2012/03/26

Pitera kosztowała nas 1,5 mln złotych!


Zlikwidowane ministerstwo do spraw wykluczonych, na które wydaliśmy 300 tys. zł, to małe piwo. Po czterech latach kabaretowej działalności pełnomocnika rządu do spraw korupcji, czyli polonistki Julii Pitery (59 l.), premier ogłosił: Centralne Biuro Antykorupcyjne wystarczy! I zlikwidował jej urząd, który kosztował podatnika co najmniej półtora miliona złotych.

Według naszych szacunków, urząd Pitery pochłaniał miesięcznie około 30 tysięcy złotych. I to tylko na pensje. Pitera miała co miesiąc około 12 tysięcy złotych. Zatrudniała też dwie sekretarki i dwóch kierowców. Ujawnione przez rząd wydatki za okres od listopada 2007 do marca 2011 roku wyglądają tak: 497 tys. zł dla pani minister, 161 tys. dla sekretarek i aż 425 tys. dla kierowców.
A Pitera zajmowała ministerialny stołek jeszcze przez pół roku. W sumie wyjdzie więc z półtora miliona na same pensje. I to bez kosztów np. prawniczych ekspertyz, które zlecał urząd Pitery, opłat za telefony czy wydatków na benzynę.
Superexpress

2012/03/20

WARSZAWA: Przekręt za 4 mln?

Stołeczna policja prowadzi dochodzenie w sprawie przekrętów, jakich dopuścili się przy naliczaniu opłat za użytkowanie wieczyste byli włodarze Ursynowa. Według ratusza, dzielnica straciła przez nich ponad 4 milionów złotych! Co gorsza, ci urzędnicy nadal zajmują odpowiedzialne stanowiska!

Urszula Kierzkowska (45 l.), burmistrz Ursynowa w poprzedniej kadencji a dziś burmistrz Woli, oraz Ryszard Zięciak, (62 l.) niegdyś jej zastępca a obecnie radny i dyrektor Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości, to główni bohaterowie afery w warszawskim samorządzie. Ratusz badając, jak w latach 2004-2010 aktualizowano opłaty wieczyste na Ursynowie, odkrył, że urzędnicy dopuścili się rażących nieprawidłowości. Dotyczą one m.in. sprawy 2,2 mln zł kary dla firmy Pergranso, która nie dotrzymała umowy i podanych w niej terminów zagospodarowania wydzierżawionego terenu. Zdanie, w którym mowa o nałożeniu na nią kary, zamieszczone przez urzędników w projekcie pisma do ratusza dziwnym trafem zniknęło z gotowego dokumentu podpisanego przez wiceburmistrza Zięciaka. Efekt? Utrata ponad 2,1 mln zł za opłaty oraz 2,2 mln zł z tytułu nienaliczonej kary - w sumie ponad 4 mln zł! Nic dziwnego, że sprawą zajęła się policja.
A co na to sami zainteresowani? - To leżało w kompetencji burmistrza Zięciaka - odparowuje w pierwszej chwili Urszula Kierzkowska, ale potem zmienia zdanie. - Kara mogła być naliczona, ale nie musiała. Decyzję i tak podejmowało Biuro Gospodarowania Nieruchomościami - tłumaczy. Ryszard Zięciak zdaje się zupełnie tym nie przejmować. - Policja wyjaśnia? I dobrze! Niech wyjaśniają - stwierdza beztrosko. A co z wyciągnięciem konsekwencji wobec winnych? - Nie zapadły jeszcze żadne inne decyzje - mówi Agnieszka Kłąb ze stołecznego ratusza.
Obecny burmistrz Ursynowa Piotr Guział (37 l.) nie kryje oburzenia. - Ci ludzie wygenerowali realne straty i unikają kary - mówi. Zapowiada, że wystąpi do władz miasta o wyjaśnienie.
źródło:Superexpress

2012/03/07

Gdańsk: Rozłam w gdańskiej Platformie Obywatelskiej?

Adamowicz musi odejść? - to pytanie nie jest już zbywane śmiechem w gdańskich kręgach Platformy Obywatelskiej. W klubie radnych PO narastają głosy, że decyzje Pawła Adamowicza regularnie nie są im wyjaśniane. Z kolei samemu prezydentowi coraz częściej puszczają nerwy.
Stwierdził w nim, że wypowiedzi niektórych radnych szkodzą wizerunkowi i jedności partii. 

Z kolei niektórzy radni odbijają piłeczkę, wskazując, że nawiązanie porozumienia z prezydentem do łatwych ostatnio nie należy. Zastrzegają jednak anonimowość, twierdząc, że "nie chcą wychodzić przed szereg". 

- Nie jest trudno zauważyć, że frustracja w obozie młodych radnych narasta - przyznaje w nieoficjalnej rozmowie jeden z członków PO. - Wszystkie nasze inicjatywy są odrzucane z automatu. Od tych najprostszych, jak prośba o postawienie lampy za parę tysięcy, po te poważniejsze, jak np. przedłużenie linii autobusowej na Morenę. 
Ostatnio kością niezgody stał się temat podwyżek cen biletów.

- Po działaniach magistratu w tej kwestii można było odnieść wrażenie, że decyzje zostały już podjęte, a my jesteśmy stawiani pod ścianą - uważa Piotr Skiba, radny, a zarazem sekretarz miejskiego zarządu Platformy Obywatelskiej. - Chcemy mieć pełną świadomość, dlaczego konieczne są podwyżki, bo przecież to na nas będzie ciążyła odpowiedzialność za ich uchwalenie. Nie jesteśmy maszynkami do głosowania. 

To stwierdzenie jak mantra pojawia się ostatnio w wypowiedziach polityków partii rządzącej Gdańskiem. W trakcie jednej z sesji radna Beata Dunajewska-Daszczyńska kierowała je nie tylko w stronę prezydenta, ale też i jego podwładnych. Podobnie jak Szymon Moś. 

Zamiast merytorycznej dyskusji na linii władze miasta - klub radnych, częściej obie strony piszą do siebie listy. 

W ostatnim z nich prezydent Adamowicz w stanowczych słowach domagał się od przewodniczącego Krupy m.in. podania nazwisk radnych, którzy wyszli z inicjatywą głosowania przeciwko planowanym przez władze miasta podwyżkom cen biletów komunikacji. 

