk szefuje w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych - instytucji, która miała sprawnie dzielić brukselskie euro na Mazowszu. Jednak przez nieudolność zatrudnionych z partyjnego klucza urzędników stała się zmorą przedsiębiorców i społeczników, którzy nie mogli doprosić się ani pomocy, ani terminowego załatwienia sprawy.
Raboszuk woli patrzeć w przód. - Wiele zrobiliśmy i wiele jeszcze zostało do zrobienia - tłumaczy pytany, dlaczego znów chce kandydować na radnego.
- Listy kandydatów nie są jeszcze ostatecznie zatwierdzone, dlatego wolę dziś jeszcze nie rozmawiać o konkretnych nazwiskach - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska,szefowa warszawskiej PO.
Jan Fusiecki, Gazeta Stołeczna
2010/10/03
Ładny Prezydent
Prezydent Bronisław Komorowski ściągnął do pałacu dwóch nowych fotografów, bo do artystów (też dwóch), którzy uwieczniali Lecha Kaczyńskiego, nie ma zaufania.
Wprawdzie wynagrodzenie dostaje teraz cała czwórka, ale pracę już tylko nowi. – Ci, których zastaliśmy, mogą być nieobiektywni i złośliwie pokazywać prezydenta Komorowskiego w złym oświetleniu albo uwieczniać go z głupimi minami – tłumaczy nam jeden z polityków PO, proszący o zachowanie anonimowości. Na zlecenia może więc liczyć fotograf, który sprawdził się w czasie kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego oraz drugi z nowych, który wykazał się wystarczającym talentem, by robić zdjęcia pierwszej damie.
Informację o tych zmianach przyjęliśmy z pewnym niedowierzaniem, bowiem jeszcze w ubiegłym tygodniu cała Polska słyszała ministra Sławomira Nowaka zapowiadającego koniec Bizancjum przy Krakowskim Przedmieściu. Miała nastąpić wstrzemięźliwość w wydawaniu pieniędzy oraz zmniejszenie liczby etatów.
Zasilenie prezydenckiej drużyny potwierdziło nam jednak biuro prasowe kancelarii – z zastrzeżeniem, że nowi fotografowie nie obciążyli puli etatów. Jeden z nich jako właściciel firmy wypisuje faktury, drugi jest na umowie-zleceniu. Wysokość wynagrodzeń jest, niestety, objęta tajemnicą. W odstawkę poszli też dwaj etatowi fachowcy zatrudnieni przez Lecha Kaczyńskiego do filmowania wydarzeń z udziałem pary prezydenckiej. – Przychodzą codziennie, pytają, co mają sfilmować i codziennie słyszą: „panom dziękujemy” – mówi jeden z pracowników pałacu.
Zarzuty, jakoby prezydent Bronisław Komorowski nie wiedział, jak ma wyglądać jego prezydentura, są więc kompletnie bezpodstawne. Jego pierwsze decyzje kadrowe (wcześniej zatrudnił też stylistkę) dowodzą, że ma być po prostu ładnie.
Wprawdzie wynagrodzenie dostaje teraz cała czwórka, ale pracę już tylko nowi. – Ci, których zastaliśmy, mogą być nieobiektywni i złośliwie pokazywać prezydenta Komorowskiego w złym oświetleniu albo uwieczniać go z głupimi minami – tłumaczy nam jeden z polityków PO, proszący o zachowanie anonimowości. Na zlecenia może więc liczyć fotograf, który sprawdził się w czasie kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego oraz drugi z nowych, który wykazał się wystarczającym talentem, by robić zdjęcia pierwszej damie.
Informację o tych zmianach przyjęliśmy z pewnym niedowierzaniem, bowiem jeszcze w ubiegłym tygodniu cała Polska słyszała ministra Sławomira Nowaka zapowiadającego koniec Bizancjum przy Krakowskim Przedmieściu. Miała nastąpić wstrzemięźliwość w wydawaniu pieniędzy oraz zmniejszenie liczby etatów.
Zasilenie prezydenckiej drużyny potwierdziło nam jednak biuro prasowe kancelarii – z zastrzeżeniem, że nowi fotografowie nie obciążyli puli etatów. Jeden z nich jako właściciel firmy wypisuje faktury, drugi jest na umowie-zleceniu. Wysokość wynagrodzeń jest, niestety, objęta tajemnicą. W odstawkę poszli też dwaj etatowi fachowcy zatrudnieni przez Lecha Kaczyńskiego do filmowania wydarzeń z udziałem pary prezydenckiej. – Przychodzą codziennie, pytają, co mają sfilmować i codziennie słyszą: „panom dziękujemy” – mówi jeden z pracowników pałacu.
Zarzuty, jakoby prezydent Bronisław Komorowski nie wiedział, jak ma wyglądać jego prezydentura, są więc kompletnie bezpodstawne. Jego pierwsze decyzje kadrowe (wcześniej zatrudnił też stylistkę) dowodzą, że ma być po prostu ładnie.
2010/09/29
Co zrobi metro? Prezydent Warszawy pisze do ministra
Czy w końcu w metrze coś się zmieni? Warszawiacy donoszą do prokuratury o braku zabezpieczeń dla niewidomych. Prezydent Warszawy pisze do ministra infrastruktury: Rozporządzenie o zabezpieczeniach w metrze to priorytet.
- Brak zabezpieczeń to problem dużej rangi. Unikanie dotąd tego tematu przez panią prezydent jest, delikatnie mówiąc, niezrozumiałe. Oczekiwałem od niej zwykłej, ludzkiej wrażliwości - komentuje Paweł Wdówik, kierownik biura ds. osób niepełnosprawnych na Uniwersytecie Warszawskim. Jest niewidomy. 17 września stawił się wraz z kilkunastoma innymi niewidomymi osobami przed stacją Metra Centrum. Urządzili tam dramatyczną konferencję prasową w drugą rocznicę wypadku Filipa Zagończyka, studenta UW. Filip nie wyczuł laską krawędzi peronu i wpadł pod wjeżdżające na stację metro. Cudem przeżył, ale stracił nogę. Jego rehabilitacja ciągle trwa.
Prezydent milczała, teraz pisze do ministra
Jak już wielokrotnie pisaliśmy, w metrze od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Dalej nie ma zabezpieczeń - chodzi głównie o tzw. pasy z guzkami przed krawędzią peronu. Metro twierdzi, że nie może ich zainstalować, bo obowiązują je przepisy kolejowe, które mówią, że peron ma być gładki. Nad nowymi przepisami już drugi rok pracują w Ministerstwie Infrastruktury. I końca prac nie widać. Tymczasem na nowe prawo nie czekają koleje i montują na swoich stacjach pasy z guzkami. Pojawiły się m.in. na remontowanym kolejowym Dworcu Gdańskim.
Do tej pory z braku zabezpieczeń tłumaczył się głównie Krzysztof Malawko, rzecznik Metra. Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz milczała, mimo że wielokrotnie osoby niewidome prosiły ją o zajęcie się sprawą. Ratusz zmienił jednak zdanie. - Dziś, najpóźniej jutro, wyjdzie od nas do Ministerstwa Infrastruktury pismo podpisane przez panią prezydent o priorytetowe zajęcie się rozporządzeniem w sprawie zabezpieczeń w metrze. Niezależnie zwrócę się do biura prawnego w ratuszu o analizę, czy takie rozporządzenie jest niezbędne, by rozpocząć modernizację stacji - mówi Karolina Malczyk-Rokicińska, pełnomocniczka prezydent ds. równego traktowania.
Ludzie, co wy wyprawiacie?
Niedawno do walki o pas dla niewidomych w metrze włączyli się mieszkańcy Warszawy. Kilka dni po konferencji prasowej osób niewidomych Dariusz Ćwiklak, nasz redakcyjny kolega z działu gospodarczego, zaapelował na portalach społecznościowych, by ludzie zaczęli zalewać Metro Warszawskie protestami w sprawie bezczynności. Jego apel opublikowaliśmy też w "Gazecie". Odpowiedział m.in. Jerzy Bebak. W liście do Metra napisał: "Szanowne Metro Warszawskie albo po prostu: Ludzie, co wy wyprawiacie?! Dlaczego mieszkańcy muszą Was prosić o tak elementarną rzecz, jak pasy ostrzegające niewidomych?". I dalej: "Przecież to, co prezentujecie, to najwyższa pogarda dla Waszych podstawowych pracodawców - podatników i mieszkańców miasta! (...). A może trzeba iść do prokuratury, żeby ustalić winnego zaniedbań i narażania na śmierć i kalectwo pasażerów?" .Jak napisał, tak też zrobił - zawiadomił prokuraturę okręgową. Ta sprawę przekazała do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów, ale nie ma jeszcze decyzji, czy wszcząć śledztwo.
