2007/11/18

Jak rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz sprzedawała pożydowską kamienicę w centrum Warszawy

"Wprost" ujawnia kulisy sprzedaży kamienicy, dzięki której rodzina prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz zarobiła kilka milionów złotych. Problem w tym, że prawowitym właścicielem budynku był zupełnie ktoś inny.
Chodzi o sprzedaż prywatnej spółce pożydowskiej kamienicy przy ul. Noakowskiego 16 w Warszawie. Waltzowie i ich krewni odziedziczyli większość udziałów w tej nieruchomości po Romanie Kępskim, wuju męża pani prezydent stolicy. I odzyskali ją od stołecznej gminy w ekspresowym jak na tutejsze warunki tempie.
Sęk w tym, że Kępski nabył udziały w kamienicy, jak wynika z akt policji II RP i peerelowskiej milicji, od szajki oszustów, najprawdopodobniej tzw. szmalcowników. Oszuści bezprawnie przywłaszczyli ją sobie podczas wojny, gdy zginęli albo uciekli jej prawowici żydowscy właściciele. Mimo potwierdzających tę wersję dowodów, urzędnicy stołecznego ratusza już w III RP dali wiarę fałszywkom wystawionym pół wieku wcześniej przez sprytnych złodziei i w październiku 2006 r. przekazali nieruchomość m.in. Waltzom.Kamienica stoi w bardzo atrakcyjnym punkcie miasta, w centrum, między ulicą Koszykową a placem Politechniki. Zdaniem agentów z biur nieruchomości, rynkowe ceny mieszkań w tej okolicy wynoszą dziś 11-14 tys. zł za 1 m2. Spółka z zagranicznym kapitałem Fenix Capital formalnie nabyła go w lutym 2007 r. od spadkobierców Kępskiego (w tym rodziny Waltzów) za – jak wynika z naszych informacji – mniej więcej 8 mln zł.
Andrzej Waltz, mąż prezydent stolicy, zapewnia, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. - Ostateczna decyzja o zwrocie tej nieruchomości została podjęta w okresie, gdy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński. Fizyczne przekazanie spadkobiercom kamienicy aktem notarialnym zostało dokonane w czasie, gdy komisarzem Warszawy był Kazimierz Marcinkiewicz. Zbycie tej kamienicy nastąpiło w wyniku wspólnego aktu notarialnego, podpisanego przez kilkunastu spadkobierców z kilku rodzin – zapewnia Andrzej Waltz.Szczegóły sprawy w najbliższym wydaniu tygodnika "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku, 19 listopada
Autor:
,

Paweł Lisicki: Spowiedź Tomka

Drodzy czytelnicy, w tym felietonie przytoczę fragmenty artykułu, który ukaże się dopiero w poniedziałek. Korzystam z uprzejmości znanego tygodnika, który w ostatnim numerze opublikował wyznania Beaty Sawickiej, przyłapanej na gorącym uczynku posłanki PO. Redakcja uznała, że sprawa jest poważna i nie cierpi zwłoki. Państwa domyślności pozostawiam odgadnięcie, co to za pismo.
“Nie jestem święty. Grzeszę. Błądzę. Ale to, co zrobił mi Mariusz, szef CBA… Nigdy więcej. Dobrze, że są dziennikarze tacy jak wy. Postanowiłem wam wszystko opowiedzieć. Wyrzucić z siebie. Kiedy przeczytałem to, co powiedziała Beata, moje serce prawie pękło. Zrozumiałem, że Kamiński był potworem. Tak dalej nie może być. Łzy Beaty były straszne. I dlatego też zacząłem płakać. Naprawdę. Rozczuliłem się. Ryczałem, aż mnie brzuch rozbolał. Kiedy mówiła o moim pięknym uśmiechu, w którym każdy ubytek był łatany porcelaną, to się wzruszyłem. Jak cholera.
Wyznaję, jestem łotrem. Draniem. Ta kobieta cierpi przeze mnie. A ja z nią tańczyłem. Całowałem po włosach. Ona czuła moje podniecenie, ja czułem jej. Ale pozostała czysta jak łza.
Nie miałem wyjścia. CBA przystawiło mi spluwę do głowy. Beato, powiedziałaś prawdę. Oni mnie złamali. Przychodzili do mnie rano i wieczorem. I wciąż pytali, czy mam coś na nią, bo szef chce sukcesów, bo ci z góry chcą, żeby zatopił opozycję. To co miałem robić? Brzydziłem się, ale nie miałem wyjścia. Raz poszedłem do Mariusza i mu powiedziałem, że tak dalej nie mogę. Wtedy on powiedział, że też się boi. Wstał, odkręcił kran i otworzył okno. Chyba chciał coś ważnego powiedzieć, wtedy jednak, jak na złość była awaria. A w ciszy nie chciał mówić. Tylko drżał na całym ciele. Przeciągał palcem po szyi i kładł go na usta. Że jego też załatwią, znaczy się. Pytacie, kto? Nie wiem. Pewnie Jarosław. Więc tak żeśmy milczeli. A potem poszedłem i zrobiłem, co należało. Napisałem, że tęsknię. Posłałem róże. Dałem pieniądze. Ona nie chciała. Powiedziałem, że jak nie weźmie, to nas oboje wykończą. Patrzyła bezsilnie. Wcisnąłem jej te tysiące do ręki. Wzięła.
Nie miała wyjścia. Poświęciła się dla mnie. Dla miłości. I kraju. Ona kochała Polskę. Teraz wszystko skończone. Jestem gotów zeznawać. To mój powód, żeby żyć. Innego nie mam. Może jeszcze Beata. No i chciałbym pomagać ludziom. Wszystkim”.
Dzięki odwadze Beaty i Tomka oraz dzielnych dziennikarzy tygodnika wreszcie widać, czym były rządy CBA.
Źródło: Rzeczpospolita
Autor: Paweł Lisicki

2007/11/16

Czynsze w komunalnych ostro w górę

Nawet 6,6 zł za metr kwadratowy zapłacą w przyszłym roku lokatorzy mieszkań komunalnych. Stawka będzie zależna od strefy, a najubożsi dostaną zniżki - ogłosił w czwartek ratusz.
Tak rewolucyjnych zmian w Warszawie jeszcze nie było. Dotkną ok. 400 tys. osób, które zajmują 100 tys. mieszkań komunalnych. - Możemy w imię świętego spokoju zostawić wszystko tak jak jest, ale w końcu nasze kamienice się rozpadną. Możemy też podjąć trudną decyzję o podwyżkach, których oczywiście nikt nie lubi - mówił wczoraj wiceprezydent miasta Andrzej Jakubiak.
Warszawa najtańsza
Urzędnicy wyliczyli, że średni czynsz w Warszawie to dziś 2 zł za m kw. Rocznie daje to ok. 100 mln zł. A na bieżące utrzymanie i podstawowe remonty budynków komunalnych potrzeba przynajmniej dwa razy więcej. Ostatnia podwyżka w dawnej gminie Centrum (Śródmieście, Praga, Wola, Ochota, Żoliborz, Mokotów), gdzie jest najwięcej mieszkań komunalnych, była osiem lat temu. - A wszystko drożeje - argumentuje prezydent Jakubiak. - Poza tym dziś w lokalach komunalnych, które stanowią 14 proc. wszystkich mieszkań w stolicy, są też ludzie całkiem zamożni. Trudno, by podatnicy ich dotowali.
Propozycja ratusza jest taka: podstawowa stawka w całej Warszawie - 6 zł za m kw. Dodatkowo we wszystkich 18 dzielnicach radni będą mogli wyznaczyć strefy: centralną (z czynszem 6,6 zł), miejską (6 zł) i peryferyjną (5,4 zł). Raz do roku stawkę bazową prezydent miasta będzie obowiązkowo podnosić o wskaźnik inflacji, ale nie więcej niż o 10 proc.
Kto się obroni przed podwyżką
Ratusz chce utrzymać stosowane dotąd zniżki w czynszu za różne braki techniczne. Ujednolica jednak stawki. I tak np. za brak wody i kanalizacji można odliczyć 20 proc., brak centralnego ogrzewania to kolejne 15 proc., brak kuchni - 5 proc. Obniżka "techniczna" nie może przekroczyć 50 proc.
Zupełną nowością jest obniżanie czynszu dla biednych. Dotąd miasta bały się korzystać z takiego mechanizmu, choć pozwalają na to przepisy. Kilka tygodni temu odważyli się radni Krakowa (równocześnie podnosząc czynsz do 7,59 zł za m kw.).
Teraz chce spróbować Warszawa. - Wiemy, że nie wszystkich stać na trzykrotną podwyżkę. Dlatego proponujemy takie rozwiązanie - tłumaczy wiceprezydent Jakubiak.
Najbiedniejsi będą mogli dostać 50-, 30- albo 20-procentową obniżkę. Muszą jednak udokumentować swoje dochody w administracji. Np. połowę stawki zapłaci rodzina, w której dochód na osobę nie przekroczy 468 zł. Tę obniżkę można będzie łączyć z obniżką za stan techniczny lokalu.
Miasto buduje i ustawia kontenery
Dla notorycznych dłużników i osób nieprzystosowanych miasto ustawi kontenery. Do 2012 r. zamieszka w nich ok. 400 osób po eksmisjach (sądy orzekły je w 837 przypadkach). Marek Goluch, wicedyrektor miejskiego biura polityki lokalowej, zastrzega: - Nie będzie getta, kontenery będą rozproszone, a ich mieszkańców obejmiemy opieką organizacji pozarządowych albo ośrodków pomocy społecznej.
Ratusz chce też budować nowe mieszkania komunalne: do 2012 r. ma ich powstać 2,5 tys., głównie w dzielnicach peryferyjnych. Co roku budżet miasta zarezerwuje na to 100-130 mln zł. Ratusz chce też przekazywać działki towarzystwom budownictwa społecznego. Dzięki temu powstanie ok. 300 mieszkań dla warszawiaków zbyt bogatych na lokal komunalny i za biednych na własne M. Miasto chciałoby też pozyskiwać nowe mieszkania dla potrzebujących, wynajmując je np. od spółdzielni mieszkaniowych.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Małgorzata Zubik

