2007/09/17

Platforma się topi

W wyborach parlamentarnych w 2005 r. Platforma Obywatelska przegrała, bo jak twierdzili jej liderzy zaskoczył ją ostry atak PiS. Pierwsze dni nowej kampanii wyborczej pokazują, że nie wyciągnęli żadnych wniosków z tamtej porażki.
- Panie prezesie melduje wykonanie zadania – wiele by wyjaśniło, gdyby taki telefon po trzecich przegranych wyborach wykonał Donald Tusk do Jarosława Kaczyńskiego. Trudno zrozumieć dlaczego szef PO zgodził się na wcześniejsze wybory zamiast przez trzy miesiące przesłuchiwać czołowych polityków PiS przed komisjami parlamentarnymi, co musiałoby skutkować spadkiem popularności tej partii.
Jeszcze trudniej zrozumieć miałką kampanię PO, która sprowadza się do przekazu, że to ugrupowanie jest „antyPiSem". W ten sposób PO wpadła w pułapkę, bo przekaz PiS na tę kampanię jest prosty aż do bólu: walczymy sktuczenie z korupcją. Mniejsza o to, ile w tym prawdy, ważne jest, że ludzie taki przekaz rozumieją.
Decyzja aby w Katowicach promować partię kandydaturą Kazimierza Kutza, to kolejna porażka. Każdy kto interesuje się polityką wie, iż ma on poglądy, delikatnie mówiąc, bliskie lewicy, a przecież PO chciała zwalczać etatyzm rządów PiS. Jeżeli do tego dodamy słabe reklamówki, jak ta ostatnia z użyciem ojca Rydzyka, to PO zdaje się być na najlepszej drodze do przegrania kolejnych wyborów.
Autor: Jan Piński
Źródło: Wprost

Platforma Obywatelska cały czas gra na wyjeździe

Donald Tusk zachłysnął się transferami. Jako znawca piłki nożnej powinien jednak wiedzieć, że politykę transferową trzeba prowadzić z głową.
Sukcesy w ostatnich latach odnosiły głównie te kluby piłkarskie, które budowały swoje drużyny, umiejętnie dobierając proporcje między wychowankami a podkupionymi od innych gwiazdorami, choćby takie jak Liverpool, Manchester United czy Real Madryt. Chelsea Londyn, do którego Roman Abramowicz kupował kogo chciał i za ile chciał, niczego specjalnego nie osiągnął i gra coraz gorzej. W Polsce mieliśmy zaś karykaturalny przypadek transferomanii w szczecińskiej Pogoni, do której biznesmen Antoni Ptak kupił trzydziestu "kulawych" Brazylijczyków. W efekcie Pogoń gra dziś w trzeciej lidze.
Donald Tusk odpowie zapewne, że PO też ma w składzie dobrych wychowanków. Tyle że trzyma wszystkich na ławce rezerwowych. Jakoś nie słychać, by twarzami platformy w kampanii mieli być Bogdan Zdrojewski, Grzegorz Schetyna czy Mirosław Drzewiecki. W piątek okazało się, że nawet platformerski wirtuoz Jan Rokita zasiądzie tylko na trybunach. Gwiazdami w składzie Tuska mają być za to kupieni z PiS Radek Sikorski, Bogdan Borusewicz (obaj zresztą do PiS nie należący), a być może także Kazimierz Marcinkiewicz.
Tuska można trochę zrozumieć. Schetyna, Zdrojewski i inni to co najwyżej rzemieślnicy, dobrzy tylko w przeszkadzaniu rywalom. Używając popularnego wśród kibiców porównania, prezentują tzw. enerdowski styl gry. Co innego trójka nowych graczy. Wszyscy znajdują się wśród najpopularniejszych polskich polityków. Tusk zapomniał jednak, że nawet największym gwiazdom warto zrobić przed transferem testy medyczne. Przez ukryte kontuzje mogą bowiem szybko wypaść ze składu. Tak może być choćby z Radosławem Sikorskim, który - jak ujawnia "Wprost" (vide: Skaner) - znalazł się w kręgu zainteresowania Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Były minister obrony może więc się stać nie motorem napędowym kampanii PO, ale jej hamulcowym.
Obawiam się, że Tusk ma hamulcowych także wśród swoich wychowanków. Wśród nich są zapewne nieporadni spin doktorzy - twórcy kampanii PO, którzy robią wszystko, by platforma była zawsze krok z tyłu za pomysłami PiS. Rytm tej kampanii (nie po raz pierwszy w historii) wybijają fachowcy z partii Jarosława Kaczyńskiego. To sprawia, że - wracając do piłkarskiej nomenklatury - Donald Tusk cały czas gra na wyjeździe (vide: "Dilerzy polityków").
Głównym hamulcowym ekipy Tuska okazuje się jednak Bronisław Komorowski. Za wszelką cenę stara się doprowadzić do fuzji z drużyną Aleksandra Kwaśniewskiego. Pożytek z tego dla platformy będzie wątpliwy, bo Kwaśniewski ostatnio gra jak drwal i zbiera głównie czerwone kartki (vide: "Ambasadorowie bratniej pomocy"). A poza tym fuzja - jak wszyscy wiedzą - oznacza likwidację własnej drużyny.Na razie Tusk rusza do gry z nowymi gwiazdorami. Patrząc na ich umiejętności i przygotowanie kondycyjne, można dojść do wniosku, że wystąpią raczej na pozycji defensywnych pomocników. Platforma, po marginalizowaniu Jana Rokity, zagra w tych wyborach jednym napastnikiem. Będzie nim sam Donald Tusk. Dotychczas w meczach o punkty (czyli w wyborczych kampaniach) był tak skuteczny jak Grzegorz Rasiak w reprezentacji Polski (nigdy nie strzelił bramki w meczu eliminacyjnym). Dodatkowo, grając cały czas na wyjeździe, PO potrzebuje szybkiego napastnika. W takich warunkach, co pokazał ostatni mecz z Finlandią, Rasiak (Tusk) kompletnie się nie sprawdza.
Autor: Grzegorz Pawełczyk
Źródło: Wprost