Mirosław Wróblewski z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich informuje, że w najbliższych dniach wyślą do Ministerstwa Infrastruktury kolejne już pismo z pytaniem, na jakim etapie są prace nad rozporządzeniem i kiedy się zakończą. Korespondencja z resortem trwa już od dwóch lat.
- W trybie pilnym zadam Ministerstwu Infrastruktury pytanie, co się w tej sprawie dzieje - obiecuje również poseł Grzegorz Piechota (PO), przewodniczący sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny.
Anna Woźniak-Szymańska, prezes Polskiego Związku Niewidomych: - Dobrze, że pani prezydent zareagowała. Moim zdaniem to co się dzieje w metrze, to zaniechanie narażające osoby niewidome na utratę zdrowia i życia. To, według mnie, jest sprawa dla prokuratury.
Komentarz Wojciecha Tymowskiego
To miała być prosta sprawa. Bo czymże innym miałoby być zamontowanie na peronie metra ostrzegawczego pasa z wypustkami? Po dwóch latach widać, że to jednak gigantyczny problem. Jego rozwiązanie przerasta możliwości Metra, ratusza, a także Ministerstwa Infrastruktury, które już drugi rok informuje bez zażenowania, że wciąż pracuje nad dokumentem, bez którego władze metra nie chcą zamontować paska. I choć sprawa jest - jak to właśnie określiła sama pani prezydent Warszawy priorytetowa - bo chodzi przecież o ludzkie życie, końca tego mozołu nie widać.
Będziemy bić rekord świata. Tak długo, aż ktoś znowu wpadnie pod pociąg.
Wojciech Tymowski
- Brak zabezpieczeń to problem dużej rangi. Unikanie dotąd tego tematu przez panią prezydent jest, delikatnie mówiąc, niezrozumiałe. Oczekiwałem od niej zwykłej, ludzkiej wrażliwości - komentuje Paweł Wdówik, kierownik biura ds. osób niepełnosprawnych na Uniwersytecie Warszawskim. Jest niewidomy. 17 września stawił się wraz z kilkunastoma innymi niewidomymi osobami przed stacją Metra Centrum. Urządzili tam dramatyczną konferencję prasową w drugą rocznicę wypadku Filipa Zagończyka, studenta UW. Filip nie wyczuł laską krawędzi peronu i wpadł pod wjeżdżające na stację metro. Cudem przeżył, ale stracił nogę. Jego rehabilitacja ciągle trwa.
Prezydent milczała, teraz pisze do ministra
Jak już wielokrotnie pisaliśmy, w metrze od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Dalej nie ma zabezpieczeń - chodzi głównie o tzw. pasy z guzkami przed krawędzią peronu. Metro twierdzi, że nie może ich zainstalować, bo obowiązują je przepisy kolejowe, które mówią, że peron ma być gładki. Nad nowymi przepisami już drugi rok pracują w Ministerstwie Infrastruktury. I końca prac nie widać. Tymczasem na nowe prawo nie czekają koleje i montują na swoich stacjach pasy z guzkami. Pojawiły się m.in. na remontowanym kolejowym Dworcu Gdańskim.
Do tej pory z braku zabezpieczeń tłumaczył się głównie Krzysztof Malawko, rzecznik Metra. Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz milczała, mimo że wielokrotnie osoby niewidome prosiły ją o zajęcie się sprawą. Ratusz zmienił jednak zdanie. - Dziś, najpóźniej jutro, wyjdzie od nas do Ministerstwa Infrastruktury pismo podpisane przez panią prezydent o priorytetowe zajęcie się rozporządzeniem w sprawie zabezpieczeń w metrze. Niezależnie zwrócę się do biura prawnego w ratuszu o analizę, czy takie rozporządzenie jest niezbędne, by rozpocząć modernizację stacji - mówi Karolina Malczyk-Rokicińska, pełnomocniczka prezydent ds. równego traktowania.
Ludzie, co wy wyprawiacie?
Niedawno do walki o pas dla niewidomych w metrze włączyli się mieszkańcy Warszawy. Kilka dni po konferencji prasowej osób niewidomych Dariusz Ćwiklak, nasz redakcyjny kolega z działu gospodarczego, zaapelował na portalach społecznościowych, by ludzie zaczęli zalewać Metro Warszawskie protestami w sprawie bezczynności. Jego apel opublikowaliśmy też w "Gazecie". Odpowiedział m.in. Jerzy Bebak. W liście do Metra napisał: "Szanowne Metro Warszawskie albo po prostu: Ludzie, co wy wyprawiacie?! Dlaczego mieszkańcy muszą Was prosić o tak elementarną rzecz, jak pasy ostrzegające niewidomych?". I dalej: "Przecież to, co prezentujecie, to najwyższa pogarda dla Waszych podstawowych pracodawców - podatników i mieszkańców miasta! (...). A może trzeba iść do prokuratury, żeby ustalić winnego zaniedbań i narażania na śmierć i kalectwo pasażerów?" .Jak napisał, tak też zrobił - zawiadomił prokuraturę okręgową. Ta sprawę przekazała do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów, ale nie ma jeszcze decyzji, czy wszcząć śledztwo.
Mirosław Wróblewski z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich informuje, że w najbliższych dniach wyślą do Ministerstwa Infrastruktury kolejne już pismo z pytaniem, na jakim etapie są prace nad rozporządzeniem i kiedy się zakończą. Korespondencja z resortem trwa już od dwóch lat.
- W trybie pilnym zadam Ministerstwu Infrastruktury pytanie, co się w tej sprawie dzieje - obiecuje również poseł Grzegorz Piechota (PO), przewodniczący sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny.
Anna Woźniak-Szymańska, prezes Polskiego Związku Niewidomych: - Dobrze, że pani prezydent zareagowała. Moim zdaniem to co się dzieje w metrze, to zaniechanie narażające osoby niewidome na utratę zdrowia i życia. To, według mnie, jest sprawa dla prokuratury.
Komentarz Wojciecha Tymowskiego
To miała być prosta sprawa. Bo czymże innym miałoby być zamontowanie na peronie metra ostrzegawczego pasa z wypustkami? Po dwóch latach widać, że to jednak gigantyczny problem. Jego rozwiązanie przerasta możliwości Metra, ratusza, a także Ministerstwa Infrastruktury, które już drugi rok informuje bez zażenowania, że wciąż pracuje nad dokumentem, bez którego władze metra nie chcą zamontować paska. I choć sprawa jest - jak to właśnie określiła sama pani prezydent Warszawy priorytetowa - bo chodzi przecież o ludzkie życie, końca tego mozołu nie widać.
Będziemy bić rekord świata. Tak długo, aż ktoś znowu wpadnie pod pociąg.
Wojciech Tymowski
2010/09/08
Nagroda czy pensja? Jak płaci pani prezydent
Choć z powodu kryzysu ratusz musi drastycznie ciąć wydatki, prezydent Warszawy stale sowicie nagradza urzędniczą elitę. - Niezależnie od osiągnięć, a to demoralizuje, zamiast mobilizować - alarmuje opozycja
W kwietniu burmistrzowie dostali ekstra po 9-10 tys. zł. Ostatnie, wypłacane w sierpniu nagrody były o ponad 2 tys. zł niższe. Prezydent Warszawy doceniła też pracę ich zastępców - dostawali najczęściej od 5 do 7 tys. zł. M.in. dzięki temu przeszło 60-osobowa grupa zasiadająca w zarządach 18 warszawskich dzielnic należy w magistracie do pracowniczej elity. Burmistrz lub członek zarządu dzielnicy zarabia rocznie od 160 do 200 tys. zł.
Z nadzieją w przyszłość
- Nie mam nic przeciwko nagrodom, nawet wysokim, ale powinny być motywowane szczególnymi osiągnięciami: realizacją autorskiego programu czy dobrym gospodarowaniem finansami. Tymczasem nagrody przyznaje się wszystkim w podobnej wysokości - wytyka Bartosz Dominiak, radny SdPl, który zażądał szczegółowego raportu w tej sprawie.
Za skandal uważa wypłatę nagród zarządowi Ursynowa. - Bodaj po raz pierwszy w historii samorządu ta dzielnica nie wykorzystała 40 mln zł przeznaczonych na inwestycje - mówią radni dzielnicy. - Wbrew zapowiedziom nie zrealizowały szeregu inwestycji drogowych, m.in. modernizacji ul. Płaskowickiej czy budowy ul. Nowoursynowskiej. Przy ul. rtm. Pileckiego dzielnica zaczęła budowę boisk na gruncie, do którego były roszczenia. Przeszło 3 mln zł poszły w błoto.