2007/11/15

Jacek Kozłowski kandydatem na wojewodę

Jacek Kozłowski, wywodzący się ze środowiska gdańskich liberałów wicemarszałek Mazowsza, to kandydat numer jeden na stanowisko wojewody mazowieckiego.
Dotąd na nieoficjalnej giełdzie kandydatów na wojewodę padały nazwiska byłego wiceprezydenta Warszawy Olgierda Dziekońskiego i wojewody ostrołęckiego w czasach AWS Jacka Duchnowskiego. Jednak wczoraj politycy PO mówili zgodnie, że największe szanse ma Jacek Kozłowski.
- Pozostawał w cieniu marszałka Mazowsza Adama Struzika (PSL). A Kozłowski to polityk skuteczny i - co ważne - zaufany. Ludzie tzw. Wrocławia [żartobliwe określenie wywodzącego się z tego miasta Grzegorza Schetyny, przyszłego szefa MSWiA] uznali, że najlepiej nadaje się na nowego wojewodę - zdradza nam jeden z polityków PO.
- Słyszałem o tej kandydaturze. Nie dziwię się, że wybór padł na Kozłowskiego. Zna doskonale kierownictwo obecnej PO. Rok temu jako szef sztabu Hanny Gronkiewicz-Waltz poprowadził ją do zwycięstwa - mówi jeden z radnych Platformy w sejmiku województwa.
Jacek Kozłowski zapewnia, że oficjalnej propozycji objęcia urzędu wojewody nikt mu jeszcze nie złożył.
- A jeśli pan ją dostanie? - pytamy.
- Wtedy się będę zastanawiał. To stanowisko cieszące się dużym prestiżem, tytuł "wojewoda" ma u nas piękną i długą tradycję - mówi Jacek Kozłowski.
Ale natychmiast zaznacza, że jest zwolennikiem zmniejszenia kompetencji wojewodów na rzecz samorządu. - Wojewodowie powinni ograniczyć się do reprezentowania rządu w terenie i nadzorowania samorządów - mówi Kozłowski.
W latach 80. Jacek Kozłowski działał w opozycji demokratycznej. Z Donaldem Tuskiem przyjaźni się od czasów studiów. Na początku lat 90. stanął na czele biura prasowego premiera Bieleckiego. W rządzie Hanny Suchockiej był dyrektorem generalnym Urzędu Rady Ministrów.
Po upadku rządu Suchockiej wycofał się z polityki. Wrócił do niej w 2003 r., zapisując się do koła PO na Pradze-Południe. W ostatnich wyborach prezydenckich doradzał sztabowi Donalda Tuska. Rok później, w samorządowych, był numerem jeden w sztabie Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki

2007/11/13

Wszystkie twarze Donalda Tuska

Zdolność do uczenia się, zmiany poglądów, szukania kompromisu - to zalety lidera PO, które będą mu przydatne na stanowisku premiera. Jego słabą stroną jest natomiast nietolerowanie ludzi z silną osobowością w swoim otoczeniu.
W ostatnich pięciu latach Donald Tusk zbudował silną partię polityczną i stał się jej niekwestionowanym liderem. Przetrzymał dwie porażki wyborcze i huraganowy atak PiS na Platformę Obywatelską - nie dopuścił do jej podziału ani nie stracił nad nią kontroli. Podjął ryzykowną decyzję o skróceniu kadencji Sejmu i wygrał wybory, choć na dwa tygodnie przed głosowaniem prawie nikt nie dawał mu szans.
Dziś jest jednym z dwóch-trzech najważniejszych polityków w Polsce.
W ciągu swej blisko dwudziestoletniej kariery udzielił tysiące wywiadów, setki razy przemawiał publicznie, od kilku tygodni nieustannie obecny jest w którejś z telewizji. Jest na ty z wieloma dziennikarzami, łatwo skraca dystans, żartuje, opowiada dowcipy, z których sam się śmieje zaraźliwym śmiechem. Jest bohaterem wielu anegdot - o tym, jak w latach 80. pracował przy malowaniu kominów, jak wspomagał strajkujących stoczniowców, będąc jednocześnie zwolennikiem skrajnie liberalnych rozwiązań gospodarczych, jak przed weekendem nawet w najbardziej gorących momentach rzuca politykę, by pojechać do rodziny do Gdańska. Ma za sobą długą i skomplikowaną karierę polityczną, choć nigdy nie pełnił żadnych funkcji administracyjnych, nigdy nie odpowiadał nawet za mały wycinek państwa.
Nieprzewidywalny
"Starłem się z Donaldem Tuskiem, bo nie mogłem zaakceptować jego stylu rządzenia, jego braku poglądów, dość prostego trybu bycia, a przede wszystkim bezwzględności w walce z partyjnymi konkurentami" - pisał przed kilkoma tygodniami w swym blogu Paweł Śpiewak, profesor socjologii i były poseł PO. I dodał: "Mam pretensję do niego za ubóstwo programowe, za intrygi".
Ta miażdżąca opinia nie wzięła się tylko z frustracji naukowca, który nie znalazł dla siebie miejsca w polityce. Śpiewak poznał Tuska jeszcze w latach 80. Przed dwoma laty szef PO wymusił na warszawskich władzach partii umieszczenie socjologa na wysokim miejscu listy wyborczej. Dzięki temu Śpiewak bez trudu dostał się do Sejmu. Mógł stać się jednym z zaufanych ludzi lidera. Jeśli odszedł, to nie z powodu urażonych ambicji, lecz dlatego, że zraził go styl bycia i sposób działania Tuska. Ale kilka dni później Śpiewak tak komentował debatę telewizyjną: "Bezapelacyjnie zwyciężył Donald Tusk, który zaprezentował się jako bardzo kompetentna, poważna i dobrze przygotowana osoba. A przy tym potrafił zachować duży luz i spokój, co pozwoliło mu w przekonujący i kompetentny sposób wyjaśnić większość kwestii merytorycznych. Sądzę, że rozwiał wątpliwości wielu osób, które wahały się, czy warto na niego i na PO głosować".
Śpiewak nie zmienił swego zdania o Tusku. Po prostu lider PO wypadł w debacie dużo lepiej, niż się spodziewano. Warto więc przypomnieć, że przed dwoma laty w kilku debatach z Lechem Kaczyńskim był nieprzekonujący. Wówczas przegrał i zaprzepaścił szansę na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Tym razem wspiął się na wyżyny mimo trudnej sytuacji psychologicznej. Kampania PO przebiegała bowiem niemrawo, większość mediów - także krytycznie oceniających rząd Kaczyńskiego - podśmiewała się z Platformy, którą PiS ustawiał na ringu jak doświadczony bokser słabeusza.
Można powiedzieć, szef PO okazał się bardziej wygadany, jego doradcy tym razem dobrze go przygotowali, udało mu się dobrać w debacie właściwsze słowa. Ale tak naprawdę chodziło o siłę psychiczną. Tusk zachował zimną krew, celnie atakował, nie był histeryczny, co mu się czasem zdarza. Zaprezentował się jako lider, który może przewodzić krajowi. Nawet Jarosław Kaczyński przyznaje, że był to przełomowy moment w kampanii.
Jednak w ostatnich latach takiego Tuska jak w debacie telewizyjnej widzieliśmy tylko kilka razy. Chyba najlepszy był w marcu 2006 r., gdy z mównicy sejmowej rzucił w twarz Kaczyńskiemu: „Wiecie, kogo widzę w tym pierwszym rzędzie? Andrzeja Leppera. Nie ma tutaj Andrzeja Leppera. Wiecie dlaczego? Bo dzisiaj okrzyk: » Balcerowicz musi odejść «wznosi Jarosław Kaczyński. To po co ma się męczyć Lepper? Ma wykonawcę swojego projektu gospodarczego”.
Ale to był tylko incydent. Przez długie miesiące PO nie przejawiała większej aktywności i jej nijakość, niewyrazistość stała się niemal przysłowiowa. Komentatorzy polityczni byli zgodni: Tusk i Platforma nie otrząsnęli się jeszcze po klęsce wyborczej z 2005 r. Grają tak, jak im zagra Kaczyński. Określenie Giertycha: "Platforma - ciamciaramcia" pasowało do tej partii jak ulał. Najwyraźniej uwierzył w to również premier. Musiał być zdumiony nie mniej niż miliony telewidzów, obserwując, z jaką werwą lider PO zadaje mu ciosy.
Czy premier Tusk będzie walecznym fighterem, czy znów zapadnie w sen? Nie sposób przewidzieć. Nawiasem mówiąc, Tusk ma dość osobliwą właściwość - na stres reaguje sennością.
Donald i kaczki
Stosunki Tuska z braćmi Kaczyńskimi mają długą i burzliwą historię. Lecha Donald zna dłużej. Dzisiejszy prezydent był autorem kilku tekstów zamieszczonych w nieregularnym periodyku "Przegląd Polityczny", wokół którego skupiało się środowisko liberalnie myślącej młodej inteligencji z Gdańska. Przed wyborami prezydenckimi w 1990 r. Kongres Liberalno-Demokratyczny, którego Tusk był jednym z liderów, na krótko połączył się z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Małżeństwo w gruncie rzeczy nie zostało skonsumowane - nie powstały wspólne struktury i każda partia wkrótce poszła w swoją stronę.Przed wyborami obie były prowałęsowskie. Po wyborach jednak Kaczyńscy skłócili się z Wałęsą i stali się jego najbardziej zajadłymi wrogami, a liberałowie utrzymali przyjazne stosunki z prezydentem. Ale nie tylko to różniło obie partie. PC było partią wodzowską, KLD - grupą towarzyską, by nie powiedzieć, kumplowską. PC ciągle z kimś walczyło, negocjowało, knuło, liberałowie się bawili, a politykę traktowali jak żart.
Tusk utrzymywał niemal przyjazne stosunki z Kaczyńskimi nawet wówczas, gdy PC przeszło do opozycji, a KLD wsparł rząd Hanny Suchockiej. Dzięki Tuskowi Lech Kaczyński został w lutym 1992 r. prezesem NIK. Tusk przekonał kolegów, że Lech jest całkiem w porządku i na pewno nie będzie wykorzystywał stanowiska dla celów politycznych. W kampanii wyborczej 1993 r. prezes NIK zaatakował liberałów za prywatyzację, a kierowana przez niego instytucja stała się zapleczem kadrowym dla przyszłej partii.
Powszechnie uważa się, że Tusk ma kompleks Jarosława Kaczyńskiego. Tusk twierdzi, że jest odwrotnie. Opowiadał dziennikarzom, jak podczas negocjacji z Jarosławem Kaczyńskim za oknami rozległo się kwakanie kaczki. Kaczyński poczerwieniał - był pewny, że kaczkę specjalnie wypuścili złośliwi liberałowie.Tusk był dzieckiem szczęścia - takim zającem z bajki La Fontaine'a, który bez wysiłku przegania żółwia, bawiąc się wyścigiem . Czasami miał pecha, ale częściej dostawał do ręki karty, o jakich Kaczyński mógł tylko marzyć. W 1997 r. został wicemarszałkiem Senatu, a jego rywal ledwo wszedł do Sejmu z łaski Jana Olszewskiego, który przygarnął go na listy swojej partii. Tusk od dawna marzył o funkcji wicemarszałka. Pracy niewiele, spory prestiż, a na dodatek własne biuro, sekretarki, samochód służbowy.
- Zabiję cię. Ja marzyłem o tym stanowisku - zaatakował go Jarosław Kaczyński, który był ledwie posłem.
Ale w czerwcu 2000 r. szczęście uśmiechnęło się także do bliźniaków. Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości; na tej funkcji ufundował swoją popularność i partię Prawo i Sprawiedliwość. Kilka miesięcy później Tusk przegrał wybory na przewodniczącego Unii Wolności. Zaryzykował - i rozstał się z Unią, w której czuł się coraz gorzej. Poszedł na swoje - założył Platformę Obywatelską. Tym razem musiał ciężko pracować, by utrzymać się na powierzchni. Mało kto dawał mu szansę na sukces. A jednak go osiągnął.
Aż do 2005 r. jego stosunki z Kaczyńskimi były bardziej niż poprawne. Wszystko wskazywało, że po wyborach obie partie utworzą koalicję. W połowie 2005 r. Tusk sugerował nawet, że w wyborach prezydenckich mógłby poprzeć Lecha Kaczyńskiego. Ale w trakcie kampanii wszystko się zmieniło. PiS ostro zaatakował Platformę i na mecie był pierwszy. Żółw wyprzedził zająca.
Dwa lata później Tusk wziął odwet. Dziś wszystko wskazuje, że wzajemne resentymenty i kompleksy prędko nie wygasną. Byłoby fatalnie, gdyby rzutowało to na stosunki między głową państwa a premierem.
Polityk polityczny
Donalda Tuska poznałem w grudniu 1988 r., podczas I Kongresu Liberałów. Zrobiłem z nim wówczas wywiad - zapewne jeden z pierwszych, których udzielił. Mówił o prawie do uprawiania polityki. To było jeszcze przed Okrągłym Stołem. Gdańscy liberałowie stanowili wówczas fenomen wśród formacji politycznych wychodzących z podziemia na powierzchnię. Nie zajmowali się historią, ale warunkami tworzenia firm prywatnych, metodami prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, sposobami opanowania inflacji, spłatą zadłużenia. Udawali ekspertów, a niektórzy szybko stawali się ekspertami. Tusk był inny - mówił o polityce.
KLD powstał na początku 1990 r. Pierwszym liderem partii był Janusz Lewandowski. Wkrótce nieformalnym, ale faktycznym przywódcą liberałów został Jan Krzysztof Bielecki, który niespodziewanie otrzymał od Wałęsy misję tworzenia rządu. Tusk pozostał "politykiem politycznym" - zajmował się tworzeniem partii, zakulisowymi negocjacjami, dużo jeździł po Polsce. Nawet wówczas, gdy został już przewodniczącym KLD, faktycznym przywódcą partii był Bielecki, którego autorytetu nie kwestionował żaden działacz Kongresu. Bo Bielecki miał za sobą doświadczenie w kierowaniu rządem.
Gdy w 1992 r. Waldemar Pawlak, który przez 33 dni był premierem, zaproponował dzisiejszemu szefowi PO stanowisko wicepremiera ds. społecznych, liberałowie odebrali to jako żart. Do rządu mogli wejść Bielecki, Lewandowski, Michał Boni, ale Tuska jakoś nikt sobie nie wyobrażał w roli wicepremiera. Legendarna była jego niepunktualność i to, że w każdy weekend znikał, jadąc do rodziny do Gdańska.