2007/09/13

Konflikt przy tworzeniu list PO w Gliwicach

Katowice (PAP) - Zarząd jednego z największych kół Platformy Obywatelskiej na Śląsku - w Gliwicach - zarzuca szefowi partii w regionie, posłowi Tomaszowi Tomczykiewiczowi, "kolesiostwo" przy tworzeniu list wyborczych. Nie znaleźli się na nich prezydent Gliwic i współzałożyciel PO na Śląsku Zygmunt Frankiewicz oraz posłanka Ewa Więckowska.
"Działania takie są bulwersujące i niezrozumiałe. Łamią elementarne zasady demokracji wewnątrz partii, mimo że szermuje się tymi hasłami na zewnątrz" - napisał w czwartkowym oświadczeniu szef gliwickiego koła PO Kajetan Gornig.
Jak podkreślił, "Zygmunt Frankiewicz został wskazany jako kandydat nr 1 na liście w naszym okręgu przez gliwicką strukturę PO". "Działania te są absolutnie sprzeczne z zewnętrznymi deklaracjami" - ocenił Gornig.
Do chwili nadania tej depeszy PAP nie udało się skontaktować z Tomczykiewiczem.
W środę regionalny zarząd PO na Śląsku zatwierdzał projekty list wyborczych. Nie znalazł się na nich ani proponowany przez gliwicką organizację Frankiewicz (wiceszef śląskiej PO), ani posłanka Więckowska. "Zafunkcjonowało coś, co nazywa się +kolesiostwem+ - wszyscy, którzy nie są powiązani towarzysko z przewodniczącym regionu, stracili miejsca na listach wyborczych" - podkreślił Gornig.
Według niego, nieumieszczenie na listach wyborczych Zygmunta Frankiewicza i Ewy Więckowskiej spotka się áz niezrozumieniem wśród elektoratu i wspierających PO samorządowców, a działanie takie szkodzi Platformie.
Zgodnie z decyzjami władz regionalnych - jak powiedziała PAP rzeczniczka śląskiej PO, Martyna Starc - gliwicką listę PO ma otwierać obecny poseł, b. wicewojewoda śląski Andrzej Gałażewski, za nim jest posłanka Krystyna Szumilas. Na liście znajdzie także b. prezes Najwyższej Izby Kontroli Mirosław Sekuła.
Frankiewicz, od 14 lat pełniący funkcję prezydenta Gliwic, należy do najbardziej znanych samorządowców w regionie. Jest m.in. przewodniczącym Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. Wielokrotnie był namawiany przez różne środowiska do startu w wyborach parlamentarnych, dotychczas jednak zawsze odmawiał, tłumacząc, że chce kontynuować pracę w samorządzie.
Wiosną tego roku Frankiewicz miał być współorganizatorem konferencji ideowej PO w Pławniowicach k. Gliwic, której organizacja nie była konsultowana z władzami partii. Ze względu na skład zaproszonych gości (m.in. Jan Rokita, Andrzej Olechowski), część polityków i komentatorów sceny politycznej oceniała spotkanie jako prowadzące do potencjalnego rozłamu w partii, choć organizatorzy temu zaprzeczali.
Konferencja ostatecznie nie doszła do skutku. Frankiewicz został na krótko zawieszony w prawach członka PO, a inny organizator spotkania - marszałek woj. śląskiego Janusz Moszyński (wcześniej przez wiele lat zastępca Frankiewicza w gliwickim magistracie) - ostatecznie sam odszedł z partii, popadając w kolejny konflikt z jej władzami regionalnymi.
Władze regionalne PO cofnęły Moszyńskiemu rekomendację do pełnienia funkcji marszałka i wnioskowały o usunięcie go z partii. Platforma jak dotąd nie ma jednak wystarczającej ilości głosów w Sejmiku Woj. Śląskiego, aby odwołać Moszyńskiego z funkcji marszałka. Wkrótce ma podjąć kolejną próbę.
Moszyński powołał w sejmiku własny klub - Samorządową Inicjatywę Obywatelską (SIO) - oraz stowarzyszenie samorządowców pod ta samą nazwą. Pod deklaracją programową stowarzyszenia podpisali się m.in. prezydenci Katowic i Rybnika. Frankiewicz uczestniczył w spotkaniu założycielskim SIO, ale jako członek PO deklaracji nie podpisał.
Źródło: PAP