Tymczasem burmistrz Ursynowa Urszula Kierzkowska (PO) dostała w kwietniu 7,2 tys. nagrody, a odpowiedzialny za inwestycje wiceburmistrz Piotr Zalewski (PO) 5,6 tys. zł.
Do najwyższych należą premie zarządu Pragi-Północ, kolejnej dzielnicy, która nie zdołała wykorzystać pieniędzy przeznaczonych na inwestycje. Burmistrz Jolanta Koczorowska (PO) wzięła 9 tys. zł nagrody, jej zastępcy po 5,6 tys. zł.
Wyjątki to Maurycy Komorowski (PO), burmistrz Ochoty, który jako jedyny nie dostał nagrody wiosennej, i Marek Andruk (PO), którego prezydent pozbawiła nagrody sierpniowej. - To reakcja na doniesienia prasowe, które zarzucały tym panom nepotyzm. W pewne mierze się potwierdziły - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Następnych nagród burmistrzowie i ich zastępcy spodziewają się pod koniec roku, już po listopadowych wyborach samorządowych. Patrzą w przyszłość optymistycznie, bo w powszechnej opinii Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej partia mają reelekcję w kieszeni.
Obciąć nagrody czy zwalniać
Dlaczego nagrody mają charakter uznaniowy i nie są nagrodą za wybitne osiągnięcia? Urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz tłumaczą to zastaną w ratuszu tradycją. Dodatkowe honoraria pracownicy warszawskich urzędów dostają od niepamiętnych czasów. Za tego typu bonusami stał murem Lech Kaczyński w czasach swojej warszawskiej prezydentury. - Ograniczyliśmy nagrody z czterech do trzech rocznie, ich wysokość spada w szybszym tempie niż inne wydatki ratusza - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy.
Zapewnia, że będą dalsze cięcia nagród, bo światowy kryzys odbija się na sytuacji finansowej miasta. Żeby utrzymać poziom finansowania sztandarowych projektów (np. budowy drugiej linii metra czy trasy mostu Północnego), miasto musi w przyszłym roku znaleźć oszczędności na kwotę pół miliarda złotych. Nie może sobie pozwolić na słabsze finansowanie szkół czy szpitali. Dlatego oszczędności obejmą głównie promocję, administrację, bieżące naprawy dróg czy zieleń miejską.
- Aby utrzymać finansowanie licznych w mojej dzielnicy szkół, musiałem zrezygnować z lokalnych inwestycji i odchudzić budżet administracji o 1 mln zł - mówi burmistrz Śródmieścia Wojciech Bartelski (PO). Nie wyklucza redukcji zatrudnienia, a konkretnie nieprzedłużania umów pracownikom zatrudnionym na czas oznaczony. - Chyba sensowniejsze byłoby obcięcie nagród burmistrzom, którzy i tak nieźle zarabiają - uważa radny Bartosz Dominiak.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki
W kwietniu burmistrzowie dostali ekstra po 9-10 tys. zł. Ostatnie, wypłacane w sierpniu nagrody były o ponad 2 tys. zł niższe. Prezydent Warszawy doceniła też pracę ich zastępców - dostawali najczęściej od 5 do 7 tys. zł. M.in. dzięki temu przeszło 60-osobowa grupa zasiadająca w zarządach 18 warszawskich dzielnic należy w magistracie do pracowniczej elity. Burmistrz lub członek zarządu dzielnicy zarabia rocznie od 160 do 200 tys. zł.
Z nadzieją w przyszłość
- Nie mam nic przeciwko nagrodom, nawet wysokim, ale powinny być motywowane szczególnymi osiągnięciami: realizacją autorskiego programu czy dobrym gospodarowaniem finansami. Tymczasem nagrody przyznaje się wszystkim w podobnej wysokości - wytyka Bartosz Dominiak, radny SdPl, który zażądał szczegółowego raportu w tej sprawie.
Za skandal uważa wypłatę nagród zarządowi Ursynowa. - Bodaj po raz pierwszy w historii samorządu ta dzielnica nie wykorzystała 40 mln zł przeznaczonych na inwestycje - mówią radni dzielnicy. - Wbrew zapowiedziom nie zrealizowały szeregu inwestycji drogowych, m.in. modernizacji ul. Płaskowickiej czy budowy ul. Nowoursynowskiej. Przy ul. rtm. Pileckiego dzielnica zaczęła budowę boisk na gruncie, do którego były roszczenia. Przeszło 3 mln zł poszły w błoto.
Tymczasem burmistrz Ursynowa Urszula Kierzkowska (PO) dostała w kwietniu 7,2 tys. nagrody, a odpowiedzialny za inwestycje wiceburmistrz Piotr Zalewski (PO) 5,6 tys. zł.
Do najwyższych należą premie zarządu Pragi-Północ, kolejnej dzielnicy, która nie zdołała wykorzystać pieniędzy przeznaczonych na inwestycje. Burmistrz Jolanta Koczorowska (PO) wzięła 9 tys. zł nagrody, jej zastępcy po 5,6 tys. zł.
Wyjątki to Maurycy Komorowski (PO), burmistrz Ochoty, który jako jedyny nie dostał nagrody wiosennej, i Marek Andruk (PO), którego prezydent pozbawiła nagrody sierpniowej. - To reakcja na doniesienia prasowe, które zarzucały tym panom nepotyzm. W pewne mierze się potwierdziły - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Następnych nagród burmistrzowie i ich zastępcy spodziewają się pod koniec roku, już po listopadowych wyborach samorządowych. Patrzą w przyszłość optymistycznie, bo w powszechnej opinii Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej partia mają reelekcję w kieszeni.
Obciąć nagrody czy zwalniać
Dlaczego nagrody mają charakter uznaniowy i nie są nagrodą za wybitne osiągnięcia? Urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz tłumaczą to zastaną w ratuszu tradycją. Dodatkowe honoraria pracownicy warszawskich urzędów dostają od niepamiętnych czasów. Za tego typu bonusami stał murem Lech Kaczyński w czasach swojej warszawskiej prezydentury. - Ograniczyliśmy nagrody z czterech do trzech rocznie, ich wysokość spada w szybszym tempie niż inne wydatki ratusza - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy.
Zapewnia, że będą dalsze cięcia nagród, bo światowy kryzys odbija się na sytuacji finansowej miasta. Żeby utrzymać poziom finansowania sztandarowych projektów (np. budowy drugiej linii metra czy trasy mostu Północnego), miasto musi w przyszłym roku znaleźć oszczędności na kwotę pół miliarda złotych. Nie może sobie pozwolić na słabsze finansowanie szkół czy szpitali. Dlatego oszczędności obejmą głównie promocję, administrację, bieżące naprawy dróg czy zieleń miejską.
- Aby utrzymać finansowanie licznych w mojej dzielnicy szkół, musiałem zrezygnować z lokalnych inwestycji i odchudzić budżet administracji o 1 mln zł - mówi burmistrz Śródmieścia Wojciech Bartelski (PO). Nie wyklucza redukcji zatrudnienia, a konkretnie nieprzedłużania umów pracownikom zatrudnionym na czas oznaczony. - Chyba sensowniejsze byłoby obcięcie nagród burmistrzom, którzy i tak nieźle zarabiają - uważa radny Bartosz Dominiak.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki
2010/08/30
Rodzinna agencja lotnicza
Kancelaria Premiera kontroluje Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. Powód? M.in. nepotyzm.
Kontrola w tej państwowej agencji odpowiedzialnej za nadzór i kierowanie ruchem lotniczym na terytorium Polski trwa od kilku tygodni.
Jej powodem są podejrzenia nieprawidłowości w PAŻP, m.in. liczne przypadki zatrudniania członków rodzin osób zajmujących kierownicze stanowiska.
– Informacje o mogących występować w PAŻP przypadkach nepotyzmu były, oprócz innych informacji wskazujących na potencjalne nieprawidłowości, powodem podjęcia kontroli – potwierdza „Rz” Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją. Zapowiada, że kontrola ma się zakończyć 6 października, ale może zostać przedłużona.
Żona, siostra, zięciowie
Z ustaleń „Rz” wynika, że w PAŻP zatrudnione są całe rodziny.
Pracują tam żona i siostra prezesa agencji Krzysztofa Banaszka.
Zatrudnione są też dwie córki i dwóch zięciów dyrektora Biura Zarządzania Przestrzenią Powietrzną i Przygotowania Operacyjnego, syn i żona dyrektora Biura Szkoleń i Rozwoju Personelu, mąż i córka kierowniczki Działu Organizacji i Zarządzania oraz syn głównego księgowego.
Pracę w PAŻP znalazła nawet żona doradcy wiceministra infrastruktury Tadeusza Jarmuziewicza, który nadzoruje m.in. PAŻP.