List był efektem publikacji "Dziennika Bałtyckiego", w której ujawniliśmy, iż mimo że oficjalna decyzja klubu w sprawie podwyżek jeszcze nie zapadła, to w kuluarach trwają już rozmowy z radnymi PiS, by ten pomysł zablokować. Ustalenia potwierdził m.in. jeden z opozycyjnych radnych - Grzegorz Strzelczyk. 

Skiba postuluje zorganizowanie spotkania, na którym wyjaśnione zostaną wszelkie wątpliwości. 

- Potrzebna jest konkretna rozmowa. Najlepiej, żeby władze Gdańska spotkały się z nami na posiedzeniu klubu - mówi radny. 

Jak się bowiem okazuje, mimo że członkowie klubu spotykają się regularnie, to prezydent, choć należy do tej samej partii, bywa tam niezwykle rzadko. Podobnie jak na sesjach Rady Miasta. Nie pomogły nawet upomnienia Agnieszki Pomaskiej, szefowej gdańskiej PO, która już w grudniu zwracała uwagę, że klub i prezydent powinni częściej ze sobą rozmawiać. 

Tajemnicą nie jest jednak fakt, że to właśnie rywalizacja między posłanką a prezydentem stanowi coraz widoczniejszą oś podziału między członkami klubu PO. 

Pierwszym sygnałem, wskazującym, że wśród radnych formują się dwa obozy, było głosowanie nad uchwałą odbierającą prezydentowi prawo do samodzielnego przekazywania gruntów za 1 proc. wartości kościołom i związkom wyznaniowym. Ta inicjatywa podzieliła klub - poparło ją tylko 12 osób z PO, kolejnych 12 było przeciw, a 2 wstrzymały się od głosu. Podobnie było podczas głosowania w sprawie odstąpienia od przygotowania planu zagospodarowania dla działki, na której abp Sławoj Leszek Głódź zamierza wznieść świątynię. 

Oliwy do ognia dolały ostatnie doniesienia o tym, jakoby ludzie z otoczenia Adamowicza rozważali zwrócenie się do Sławomira Nowaka, szefa PO na Pomorzu, o rozwiązanie wewnątrzpartyjnego konfliktu. 

- Jeżeli prezydent Paweł Adamowicz nie przemyśli kierunku, w którym chce iść i nie przestanie traktować nas jak wrogów, to niezadowolenie wewnątrz partii będzie narastać - podkreśla jeden z naszych rozmówców z Platformy. - Nie da się rozmawiać z kimś, kto na wszystko odpowiada: nie. I to jest problem. 

Co na to wszystko Paweł Adamowicz? Nie wiadomo. Jego rzecznik poinformował nas, że prezydent wyruszył wczoraj w podróż i nie ma czasu na rozmowę z dziennikarzami. Z kolei telefon Macieja Krupy do wieczora był wyłączony. 