2007/09/11

"Pępkowe" w PO - poseł świętuje narodziny syna

"Super Express": Poseł PO Janusz Palikot zrobił w jednej z warszawskich restauracji huczną imprezę z okazji narodzin swojego syna Franciszka.
Mały Palikot przyszedł na świat w poniedziałek, 27 sierpnia. Polityk Platformy zdążył przez te kilkanaście dni zrobić wokół niego mnóstwo szumu. - Nawet syna zaangażował w kampanię wyborczą - ironizują anonimowo politycy PO.Tuż po narodzinach, w blasku fleszy, Palikot pokazywał synka publicznie w Lublinie i świętował jego narodziny na imprezie z działaczami w terenie. A tym razem do warszawskiej restauracji zaprosił liderów Platformy. Mogli oni, popijając wino, oglądać na wielkim ekranie... zdjęcia małego Franka.
Imprezą nie pogardziła wierchuszka Platformy: Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki, Paweł Graś, szef klubu - Bogdan Zdrojewski oraz wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Prym na "pępkowym" wiodła prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz.
Jak udało się ustalić "SE", nie tylko prezydent stolicy wybrała się na pępkowe do Palikota, służbowymi autami. Przed restauracją parkowały samochody należące do Kancelarii Sejmu, m.in. szefa klubu PO - Bogdana Zdrojewskiego.
Imprezę zakończył szef PO Donald Tusk, który przed godz. 23 niespodziewanie pojawił się w restauracji. Po krótkiej rozmowie z Gronkiewicz-Waltz - Tusk i jego najlbliżsi współpracownicy opuścili lokal. Wyglądało na to, że obawiają się, że są podsłuchiwani albo podglądani...
Źródło: Superexpress

2007/09/10

Niezniszczalny przeciwnik rozwodów

W rozbitych rodzinach wyrastają prostytutki, bezdomni i żebracy - ostrzega autor wystawy "Pro memoria". Krążącą od miesięcy ekspozycję przygarnął teraz PiS-owski wojewoda Jacek Sasin.
Składające się na wystawę zdjęcia pełnych rodzin pojawiły się przy wejściu do reprezentatywnej Sali im. Stefana Starzyńskiego w gmachu przy pl. Bankowym. Wczoraj na obradujący tu sejmik zjechał autor ekspozycji dr Stefan Lewandowski. Rozdawał politykom świeżo wydane pocztówki promujące wystawę. Umieścił na nich wymyślone przez siebie hasła małżeńskie: "Bez autentycznego narzeczeństwa nie ma trwałego małżeństwa", "Trudno o wiarygodnych polityków wśród wielokrotnych rozwodników" albo: "Gdy się rodzina rozpada, narodowi grozi zagłada".
Próbował przybliżyć radnym ideę wystawy. Przekonywał, że dzieci z rozbitych rodzin są patologiczne.
- Proszę nie obrażać moich dzieci - oburzył się jeden z polityków.- To, co mówi pan Lewandowski, to skandal! Miejsce dla takiej wystawy to siedziba Radia Maryja, a nie urząd wojewódzki - mówił Artur Buczyński, mazowiecki radny PO.
Jednak dr Lewandowski nie przejął się krytyką. Jego ekspozycja od półtora roku jeździ po stołecznych parafiach i domach kultury. Teraz autor chce ją pokazać na całym Mazowszu. Planuje też konferencję naukową na temat zdrowych rodzin.
Stefan Lewandowski jest doktorem historii i byłym działaczem PO. Twierdzi, że zdrowe są tylko pełne rodziny. Swoje poglądy głosił na łamach gazetki "Goniec Warszawski" wydawanej przez Ligę Polskich Rodzin.
"Gazecie" mówił: - Warszawę ogarnia choroba rozwodów. W takich skażonych rodzinach wyrastają prostytutki, bezdomni i żebracy. Jestem za przywróceniem instytucji swata, który dobiera narzeczonych z tego samego kręgu. Związki międzynarodowe czy ludzi z różnych części Polski mają małe szanse przetrwania.
W 2004 r. pod honorowym patronatem abp. Sławoja Leszka Głódzia za pieniądze od ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego Lewandowski na kilkunastu metalowych stelażach umieścił zdjęcia rodzin jego zdaniem wzorowych, czyli pełnych. Na fotografiach są np. rodziny Antoniego Guta, byłego radnego LPR, i posłanki PO Joanny Fabisiak, jednej z najbliższych współpracowniczek Hanny Gronkiewicz-Waltz (PO).
Idea wystawy tak przypadła do gustu zdominowanym przez PO władzom Warszawy, że w lipcu przyjęły ją do Pałacu Kultury. Teraz przygarnął ją PiS-owski wojewoda Jacek Sasin. - Wystawa promuje rodziny wielopokoleniowe. A to wielka wartość - przekonuje Maksym Gołoś, rzecznik wojewody.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Dominika Olszewska