Średnia pensja 16 tys. zł
Praca w PAŻP to łakomy kąsek. Średnia pensja wynosi tam 16 tys. zł. Do tego pracownicy mogą otrzymać dodatki z tytułu zasiadania w którymś z kilkudziesięciu zespołów roboczych.
Oprócz zwykłych świadczeń emerytalnych zatrudnieni uczestniczą też w pracowniczym programie emerytalnym – PAŻP wpłaca dodatkowo 1 proc. miesięcznej wartości pensji każdego pracownika.
W sumie budżet Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej wynosi około 500 mln zł. Z tego w 2008 i 2009 r. ponad 300 mln pochłonęły same pensje dla pracowników, a dodatkowe 50 mln zł w 2008 i 60 mln zł w 2009 r. wydano na inne świadczenia pracownicze.
W centrali PAŻP w Warszawie oraz w dziesięciu oddziałach terenowych pracuje dziś na etatach 1714 osób.
Czy prezes agencji nie widzi nic niestosownego w zatrudnianiu rodziny kierowników i dyrektorów?
„W PAŻP nie panuje nepotyzm. Sprawnie działają wewnętrzne procedury naboru zawierające czynnik konkurencji pomiędzy kandydatami do zatrudnienia – odpisał „Rz” Krzysztof Banaszek. – Między mną a żoną i siostrą nie ma zależności służbowej czy bezpośredniej podległości służbowej. Moja żona została zatrudniona zgodnie z procedurami naboru PPL, której PAŻP była częścią do 2007 roku. Pracuje w PAŻP i w jej poprzedniczce organizacyjnej już dziesięć lat. Siostra też została zatrudniona nie za mojej prezesowskiej kadencji. Obejmując funkcję prezesa, musiałem się pogodzić z niższymi o ok. 30 proc. zarobkami niż na moim poprzednim stanowisku pracy. Czy według pana powinienem również wyrzucić z pracy zatrudnioną tu od wielu lat żonę?”.
Ile wylatali
Pracownicy PAŻP podróżują służbowo po całym świecie. Rocznie delegacje kosztują agencję miliony złotych. W 2009 r. było to prawie 7 mln zł, z czego 10 proc. (ponad 700 tys. zł) to koszt podróży kierownictwa PAŻP. To i tak mniej niż przed rokiem. Wówczas agencja wydała na to 9 mln zł, z czego ponad milion na wyjazdy szefostwa.
Jak wynika z ustaleń „Rz”, w PAŻP dochodziło do nieprawidłowości przy rozliczaniu delegacji.
Chodzi m.in. o wyjazdy kontrolerów lotu na początku lutego 2009 r. do Budapesztu. Wszyscy za sposób rozliczenia kosztów delegacji zostali ukarani naganą. Powód? „Poświadczenie nieprawdy poprzez podanie nieprawdziwych danych w rozliczeniu kosztów wyjazdu służbowego za granicę” – czytamy w dokumencie o ukaraniu naganą jednego z kontrolerów PAŻP. Oprócz tego kierownictwo PAŻP zarzuciło mu łamanie instrukcji agencji w sprawie rozliczania kosztów, m.in. zmianę warunków podróży bez powiadamiania agencji.
Rzecznik PAŻP Grzegorz Hlebowicz zapewnia, że agencja kontroluje regularnie rozliczenia z wydatków służbowych, a w latach 2007 – 2010 przeprowadzono w niej aż siedem kontroli wewnętrznych w tych sprawach. „Wszystkie stwierdzone w ich wyniku uchybienia miały charakter drobnych nieścisłości formalnych i zostały w wyniku działań pokontrolnych naprawione. PAŻP nie poniosła z tytułu stwierdzonych uchybień strat finansowych” – podkreśla Hlebowicz.
PAŻP zajmuje się m.in. kontrolą ruchu lotniczego, planowaniem przepływu ruchu lotniczego nad Polską, koordynacją zajętości przestrzeni powietrznej i prowadzeniem biur odpraw załóg.
Ma informacje na temat wszystkich, nawet najtajniejszych, lotów, jakie realizowali członkowie NATO.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor
Kontrola w tej państwowej agencji odpowiedzialnej za nadzór i kierowanie ruchem lotniczym na terytorium Polski trwa od kilku tygodni.
Jej powodem są podejrzenia nieprawidłowości w PAŻP, m.in. liczne przypadki zatrudniania członków rodzin osób zajmujących kierownicze stanowiska.
– Informacje o mogących występować w PAŻP przypadkach nepotyzmu były, oprócz innych informacji wskazujących na potencjalne nieprawidłowości, powodem podjęcia kontroli – potwierdza „Rz” Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją. Zapowiada, że kontrola ma się zakończyć 6 października, ale może zostać przedłużona.
Żona, siostra, zięciowie
Z ustaleń „Rz” wynika, że w PAŻP zatrudnione są całe rodziny.
Pracują tam żona i siostra prezesa agencji Krzysztofa Banaszka.
Zatrudnione są też dwie córki i dwóch zięciów dyrektora Biura Zarządzania Przestrzenią Powietrzną i Przygotowania Operacyjnego, syn i żona dyrektora Biura Szkoleń i Rozwoju Personelu, mąż i córka kierowniczki Działu Organizacji i Zarządzania oraz syn głównego księgowego.
Pracę w PAŻP znalazła nawet żona doradcy wiceministra infrastruktury Tadeusza Jarmuziewicza, który nadzoruje m.in. PAŻP.
Średnia pensja 16 tys. zł
Praca w PAŻP to łakomy kąsek. Średnia pensja wynosi tam 16 tys. zł. Do tego pracownicy mogą otrzymać dodatki z tytułu zasiadania w którymś z kilkudziesięciu zespołów roboczych.
Oprócz zwykłych świadczeń emerytalnych zatrudnieni uczestniczą też w pracowniczym programie emerytalnym – PAŻP wpłaca dodatkowo 1 proc. miesięcznej wartości pensji każdego pracownika.
W sumie budżet Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej wynosi około 500 mln zł. Z tego w 2008 i 2009 r. ponad 300 mln pochłonęły same pensje dla pracowników, a dodatkowe 50 mln zł w 2008 i 60 mln zł w 2009 r. wydano na inne świadczenia pracownicze.
W centrali PAŻP w Warszawie oraz w dziesięciu oddziałach terenowych pracuje dziś na etatach 1714 osób.
Czy prezes agencji nie widzi nic niestosownego w zatrudnianiu rodziny kierowników i dyrektorów?
„W PAŻP nie panuje nepotyzm. Sprawnie działają wewnętrzne procedury naboru zawierające czynnik konkurencji pomiędzy kandydatami do zatrudnienia – odpisał „Rz” Krzysztof Banaszek. – Między mną a żoną i siostrą nie ma zależności służbowej czy bezpośredniej podległości służbowej. Moja żona została zatrudniona zgodnie z procedurami naboru PPL, której PAŻP była częścią do 2007 roku. Pracuje w PAŻP i w jej poprzedniczce organizacyjnej już dziesięć lat. Siostra też została zatrudniona nie za mojej prezesowskiej kadencji. Obejmując funkcję prezesa, musiałem się pogodzić z niższymi o ok. 30 proc. zarobkami niż na moim poprzednim stanowisku pracy. Czy według pana powinienem również wyrzucić z pracy zatrudnioną tu od wielu lat żonę?”.
Ile wylatali
Pracownicy PAŻP podróżują służbowo po całym świecie. Rocznie delegacje kosztują agencję miliony złotych. W 2009 r. było to prawie 7 mln zł, z czego 10 proc. (ponad 700 tys. zł) to koszt podróży kierownictwa PAŻP. To i tak mniej niż przed rokiem. Wówczas agencja wydała na to 9 mln zł, z czego ponad milion na wyjazdy szefostwa.
Jak wynika z ustaleń „Rz”, w PAŻP dochodziło do nieprawidłowości przy rozliczaniu delegacji.
Chodzi m.in. o wyjazdy kontrolerów lotu na początku lutego 2009 r. do Budapesztu. Wszyscy za sposób rozliczenia kosztów delegacji zostali ukarani naganą. Powód? „Poświadczenie nieprawdy poprzez podanie nieprawdziwych danych w rozliczeniu kosztów wyjazdu służbowego za granicę” – czytamy w dokumencie o ukaraniu naganą jednego z kontrolerów PAŻP. Oprócz tego kierownictwo PAŻP zarzuciło mu łamanie instrukcji agencji w sprawie rozliczania kosztów, m.in. zmianę warunków podróży bez powiadamiania agencji.