Ale znajomość z młodszym o dwa lata Pawlakiem, na początku dość egzotyczna dla nich obu, przerodziła się w coś w rodzaju przyjaźni. W Sejmie I kadencji założyli klub młodych polityków, potem wielokrotnie spotykali się na gruncie towarzyskim. Czy jest to prawdziwa przyjaźń, czy raczej wspólnota interesów? Chyba jedno i drugie. W ostatnich latach przegadali ze sobą wiele godzin, wypili wiele butelek wina, opowiedzieli setki kawałów i plotek. Pawlak stawał się coraz bardziej liberalny, Tusk coraz mniej dogmatyczny. Wybory towarzyskie szefa PO zawsze były dziwne dla osób postronnych (tego dotyczy uwaga Śpiewaka o "dość prostym trybie bycia"). Albo łapał z kimś wspólny język, albo nie. Najwyraźniej z Pawlakiem złapał. Obu polityków łączy nieufność wobec Warszawy i "elit". Polska dla Tuska (i chyba dla Pawlaka) to przede wszystkim prowincja - małe miasteczka, wsie, regiony, a nie "centrum".
Lepienie z plasteliny
W Unii Wolności, utworzonej w wyniku fuzji Unii Demokratycznej z KLD, pozycja Tuska była znacząca, ale nie miał szans na objęcie funkcji przewodniczącego. Co więcej, połączenie obu partii okazało się nie do końca udane. Pomiędzy obu środowiskami utrzymywało się napięcie i nieufność. Tusk podtrzymywał dawne więzi między liberałami, organizował konferencje w tym gronie. W 1995 r. publicznie oświadczył, że w wyborach prezydenckich będzie głosował na Lecha Wałęsę.Wybory na przewodniczącego UW w grudniu 2000 r. przegrał z Bronisławem Geremkiem niewielką różnicą głosów. Jednakże jego współpracownicy zostali wycięci z władz partii. W ciągu kilku dni Unia rozpadła się. Dawni liberałowie stworzyli trzon Platformy Obywatelskiej.
Wtedy narodził się polityk innego formatu. To tak jakby awansować z drugiej ligi na sam szczyt ekstraklasy. Aby tam wejść, Tusk nie mógł się zadowolić poparciem kilku czy kilkunastu procent ludzi wykształconych, myślących liberalnie i zadowolonych z życia. Musiał pozbyć się maski liberała.
Udowodnił, że potrafi ryzykować. Zamienił pewne, choć niezbyt eksponowane miejsce w partii, która schodziła ze sceny politycznej, na coś zupełnie nieznanego. Coś, co dopiero trzeba było zbudować. Okazał się politykiem nieprzewidywalnym i niekonwencjonalnym. Kilka miesięcy wcześniej najgłośniej w UW protestował przeciw współpracy z Andrzejem Olechowskim. Mówił, że różnica życiorysów jest zbyt duża, by można poprzeć Olechowskiego w wyborach prezydenckich. Gdy odszedł z Unii, potrzebował kilku godzin na dogadanie się z byłym kandydatem. Olechowski zebrał w wyborach 18 proc. głosów. Tusk liczył na te głosy.
Andrzej Olechowski i Maciej Płażyński (stary znajomy z Gdańska) byli akuszerami przy narodzinach Platformy. Potem dołączyli Jan Rokita, Zyta Gilowska, Bronisław Komorowski. To były twarze partii, ale jej struktury budował Tusk i dawni liberałowie - Paweł Piskorski, Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki, Cezary Grabarczyk. Tusk kontrolował i formował Platformę, jakby lepił ją z plasteliny.
Bez trudu pozbywał się polityków, a nawet całych grup, które nie pasowały do jego koncepcji. Nie zgodził się na wejście do PO struktur dawnego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (partii Artura Balazsa). Samego Balazsa, który w 2001 r. został posłem z listy PO, szybko się pozbył. Wypchnął też z partii Płażyńskiego - z którym, mimo długiej znajomości, nie miał "chemii" - i Olechowskiego. Z czasem pozbył się Piskorskiego, Gilowskiej, Rokity. Doklejał do Platformy nowych ludzi i nowe środowiska - Stefana Niesiołowskiego, Jerzego Buzka, Julię Piterę, ludzi z dawnej "Solidarności" i AWS, rzadziej z dawnej Unii Demokratycznej. W ostatnich miesiącach złowił dla PO Radka Sikorskiego, Jana Rulewskiego, Bogdana Borusewicza, Władysława Bartoszewskiego.
Figura, którą ulepił, jest niekształtna. Platforma na pewno nie jest tak klarowna jak dawny KLD. Mało komu się podoba. Ale każdy, kto się jej przyjrzy, dostrzeże w niej coś dla siebie - jeden partię liberalną, drugi chrześcijańską, inny partię wyrastającą z tradycji "Solidarności".
Plastelinowa PO mogła się podobać nawet zwolennikowi partii Kaczyńskich. Choć zakrawa to na paradoks, w kampanii wyborczej 2005 r. diagnoza PO i PiS była niemal identyczna: w Polsce szerzy się korupcja, wymiar sprawiedliwości nie działa, wszystkim kręcą tajne służby i byli agenci, państwo wymaga poważnego remontu. Jeszcze parę miesięcy temu podczas rozmowy w "Gazecie" lider PO stwierdził, że Jarosław Kaczyński miał wiele racji, a zastrzeżenie budzą jedynie metody, jakich używa.
Również w polityce zagranicznej myślenie Tuska nie różniło się tak bardzo od rozumowania Kaczyńskiego. W wywiadzie dla "Gazety" z 2005 r. lider PO mówił: "Musimy odrzucić kostium prymusa, nie możemy przejmować się tym, że będziemy przez inne kraje krytykowani, bo w Unii każdy o każdym źle mówi. Celem naszej dyplomacji musi być skuteczność, dbanie o własny interes, który często wymierny jest w pieniądzach". Hasło "Nicea albo śmierć" rzucił Jan Rokita, ale długo zgadzali się z nim i Kaczyński, i Tusk.
Słabości i siła lidera
Żaden polityk w Polsce - oprócz może Jarosława Kaczyńskiego - nie okazał się tak skuteczny jak Donald Tusk. Te sukcesy lider PO zawdzięcza temu, że potrafił się zmieniać, odrzucać dawne poglądy i etykietki. Zrozumiał, że w polityce trzeba poszerzać krąg zwolenników, szukać poparcia u grup niemających ze sobą nic wspólnego, wykorzystywać spoty telewizyjne. Program trzeba mieć, tak jak profesjonalista ma dyplom, ale nie należy do niego przywiązywać zbytniej wagi. Ważniejszy jest ogólny przekaz - wskazanie kierunku, w którym chce się prowadzić kraj. Na szczegóły przyjdzie czas po wyborach. To jest recepta na sukces.
Zdolność do uczenia się, zmiany poglądów, szukania kompromisu - to zalety Tuska, które będą mu przydatne na stanowisku premiera. Mocną stroną jest też wizerunek człowieka pogodnego i życzliwego, takiego równiachy, który pogada i z kibicami, i z młodzieżą, i ze starszymi paniami.
Słabą stroną jest brak doświadczenia w kierowaniu profesjonalnym zespołem. Tusk najlepiej się czuje w gronie kumpli. Nieźle w gronie podwładnych (rozmaitych asystentów), klientów (np. posłów, którzy chcą być ponownie wybrani) lub autorytetów (jak Władysław Bartoszewski czy Kazimierz Kutz). Gorzej, gdy ma do czynienia z partnerami, którzy chcą mieć swój udział we wspólnej sprawie i czasami się zgadzają, a czasami nie zgadzają z poglądami szefa. Na dłuższą metę niewielu ludzi z własną pozycją i autorytetem utrzymuje się w kręgu Tuska.
Dziś nie należy do tego kręgu nawet dawny przyjaciel i pierwszy lider liberałów Janusz Lewandowski. W styczniu 2007 r. Tusk nie poparł go w staraniach o utrzymanie stanowiska przewodniczącego komisji finansów w Parlamencie Europejskim. PO mogła albo upierać się przy Lewandowskim (co byłoby korzystne dla Polski, gdyż szef komisji ma wpływ na ustalanie budżetu Unii), albo walczyć o stanowisko przewodniczącego komisji spraw zagranicznych dla Jacka Saryusza-Wolskiego. Tusk uznał, że wygodniej będzie poprzeć Saryusza, choć kompetencje jego komisji w europarlamencie są niewielkie.
Problemem Tuska jest także mała asertywność. Gdy przed paru tygodniami był gościem w "Gazecie", zdobył się na wyznanie: "Z punktu widzenia naszej wspólnej historii i poglądów ciągle jesteście dla mnie moją gazetą, moją jedyną gazetą". Kilka dni później w wywiadzie dla "Dziennika" stwierdził, że KLD powstawało w opozycji wobec środowiska "Gazety". Tworzyłem KLD razem z Tuskiem i wiem, że to nieprawda.Doskonale natomiast opanował mechanizm eliminowania ludzi, których uważa za niepotrzebnych lub szkodliwych. Zyta Gilowska zrobiła karierę polityczną dzięki Tuskowi, który wciągnął ją na listę wyborczą i promował jeszcze w czasach KLD. Gdy zorientował się, że przydatność lubelskiej ekonomistki jest mniejsza, niż się spodziewał, że ma ona słabości, które mogą partii zaszkodzić, publicznie oskarżył ją o to, że zatrudnia w swym biurze poselskim synową i daje synowi prace zlecone. O tym, że synowa Gilowskiej pracuje w biurze poselskim, wiedzieli wszyscy i nikogo to nie dziwiło ani nie gorszyło. Jeśli było to naganne, całą sprawę można było załatwić dyskretnie. Publiczny atak na popularną posłankę - która parę dni wcześniej wystąpiła w roli gwiazdy konwencji wyborczej, na której wołała: "Donald, bracie, idziemy do zwycięstwa!" - był dla Gilowskiej szokiem. Czuła się postawiona pod pręgierzem i oczywiście opuściła PO. Z nienawiści do Tuska zgodziła się wejść do rządu Kaczyńskiego.
Gdy Olechowski był wypychany z Platformy, Tusk na konwencji publicznie ogłaszał, że pozycja dawnego "tenora" w PO nigdy nie była silna. Kilka miesięcy później to samo sformułowanie powtórzył w stosunku do Jana Rokity. I to był sygnał, że na Rokicie postawił krzyżyk. Rokita nie został przewodniczącym Klubu Parlamentarnego PO. Marginalizowany w partii, zdecydował się nie kandydować na posła. Kompromitujące dla Rokity zachowanie jego żony było Tuskowi na rękę. Wyraził nawet swojemu dawnemu "druhowi" publicznie współczucie. Nikt nie wierzył, by było ono szczere.
Tusk nie jest jedynym liderem, który słabo toleruje silne osobowości w swym otoczeniu. Taką przywarę mieli nawet ludzie wielcy, których znamy z historii. Ale na stanowisku szefa rządu to może być problem.
W co wierzy Tusk?
Bez trudu można pokazać sprzeczne postawy i sprzeczne wypowiedzi Tuska. Na początku lat 90. był ostentacyjnie antyklerykalny, dziś mówi o sobie, że jest "wierzącym po przejściach". Kiedyś był przeciwnikiem populistów, dziś niektóre jego wypowiedzi są mocno populistyczne. Ta zmiana jest zrozumiała u polityka, który walczy o wygraną w wyborach. Ale uważny obserwator działań przyszłego premiera ma powód do niepokoju. Które słowa były wypowiedziane poważnie, a które były tylko lepem na wyborców? Czy Tusk ma jakąś koncepcję Polski, czy po prostu chce wygrać i zdobyć władzę? Na te pytania odpowiedź uzyskamy za kilka lat. Dziś możemy tylko zgadywać.
Sądzę, że jest kilka rzeczy, w które Donald Tusk wierzy głęboko. Wierzy w liberalizm - swobodę działania przedsiębiorców, których nie gnębi samowola biurokratów. Wierzy w wyższość własności prywatnej nad państwową. Wierzy w to, że ludzie mają prawo sami decydować, jak wydać zarobione pieniądze, jak i gdzie się leczyć, gdzie studiować, pracować, mieszkać, co czytać, jakiej muzyki słuchać, jaką telewizję oglądać. Wierzy, że państwo, aby być silne, musi być małe i ograniczone. Wierzy w prowincję - w ducha Pomorza, Śląska, Wrocławia, w to, że samorządy mogą lepiej gospodarować, jeśli nie przeszkadza im się z Warszawy. I jeszcze jedno - wierzy we własną gwiazdę, w to, że częściej niż inni wyciąga dobrą kartę.
Jest bardzo przywiązany do tradycji "Solidarności", do pamięci o gdańskich stoczniowcach zabitych na ulicach, do Wałęsy i Borusewicza. Te sprawy traktuje naprawdę poważnie. Ma sporo dystansu do siebie. Wie, że nie jest człowiekiem z marmuru ani z żelaza.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor: Witold Gadomski