Źródło: Dziennik Bałtycki

2012/03/03

Obwodnica pełna cudów


Budowę obwodnicy Zabierzowa poprzedza seria nadużyć. W tle jest wielki biznes, politycy PO i straty budżetu
Budowa 10-kilometrowej obwodnicy dla 4,5-tysięcznego Zabierzowa pod Krakowem ma kosztować budżet aż 370 mln zł. Przy mizerii finansowej państwa i cięciu inwestycji drogowych ta kwota oszołamia. Dla przykładu: najdroższa budowana obecnie droga, 7–km odcinek trasy szybkiego ruchu z Łodzi do Warszawy, kosztuje 425,5 mln zł.
Inwestor Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad z Krakowa tłumaczy, że wzrost kosztów inwestycji to efekt „analiz prognozowanych natężeń ruchu oraz wynik wniesionych postulatów mieszkańców". Obwodnicę wydłużono z dwóch stron. Co więcej, ma być w części czteropasmowa, biec w tunelach i na estakadach.
Rozmach przestaje dziwić, gdy dowiadujemy się, kto na niej najbardziej zyska. To m.in. Adam Ś., wpływowy biznesmen, na którym ciąży dziś ponad 300 prokuratorskich zarzutów. Jest jednak bliskim znajomym polityków PO, którzy mają decydujący głos przy tej inwestycji.
Obwodnica do centrum
Budowa obwodnicy jest zaplanowana w Programie Budowy Dróg Krajowych na lata 2011 – 2015. Realizacja ma ruszyć po 2013 r. Jak wynika z załącznika nr 3, priorytetem tej inwestycji nie jest już wyprowadzenie ruchu z miejscowości, ale „zapewnienie obsługi specjalnych stref ekonomicznych". Południową część terenów Zabierzowa obejmuje Krakowska Specjalna Strefa Ekonomiczna, do której należy krakowski Business Park (KBP), jego właścicielem jest zaś... Adam Ś.
To ogromne centrum biznesu zbudowane na kształt miasteczka, które ma nawet własną stację kolejową. Kraków Business Park już dziś zachęca nowych najemców dobrym dojazdem, a jego władze  przyznają, że obwodnica to „szansa na udrożnienie ruchu w obrębie KBP, gdzie pracuje około 5 tys. ludzi". – A ciągle myślimy o rozwoju centrum biznesowego – przyznaje Stanisław Krzyżak z KBP.
Obwodnica będzie też dojazdem do kolejnego gigantycznego 20-hektarowego centrum logistycznego, jakie powstaje w okolicy Niegoszowic. To dlatego GDDKiA wylicza, że w ciągu dziesięciu lat ruch przez Zabierzów wzrośnie o 100 proc.
Kto ma tu ziemię
O budowie obwodnicy w Zabierzowie mówi się od końca lat 90. Jednak dopiero pięć lat temu, w 2007 r., inwestycja na wniosek miejscowych władz została wpisana do planów
GDDKiA. Podstawą rozpoczęcia prac przygotowawczych była zgoda wydana pod koniec sierpnia 2007 r. przez ministra transportu Jerzego Polaczka.
Dziś obwodnica jest na liście priorytetów drogowych. To zastanawiające, bo np. kilka tygodni temu posłowie nie zgodzili się na zarezerwowanie w budżecie ok. 30 mln zł na wykup gruntów pod nową zakopiankę.
Jak szacuje GDDKiA, wykup nieruchomości w pasie drogowym obwodnicy w Zabierzowie kosztować będzie budżet nawet 76 mln zł. To ogromna suma, zważywszy że ok. 10-kilometrowa obwodnica biegnie w zdecydowanej części przez tereny zielone. One jednak do kogoś należą. I nie jest to gmina.
28 sierpnia 2007 r., a więc dzień przed decyzją ministra Polaczka, Komisja Majątkowa zwracająca Kościołowi majątek zagrabiony w PRL, decyduje o przekazaniu 23 ha gruntów rolnych Towarzystwu dla Bezdomnych im. Brata Alberta w Krakowie. Grunty, na których ma przebiegać obwodnica, znajdują się w Niegoszowicach, a właścicielem jest Agencja Nieruchomości Rolnych. Zgromadzenie Sióstr Albertynek ma w pobliskiej Rząsce siedzibę.
W tym samym czasie od ANR sąsiednie grunty także w Niegoszowicach kupuje Adam Ś.  Jest bliskim znajomym Józefa K., wtedy wójta Zabierzowa, obecnie starosty krakowskiego. Co szczególnie bulwersujące, tereny te gmina mogła otrzymać za darmo. Tyle że o to nie wystąpiła, choć władze miały już wtedy świadomość, że zrobiłyby na tym rewelacyjny interes (urzędnicy wiedzieli, którędy pobiegnie obwodnica).
To nie koniec cudów z gruntami. W lipcu 2010 r. w „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy Zabierzów" zmieniono przeznaczenie terenów rolnych należących do albertynek na budowlane (rejon Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego). To niezgodne z programem budowy dróg krajowych, z którego ma być sfinansowana obwodnica – aby nie spekulować gruntami, tereny przyległe do obwodnicy włącza się pod ochronę przed zabudową. Władze Zabierzowa tłumaczą dziś, że nie przyjęły uchwały w sprawie zmiany przeznaczenia tej działki i w ogóle nie wiadomo, w jakiej odległości od gruntu albertynek pobiegnie obwodnica. – Będzie realizowana niezależnie od studium, w ramach tzw. specustawy drogowej – podkreśla Piotr Madej z biura prawnego gminy.
Wydłużona obwodnica, która zaczyna się przy KBP, kończy się nie w Kochanowie, jak planowano pierwotnie, lecz w Rudawie. Tam również rok temu gmina zmieniła przeznaczenie trzech działek na funkcję usługową. Także firma Pro Logis wystąpiła o przekwalifikowanie swoich działek z przeznaczeniem pod centrum produkcyjno-usługowo-biurowe.
Ś. skupuje działki
Adam Ś. – osobiście jako osoba prywatna lub kontrolowane przez niego spółki należące do KBP – to obszarnik. Z akt w sądzie, do których dotarła „Rz", wynika, że do niego lub jego spółek (naliczyliśmy kilkadziesiąt) należy ponad 120 ha gruntów na terenie Zabierzowa. Jest właścicielem lub dzierżawcą gruntów w Rząsce, Więckowicach, Brzeziu i Zabierzowie, które leżą na trasie lub w okolicach planowanej obwodnicy.
Biznesmen nie tylko skupił te grunty, ale też na nich zarabia. Jako rolnik od 2004 r. występował do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o dopłaty unijne do terenów, których nie uprawiał. Rocznie miał z tego ok. 50 tys. zł. Według prokuratury (Adam Ś. jest oskarżony w tej sprawie) wyłudzał dopłaty. Jak ustaliła prokuratura, część gruntów, na które je pobierał, były gruntami inwestycyjnymi (KBP) i zamiast rosnącej kukurydzy znajdował się tam parking, część obejmowała droga do Rząski. Część ziemi uprawiał także inny rolnik.
W 2000 r. spółka Polcon.con należąca do Ś. kupiła od Agencji Nieruchomości Rolnych ponad 110 ha ziemi w Więckowicach na terenie gminy Zabierzów za 1,7 mln zł. Już wtedy wiedziano, że to tereny objęte planem obwodnicy. Ś. na gruncie może zrobić fantastyczny interes (choć w części nie będzie można go przekwalifikować na grunty pod inwestycję ze względu na sięgający tu rezerwat). Jeśli teraz GDDKiA będzie zmuszona odkupić jego część pod obwodnicę, to za jedną piątą tego terenu zapłaci ponad dwa razy tyle.
Ile Ś. lub jego spółki mogą w sumie zarobić na wykupie gruntów pod obwodnicę? – Dane dotyczące właścicieli wykupywanych gruntów nie są udostępniane publicznie – odpowiedziała Iwona Mikrut, rzeczniczka GDDKiA. Pytaliśmy ją, jaką część gruntów, które GDDKiA zamierza wykupić pod planowaną obwodnicę, stanowią działki należące do Polcon.con lub Kraków Bussines Park.
Znajomy wójt
Powodzenie takich interesów Ś. w Zabierzowie nie byłoby możliwe bez sympatii miejscowych włodarzy, którą mimo kłopotów z prawem biznesmen cieszy się do dziś. „Rz" już w 2009 r. opisywała sprawę KBP i jego związków z małopolskimi politykami. Kiedy w 2009 r. Ś. zatrzymała krakowska prokuratura, osobiste poręczenie za niego złożyli przed sądem wójt Zabierzowa Elżbieta Burtan, radny sejmiku województwa małopolskiego Kazimierz Czekaj i starosta krakowski Józef K. Wszyscy są politykami PO (K. od czasu afery z KBP zawiesił członkostwo w partii).
Ś. wpłacił 3 tys. zł na fundusz wyborczy PO podczas wyborów samorządowych w 2006 r. W 2005 r. udostępnił halę w KBP na spotkanie z Donaldem Tuskiem. Kiedy „Rz" zapytała ówczesnego prezesa KBP, czy partia zapłaciła za wynajem, nie potrafił odnaleźć faktur dotyczących tej imprezy. – Przedsiębiorcy mogli zorganizować coś takiego za darmo, ponieważ nie był to okres wyborczy – twierdził wtedy w rozmowie z „Rz" Józef K., wtedy poseł PO.
Przyznaje się do bliskiej znajomości z Ś. – Byłem wójtem Zabierzowa, kiedy KBP powstawało, stąd nasze kontakty – mówił.
Dziś Józef K. ma kłopoty z powodu tej znajomości. W grudniu został oskarżony o zatajenie w oświadczeniu majątkowym, że w jednej ze spółek KBP (Creation) w 2006 r. pracował na umowę-zlecenie.
Nie płacili podatków
Działalność biznesmena prokuratura określa dziś jako zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze międzynarodowym i zarzuca jej przestępstwa skarbowe oraz niegospodarność. Spółka KBP miała stracić w ten sposób prawie 65 mln zł, a Skarb Państwa kolejne 4 mln.
Prokuratura Okręgowa w Krakowie od trzech lat prowadzi śledztwo w sprawie nadużyć i malwersacji finansowych, jakich mieli dopuścić się szefowie i udziałowcy spółki KBC, głównie Ś., jego ojciec, brat i kilku wspólników. O podejrzeniu przestępstwa zawiadomili mniejszościowi udziałowcy KBP, którzy mieli stracić kilka milionów euro.
Budowę obwodnicy Zabierzowa poprzedza seria nadużyć. W tle jest wielki biznes, politycy PO i straty budżetu
Według śledczych pieniądze z wynajmu pomieszczeń w biurowcach KBP wyprowadzano do spółek-słupów. Prokuratura podejrzewa, że stamtąd trafiały one na prywatne konta Ś. oraz jego najbliższych współpracowników. Śledztwo nadal trwa.
Przez siedem lat – od 1997 do 2004 r. – spółki KBP i KBP-1 nie płaciły także gminie podatku od nieruchomości i podatku rolnego. Jak to możliwe? Spółki nie złożyły deklaracji podatkowej. Wójtem był wtedy Józef K. Kiedy po kilku latach jeden z pracowników działu podatkowego w gminie odkrył tę lukę, spółkom KBP naliczono zaległy podatek z odsetkami – w sumie ok. 800 tys. zł. Adam Ś. zaskarżył tę decyzję, Józef K. uznał odwołanie i sprawę umorzył. Zdaniem prokuratury nie miał prawa tego robić. Odwołanie powinno rozstrzygnąć Samorządowe Kolegium Odwoławcze.
Zapytaliśmy obecną wójt, jakie KBP i jego spółki płacą dziś gminie podatki. – To tajemnica skarbowa – odpowiedziało biuro prawne gminy.
Źródło: Rzeczpospolita