Rzecznik PAŻP Grzegorz Hlebowicz zapewnia, że agencja kontroluje regularnie rozliczenia z wydatków służbowych, a w latach 2007 – 2010 przeprowadzono w niej aż siedem kontroli wewnętrznych w tych sprawach. „Wszystkie stwierdzone w ich wyniku uchybienia miały charakter drobnych nieścisłości formalnych i zostały w wyniku działań pokontrolnych naprawione. PAŻP nie poniosła z tytułu stwierdzonych uchybień strat finansowych” – podkreśla Hlebowicz.
PAŻP zajmuje się m.in. kontrolą ruchu lotniczego, planowaniem przepływu ruchu lotniczego nad Polską, koordynacją zajętości przestrzeni powietrznej i prowadzeniem biur odpraw załóg.
Ma informacje na temat wszystkich, nawet najtajniejszych, lotów, jakie realizowali członkowie NATO.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor
2010/08/25
Zlecenie dla spółki związanej z żoną ministra
Firma dostała bez przetargu kontrakt na projekt autostrady za 7,5 mln zł. GDDKiA nie przeprowadziła przetargu. Firmy dostały zlecenie w trybie z wolnej ręki.
Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad na początku 2010 r. zleciła opracowanie projektu budowy autostrady A1 konsorcjum z udziałem tarnowskiej spółki MGGP i spółki Complex Projekt. Z tą pierwszą firmą związana jest żona ministra skarbu Aleksandra Grada.
Zlecenie opiewało na 7,5 mln zł. Jednak GDDKiA nie przeprowadziła przetargu. Firmy dostały zlecenie w trybie z wolnej ręki. Dlaczego?
– To było jedyne możliwe rozwiązanie – przekonuje w rozmowie z „Rz” Marcin Hadaj, rzecznik GDDKiA.
Tłumaczy, że GDDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.
A prawa autorskie do projektu miało tylko konsorcjum MGGP i Complex Projekt, które opracowało go na podstawie umowy z GDDKiA w 2004 r.
– Wykorzystanie dokumentacji przez inne biuro projektowe skutkowałoby roszczeniami w stosunku do GDDKiA – tłumaczy Hadaj.
Dziwna umowa pana R.
Inne firmy po wykonaniu zleceń przenosiły prawa autorskie na GDDKiA. Konsorcjum MGGP i Complex Projekt tego nie zrobiło. Dlaczego? Rzecznik Generalnej Dyrekcji nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć.
– Ówczesne kierownictwo GDDKiA uznało, że przeniesienie praw autorskich do projektu nie jest konieczne – mówi tylko Hadaj. Zaznacza, że w nowej umowie między Generalną Dyrekcją a konsorcjum zapisano już punkt o przeniesieniu praw autorskich.
W 2004 r. umowę bez przeniesienia praw do projektu podpisał ówczesny dyrektor katowickiego oddziału GDDKiA Krzysztof R. W sierpniu tego roku został zatrzymany przez ABW. Jest podejrzany o przyjęcie 900 tys. zł łapówek w związku z budową autostrad.
Żona w spółkach
Ze spółką MGGP związana jest Małgorzata Grad – żona ministra skarbu Aleksandra Grada. Jest ona wspólnikiem w firmie Franciszek Gryboś spółka komandytowa. Małgorzata Grad w spółce jest komandytariuszem – nie jest upoważniona do reprezentowania firmy ani prowadzenia jej spraw. Spółkę reprezentuje Franciszek Gryboś, kolega ministra ze studiów.
Spółka ta powstała kilka miesięcy po objęciu przez Grada teki ministra skarbu. Właśnie wtedy do tej firmy żona ministra wniosła akcje MGGP SA i udziały w spółce MGGP Aero. Firma Franciszek Gryboś spółka komandytowa jest więc dziś akcjonariuszem spółki MGGP SA oraz udziałowcem spółki MGGP Aero (50 proc. udziałów ma tam oprócz spółki komandytowej właśnie MGGP SA).
Wcześniej we władzach MGGP SA (zarządzie i radzie nadzorczej) zasiadała cała rodzina Gradów: Małgorzata, Aleksander i ich syn Paweł. Obecnie na czele firmy stoi Franciszek Gryboś.
Próbowaliśmy skontaktować się z przedstawicielami MGGP i Małgorzatą Grad, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi na e-maile.
Jak ustaliliśmy, w połowie 2010 r. MGGP wraz z Grybosiem i Małgorzatą Grad powołali kolejną firmę – Franciszek Gryboś i Wspólnicy Spółka Jawna. Mieści się pod tym samym tarnowskim adresem co MGGP. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że m.in. zarządza ona nieruchomościami, robi badania i analizy techniczne.
O zleceniach z państwowych instytucji dla spółki MGGP „Rz” pisała już w kwietniu 2009 r. Ujawniliśmy, że tarnowska spółka wygrała ponad 30 przetargów na usługi dla podmiotów państwowych. Kilkanaście z nich już po nominacji Grada na ministra skarbu.
Na stronie resortu skarbu pojawiło się wtedy oświadczenie ministra. Wynikało z niego, że w ramach przejrzystości i jawności MGGP m.in. „nie bierze udziału w postępowaniach udzielania zamówień z wolnej ręki”. Dlaczego więc w styczniu spółka otrzymała od GDDKiA takie zlecenie? Minister Grad nie chciał odpowiedzieć na pytania „Rz”. Stwierdził, że już wielokrotnie wyjaśniał kontrowersje wokół MGGP.
Grad zlecił już wcześniej sprawdzenie działalności spółki ABW i CBA. – Sprawę analizowaliśmy przez mniej więcej rok i nie znaleźliśmy podstaw do przeprowadzenia kontroli – mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA.
MGGP w 2003 r. miało przychody sięgające 15 mln zł, w latach 2007 i 2008 przekroczyły one 50 mln zł. Zatrudnia ponad 300 osób.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor
Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad na początku 2010 r. zleciła opracowanie projektu budowy autostrady A1 konsorcjum z udziałem tarnowskiej spółki MGGP i spółki Complex Projekt. Z tą pierwszą firmą związana jest żona ministra skarbu Aleksandra Grada.
Zlecenie opiewało na 7,5 mln zł. Jednak GDDKiA nie przeprowadziła przetargu. Firmy dostały zlecenie w trybie z wolnej ręki. Dlaczego?
– To było jedyne możliwe rozwiązanie – przekonuje w rozmowie z „Rz” Marcin Hadaj, rzecznik GDDKiA.
Tłumaczy, że GDDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.
A prawa autorskie do projektu miało tylko konsorcjum MGGP i Complex Projekt, które opracowało go na podstawie umowy z GDDKiA w 2004 r.
– Wykorzystanie dokumentacji przez inne biuro projektowe skutkowałoby roszczeniami w stosunku do GDDKiA – tłumaczy Hadaj.
Dziwna umowa pana R.
Inne firmy po wykonaniu zleceń przenosiły prawa autorskie na GDDKiA. Konsorcjum MGGP i Complex Projekt tego nie zrobiło. Dlaczego? Rzecznik Generalnej Dyrekcji nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć.
– Ówczesne kierownictwo GDDKiA uznało, że przeniesienie praw autorskich do projektu nie jest konieczne – mówi tylko Hadaj. Zaznacza, że w nowej umowie między Generalną Dyrekcją a konsorcjum zapisano już punkt o przeniesieniu praw autorskich.
W 2004 r. umowę bez przeniesienia praw do projektu podpisał ówczesny dyrektor katowickiego oddziału GDDKiA Krzysztof R. W sierpniu tego roku został zatrzymany przez ABW. Jest podejrzany o przyjęcie 900 tys. zł łapówek w związku z budową autostrad.
Żona w spółkach
Ze spółką MGGP związana jest Małgorzata Grad – żona ministra skarbu Aleksandra Grada. Jest ona wspólnikiem w firmie Franciszek Gryboś spółka komandytowa. Małgorzata Grad w spółce jest komandytariuszem – nie jest upoważniona do reprezentowania firmy ani prowadzenia jej spraw. Spółkę reprezentuje Franciszek Gryboś, kolega ministra ze studiów.
Spółka ta powstała kilka miesięcy po objęciu przez Grada teki ministra skarbu. Właśnie wtedy do tej firmy żona ministra wniosła akcje MGGP SA i udziały w spółce MGGP Aero. Firma Franciszek Gryboś spółka komandytowa jest więc dziś akcjonariuszem spółki MGGP SA oraz udziałowcem spółki MGGP Aero (50 proc. udziałów ma tam oprócz spółki komandytowej właśnie MGGP SA).
Wcześniej we władzach MGGP SA (zarządzie i radzie nadzorczej) zasiadała cała rodzina Gradów: Małgorzata, Aleksander i ich syn Paweł. Obecnie na czele firmy stoi Franciszek Gryboś.