2007/11/08

Jak bankietują pracownicy miejskich i wojewódzkich spółek

Piknik, feta w teatrze czy przyjęcie z rozdaniem firmowych medali – tak imprezują samorządowe firmy, które nie zawsze są w najlepszej kondycji finansowej.
Jubileuszowe przyjęcia szykują w listopadzie dwie samorządowe spółki – Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania na 80-lecie istnienia i Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego na 110-lecie.
Obie firmy nie są w najlepszej kondycji finansowej. MPO od lat przynosi straty, lekarze pogotowia narzekają na słabe zarobki. Szefowie tych jednostek rekompensują to firmowymi bankietami. – Chcemy w miarę naszych możliwości uczcić 80-lecie firmy i wypić przynajmniej symboliczną lampkę szampana. W końcu to okrągła rocznica – mówi specjalistka od PR w MPO Katarzyna Stamatel. Zastrzega, że bankiet 22 listopada na kilkadziesiąt osób (zaproszeni są też zaprzyjaźnieni posłowie) odbędzie się w siedzibie firmy. Podczas uroczystości 20 najbardziej zasłużonych pracowników będzie uhonorowanych okolicznościowymi medalami. Otrzymają też premie – po około 2 tysiące złotych. Koszt całej imprezy? – Myślę, że zamkniemy się w kilku tysiącach złotych – stwierdza Stamatel.
Imprezę z większym rozmachem planuje podległa marszałkowi Mazowsza Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego. 30 listopada na sześć godzin dla kilkuset pracowników wynajęty zostanie Teatr Polski (to też placówka podległa marszałkowi). – Rzeczywiście przygotowujemy taką uroczystość. Jesteśmy w fazie organizacji, więc nie chcę zdradzać szczegółów – mówi lakonicznie rzecznik pogotowia Marek Niemirski. Nie chce też podać, ile jubileuszowa feta ma kosztować. Dowiedzieliśmy się natomiast nieoficjalnie, że specjalnie dla pracowników wystawiony będzie kabaret „Zielona gęś” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Inna duża spółka miejska – Tramwaje Warszawskie – już myśli o wielkiej fecie jubileuszowej w przyszłym roku. Bo i okazja będzie wielka – 100-lecie istnienia tramwajów elektrycznych w stolicy. W projekcie oprócz bankietów planowana jest m.in. wielka parada tramwajów. MPWiK dwa lata temu świętowało 120-lecie m.in. na bankiecie na Zamku Królewskim i pikniku na Podzamczu, podczas którego minikoncert dała Kayah. Koszt imprezy – ok. 50 tys. zł.
Niektóre przedsiębiorstwa imprezują nawet bez specjalnej okazji. Słynne stały się już ubiegłoroczne bankiety integracyjne MZA pod Warszawą, na które pracownicy dowożeni byli firmowymi autobusami. „Rz” opisywała też piknik pracowników Metra Warszawskiego na Kabatach na 1,2 tys osób. Ustawione pod parasolami stoły uginały się pod ciężarem piwa i potraw z grilla. „Do kotleta” śpiewała Kasia Klich. Na imprezę wydano ponad 30 tys. zł. Pieniądze zazwyczaj pochodzą z funduszu pracowniczego. Czy samorządowe przedsiębiorstwa powinny organizować wystawne przyjęcia? – Nie ma chyba nic złego w tym, że firma chce uczcić jubileusz – mówi rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk. – W porządku, jeśli wydatek jest uzasadniony i nie koliduje drastycznie z sytuacją finansową spółki. Ale wszystkie przypadki rozrzutności będą piętnowane. W tej kadencji w miejskich spółkach nie było takich incydentów.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: Izabella Kraj