Przyjaciel premiera zbuduje elektrownię atomową

Krzysztof Kilian to dobry menedżer, ale nie temu zawdzięcza prezesurę w PGE. Donald Tusk chciał mieć w największej spółce energetycznej swojego człowieka.


Tomasz Zadroga, poprzedni prezes Polskiej Grupy Energetycznej, podał się do dymisji po rozmowie z nowym ministrem skarbu Mikołajem Budzanowskim 14 grudnia 2011 r. Dokładnie tego samego dnia Krzysztof Kilian zrezygnował ze stanowiska wiceprezesa Polkomtela. Polkomtela właśnie kupił Zygmunt Solorz i chciał wprowadzić własnych ludzi.

Zadroga musiał odejść, bo był człowiekiem Grzegorza Schetyny. Poza tym między nim a nowym ministrem nie było chemii.

Rada nadzorcza PGE ogłosiła konkurs na nowego prezesa i członka zarządu. Zgodnie z prawem nie miała innego wyjścia. W radzie większość stanowią urzędnicy resortu skarbu, niezależnych członków jest tylko trzech.

Od razu zaczęły się plotki, że konkurs to formalność, bo to właśnie Kilian ma zastąpić Zadrogę w fotelu prezesa PGE. Według nieoficjalnych informacji ich źródłem było otoczenie Kiliana. - Chciał zaznaczyć terytorium, odstraszyć ewentualnych kontrkandydatów - opowiada osoba wtajemniczona w kulisy wyboru prezesa PGE.

To okazało się skuteczne - najgroźniejszy z możliwych przeciwników Paweł Skowroński, dotychczasowy wiceprezes spółki i jeden z najbardziej cenionych energetyków, w ogóle nie stanął do konkursu.

Z kancelarii premiera także wychodziły kontrolowane przecieki, że prezesem będzie Kilian. Uzasadnienie było dość kuriozalne - miał odpolitycznić spółkę. Rzeczywiście, Tomasz Zadroga zatrudnił na wielu stanowiskach członków PO, ale w końcu do ich pozbycia się nie był potrzebny przyjaciel premiera.

Procedura konkursu została ściśle dochowana. Stanęło do niego 33 kandydatów. Rada nadzorcza wybrała kilku do kolejnego etapu. Renomowana firma headhunterska Amrop sporządziła ich szczegółowe charakterystyki. Ale to była formalność, rada wybrała Kiliana i jego współpracowniczkę Bogusławę Maciejewską.

Czy głosowanie rady było jednomyślne? Jej przewodniczący Marcin Zieliński, dyrektor w resorcie skarbu, nie chce tego ujawnić. Ale według naszych informacji przynajmniej jeden członek rady głosował przeciw.

W otoczeniu premiera usłyszeliśmy, że Kilian został prezesem PGE, bo Donald Tusk chciał mieć w największej spółce energetycznej zaufanego człowieka. O tym, że jest dobrym znajomym premiera, może świadczyć to, że zarówno z nim, jak i z jego najbliższymi jest na ty. Komórki od nich odbiera bez względu na porę.

Premier liczył się z tym, że może być krytykowany za tę nominację. I w samej PO słychać takie głosy. - Wszystko dzieje się wewnątrz stada. Kiedyś Olek Grad i Grzegorz Schetyna mieli swoich ludzi w spółkach. Dzisiaj prezesów wyznaczają Jan Krzysztof Bielecki i Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera - mówi jeden z naszych rozmówców.

Inny broni Kiliana. - To nie jest przypadek "Staszka, który chciał się sprawdzić w biznesie" i dostał stołek prezesa w spółce energetycznej. Kilian był wiceprezesem w Polkomtelu, a kiedyś ministrem łączności. Zna się na biznesie. Ma zrestrukturyzować spółkę - twierdzi polityk bliski Tuskowi. - Prezesem takiej spółki nie mogła zostać przypadkowa osoba, to za duża odpowiedzialność, także dla nas - mówi osoba z resortu skarbu.