2007/09/06

Warszawa słabą wizytówką PO

Coraz częściej dostrzega się znaczenie polityki lokalnej dla polityki krajowej. I wiedzą o tym partie, że dobrzy lokalni liderzy potrafią przysporzyć głosów wyborczych. Platforma Obywatelska ma raczej „dobrą rękę” do liderów lokalnych, szczególnie do tych z dużych miast, co jest zgodne z wizerunkiem tej partii. Prezydenci np. Gdyni, Sopotu, czy Wrocławia zbierają dobre opinie, a ich miasta naprawdę się rozwijają. I właśnie szczególnie na tym tle widać marazm warszawski. Warszawa pod wodzą Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz jest miastem, w którym jakość życia wcale się nie podnosi, wręcz przeciwnie.
A minęło już wystarczająco dużo czasu, aby było widać pierwsze efekty tej prezydentury. Widoczny ich brak nie może być wciąż tłumaczony koniecznością porządkowania spraw po prezydenturze głównego poprzednika, którym był Lech Kaczyński. Argumenty, że wtedy się nie inwestowało, a teraz wszystko ruszyło, nie wydają się przekonujące. O przykłady nieudolności i błędów bardzo łatwo. Oto w okres jesienny Warszawa wkracza z rozgrzebanymi remontami kilku głównych ulic (Puławska, Aleje Jerozolimskie, Krakowskie Przedmieście), szykują się następne. Prace posuwają się wolno. To jednak nie tylko nieudolność wykonawcza – to także nieudolność koncepcyjna. Pisałem już w tym miejscu jakiś czas temu, że koncepcja zamknięcia ruchu samochodowego na całej długości Krakowskiego Przedmieścia przy braku sensownych alternatywnych ulic mogących przejąć ruch doprowadzi do zakorkowania części miasta. To już się dzieje, wystarczy zobaczyć jak wygląda Tamka i okolice. A poza tym cały czas uważam, że ów słynny trakt zostawiony tylko dla pieszych i autobusów będzie dość mało używany, by nie powiedzieć - martwy. Chciałbym się oczywiście mylić.
To tylko przykłady. Pokazują one, poza tradycyjną nieudolnością wykonawczą, brak wizji rozwoju miasta. Jego władze nie przedstawiły ani mieszkańcom, ani całemu społeczeństwu żadnej spójnej, próbującej nas porwać wizji przyszłości. A przecież mogły – Warszawa to centrum kapitałowe, centrum naukowe i edukacyjne, gdzie spora część populacji to studenci. To mogłoby stać się podstawą takiej wizji, zwracającej uwagę na rozwój instytucji kultury, sztuki, na rozwój miasta przyjaznego, oferującego różne możliwości rekreacji. Nic z tego. Nic nie wiem o takiej wizji. Nawet jeśli gdzieś jest, to nie przebiła się do świadomości mieszkańców. A wspomniane Wrocław, Gdynia, Sopot nabierają coraz wyraźniejszego charakteru i wykorzystują swe atuty.
Szczerze mówiąc nie bardzo interesują mnie przyczyny tego stanu rzeczy. Czy to naprawdę pozostałości przeszłości, czy trudności polityczne (co jakiś czas czytamy o napięciach między Panią Prezydent a jej partią), czy trudny koalicjant (PO współrządzi w Warszawie z LiD, co każe zastanawiać się nad skutkami ewentualnego powtórzenia takiej koalicji w skali całego kraju), czy może to, że Hanna Gronkiewicz–Waltz ma kompetencje lepiej pasujące do innych stanowisk? Naprawdę nie wiem. Widzę natomiast skutki. Widzę, jak najbogatsze polskie miasto, którego ogromnym kapitałem są mieszkańcy, w sporym stopniu marnuje swe szanse. I myślę, że może to być także dostrzegane przez warszawiaków w sytuacjach wyborczych – nie tylko przy okazji wyborów władz miasta, ale i przy okazji wyborów parlamentarnych. Tu trzeba powiedzieć wprost: przynajmniej do tej pory prezydentura Warszawy jest dla Platformy Obywatelskiej bardziej obciążeniem niż atutem.
Prof. Andrzej Rychard dla Wirtualnej Polski
źródło: www.wp.pl