Ślizgi Erwiny Ryś-Ferens - rozmowa na piątek

Nie mogłem sobie odmówić. Ten wywiad to mistrzostwo:-)! Przy okazji można poznać przyszłego koalicjanta PO :-)
Gdy Warszawą i Polską rządził PiS, była radną tej partii i urzędniczką z jej rekomendacji. Sama o sobie mówi, że ma kosmiczną intuicję, więc przed ostatnimi wyborami znów postawiła na właściwego konia - PSL. Okazuje się, że słynna panczenistka jest też wytrawnym politykiem.
"Gazeta": W wyborach samorządowych startowała pani pod szyldem PiS i była radną tego ugrupowania w sejmiku Mazowsza. Teraz należy pani do PSL?
Erwina Ryś-Ferens: PiS był mi bliski. Kocham Polskę i chcę, aby rozkwitała, więc podobały mi się pierwsze idee braci Kaczyńskich: że Polska ma być dla Polaków, że nie powinno być ingerencji i wpływów z zewnątrz. To dawało nadzieję, że będziemy suwerenami w własnym kraju. Jednak gdy zaczęłam z nimi współpracować, okazało się, że nie mam żadnego prawa głosu. A jestem dziewczyna otwarta. Mówię to, co myślę. Nie lubię, jak ktoś nade mną stoi i mówi: tak masz mówić, tak masz robić. Gdy zauważyłam, że w klubie PiS nie mogę nic powiedzieć, powiedziałam: bardzo dziękuję. I mnie wyrzucili.
Za co konkretnie?
- Że nie głosowałam zgodnie z klubem.
W jakiej sprawie?
- (śmiech) Dokładnie nie pamiętam. Głosowałam inaczej, gdy sejmik dzielił pieniądze na konserwację zabytków. Jeden wniosek napisał arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. Chciał, by wstawić okna gdzieś przy katedrze na Pradze. A był też wniosek o XVI-wieczne organy w małym kościele na prowincji. Dla mnie organy to większa wartość niż okna. Serce mówiło mi: dać na organy. Ale PiS zdecydował inaczej. Pomyślałam, że coś jest nie tak.
W PiS mówią, że odeszła pani od nich, bo nie dali pani zgody na start pod ich szyldem w ostatnich wyborach do Sejmu?
- Oczywiście, chciałam startować z ich listy. W piątek było samorozwiązanie Sejmu, a w poniedziałek sesja sejmiku. Pytam ich: "Co z listami do parlamentu?". A oni mówią: "Listy już dawno ustalone". To przepraszam: należałoby spytać mnie - osobę, która w wyborach samorządowych w swoim okręgu miała drugi wynik, czy jest zainteresowana. A była cisza, nic nie powiedzieli. Poczułam się wyeliminowana.
I wtedy zaczęła pani rozważać start z listy PO.
- Pytałam się w PO, oczywiście. Ale oni bali się mnie, że jak wystartuję, to kogoś wyeliminuję. To była taka gra. Nie przejęłam się.
Przyzna pani, że z PiS do PO droga daleka: inni ludzie, inny program.
- Przecież mieli być w koalicji. Podoba mi się też program PO, podoba mi się, że weszli w układ z PSL. A że Kaczyńscy z Tuskiem się nie lubią? I to jest cała bolączka naszego narodu: dwóch panów się bije, ponieważ brakuje równowagi energii żeńskiej i męskiej. Stąd te walki między mężczyznami. Brakuje kobiet w polityce. Dlatego chciałam wejść do Sejmu już dwa lata temu. Mówiłam PSL-owi: połączcie się z PO. To współgra: tu liberałowie, tam wolna gospodarka, przedsiębiorczość, a tu PSL - ziemia. Jedni bez drugich nie mogą żyć. Wieś żywi miasto. To musi współgrać.
Po niepowodzeniu w PiS i PO postawiła pani na PSL i wystartowała z listy ludowców w okręgu podwarszawskim?
- Wiedziałam, że mam małe szanse, ordynacja promuje wielkie partie. Ale bawiłam się w kampanii. byłam na kilku festynach.
A dlaczego wybrała pani PSL?
- Nigdy nie mieszkałam na wsi, ale kocham przyrodę, kocham zdrową żywność. Bardziej jestem za naturą niż za betonem. Mam koncepcję: rzepak to jest polskiej złoto. Jakbyśmy zrobili z niego paliwo, stalibyśmy się niezależni. Dlaczego go nie zasiewamy? Albo len. Z niego robi się lekarstwa i komponenty. Dlaczego tego nie ma? Nie stawiamy na turystykę, a mamy piękne zakątki, naturę dziką. Bajka.
Była pani radną PSL w poprzedniej kadencji samorządu, ale w 2006 r. postawiła na PiS. Jak ludowcy przyjęli pani powrót?
- Byli szczęśliwi, że wróciłam. Czekali, wiedzieli, że nie pasuję do klubu PiS.Politycznie ten powrót się opłaca: teraz działa pani w klubie partii współrządzącej Mazowszem w ramach koalicji z PO.
Platforma rządzi urzędem miasta, który zatrudnia panią na etacie specjalisty w biurze sportu?
- Nie myślałam o tym. Wracałam do ludzi, z którymi się dobrze rozumiałam. W poprzedniej kadencji działałam w komisji sportu. Zwiększyłam o 100 proc. budżet na ten cel.. Stworzyłam komponent D.
To brzmi jak nazwa wynalazku naukowego.
- Chodziło o to, aby pomóc biednym gminom. To był współczynnik, dzięki któremu naliczano dotacje na budowę boisk i obiektów sportowych w niezamożnych miejscowościach. Organizowałam też pieniądze na lodowiska. Jedno w Piasecznie nie wyszło, bo były kłótnie z burmistrzem.
A które wyszło?
- W Kozienicach. W urzędzie marszałkowskim byłam dyrektorką biura sportu. Gdy zostałam radną, załatwiłam sobie pracę w biurze sportu urzędu miasta, aby pomagać młodzieży.
Ratuszem rządził wtedy PiS, a pani była radną tego ugrupowania?
- Sport jest apolityczny. Gdy dzieci trenują, nie pytają, w jakiej partii działają ich rodzice. Ja kocham sport. Zresztą było dramatycznie: Artur Piłka jako dyrektor biura sportu to była makabra. Mieliśmy biura w suterenie ratusza - z grzybem, bez światła dziennego. A przecież musieliśmy wypełniać dokumenty. Na dodatek Piłka tak mnie totalnie mobbingował, że na dwa miesiące wylądowałam w szpitalu.
Co się pani stało?
- Dysk mi wyleciał ze stresu.
Co konkretnie Piłka robił?
- Nie pozwalał mi się ruszyć zza biurka. A byłam radną województwa, czasem musiałam jechać w teren.
Jego mianował Lech Kaczyński, pani była radną PiS. Politycznie byliście po tej samej stronie?
- To nie miało znaczenia. Może byłam za uczciwa, może chciał kogoś innego zatrudnić na moje miejsce. On był dziwny - raz spokojny, kiedy indziej męczący. Jego zachowanie wydawało mi się dziwne. Teraz wiadomo, że przyczyna była inna [w lipcu Piłka został aresztowany pod zarzutem handlu narkotykami, z zeznań zatrzymanego dealera wynika, że w latach 2004-07 kupił ok. 0,5 kilograma kokainy]. Poza nim podpadł mi też były szef Centralnego Ośrodka Sportu. On też został aresztowany. Mam kosmiczną intuicję kobiet: jak do kogoś nie mam zaufania, dystansuje się. To okazało się skuteczne, bo ci panowie nieciekawie skończyli.
Pani obecny szef jest lepszy? Zostaje pani na stanowisku?
- Obecny szef zna się na rzeczy. Tacy ludzie powinni kierować sportem.
*Erwina Lilia Ryś-Ferens, 52 lata, polska panczenistka, medalistka mistrzostw Europy i świata, olimpijka. Zdobyła 83 tytuły mistrzyni Polski, ustanowiła 50 rekordów kraju, ma 21 medali mistrzostw świata i Europy. Startowała w czterech zimowych olimpiadach, kilkakrotnie zajmując miejsca w czołowej dziesiątce.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Rozmawiał: Jan Fusiecki