Kilian jest absolwentem Politechniki Gdańskiej. Z Donaldem Tuskiem i Janem Krzysztofem Bieleckim zna się jeszcze ze środowiska gdańskich liberałów z lat 80. Na początku lat 90. pracował w rządzie Hanny Suchockiej, był m.in. ministrem łączności. Potem poszedł do biznesu. Był doradcą w Banku Handlowym i w Morgan Stanley. W latach 1999-2008 założył własną firmę doradczą specjalizującą się w informatyce i telekomunikacji. W 2008 r. trafił do zarządu Polkomtela, za czasów rządu Donalda Tuska zasiadał w wielu rada nadzorczych - m.in. PKO PB i spółce PL.2012 koordynującej przygotowania do futbolowych mistrzostw.

Jeden z byłych pracowników Polkomtela przyznaje, że Kilian był szefem wymagającym, nawet bardzo. - Niejednemu drżały kolana, gdy stawał przed drzwiami jego gabinetu - mówi. A to dlatego, że Kilian nie toleruje niewiedzy. - Zanim się do niego poszło, trzeba było być przygotowanym do tematu na 150 proc. Jeśli ktoś się nie przygotował, mógł zostać skrzyczany - mówi nasz rozmówca. - Kilian ceni sobie profesjonalizm.

Jak poradzi sobie w spółce energetycznej? Nie ma żadnego doświadczenia, a to specyficzny sektor. - On bardzo szybko się uczy - zapewnia nasz rozmówca.

Gdy przychodził do Polkomtela, był w innej sytuacji niż dziś. Miał doświadczenie z resortu łączności, znał się na telekomunikacji. - Może nie na wszelkich aspektach, ale generalnie się orientował - zdradza nam osoba pamiętająca Kiliana z początków jego pracy w telekomie.

Trudno powiedzieć, czy zostając ministrem łączności, znał się na tym sektorze. Anna Streżyńska, była prezes UKE, która pamięta go z tamtego czasu, podkreśla, że na tle gabinetu wyróżniał się pozytywnie. - Ale w resorcie łączności, do którego także przyszedł jako ktoś zupełnie nowy, odnalazł się bez problemów. - Reprezentował rynkowe podejście do branży. Rozumiał zasady działania gospodarki rynkowej. To w tamtych czasach - monopoli na rynku - było bardzo świeże i odkrywcze - mówi Streżyńska. Słowa pochwały w jej ustach brzmią tym szczerzej, że Kilian jako wiceprezes Polkomtela nigdy nie ukrywał swojej niechęci do działań regulatora rynku. Sława osoby o świeżych poglądach ciągnęła się za Kilianem długo i to jej - zdaniem anonimowych rozmówców - zawdzięcza szybki rozwój swojej kariery.

W PGE będzie musiał się uczyć bardzo szybko Największy producent prądu w Polsce stoi przed olbrzymimi wyzwaniami - musi budować nowe elektrownie w Opolu i Turowie, które zastąpią stare, zbudowane jeszcze w PRL bloki. Ale najtrudniejsza będzie budowa pierwszej polskiej siłowni jądrowej. W sumie Kilian będzie odpowiadał za program inwestycyjny wart ok. 40 mld zł.

Najpierw musi podpisać umowę o pracę z PGE. Według nieoficjalnych informacji z kancelarii premiera chciał wzorem swego poprzednika Tomasza Zadrogi zasiadać również w zarządzie spółki-córki o nazwie PGE Energetyka Jądrowa. Zadroga w PGE zarobił w 2010 r. 533 tys. zł, w spółkach-córkach - aż 950 tys. zł. Jednak otoczenie premiera kręciło nosem - takie rzeczy źle wyglądają w tabloidach. Na razie nie rozwiązano tego problemu...

źródło: Gazeta Wyborcza

2012/03/01

Standardy Ministry

Sprawę opisała w styczniu ubiegłego roku lubelska Gazeta Wyborcza. Anna Glijer – obecnie szefowa gabinetu politycznego ministry Muchy – była wtedy członkiem komisji konkursowej w NFZ, która rozdzielała kontrakty między przychodniami i szpitalami. Mimo drastycznych cięć w kontraktach dostały je wtedy przychodnie należące do wpływowych działaczy PO. Jeśli kontrola w sprawie przyznawania kontraktów wykazałaby nieprawidłowości wobec winnych należy wyciągnąć konsekwencje- mówiła wtedy obecna ministra. I te konsekwencje wyciągnęła...

Startując w wyborach z listy PO, Glijer przedstawiła założenia programowe: program skierowany jest przede wszystkim do ludzi młodych w kontekście rynku pracy. I faktycznie. Kandydując z ostatniego miejsca Glijer dostała 7 wynik na liście i 2 176 głosów. To niezły wynik. "100 lat i 9100 netto!" - takie życzenia przed wyborami dostała na wallu facebooka od jednego ze znajomych. Życzenie prawie się spełniło. To, co prawda mniej niż zarabia szefowa gabinetu politycznego ministry sportu ale standard Młodych Demokratów -i tak niezły- zostaje spełniony.

W styczniu 2011 lokalna Gazeta opisuje bulwersującą sprawę kontraktów dla placówek ochrony zdrowia. Chodziło o przychodnie: Farmed, której właścicielem jest przewodniczący klubu Platformy w radzie miasta Stanisław Podgórski i Sanus należacej do Jacka Madeja. “Podczas trwania konkursów szefem lubelskiego oddziału NFZ był działacz PO Tomasz Pękalski (na początku grudnia 2010 awansował na członka zarządu województwa, gdzie odpowiadał za służbę zdrowia i kulturę). To właśnie Pękalski, zgodnie z regulaminem, ustalał skład wszystkich komisji konkursowych. Członkiem takiej komisji została m.in. Anna Glijer, także członkini PO (dostała w NFZ etat referenta we wrześniu 2010 roku pokonując w konkursie 44 kandydatów. Komisja z nią w składzie aż w 11 przypadkach przyznała kontrakty Sanusowi i Farmedowi.”- opisywałi w lubelskiej Gazecie Jacek Brzuszkiewicz i Piotr Kozłowski. I pytali: “Czy wpływ na to, że zdobyli kontrakty ma fakt, że członkiem komisji konkursowej w NFZ była Anna Glijer, w przeszłości asystentka posłanki Joanny Muchy i pracownica biura europosłanki Leny Kolarskiej-Bobińskiej z PO?”

Glijer nie zrezygnowała z zasiadania w komisji, mimo że każdy z jej członków musiał podpisać oświadczenie o bezstronności. Jeden z jego punktów określa jasno, że członek komisji konkursowej NFZ nie może być z właścicielem przychodni "w takim stosunku prawnym lub faktycznym, że może to budzić uzasadnione wątpliwości, co do jego bezstronności".