2007/09/04

Nomenklatura PO zamiasta kadr PiS

Co zrobić, aby załatwić pracę działaczom własnej partii? W Warszawie Platforma zatrudnia p.o. dyrektorów, w województwie organizuje wprawdzie konkursy, ale robi to tak, by wygrali je zaufani i partyjni.
Czy zajmował się pan zawodowo zarządzaniem nieruchomościami? - zapytaliśmy czołowego działacza warszawskiego PiS Artura Marczewskiego, gdy wojewoda Jacek Sasin (PiS) dał mu stanowisko w radzie nadzorczej państwowej firmy Dipservice administrującej budynkami. - Płacę czynsz, więc w pewnym sensie zarządzam swoim mieszkaniem - odpowiedział Marczewski.
Szef elektrowni, bo płacił za prąd
Marczewski - tak jak jego partyjni koledzy - jest przekonany, że ponad 2 tys. miesięcznej diety za udział w jednym czy dwóch posiedzeniach rady nadzorczej to niewiele. A działaczom partii rządzącej takie konfitury po prostu się należą. Podobnie jak stanowiska kierownicze, gdzie pensje przekraczają 10 tys. zł. Szef Dipservice Maciej Jankiewicz to radny PiS na Targówku. Dyrektorską posadę ma tu też lider warszawskiej organizacji PiS Maciej Więckowski.
Dyrektorzy z partyjną legitymacją zablokowali reformę Dipservice. Miał być przekształcony w spółkę, wejść na giełdę. Jednak szef z PiS i wojewoda Sasin nie chcieli utracić kontroli nad zasobnym przedsiębiorstwem.
Zapewne z tych samych powodów wojewoda nie reformuje innych podlegających mu firm. Wciąż ma ich w dyspozycji aż 73. Eksperci mówią, że dochodowe przedsiębiorstwa państwowe powinny być częściowo lub całkiem sprywatyzowane. Słabe zaś zlikwidowane. Ale wtedy nie byłoby co dzielić między swoich. Reformy w firmach państwowych oznaczałyby kłopoty dla takich działaczy jak Marek Makuch, szef klubu PiS w Radzie Warszawy, który dzięki partii dostał 12 tys. zł pensji na kierowniczym stanowisku w podlegającej wojewodzie firmie Meble Emilia. Najpewniej przekreśliłyby karierę Tomasza Kozińskiego, byłego PiS-owskiego wojewody, który z energetyką miał wcześniej do czynienia tyle co Marczewski z nieruchomościami - płacił rachunki za prąd. Ale partia dała mu stanowisko szefa spółki Elektrownie Szczytowo-Pompowe SA. Te praktyki PiS nie są niczym nowym. Zanim partia Jarosława Kaczyńskiego wzięła władzę w Polsce, zdobywała doświadczenia w samorządzie warszawskim. Lech Kaczyński nie krył, że zasadnicze kryterium wyboru najwyższych urzędników to zaufanie. Przecież - jak mawiał - nawet najlepiej wykształcony może być elementem wrogiego układu.
Nie będę dawała partyjnych posad
- Politycznych posad nie rozdawałam przez dziewięć lat w NBP i nie będę rozdawała teraz. W ratuszu nie będzie zarządzania politycznego - zapewniała tuż po wyborze prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO). Jednak gdy po objęciu rządów przystąpiła do porządków w spółkach komunalnych, z rad nadzorczych zniknęli ludzie z rekomendacji PiS, a ich miejsce zajęli głównie prominentni działacze Platformy.
W radzie fundacji zarządzającej Parkiem Wodnym "Warszawianka" odnajdujemy Andrzeja Halickiego, posła PO. Burmistrzowie warszawskich dzielnic wzięli posady w radach nadzorczych wodociągów miejskich i SPEC. Wśród beneficjentów rządzącego Warszawą układu znalazł się Adam Struzik (PSL), marszałek województwa, wyznaczony do pracy w radzie nadzorczej Tramwajów Warszawskich. Co ma z nimi wspólnego pochodzący z Płocka lekarz i zawodowy polityk? Niewiele. Rekomendowała go warszawska PO w trosce o dobre relacje z ludowcami, którzy są jej koalicyjnymi partnerami w samorządzie Mazowsza.
Nawet w radzie Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych znalazł pracę działacz PO szczebla dzielnicowego. Takich przykładów są dziesiątki. I - podobnie jak u wojewody - słychać tylko o partyjnych nominacjach, a nie reformach, dzięki którym spółki miejskie mogłyby być lepiej zarządzane.
Również w urzędzie miasta nie ma mowy o zastępowaniu odziedziczonych po poprzedniej ekipie dyrektorów bezpartyjnymi fachowcami. PO i jej warszawski koalicjant LiD zatrudnia zaufanych. Przepisy mówią wprawdzie, że na kluczowe stanowiska w ratuszu powinny być powoływane osoby z doświadczeniem urzędniczym w drodze konkursów, ale Hanna Gronkiewicz-Waltz woli mianować p.o. dyrektorów poza otwartymi konkursami. Dziś aż 22 z 36 szefów biur w warszawskim ratuszu ma tytuł p.o. szefa.
Dlaczego? - Potrzebuję wysokiej klasy fachowców, biorę ich z rynku - uważa była prezes NBP. - Część nie przeszłaby konkursu, bo nie ma wymaganego dwuletniego stażu w samorządzie.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki

2007/09/03

"Wprost": szybsze śledztwo ws. kampanii Tuska

Warszawska prokuratura rozpoczęła przesłuchania działaczy Platformy Obywatelskiej w sprawie kampanii prezydenckiej Donalda Tuska - dowiedział się "Wprost". Śledczy wytypowali tak wielu świadków, że w przesłuchaniach muszą im pomagać policjanci.
Chodzi o sprawę byłych pracowników biura Klubu Parlamentarnego PO - Marcina Rosoła i Piotra Wawrzynowicza. Prokuratura bada, czy prawdziwe są informacje o wyprowadzaniu przez nich partyjnych pieniędzy podczas kampanii prezydenckiej. Doniesienie w tej sprawie złożył jeden ze współpracowników skłóconego z Tuskiem Pawła Piskorskiego.
Mimo że doniesienie złożono w październiku 2006 r., to prawdziwa fala przesłuchań ruszyła dopiero kilka tygodni temu. Tempo narzucone przez śledczych jest tak zawrotne, że policjanci wzywają świadków telefonicznie. - Do mnie zadzwonili o szóstej rano i poprosili o stawienie się na komendzie - mówi "Wprost" jeden z działaczy młodzieżówki PO. Do przesłuchania doszło następnego dnia rano.
Według innego członka platformy, który pracował w sztabie wyborczym Donalda Tuska, podobne wezwania na przesłuchanie w ciągu ostatniego miesiąca otrzymało kilkudziesięciu działaczy młodzieżówki PO. - Wygląda to tak, jakby prokurator nagle przypomniał sobie o doniesieniu sprzed roku, poprosił Państwową Komisję Wyborczą o sprawozdanie finansowe z kampanii Tuska i zaczął wzywać wszystkie osoby, które się tam pojawiają - mówi.

Skąd tak nagły zwrot w postępowaniu prokuratorów?
- Kierownictwo resortu poleciło zintensyfikować wszystkie śledztwa dotyczące polityków. Zarówno tych z PO, jak i z PiS. W identyczny sposób przyspieszono tempo śledztwa w sprawie doniesienia detektywa Krzysztofa Rutkowskiego na Adama Bielana i Michała Kamińskiego -twierdzi wysoki urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości.
Więcej w poniedziałkowym "Wprost".
źródło: www.onet.pl

PO chce zesłać Rokitę do Rzeszowa

Jan Rokita może nie dostać pierwszego miejsca na liście PO w Krakowie - dowiedział się DZIENNIK. Krakowscy działacze partii szukają nowego lidera, a Rokicie chcą zaproponować start w innym mieście, na przykład w Rzeszowie.