2007/11/07

Na Pradze w sprawie stadionu bez zmian

Radni wszystkich klubów Pragi-Płd. zjednoczyli się i w specjalnej uchwale apelują do Hanny Gronkiewicz-Waltz, by odstąpiła od pomysłu przeniesienia Stadionu Narodowego .
Podawane niedawno przez panią prezydent nowe lokalizacje dla stadionu zbulwersowały radnych tej zaniedbanej dzielnicy niezależnie od przynależności klubowej. Choć kandydat na nowego ministra sportu Mirosław Drzewiecki już kilka dni temu ogłosił, że jest zwolennikiem budowy Stadionu Narodowego w ustalonym miejscu, to prascy radni nadal się niepokoją.
Wczoraj zebrali się, żeby przegłosować uchwałę-protest przeciwko przenosinom stadionu. Zmobilizowani - radny Maciej Bogucki z PO przyszedł w piłkarskiej koszulce pod marynarką i z biało-czerwonym szalikiem. - Pokazuję, jak mi zależy. Stadion ma być u nas - tłumaczył. Podobnie mówili inni radni. - My chcemy stadionu, a nie grubych milionów ze sprzedaży ziemi! - podkreślała radna Katarzyna Doraczyńska z PiS. Przyszli też mieszkańcy. Adam Rosiński, mieszkaniec Kamionka, zaapelował o ratunek dla dzielnicy. Rozdał radnym wykonane przez siebie zdjęcia ekipy filmowej, która przed miesiącem kręciła na ul. Rybnej film wojenny. Na fotografii aktorzy - niemieccy żołnierze i grupka powstańców z bronią. W tle rozsypująca się kamienica. - Na tej ulicy nic nie zmieniło się od wojny! - emocjonował się. Do jego głosu przyłączyli się radni. I przegłosowali uchwałę, w której "stanowczo" zaprotestowali przeciwko planom przeniesienia Narodowego Centrum Sportu. Żaden radny nie był przeciw.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Grzegorz Lisicki

2007/11/05

Prokuratura sprawdzi przeszłość Pitery

Czy Julia Pitera, odpowiedzialna w nowym rządzie za walkę z korupcją, nadużyła stanowiska posła do załatwienia prywatnych spraw swojej rodziny? Zarzut taki postawili jej lokatorzy bloku przy ul. Leszczyny w Warszawie, którego zburzenia domaga się posłanka. I skierowali sprawę do prokuratury i NIK - dowiedział się DZIENNIK.
Kilka lat temu Anna Chlebińska, teściowa syna posłanki Platformy, wykupiła mieszkanie w nowo zbudowanym bloku przy ul. Leszczyny 10 nieopodal terenów zielonych. I od razu zaczęła domagać się rozbiórki sąsiedniego bloku. Bo jak twierdzi, gdy kupowała swoje mieszkanie, obiecywano, że w okolicy nie powstanie już żaden budynek, który przesłoni widok.
W sprawę włączyła się Julia Pitera, która miała interweniować w urzędach, aby rozbiórka doszła do skutku. Mieszkańcy niechcianego budynku domagają się wyjaśnienia, czy posłanka, starając się o rozbiórkę budynku, wykorzystywała swoje stanowisko. Pitera bagatelizuje zarzuty. "Gdy zajmowałam się tym w 2000 roku, mój syn miał inną narzeczoną, córka pani Chlebińskiej została jego żoną dopiero w 2006 roku" - mówi DZIENNIKOWI i dodaje, że nie ma sobie nic do zarzucenia.
Radosław Gruca