Próbowaliśmy skontaktować się z przedstawicielami MGGP i Małgorzatą Grad, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi na e-maile.
Jak ustaliliśmy, w połowie 2010 r. MGGP wraz z Grybosiem i Małgorzatą Grad powołali kolejną firmę – Franciszek Gryboś i Wspólnicy Spółka Jawna. Mieści się pod tym samym tarnowskim adresem co MGGP. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że m.in. zarządza ona nieruchomościami, robi badania i analizy techniczne.
O zleceniach z państwowych instytucji dla spółki MGGP „Rz” pisała już w kwietniu 2009 r. Ujawniliśmy, że tarnowska spółka wygrała ponad 30 przetargów na usługi dla podmiotów państwowych. Kilkanaście z nich już po nominacji Grada na ministra skarbu.
Na stronie resortu skarbu pojawiło się wtedy oświadczenie ministra. Wynikało z niego, że w ramach przejrzystości i jawności MGGP m.in. „nie bierze udziału w postępowaniach udzielania zamówień z wolnej ręki”. Dlaczego więc w styczniu spółka otrzymała od GDDKiA takie zlecenie? Minister Grad nie chciał odpowiedzieć na pytania „Rz”. Stwierdził, że już wielokrotnie wyjaśniał kontrowersje wokół MGGP.
Grad zlecił już wcześniej sprawdzenie działalności spółki ABW i CBA. – Sprawę analizowaliśmy przez mniej więcej rok i nie znaleźliśmy podstaw do przeprowadzenia kontroli – mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA.
MGGP w 2003 r. miało przychody sięgające 15 mln zł, w latach 2007 i 2008 przekroczyły one 50 mln zł. Zatrudnia ponad 300 osób.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor
2010/08/23
Ratusz miał oszczędzać, a zatrudnił 1,5 tys. nowych osób
Pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz zatrudnienie w ratuszu wzrosło o 1,5 tys. osób. W dobie kryzysu trzeba na gwałt szukać oszczędności, ale burmistrzowie nie przewidują redukcji zatrudnienia.
- Mści się radosna twórczość, czyli polityka personalna ratusza z lat gospodarczej hossy. Zatrudnił zbyt wielu pracowników, często z partyjnego lub towarzyskiego klucza, a teraz nie pozbędzie się tego balastu, bo idą wybory i nie czas na niepopularne decyzje - komentuje Bartosz Dominiak, radny opozycyjnego SdPl.
Zatrudniłem sprzątaczki
Radny zauważył, że liczba pracowników zatrudnionych w miejskich instytucjach stale rośnie. Zażądał szczegółów. Z oficjalnego pisma dowiedział się, że pod koniec 2006 r., a więc w momencie obejmowania władzy przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, ratusz dawał pracę 5,7 tys. pracowników. Dziś zatrudnia blisko 7,3 tys. pracowników. Najbardziej, bo aż o 1,4 tys. osób, wzrosło zatrudnienie w urzędach 18 stołecznych dzielnic.
- Musieliśmy zwiększyć liczbę etatów, bo dostaliśmy nowe zadania - tłumaczą dzielnicowi burmistrzowie.
Chodzi o to, że w ramach realizacji hasła "Urząd bliżej mieszkańców" ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz cedowała kompetencje na władze dzielnic. Sprawy dotyczące działalności gospodarczej, pozwoleń na budowę czy gospodarki nieruchomościami, wcześniej w całości kontrolowane przez prezydenta, teraz znalazły się w gestii burmistrzów dzielnic i ich urzędów.
Urząd Bemowa pod koniec 2006 r. miał 161 pracowników. Teraz daje pracę 269 osobom. Skąd tak duży wzrost?
- Na przykład zatrudniłem na etatach sprzątaczki. To się bardziej opłaca niż wynajmowanie firmy zewnętrznej - mówi Jarosław Dąbrowski (PO), burmistrz Bemowa.
Zapewnia też , że nowo zatrudnieni dali urzędowi szereg różnych korzyści. - To nasi pracownicy założyli nam własny internet. Nie musimy płacić za jego dostawę i fundujemy bezprzewodowe łącze mieszkańcom - mówi Jarosław Dąbrowski.
Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka, potwierdza, że w jego urzędzie zatrudnienie wzrosło o 77 osób, ale przestrzega przed uproszczeniami i "populizmem opozycji", który godzi "w wizerunek urzędnika". - Wciąż mamy mniej urzędników niż Europa Zachodnia. Łatwo powiedzieć, że urzędasów jest za dużo. A powinno nam chodzić o jakość obsługi mieszkańców, a nie statystyczną liczbę zatrudnionych - mówi.
Podaje przykład: pływalnię Polonez poprzednie władze Targówka budowały przy skromnym udziale urzędników. Do realizacji projektu wynajęły inwestora zastępczego. Na inwestycję poszło 30 mln zł, a po sześciu latach okazało się, że trzeba ją zamknąć, bo jest źle wybudowana.
- Aby nie dopuścić do powtórki takiej sytuacji, zatrudniłem inspektorów budowlanych z uprawnieniami. Tylko etatowi pracownicy urzędów mogą skutecznie kontrolować wykonanie inwestycji - mówi Zawistowski.
Wzrosło, zamiast zmaleć
Wraz z przekazywaniem kompetencji w dół, czyli do urzędów dzielnic, liczba zatrudnionych w centralnych biurach ratusza powinna się radykalnie zmniejszyć.
Wzrost zatrudnienia w urzędach dzielnic nie przyniósł jednak redukcji w biurach bezpośrednio zależnych od prezydenta. Liczba zatrudnionych w biurach ratusza i ich delegaturach nawet nieznacznie wzrosła.
- Spodziewaliśmy się, że przejmiemy kilkudziesięciu pracowników, bo z ratusza mieli nam dać ludzi do nowych zadań. Ostatecznie oddelegowano jednego, ale już nie pamiętam, czy podpisałem z nim umowę o pracę - mówi burmistrz jednej z warszawskich dzielnic.
- Pracownicy zależnych bezpośrednio od prezydenta biur zapewne uznaliby przesunięcie do dzielnicy za degradację. Tam zostało więc po staremu, a dzielnice zatrudniały nowych ludzi, bo musiały - mówi urzędnik ratusza zajmujący wysokie stanowisko.
Dziś urzędnicy dostali wprawdzie zalecenie, by szukać oszczędności, bo miasto jest zadłużone, inwestycje zakontraktowane, a dochody budżetu przez kryzys coraz szczuplejsze. - Cięcie kosztów wynagrodzeń da małe efekty, pracownicy to nasz największy kapitał. Żadnych zwolnień nie przewidujemy - mówią w ratuszu.
Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna
- Mści się radosna twórczość, czyli polityka personalna ratusza z lat gospodarczej hossy. Zatrudnił zbyt wielu pracowników, często z partyjnego lub towarzyskiego klucza, a teraz nie pozbędzie się tego balastu, bo idą wybory i nie czas na niepopularne decyzje - komentuje Bartosz Dominiak, radny opozycyjnego SdPl.
Zatrudniłem sprzątaczki
Radny zauważył, że liczba pracowników zatrudnionych w miejskich instytucjach stale rośnie. Zażądał szczegółów. Z oficjalnego pisma dowiedział się, że pod koniec 2006 r., a więc w momencie obejmowania władzy przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, ratusz dawał pracę 5,7 tys. pracowników. Dziś zatrudnia blisko 7,3 tys. pracowników. Najbardziej, bo aż o 1,4 tys. osób, wzrosło zatrudnienie w urzędach 18 stołecznych dzielnic.
- Musieliśmy zwiększyć liczbę etatów, bo dostaliśmy nowe zadania - tłumaczą dzielnicowi burmistrzowie.
Chodzi o to, że w ramach realizacji hasła "Urząd bliżej mieszkańców" ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz cedowała kompetencje na władze dzielnic. Sprawy dotyczące działalności gospodarczej, pozwoleń na budowę czy gospodarki nieruchomościami, wcześniej w całości kontrolowane przez prezydenta, teraz znalazły się w gestii burmistrzów dzielnic i ich urzędów.
Urząd Bemowa pod koniec 2006 r. miał 161 pracowników. Teraz daje pracę 269 osobom. Skąd tak duży wzrost?
- Na przykład zatrudniłem na etatach sprzątaczki. To się bardziej opłaca niż wynajmowanie firmy zewnętrznej - mówi Jarosław Dąbrowski (PO), burmistrz Bemowa.
Zapewnia też , że nowo zatrudnieni dali urzędowi szereg różnych korzyści. - To nasi pracownicy założyli nam własny internet. Nie musimy płacić za jego dostawę i fundujemy bezprzewodowe łącze mieszkańcom - mówi Jarosław Dąbrowski.
Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka, potwierdza, że w jego urzędzie zatrudnienie wzrosło o 77 osób, ale przestrzega przed uproszczeniami i "populizmem opozycji", który godzi "w wizerunek urzędnika". - Wciąż mamy mniej urzędników niż Europa Zachodnia. Łatwo powiedzieć, że urzędasów jest za dużo. A powinno nam chodzić o jakość obsługi mieszkańców, a nie statystyczną liczbę zatrudnionych - mówi.
Podaje przykład: pływalnię Polonez poprzednie władze Targówka budowały przy skromnym udziale urzędników. Do realizacji projektu wynajęły inwestora zastępczego. Na inwestycję poszło 30 mln zł, a po sześciu latach okazało się, że trzeba ją zamknąć, bo jest źle wybudowana.
- Aby nie dopuścić do powtórki takiej sytuacji, zatrudniłem inspektorów budowlanych z uprawnieniami. Tylko etatowi pracownicy urzędów mogą skutecznie kontrolować wykonanie inwestycji - mówi Zawistowski.
Wzrosło, zamiast zmaleć
Wraz z przekazywaniem kompetencji w dół, czyli do urzędów dzielnic, liczba zatrudnionych w centralnych biurach ratusza powinna się radykalnie zmniejszyć.
Wzrost zatrudnienia w urzędach dzielnic nie przyniósł jednak redukcji w biurach bezpośrednio zależnych od prezydenta. Liczba zatrudnionych w biurach ratusza i ich delegaturach nawet nieznacznie wzrosła.
- Spodziewaliśmy się, że przejmiemy kilkudziesięciu pracowników, bo z ratusza mieli nam dać ludzi do nowych zadań. Ostatecznie oddelegowano jednego, ale już nie pamiętam, czy podpisałem z nim umowę o pracę - mówi burmistrz jednej z warszawskich dzielnic.
- Pracownicy zależnych bezpośrednio od prezydenta biur zapewne uznaliby przesunięcie do dzielnicy za degradację. Tam zostało więc po staremu, a dzielnice zatrudniały nowych ludzi, bo musiały - mówi urzędnik ratusza zajmujący wysokie stanowisko.
Dziś urzędnicy dostali wprawdzie zalecenie, by szukać oszczędności, bo miasto jest zadłużone, inwestycje zakontraktowane, a dochody budżetu przez kryzys coraz szczuplejsze. - Cięcie kosztów wynagrodzeń da małe efekty, pracownicy to nasz największy kapitał. Żadnych zwolnień nie przewidujemy - mówią w ratuszu.
Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna
2010/08/18
Po kontroli: cień na władzach Mokotowa. Matactwo?
- To rzuca cień na władze tej dzielnicy - mówią w PO. SLD idzie dalej. Mówi, że wyniki kontroli w urzędzie Mokotowa dowodzą matactwa urzędników. Rozliczenia po wakacjach
Dotarliśmy do wyników kontroli w urzędzie Mokotowa, którą prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) zleciła w reakcji na nasze publikacje odsłaniające kulisy eksmisji apteki z ul. Puławskiej 10.
- Protokół z kontroli rzuca złe światło na władze i urząd tej dzielnicy - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy. - Jej urzędnicy nie traktowali podmiotów gospodarczych sprawiedliwie i nie wiedzieli dokładnie, co tak naprawdę dzieje się z należącymi do miasta lokalami.
Urzędnicy wyjątkowo wyrozumiali
Z wyników kontroli wynika, że mokotowscy urzędnicy poszli na rękę jednemu z przedsiębiorców, jubilerowi Andrzejowi Zgirskiemu, który wynajmował należący do miasta lokal przy zbiegu Puławskiej 10. Podnajmował go nielegalnie Karolowi El Kashifowi, który od ośmiu lat prowadził w nim aptekę. Jubiler zarabiał na pośrednictwie - płacił miastu nieco ponad 5 tys. zł miesięcznie, od aptekarza brał za podnajem za miesiąc 25 tys. zł.
Na tego typu umowach miasto traci, dlatego podnajem jest zabroniony, a z najemcami-pośrednikami miasto rozwiązuje umowy. W przypadku Puławskiej 10 tak się nie stało. Gdy pośrednictwo wyszło na jaw, urzędnicy pozwolili jubilerowi pozostać w lokalu. Sugerowali, by jak najszybciej usunął podnajemcę. Jubiler posłuchał i wyrzucił natychmiast siłą aptekarza. Z dokumentów wynika, że urzędnicy zachowali się wyjątkowo - w czterech innych przypadkach po stwierdzeniu podnajmu rozwiązano umowę z oficjalnymi najemcami.
Dlaczego potraktowali jubilera ulgowo? Usunięty aptekarz nie ma wątpliwości. - Jubiler miał układy w urzędzie - mówi Karol El Kashif. Jako dowód przedstawia nagrania rozmów z jubilerem i jego pomocnikiem Pawłem Dulskim, wiceszefem PO na Mokotowie. Ten ostatni prezentował się Zgirskiemu i El Kashifowi jako osoba wpływowa, znająca procedury, radnych i urzędników.
Z wyjaśnień Waldemara Albińskiego, szefa mokotowskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami (ZGN), wynika, że za korzystnym dla jubilera rozwiązaniem optował Grzegorz Okoński (PO), wiceburmistrz Mokotowa. - Pan Grzegorz Okoński przyjechał do mnie i zasugerował, że wcale nie musimy rozwiązywać umowy [najmu z jubilerem] - wyznał kontrolerowi Albiński.
Obiecują wyciągnąć konsekwencje
Grzegorz Okoński w rozmowie z "Gazetą" krytykuje z kolei jedną z pracownic ZGN Mariannę Bogucką, która rzekomo nie wiedziała, że lokal przy Puławskiej 10 jest podnajmowany. Mimo że prowadziła tę sprawę od początku, tj. od 2002 r., po sześciu latach oświadczyła swojej przełożonej, że nie tam żadnego podnajmu. To otwierało jubilerowi drogę do wykupu Puławskiej 10 na preferencyjnych zasadach. Dopiero w ub.r., gdy konflikt jubilera z aptekarzem stał się głośny, ta sama Marianna Bogucka, na polecenie szefów, dokonała kontroli. "Udała się do przedmiotowego lokalu [przy Puławskiej 10], blisko mokotowskiego urzędu, w którym kupiła lek w celu uzyskania paragonu. Na tej podstawie stwierdziła, że lokal prowadzi inny podmiot niż najemca." - czytamy w protokole z kontroli.
- Szkoda tylko, że w dokumentach nie ma po tym wyczynie śladu - mówi Adam Ciesielski (SLD), radny Mokotowa. - Urzędnicy w tej sprawie składają sprzeczne oświadczenia, wręcz mataczą. W Sojuszu szykujemy wniosek o odwołanie burmistrza Okońskiego i zawiadomienie prokuratury, bo doszło do niegospodarności i złamania procedur.
- Wobec winnych w tej sprawie wyciągniemy konsekwencje - zapowiada Tomasz Andryszczyk. - Należy się spodziewać dymisji Okońskiego lub Albińskiego. Zmienimy radykalnie skład władz mokotowskiej PO - mówią warszawscy działacze partii Tuska.
Jan Fusiecki, Gazeta Stoleczna
Dotarliśmy do wyników kontroli w urzędzie Mokotowa, którą prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) zleciła w reakcji na nasze publikacje odsłaniające kulisy eksmisji apteki z ul. Puławskiej 10.
- Protokół z kontroli rzuca złe światło na władze i urząd tej dzielnicy - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy. - Jej urzędnicy nie traktowali podmiotów gospodarczych sprawiedliwie i nie wiedzieli dokładnie, co tak naprawdę dzieje się z należącymi do miasta lokalami.
Urzędnicy wyjątkowo wyrozumiali
Z wyników kontroli wynika, że mokotowscy urzędnicy poszli na rękę jednemu z przedsiębiorców, jubilerowi Andrzejowi Zgirskiemu, który wynajmował należący do miasta lokal przy zbiegu Puławskiej 10. Podnajmował go nielegalnie Karolowi El Kashifowi, który od ośmiu lat prowadził w nim aptekę. Jubiler zarabiał na pośrednictwie - płacił miastu nieco ponad 5 tys. zł miesięcznie, od aptekarza brał za podnajem za miesiąc 25 tys. zł.