Joanna Mucha mówiła wtedy Wyborczej: - Anię Glijer znam bardzo dobrze. To niezwykle uczciwa i rzetelna osoba. Jednak, gdybym była członkiem komisji NFZ i miała rozstrzygać sprawy kontraktów dla moich kolegów partyjnych wyłączyłabym się z takiej komisji. Myślę, że to, że Ania tego nie zrobiła, wynika z jej braku doświadczenia i wyczulenia na kwestie ewentualnych konfliktów interesów.

Tę sprawę trzeba dogłębnie wyjaśnić, choćby dlatego, że cieniem na PO w Lublinie kładą się dwuznaczne sprawy interesów Marzeny Świnarskiej i żony Marka Flasińskiego - komentowała wtedy Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją.

źródło: 300polityka.pl

2012/02/28

Barycki jak bumerang

Warszawski działacz PO, któremu w przeszłości zarzucano konflikt interesów, znalazł zatrudnienie u posła Platformy Marcina Kierwińskiego.
Lech Barycki wszedł do polityki w 2007 r. i wkrótce został szefem gabinetu politycznego minister zdrowia. Ewa Kopacz podziękowała mu jednak za współpracę, gdy „Newsweek” ujawnił, że nieoficjalnie reprezentował firmę Falck Medycyna (pracowała tam jego żona) przejmującą państwowe przychodnie i szpitale. Barycki zarzeka się, że został zwolniony z przyczyn osobistych, bez związku z naszą publikacją. 
Tak czy inaczej, zaraz znalazł schronienie u ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Został członkiem jego gabinetu politycznego. To stanowisko stracił z kolei, gdy „Dziennik” napisał, że naciskał na samorządowców, by wsparli firmę, którą zarządzała jego żona.
Bezrobotnemu znów pomogli koledzy z partii, zatrudniając go w biurze regionu mazowieckiego PO. A ostatnio został (na część etatu) pracownikiem biura poselskiego Marcina Kierwińskiego. Dzięki tej posadzie ma stałą przepustkę do Sejmu, a więc nieograniczony dostęp do posłów. Kierwiński nie widzi problemu w przeszłości nowego pracownika. – To sprawy całkowicie zamknięte – stwierdza. Sam Barycki podkreśla, że prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, a w styczniu sąd nakazał „Dziennikowi” opublikowanie przeprosin w związku z naruszeniem jego dóbr osobistych (pomówienia o lobbing).
 Jednak zdaniem Grażyny Kopińskiej, specjalistki od korupcji z Fundacji Batorego, nie oznacza to, że sprawa jest tak jednoznaczna. – Zatrudnienie za sejmowe pieniądze osoby, która traciła stanowisko ze względu na podejrzenia o konflikt interesów, jest niewłaściwe – komentuje.
źródło: Newsweek

2012/02/13

Lekarz stracił pracę po telefonie posłanki PO

Wieloletni szef oddziału chirurgi szpitala w Goleniowie stracił posadę dwa dni po odesłaniu z kwitkiem do domu pewnego chorego (ordynator nie chciał natychmiast opatrzyć pacjenta, bo twierdził, że jego rana może poczekać). Jak się później okazało chory był mężem posłanki Platformy Obywatelskiej Magdaleny Kochan. W ciągu tych dwóch dni między spławieniem pacjenta, a otrzymaniem przez ordynatora wypowiedzenia wydarzyły się ciekawe rzeczy... Andrzej Miczko kierował oddziałem chirurgi goleniowskiego szpitala 6 lat. Właśnie skończył mu się kontrakt. Omal mu go nie przedłużono, bo dyrektor szpitala chciał mu dać obniżkę pensji. Ordynator - jak sugeruje "Gazeta Wyborcza", która opisała aferę - trochę się dąsał. W tym samym czasie do szpitala przyszedł pacjent z ręką wymagającą opatrzenia (było to 5 lutego). - Uznałem, że nie mogę zająć się nim na oddziale, bo bakterie z rany mogłyby tam się rozprzestrzenić. Nie było zagrożenia życia. Pacjent nie był u nas operowany. Powiedziałem, by następnego dnia zgłosił się do poradni. Z każdym Kowalskim tak samo bym postąpił - powiedział "Gazecie Wyborczej" lekarz. No i zaczęło się. Choć kilkanaście godzin po incydencie, Andrzej Miczko podpisał nowy kontrakt ze szpitalem (6 lutego), dzień później (7 lutego) już dostał wypowiedzenie. Dlaczego? Wiadomo na razie tyle, że przed wyrzuceniem go z pracy, do starostwa, które zawiaduje szpitalem (placówka jest w 100 proc. własnością powiatu) zadzwoniła posłanka Magdalena Kochan (PO). Sama przyznała w "Gazecie Wyborczej", że pytała starostę o lekarza, który miał źle potraktować jej męża na dyżurze w szpitalu. Ten z kolei przyznał, że po interwencji posłanki dzwonił do szpitala z pytaniem o Andrzeja Miczkę. Dyrektor placówki Dariusz Guziak też przyznaje otwarcie, że 7 lutego rozwiązał z chirurgiem kontrakt z dwumiesięcznym wypowiedzeniem: - Utraciłem do niego zaufanie - powiedział "Gazecie Wyborczej". W szczegóły nie chce się wdawać, bo "to sprawy szpitala". źródło: SuperExpress

2011/11/18

Folwark TVP Warszawa

Dzień Matki - na antenie minister rolnictwa z PSL Marek Sawicki składa życzenia mamom. Dzień dziecka - uśmiechnięty minister Sawicki w otoczeniu dzieci Szary budynek przy warszawskiej ulicy Jasna 14/16 w porównaniu ze szklanymi domami centrali telewizji publicznej na Woronicza nie wygląda imponująco. To siedziba TVP Warszawa, która chlubi się ponadpółwiekowymi tradycjami (pierwszy "Telewizyjny Kurier Warszawski" nadano w 1958 r.). Redakcja na stronie internetowej informuje, że "uznanie widzów zdobyły programy publicystyczne, kulturalne i interwencyjne". Ale po wielu rozmowach z jej pracownikami odnoszę wrażenie, że świetność TVP Warszawa (dawniej Warszawski Ośrodek Telewizyjny) przebrzmiała.