Jan Rokita od lat kandyduje do Sejmu ze swojego rodzinnego miasta Krakowa. W ostatnich wyborach parlamentarnych było oczywiste, że to jego nazwisko otworzy krakowską listę Platformy Obywatelskiej. Ale tym razem może być inaczej.
W Platformie trwa układanie list. Mają być gotowe 8 września. Na liście w Krakowie cały czas nie ma obsadzonego pierwszego miejsca. Jak dowiedział się DZIENNIK, start Rokity z najwyższej pozycji stoi pod znakiem zapytania, a małopolscy działacze partii gorączkowo szukają innego lidera. "Działacze krakowscy bardzo chętnie by się pozbyli Rokity. Traktują go jak śmiertelnego wroga" - mówi DZIENNIKOWI polityk PO. "Według mnie sytuacja będzie taka: zarząd regionu przygotuje swoją listę, na której nie będzie Rokity albo przynajmniej ludzi z nim związanych, by osłabić jego pozycję i przygotować sobie grunt do pozbycia się Rokity przy następnym rozdaniu" - dodaje.
Zdaniem informatorów DZIENNIKA na liście mogą się nie znaleźć też poseł Ireneusz Raś oraz senator Jarosław Gowin. Konflikt między Rokitą a małopolskimi działaczami trwa już od dłuższego czasu. A zaczęło się od zwykłej krytyki za konserwatywne poglądy Rokity. Sytuacja zaostrzyła się, gdy Rokita poparł kandydata PiS na prezydenta Krakowa. PO popierała wtedy kandydata związanego z lewicą. Sprawa była na tyle poważna, że mówiło się nawet o odejściu Rokity z partii Donalda Tuska.
Dziś mogłoby się wydawać, że Rokita powrócił do łask władz PO. Jednak niezupełnie. "Decyzja odnośnie pierwszego miejsca w Krakowie należy do Jana Rokity i Donalda Tuska. I Rokita dostanie to, co wynegocjuje z Donaldem. Pewne rzeczy już ustalamy w związku z listami wyborczymi. Ale na razie bez rozmów o pierwszym miejscu" - mówi jeden z działaczy małopolskiej PO. Zaznacza, że może Rokita znajdzie "lepsze rozwiązanie dla Platformy" i wystartuje z innego miasta. "Jest wśród polityków taki standard, że po jakimś okresie słabszym dla danego lidera w jakimś terenie, daje się go, gdzie ma możliwość rozwinięcia swoich talentów w pełni. Ale ta decyzja należy też do samego Rokity. Jeszcze nie ma tej decyzji" - tłumaczy na łamach DZIENNIKA działacz PO. Gdzie Rokita miałby rozwijać swoje talenty? "Na przykład w Rzeszowie. Tam gdzie są naturalne kolebki naszego elektoratu związanego z Rokitą" - odpowiada polityk Platformy, sugerując, że bardziej konserwatywni wyborcy z Podkarpacia chętnie zagłosują na Jana Rokitę. Sam Rokita nie chciał komentować sprawy.
Informatorzy DZIENNIKA twierdzą, że jako kandydata na objęcie jedynki w Krakowie wymienia się szefa sejmowej komisji ds. służb specjalnych Pawła Grasia. "To jest realny kandydat. Jest bliskim współpracownikiem Tuska. Jego pozycja jest wysoka" - twierdzi jeden z rozmówców.
Mówi się też o europośle Bogdanie Klichu. Za swój ewentualny start w wyborach miał właśnie zażądać pierwszego miejsca. "Rzeczywiście w krakowskiej Platformie mówi się, że poseł Klich miałby być na pierwszym miejscu" - potwierdza informacje DZIENNIKA senator PO Jarosław Gowin. "Klich jest na tyle ambitnym człowiekiem, że gdyby wyszło na to, że trzeba szukać lidera w Krakowie, on oddaje się do dyspozycji" - mówi z kolei działacz z Krakowa.
Co na to Klich? " Nie potwierdzam, nie zaprzeczam" - mówi o swoim ewentualnym starcie europoseł. I zaznacza: "Nie chcę mówić o sprawach wyborczych, bo jest na to za wcześnie".
Jednak zdaniem rozmówców DZIENNIKA Klich ma zbyt słabą pozycję w regionie, by dostać pierwsze miejsce na liście. "On raczej nie jest zainteresowany kandydowaniem. Klich przy okazji każdych wyborów zgłasza swoją kandydaturę po to, by się o nim mówiło" - śmieje się polityk PO.
Wszyscy zgadzają się jednak co do jednego: ostateczną decyzję o tym, czy Rokita wystartuje z pierwszego miejsca w Krakowie podejmie Tusk. "Jeśli krakowscy działacze nie umieszczą Rokity na liście, to zrobi to Tusk. Bo on przed wyborami nie może sobie pozwolić na konflikt z Rokitą. Gdyby Rokita nie dostał jedynki w Krakowie, byłoby to niezrozumiałe dla wyborców" - uspokaja polityk z PO.