Na tego typu umowach miasto traci, dlatego podnajem jest zabroniony, a z najemcami-pośrednikami miasto rozwiązuje umowy. W przypadku Puławskiej 10 tak się nie stało. Gdy pośrednictwo wyszło na jaw, urzędnicy pozwolili jubilerowi pozostać w lokalu. Sugerowali, by jak najszybciej usunął podnajemcę. Jubiler posłuchał i wyrzucił natychmiast siłą aptekarza. Z dokumentów wynika, że urzędnicy zachowali się wyjątkowo - w czterech innych przypadkach po stwierdzeniu podnajmu rozwiązano umowę z oficjalnymi najemcami.
Dlaczego potraktowali jubilera ulgowo? Usunięty aptekarz nie ma wątpliwości. - Jubiler miał układy w urzędzie - mówi Karol El Kashif. Jako dowód przedstawia nagrania rozmów z jubilerem i jego pomocnikiem Pawłem Dulskim, wiceszefem PO na Mokotowie. Ten ostatni prezentował się Zgirskiemu i El Kashifowi jako osoba wpływowa, znająca procedury, radnych i urzędników.
Z wyjaśnień Waldemara Albińskiego, szefa mokotowskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami (ZGN), wynika, że za korzystnym dla jubilera rozwiązaniem optował Grzegorz Okoński (PO), wiceburmistrz Mokotowa. - Pan Grzegorz Okoński przyjechał do mnie i zasugerował, że wcale nie musimy rozwiązywać umowy [najmu z jubilerem] - wyznał kontrolerowi Albiński.
Obiecują wyciągnąć konsekwencje
Grzegorz Okoński w rozmowie z "Gazetą" krytykuje z kolei jedną z pracownic ZGN Mariannę Bogucką, która rzekomo nie wiedziała, że lokal przy Puławskiej 10 jest podnajmowany. Mimo że prowadziła tę sprawę od początku, tj. od 2002 r., po sześciu latach oświadczyła swojej przełożonej, że nie tam żadnego podnajmu. To otwierało jubilerowi drogę do wykupu Puławskiej 10 na preferencyjnych zasadach. Dopiero w ub.r., gdy konflikt jubilera z aptekarzem stał się głośny, ta sama Marianna Bogucka, na polecenie szefów, dokonała kontroli. "Udała się do przedmiotowego lokalu [przy Puławskiej 10], blisko mokotowskiego urzędu, w którym kupiła lek w celu uzyskania paragonu. Na tej podstawie stwierdziła, że lokal prowadzi inny podmiot niż najemca." - czytamy w protokole z kontroli.
- Szkoda tylko, że w dokumentach nie ma po tym wyczynie śladu - mówi Adam Ciesielski (SLD), radny Mokotowa. - Urzędnicy w tej sprawie składają sprzeczne oświadczenia, wręcz mataczą. W Sojuszu szykujemy wniosek o odwołanie burmistrza Okońskiego i zawiadomienie prokuratury, bo doszło do niegospodarności i złamania procedur.
- Wobec winnych w tej sprawie wyciągniemy konsekwencje - zapowiada Tomasz Andryszczyk. - Należy się spodziewać dymisji Okońskiego lub Albińskiego. Zmienimy radykalnie skład władz mokotowskiej PO - mówią warszawscy działacze partii Tuska.
Jan Fusiecki, Gazeta Stoleczna
2010/07/20
Łapówki przerwały karierę Maurycego S.
Były wiceburmistrz Ochoty za łapówki miał pomóc w załatwieniu dzierżawy parkingu czy pracy w urzędzie, a jego stowarzyszenie wyłudzało dotacje publiczne.
Prokuratura Apelacyjna w Warszawie po dwóch latach zakończyła śledztwo przeciw Maurycemu S. i 13 innym osobom.
Maurycy S., były wiceburmistrz Ochoty i działacz SdPl, odpowie przed sądem w sumie za 15 przestępstw. Został oskarżony nie tylko o korupcję, powoływanie się na wpływy, ale i wyłudzenie dotacji ze środków publicznych.
CBA zainteresowało się wiceburmistrzem po tym, jak dotarł do niego sygnał, że Maurycy S. namawia szefa ochockiego ośrodka sportu i rekreacji, by na ubezpieczyciela ośrodka wybrał wskazaną firmę. W zamian miał dostać 5 tys. zł łapówki. Panowie mieli się też spotkać przy okazji innego „biznesu”. Do S. z prośbą o pomoc zwrócił się Przemysław G., młody działacz SdPl. Klienci jego siostry, która była adwokatem, chcieli przedłużyć umowę na dzierżawę w Zarządzie Dróg Miejskich parkingu przy ul. Prostej, nieopodal ronda ONZ. Ich firma Eko-Krab szukała dojścia do ZDM i gotowa była za pozytywne załatwienie sprawy zapłacić 25 tys. zł. Maurycy S. obiecał pomoc, a dojścia szukał przez dyrektora ochockiego OSiR-u. Sprawę już wówczas badało CBA. Jego agent „Przemek“ udający biznesmena z dużymi wpływami obiecał wsparcie. Ostatecznie pieniądze przejęła pani adwokat i przez brata przekazała je S.
Burmistrz wpadł przy innej okazji – po tym, jak obiecał w zamian za 10 tys. zł pomoc w załatwieniu pracy w urzędzie na Mokotowie. S. został aresztowany. Wkrótce zatrzymano panią adwokat, jej brata oraz wspólników z firmy Eko-Krab.
Śledczy skontrolowali też Towarzystwo Inicjatyw Społecznych Troska, które sześć lat temu założył były wiceburmistrz. Miało ono m.in. udzielać porad prawnych bezrobotnym i osobom biednym. Na ten cel dostało ponad 200 tys. zł dotacji z miejskiego Biura Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Zdaniem prokuratury, znaczna część z tych pieniędzy została wyłudzona. – Towarzystwo Troska podpisywało umowy na porady z osobami, które nie miały kwalifikacji albo nie świadczyły usług, a wystawiono na nie faktury – tłumaczy śledczy. Wszystkim postawiono zarzuty.
Maurycy S. stracił stanowisko i został wyrzucony z partii. Nie przyznał się do winy, ale chce dobrowolnie poddać się karze.
Życie Warszawy
Życie Warszawy, blik
Prokuratura Apelacyjna w Warszawie po dwóch latach zakończyła śledztwo przeciw Maurycemu S. i 13 innym osobom.
Maurycy S., były wiceburmistrz Ochoty i działacz SdPl, odpowie przed sądem w sumie za 15 przestępstw. Został oskarżony nie tylko o korupcję, powoływanie się na wpływy, ale i wyłudzenie dotacji ze środków publicznych.
CBA zainteresowało się wiceburmistrzem po tym, jak dotarł do niego sygnał, że Maurycy S. namawia szefa ochockiego ośrodka sportu i rekreacji, by na ubezpieczyciela ośrodka wybrał wskazaną firmę. W zamian miał dostać 5 tys. zł łapówki. Panowie mieli się też spotkać przy okazji innego „biznesu”. Do S. z prośbą o pomoc zwrócił się Przemysław G., młody działacz SdPl. Klienci jego siostry, która była adwokatem, chcieli przedłużyć umowę na dzierżawę w Zarządzie Dróg Miejskich parkingu przy ul. Prostej, nieopodal ronda ONZ. Ich firma Eko-Krab szukała dojścia do ZDM i gotowa była za pozytywne załatwienie sprawy zapłacić 25 tys. zł. Maurycy S. obiecał pomoc, a dojścia szukał przez dyrektora ochockiego OSiR-u. Sprawę już wówczas badało CBA. Jego agent „Przemek“ udający biznesmena z dużymi wpływami obiecał wsparcie. Ostatecznie pieniądze przejęła pani adwokat i przez brata przekazała je S.
Burmistrz wpadł przy innej okazji – po tym, jak obiecał w zamian za 10 tys. zł pomoc w załatwieniu pracy w urzędzie na Mokotowie. S. został aresztowany. Wkrótce zatrzymano panią adwokat, jej brata oraz wspólników z firmy Eko-Krab.
Śledczy skontrolowali też Towarzystwo Inicjatyw Społecznych Troska, które sześć lat temu założył były wiceburmistrz. Miało ono m.in. udzielać porad prawnych bezrobotnym i osobom biednym. Na ten cel dostało ponad 200 tys. zł dotacji z miejskiego Biura Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Zdaniem prokuratury, znaczna część z tych pieniędzy została wyłudzona. – Towarzystwo Troska podpisywało umowy na porady z osobami, które nie miały kwalifikacji albo nie świadczyły usług, a wystawiono na nie faktury – tłumaczy śledczy. Wszystkim postawiono zarzuty.
Maurycy S. stracił stanowisko i został wyrzucony z partii. Nie przyznał się do winy, ale chce dobrowolnie poddać się karze.
Życie Warszawy
Życie Warszawy, blik
Subskrybuj:
Posty (Atom)