I nie chodzi o to, że nadaje tylko kilka godzin w ciągu dnia i dzieli częstotliwość z TVP Info (mniej zorientowany widz ich nie odróżni). - Z TVP Warszawa - mówią moi rozmówcy - źle się dzieje. Anonimowo, boją się.

Spotykamy się w kawiarni (z dala od Jasnej), prowadzę godzinne rozmowy przez telefon (dlatego swoich rozmówcom w tekście nadaję tylko numery). Wśród głównych odpowiedzialnych wskazują Tomasza Mazura, który w TVP Warszawa pracuje ponad dwa lata. Rozmówca nr 1 opowiada: - Robi prywatny folwark, na czym cierpi redakcja i jakość programu. Szefowa TVP Warszawa Aleksandra Zawłocka miała do niego bezgraniczne zaufanie. Nie zareagowała na żadną skargę. Mazur był do końca października p.o. zastępcy kierownika redakcji.

Rozmówca nr 2: - Nadzorował programy informacyjne. Po pytaniach "Gazety" pod koniec października o nieprawidłowości, zaczęło się zamiatanie pod dywan. Mazura odsunięto od "Kuriera Warszawskiego" i "Mazowieckiego". Zawłocka szefową była do 18 października. Gdy wygasł jej dyrektorski kontrakt, została m.in. przewodniczącą komisji kolaudacyjnej (będzie decydować o dopuszczaniu do anteny materiałów). P.o. dyrektora został teraz reporter z TVP Warszawa Sławomir Majcher. - Sprawuję tę funkcję od niedawna. Lepszej osoby do udzielania informacji niż rzecznik prasowy TVP pani nie znajdzie - odpowiada na pytanie o sytuację w stacji, którą to on teraz kieruje. Sawicki matkom i dzieciom Największą zmorą na Jasnej 14/16 - mówią pracownicy - jest upolitycznienie.

Moi rozmówcy opowiadają, że w redakcji dochodzi do scen kuriozalnych, najczęściej związanych z promowaniem PSL. - Na Dzień Matki dziennikarka dostała polecenie, żeby jechać nagrać ministra rolnictwa Marka Sawickiego, jak składa życzenia mamom - wspomina Rozmówca nr 1. Sprawdzam. Rzeczywiście 26 maja Sawicki składał na antenie TVP Warszawa życzenia mamom. Idę tym tropem i oglądam jeden z programów stacji - "Agro Kurier" - emitowany w Dniu Dziecka. A tam uśmiechnięty Sawicki w otoczeniu dzieci zapewnia, że "Ministerstwo Rolnictwa realizuje dwa wspaniałe programy: szklanka mleka i owoce w szkole, w których uczestniczy bardzo wiele dzieci". Rozmówca nr 2 przypomina inne historie. - Kamera TVP Warszawa pojechała kiedyś za min. Sawickim na dożynki do Podlaskiego! Co to ma wspólnego z Warszawą?! Nasza reporterka towarzyszyła mu również w Paryżu na targach spożywczych - mówi. W styczniu TVP Warszawa wybrała się za ministrem do Berlina na targi Grune Woche. Swój czas na antenie dostał też prezes PSL Waldemar Pawlak. W "Biznes Kurierze" z 26 kwietnia ukazał się wywiad z nim. W przydomowym ogródku, dziewięć minut, prawie pół programu. Niektórzy pracownicy TVP Warszawa należą do związanego z ludowcami Stowarzyszenia Dziennikarzy im. Władysława Reymonta, m.in. szefowa produkcji Iwona Michalczyk i prowadząca programy w tej stacji Jolanta Adamiec-Furgał.

Czy Mazur ma jakieś związki z PSL? Rozmówca nr 1 odpowiada: - Raczej wyczuwa koniunkturę. Na jego uroczystości poślubnej z Joanną Fudalą bawił się prezes Pawlak. Zdjęcia były na Facebooku, ale zniknęły po niedawnym tekście w "Gazecie" o powiązaniach pracowników TVP Info ze Stowarzyszeniem Reymonta. Pytam, jak w redakcji wyglądała ostatnia kampania wyborcza? Dziennikarze opowiadają o "chaosie". Mówią, że nie było spotkania z pełnomocnikami komitetów wyborczych ani losowania czasów i kolejności wystąpień w debatach. - W największej gorączce wyborczej, pod koniec września, Mazur był za granicą. Z Sycylii rozmawiał o sprawach związanych z programem - wspomina Rozmówca nr 2. Z kolei dziennikarz "Kuriera Warszawskiego" Jakub Sito, który przygotowywał m.in. materiały informacyjne o wyborach, jest jednocześnie producentem w firmie Psycho-Media, która robiła spoty wyborcze PO. O swoich związkach z Psycho-Media Sito pisze na swoim profilu GoldenLine.