Pięć kręgów władzy

Dwaj dworzanie
Środowisko „dworu" szefa PO to najbardziej zmitologizowany i tajemniczy krąg platformy. Choć przeciwnicy przypisują mu zwalczanie wewnątrzpartyjnej opozycji i polityczne intrygi, trzeba przyznać, że ostatnie sukcesy platformy to głównie jego zasługa.
Najważniejszą postacią dworu jest Grzegorz Schetyna. To ktoś więcej niż tylko prawa ręka lidera. Prowadzi wszystkie koalicyjne negocjacje, układa wyborcze listy i na co dzień zarządza platformą. To także za jego pośrednictwem szef PO ingeruje w partyjne konflikty. Namaszczając Schetynę na wicepremiera, Tusk wyznacza mu dodatkowe zadanie: pacyfikację wszelkich narowistości administracji rządowej. – Schetyna ma być dla Tuska tym, kim był Gosiewski dla Kaczyńskiego – tłumaczy jeden z posłów PO. Czy Schetyna ma ambicje liderskie? Czy jako wicepremier może próbować wybić się na niepodległość? Mało prawdopodobne. On lepiej czuje się jako szara eminencja. Nie przeszkadza mu nawet pobłażliwość, z jaką traktuje go Tusk.
Sławomir Nowak, na dworze postać numer dwa, traktowany jest przez szefa platformy po ojcowsku. To Tusk wypatrzył go w młodzieżówce, wciągnął do zarządu partii, a wreszcie powierzył mu prowadzenie kampanii. Nie odsunął go od niej nawet w najbardziej krytycznym momencie, kiedy PiS wysunęło się w sondażach na dziesięciopunktowe prowadzenie. Nowak dostał wtedy tylko żółtą kartkę.
– Nie chcę tych spotów. Masz je zmienić. Jak się w nich widzę, to sam sobie nie wierzę! – krzyczał na niego w obecności całego zarządu Tusk. Nowak jednak nie pękł i zostawił wszystko po staremu. Okazało się, że miał rację. Tuskowi, który nie wierzył sam sobie, zaufało ponad 40 proc. wyborców. – To bardzo wzmocniło Sławka. Teraz jest nie do ruszenia – mówi nam jeden z polityków PO.
Pięć kręgów władzy Platformy Obywatelskiej
Boczne boisko Stadionu Dziesięciolecia. Za jedną z bramek wyrasta szpaler obskurnych bud i straganów. Kilkadziesiąt metrów dalej krząta się trzech skośnookich handlarzy. Sprzątają porozrzucane kartony. W tle słychać grzejący się silnik rozklekotanego pekaesu z pobliskiego dworca. Z murawy schodzą dwie drużyny Azjatów. Właśnie skończył się mecz ligi założonej przez warszawskich Wietnamczyków. Na boisko wbiega… Donald Tusk z kilkunastoma innymi znanymi z telewizji politykami Platformy Obywatelskiej.Taki widok dla handlarzy ze Stadionu Dziesięciolecia to żadne zaskoczenie. PO gra tam od dobrych kilku lat. Niespodzianką nie jest dla nich również ani skład, ani ustawienie drużyny Tuska. Szef platformy niezmiennie ustawia samego siebie na pozycji wysuniętego napastnika. Rozgrywającym najczęściej jest Grzegorz Schetyna. Na boisku, podobnie jak w partii, jego rola sprowadza się do lojalnego grania na Tuska. Głównym partnerem Schetyny w pomocy jest twórca kampanii PO Sławomir Nowak. Mocnym punktem zespołu Tuska był do niedawna także Mirosław Drzewiecki, przyszły minister sportu. Od roku pauzuje jednak z powodu kontuzji stopy.
Prawdziwa drużyna Tuska nieco się różni od tej na boisku. „Wprost" dokonał klasyfikacji polityków, którzy mają największy wpływ na przyszłego premiera. Otoczenie szefa PO podzieliliśmy na pięć kręgów, które czasem z sobą współpracują, innym razem rywalizują. To one będą odciskać piętno na działaniach człowieka, który już za kilkanaście dni będzie w Polsce politykiem numer jeden.
Krąg 1. Dwór
Schetyna, Nowak i Drzewiecki to najbliżsi współpracownicy szefa PO nie tylko na boisku, ale także w polityce. Do grona jego zaufanych zaliczają się jeszcze dwie osoby, które nie grają w piłkę nożną: Paweł Graś i Rafał Grupiński. Cała piątka tworzy tzw. dwór Tuska. Mimo, że to pojęcie ukuli złośliwi, przynależność do dworu jest przez niektórych postrzegana jako szczególna nobilitacja. – Na przykład Grupiński zawsze bardzo się zasępia, gdy dziennikarze pomijają go przy wyliczaniu członków dworu – śmieje się jeden z najbliższych współpracowników szefa PO.
Rolą „dworu" jest troska o przywództwo Tuska w PO. Jego członkowie odpowiadają nie za idee, lecz za sprawne funkcjonowanie partyjnej maszyny. Ich relacje z Tuskiem mają nie tylko charakter partyjny, ale także towarzyski. Być może nawet z przewagą tego drugiego. Relacje Tuska z dworem nie przypominają partyjnych nasiadówek. Zdaniem złośliwych, to raczej wspólne oglądanie Ligi Mistrzów przy dobrych cygarach i winie, co jakiś czas przetykane luźnymi uwagami o polityce. To obraz przerysowany, ale rzeczywiście prawdziwych konsultacji szef PO szuka zwykle gdzie indziej.
Krąg 2. Stajnia Bieleckiego
W sprawach gospodarczych największy wpływ na Tuska ma były premier Jan Krzysztof Bielecki. Jeden z naszych rozmówców twierdzi, że Bielecki jest dla Tuska jak ojciec, inny – że jak starszy brat. – Na pewno jest między nimi coś w rodzaju intelektualnej zależności. Mimo że Tusk osiągnął w polityce więcej, bardzo ceni sobie spojrzenie Bieleckiego – wyjaśnia Sławomir Nowak. Sam Tusk nie wstydzi się zresztą, że były premier traktuje go jak swojego ucznia. – Bielecki prawie nigdy nie dzwoni, raczej wysyła SMS-y po angielsku, by mnie dokształcać – przyznał ostatnio w wywiadzie dla dziennika „Polska". O wadze tych SMS-ów najlepiej świadczy prawdopodobny skład przyszłego rządu Tuska. Jacek Rostowski (finanse) i Maciej Nowicki (ochrona środowiska) to ludzie ze stajni Bieleckiego. Do tego dochodzi jeszcze Michał Boni, który ma ostatecznie wylądować w kancelarii premiera.
Krąg 3. Gdańska kuria
Poza Bieleckim szef PO ma jeszcze jednego mentora: metropolitę gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego. – To on udzielił Tuskowi ślubu i pomógł mu wrócić do Kościoła. Nie widują się regularnie. Ale jeśli już się spotkają, to arcybiskupowi zdarza się udzielać wskazówek – zdradza jeden z czołowych polityków PO. I Tusk wykorzystuje polityczną sympatię arcybiskupa. Jak choćby podczas koalicyjnych rozmów z Jarosławem Kaczyńskim sprzed dwóch lat. To właśnie u Gocłowskiego odbyło się spotkanie ostatniej szansy. „Smaczne jedzenie i alkohole, na początku było też sympatycznie, ale w pewnym momencie ksiądz arcybiskup stanął po stronie platformy. Powiedział wprost, że zaprosił nas tu dlatego, że my nie zgadzamy się stworzyć z platformą rządu, że powinniśmy jednak ugiąć się przed postulatami PO" – wspomina były premier Kazimierz Marcinkiewicz w książce „Kulisy władzy".
– Bielecki i abp Gocłowski to jedyne osoby, których zdanie Tusk może traktować rozstrzygająco. W innych sprawach raczej wysłuchuje kilku osób i wybiera pogląd, który odpowiada mu najbardziej – twierdzi osoba z otoczenia Tuska.
Krąg 4. Europosłowie
W sprawach zagranicznych szef PO najczęściej konsultuje się z trzema europosłami PO: Jerzym Buzkiem, Januszem Lewandowskim i Jackiem Saryuszem-Wolskim. Zdarza mu się także prosić o radę europosła Jacka Protasiewicza, który ostatnio sporządził dla niego ekspertyzę dotyczącą „Karty praw podstawowych". Do grupy europosłów dołącza czasem kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski. – Komorowski i Saryusz-Wolski najczęściej mają przeciwne zdania. Oni zresztą szczerze się nie znoszą – śmieje się nasz informator z zarządu PO. Nie bez znaczenia jest również rola mało znanego, ale pracowitego posła Krzysztofa Liska, który odpowiada za stronę organizacyjną wszystkich podróży zagranicznych Tuska. Z naszych ustaleń wynika, że szef PO chce powierzyć mu jedno ze stanowisk sekretarzy stanu w kancelarii premiera.
Krąg 5. Konserwatyści
Wbrew obiegowej opinii, Tusk liczy się z tzw. konserwatywnym skrzydłem platformy. Mimo starań „dworu", by sekować wpływy tej grupy, Tusk – bardziej ze względów pragmatycznych niż ideologicznych – stara się ją dowartościować. To coś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa: „proponuję wam dostęp do władzy, ale musicie grać ze mną, a nie przeciwko mnie". – Wie, że bez konserwatystów platforma podryfuje w kierunku dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego i będzie mogła liczyć co najwyżej na 10-15 proc. głosów – mówi jeden ze współpracowników szefa PO. Po odejściu z polityki Jana Rokity na lidera frakcji wyrasta młody poseł Sławomir Nitras. W meczach, które platforma rozgrywa na Stadionie Dziesięciolecia, podobnie jak Tusk zawsze ustawia się w ataku. Tyle że… w przeciwnym zespole. U jego boku w piłkę grają zawsze Ireneusz Raś (krakowski łącznik Tuska z kard. Stanisławem Dziwiszem) i Andrzej Biernat. W jego politycznej drużynie jest więcej osób: Jarosław Gowin, Andrzej Gut-Mostowy, Jan Tomaka, Damian Raczkowski, Stanisław Gawłowski i Sebastian Karpiniuk. W tej grupie największą popularnością wśród wyborców bezsprzecznie cieszy się Gowin. Tyle, że to bardziej typ intelektualisty niż przywódcy. Nitras z kolei ma wszystko, czego trzeba liderowi: determinację, ambicje i polityczną zręczność, której nabył, wycinając w Szczecinie Artura Balazsa. Tusk zdaje sobie sprawę, że pod koniec kadencji nikt nie będzie pamiętał o 42 proc. poparcia z 2007 r. I dlatego zaproponował konserwatystom udział w rządzeniu. Tyle że na ten lep nie wszyscy dali się złapać. Gowin nie przyjął oferty zostania szefem MEN. Inną taktykę przyjmuje Stanisław Gawłowski, który jest murowanym kandydatem na wiceministra ochrony środowiska. Na wejście do rządu może się zgodzić także Nitras. – Zastanawiamy się, co mu zaproponować – mówi jeden ze współpracowników Tuska.
Balans Tuska
Wszystko wskazuje na to, że Tuskowi najłatwiej przyjdzie zwasalizowanie bliskiego konserwatystom dotychczasowego szefa klubu Bogdana Zdrojewskiego, którego wymienia się jako kandydata na ministra kultury. – Z ćwierć milionem głosów mógłby się spokojnie postawić i walczyć o MON, ale brakuje mu twardości charakteru – mówi z pretensją w głosie jeden z konserwatystów. Tusk znalazł zresztą bardzo sprytny sposób na osłabienie pozycji Zdrojewskiego. Zaproponował jego wrocławskiemu współpracownikowi Sławomirowi Piechocie stanowisko wiceministra pracy. W ten sposób chce go uzależnić od siebie i jednocześnie odciągnąć od byłego szefa klubu PO. Niewykluczone, że podobny manewr zostanie wykonany wobec Sławomira Najnigiera, który był wiceprezydentem Wrocławia za czasów Zdrojewskiego. Jego nazwisko wymienia się w kontekście jakiegoś stanowiska w resorcie infrastruktury.Następnym krokiem do spacyfikowania Zdrojewskiego jest powierzenie fotela szefa klubu jego dolnośląskiemu rywalowi Zbigniewowi Chlebowskiemu. W dodatku funkcję wiceministra zdrowia ma objąć kolejny wrocławski polityk, uchodzący za człowieka Schetyny Jarosław Duda. Przywództwo Tuska w PO jest dziś niepodważalne. Władza jednak zużywa nawet najwytrawniejszych graczy i najpopularniejszych polityków. Czy rządzenie zmieni układ sił w platformie? Czy może dzięki niemu Tusk jeszcze bardziej okopie się na pozycji lidera? Czy Tusk nadal będzie grał w ataku, a Schetyna nie będzie musiał wracać do obrony? Czy Nitras nadal będzie napastnikiem przeciwnej drużyny? Przekonamy się o tym dopiero za cztery lata.
Autor: Michał Krzymowski
Źródło: Wprost