Autor: Kamila Wronowska
Źródło: Dziennik

2007/09/02

Partyjni fachowcy

Urząd, który ma podzielić 3 mld euro brukselskich dotacji dla Mazowsza, jest miejscem partyjnych synekur działaczy PO i PSL. Znajomość języka obcego nie jest wymagana.
Tak wielkiej puli euro do podziału jeszcze na Mazowszu nie było. Z budżetu UE na lata 2007-13 samorząd Mazowsza ma dostać 3 mld euro. Aby sprawnie podzielić te pieniądze, urząd marszałkowski powołał specjalną instytucję: mazowiecką jednostkę wdrażania projektów unijnych. Ma w niej pracować ok. 200 osób.
Pierwszym jej szefem został Edward Wroniewski. Wygrał konkurs na to stanowisko. Wroniewski z wykształcenia zootechnik, prowadził wcześniej gospodarstwo rolne, potem pracował w wojewódzkim urzędzie pracy.
- Nie przemawiały za nim merytoryczne argumenty. Gdy pracował w urzędzie pracy, fundusze unijne nie były dobrze wykorzystane. Ale działa w zarządzie mazowieckiego PSL, jest najbliższym współpracownikiem Adama Struzika (PSL), marszałka Mazowsza - denerwowali się radni PO, rządzący Mazowszem w koalicji z PSL.
Wystarczy: "How are you?"
Platforma postanowiła zawalczyć, by miejsce ludowca zajął jej człowiek. Wroniewski zrezygnował, a złożony z działaczy PO i PSL zarząd województwa zdecydował, że odpowiedzialnym za unijne dotacje będzie Piotr Adamski, szef szydłowieckiej PO.
- To też nominacja z politycznego klucza - mówią nasi rozmówcy. - Z Szydłowca pochodzi Ewa Kopacz, szefowa mazowieckiej PO, posłanka, jedna z najbliższych współpracowniczek Donalda Tuska. - Oczywiście, że ją dobrze znam, przecież należy do koła szydłowieckiej PO - przyznaje Piotr Adamski.
Polityczne nominacje nie kończą się na posadzie dyrektora. Urząd marszałkowski ogłosił dwa konkursy na wiceszefów unijnej jednostki. Dziwne, od kandydatów wymagano znajomości angielskiego tylko na poziomie podstawowym. - To kryterium sformułowano tak, by wiceszefami mogli zostać partyjni aktywiści, którzy często języków nie znają - mówią nasi rozmówcy z urzędu marszałkowskiego.
Faktycznie, konkurs na wiceszefa jednostki wygrała Czesława Ostrowska. - Oczywiście, że należę do PSL - przyznaje. Nie chce zdradzić, czy zna język obcy. Mówi, że ma niezbędne doświadczenie, pracowała bowiem w urzędzie pracy w Suwałkach. I rzuca słuchawką.
Mamy wielu fachowców
Dyrektor Adamski upiera się, że znajomość języka obcego nie jest niezbędna kierownikowi zajmującemu się funduszami z UE. - Mamy dzielić pieniądze unijne tylko między Polaków - przekonuje.
- Szef takiego urzędu powinien znać języki co najmniej na tzw. poziomie roboczym, czyli czytać i swobodnie rozmawiać. To absolutna konieczność - mówi Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, mazowiecki radny PO. Partyjny rozdział posad w placówce kierowanej przez Adamskiego trwa w najlepsze. Są konkursy, ale tak się dziwnie składa, że wygrywają je akurat działacze PO. Szefem wydziału administracyjno-gospodarczego został Robert Wróbel, szef klubu PO w radzie Bielan. - Widać byłem najlepszy - mówi.
Zatrudnienie znalazł tu też inny działacz Platformy Marcin Rolnik, przewodniczący klubu PO w radzie Śródmieścia. W nowej jednostce został kierownikiem wydziału oceny wniosków. Zarabia 6 tys. zł.
- Złożyłem papiery. Porozmawiał ze mną dyrektor Adamski. Tak wygrałem konkurs - relacjonuje Rolnik.
- Czyli zatrudnił pana partyjny kolega? - dopytujemy.
- Wie Pani, nie miałem pojęcia, że pan Adamski należy do tej samej partii co ja. Jestem po prostu do tej pracy przygotowany - przekonuje Rolnik.
W placówce odnajdujemy też innego młodego polityka PO Michała Suliborskiego, radnego PO na Pradze-Południe i byłego asystenta posła PO Grzegorza Dolniaka. Jako specjalista zarabia ponad 4 tys. zł.
- Szczerze mówiąc, pracuje tu ze mną kilku moich przyjaciół z Platformy. Ale naprawdę nie jest tu nas tak strasznie dużo. Widocznie w naszej partii jest wielu fachowców - komentuje Suliborski.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki, Dominika Olszewska