Co na to p.o. dyrektora TVP Warszawa Sławomir Majcher? Odpowiada za pośrednictwem rzeczniczki TVP Joanny Stempień-Rogalińskiej: "Kampanię wyborczą dla KW PO RP zlecały TVP Warszawa dwie agencje reklamowe - Psychomedia i Propeller Film. Psychomedia zawarła z TVP Warszawa umowę ramową na świadczenie emisji reklam od 19.09.2011 do 18.09.2012 r. Firma jest reprezentowana przez właścicielkę p. Dorotę Lazar-Sito". I dodaje: "Nic nam nie wiadomo na temat rzekomego przygotowywania spotów wyborczych przez red. Jakuba Sito". Dorota Lazar-Sito jest żoną Jakuba Sito. A on sam w przesłanym nam oświadczeniu zapewniał: "Nie uczestniczyłem w realizacji jakichkolwiek audycji wyborczych przygotowywanych przez komitety wyborcze, nie agitowałem na rzecz jakiejkolwiek partii politycznej". "Gazeta" ma link z profilem Sito z Youtube'a (występuje tam jako Qba Sito, "scenarzysta i reżyser, ale nie tylko. Niezależny producent radiowy i telewizyjny. Autor reportaży, dokumentów, ale również form komercyjnych"). Na tym profilu wisi m.in. reklamówka wyborcza ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego, który dostał się do Sejmu z list PO. Psycho-Media wyprodukowało też dla TVP Warszawa dwa reportaże: "Twierdza" (o Forcie Sokolnickim na Żoliborzu) i "Łowcy" - o kieszonkowcach. Wyemitowano je w październiku. Jednym z dwóch autorów scenariusza i realizacji jest Jakub Sito. A montaż "Twierdzy" zrobił... "QbaS". Z żyrandola na antenę Moi informatorzy opowiadają, że jedną z pierwszych sugestii Mazura jako p.o. zastępcy kierownika (we wrześniu 2009 r.) było, by jego narzeczona Joanna Fudala prowadziła "Telewizyjny Kurier Warszawski". - Dziennikarze rozpoznali w niej aktorkę z reklamy sieci komórkowej, która siedziała na żyrandolu i mówiła, że jest potrzebą konsumenta - uśmiecha się Rozmówca nr 1. Fudala nie poradziła sobie, myliła się, była zdenerwowana. Sprawą zainteresował się branżowy "Presserwis". Fudalę zdjęto z anteny, ale wobec Mazura nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. Dziennikarze w rozmowie ze mną skarżą się, że redakcja została zdekompletowana, doświadczeni pracownicy odeszli. Rozmówca nr 1: - Ucierpieli ci, którzy nie chcieli wykonywać niemądrych poleceń. Jeśli Mazur chciał kogoś nagrodzić, to dał mu sześć dyżurów, a jeśli zmarginalizować, żadnego. Do tego system honoracyjny winduje zarobki "wiernych" do nieprawdopodobnych rozmiarów. A niektórych bierze się prawie głodem - dostają 1300 zł na rękę. We wrześniu tego roku dziennikarka Małgorzata Karolina Piekarska napisała na blogu: "W piątek mój szef wrzasnął w newsroomie: zamknijcie mordy, kurwa wasza mać, bo się pracować nie da". - To o Mazurze - mówią moi rozmówcy. Biznes, kolej i brat - Związki z biznesem i inne funkcje dyskwalifikują Mazura jako dziennikarza, a wcześniej też jako zarządzającego programami informacyjnymi - uważa mój rozmówca nr 1. Mazur do stycznia 2009 r. był prezesem spółki Dom Wydawniczy Krajowej Izby Gospodarczej SA. W 2008 r. współorganizował (jako szef rady programowej) Forum Gospodarcze EXEAST w Zamościu (patronat honorowy miał m.in. Waldemar Pawlak). Mazur zasiada też w stowarzyszeniu Polski Instytut Wspierania Mediów. P.o. szefa TVP Warszawa Sławomir Majcher zapytany o to zapewnia, że „od 2002 r. stowarzyszenie nie prowadzi działalności gospodarczej. Jest to stowarzyszenie »martwe « i nie realizuje ono żadnych projektów”. Ale realizuje. Właśnie PIWM był jednym z organizatorów EXEAST w 2008 r. Mazur jest w Instytucie (dane z KRS) prezesem zarządu, w którym są też właściciel firmy PR Ignacy Krasicki i rzecznik oraz szef wydziału promocji Kolei Mazowieckich Marcjusz Włodarczyk. Jak ustaliliśmy, brat Ignacego Krasickiego Beniamin, właściciel firmy ochroniarskiej, występował w jednym z odcinków "Biznes Kuriera". Co na to Majcher? "Ów pan wystąpił w felietonie dotyczącym przepisów i regulacji z zakresu prowadzenia biznesu. Była to krótka wypowiedź ekspercka" - odpowiedział nam poprzez rzeczniczkę TVP. - Mazur powinien dbać o merytoryczną zawartość ramówki, a skupia się na programach sponsorowanych, które w nazwie mają "kurier". Przez to kojarzą się z "Telewizyjnym Kurierem Warszawskim", programem informacyjnym z ogromnymi tradycjami - narzeka mój Rozmówca nr 2. Chodzi mu właśnie o "Agro Kurier", którego Mazur jest autorem (program współfinansuje Ministerstwo Rolnictwa, zapraszany jest minister Sawicki z PSL). Albo o "Biznes Kurier" (ukazywał się do czerwca, współfinansowała go organizacja Pracodawcy RP, w programie występował m.in. jej prezydent Andrzej Malinowski, który w latach 1990-2001 był członkiem PSL). Na tym nie koniec dziwnych obyczajów w "Kurierach". Np. w kwietniu reporter Łukasz Łubian zrobił wywiad ze swoim bratem Rafałem, weterynarzem z Garwolina (materiał o wiejskich weterynarzach opowiada tylko o nim). Łubian zwraca się w nim do brata "panie doktorze". - Czy zdarzyła się panu jakaś niebezpieczna sytuacja? - pyta. - Czasami kopnęła mnie krowa, raz mnie ganiał byk po polu - odpowiada bratu weterynarz Rafał Łubian. Rozmówca 3: - Skandaliczna sytuacja. Mazur jest odpowiedzialny za program jako wydawca. Za takie rzeczy wylatuje się z telewizji. Na antenie jest też program "KolejTV" realizowany przez kilka spółek kolejowych. Reklamowany jako program informacyjny, ale w tyłówce (napisach końcowych) można przeczytać nazwiska rzeczników dwóch spółek kolejowych. Obecny szef TVP Warszawa Sławomir Majcher zignorował nasze pytanie, czy nie ma w tym nic niewłaściwego. Napisał: „ »KolejTV « to audycja, której TVP Warszawa jest emitentem (umowa licencyjna z PKP Polskie Linie Kolejowe). PKP PLK współfinansuje koszty emisji 52 odcinków audycji. Za pokrycie kosztów emisji TVP Warszawa emituje podziękowania dla: PKP SA, PKP TLK SA, PKP Energetyka i PKP InterCity SA”. Majcher odpowiada. Mazura odsuwają A co z zarzutami pracowników TVP Warszawa wobec Mazura? - Anonimowych wypowiedzi pracowników TVP Warszawa nie komentuję. Tomasz Mazur uczestniczy w codziennych kolegiach zespołów informacyjnych ("Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego" i "Kuriera Mazowieckiego"), nadzorując ich pracę. Jednocześnie zajmuje się współredagowaniem audycji sponsorowanych, które dostarczają Oddziałowi przychód - odpowiedział nam Majcher. A kilka dni później Mazura odsunięto od programów informacyjnych. Sam Mazur odsyła do rzecznika TVP, podobnie jego była szefowa Aleksandra Zawłocka. - Nic nie wiem o żadnych nieprawidłowościach, a opowieści o zemstach koleżeńskich nie będę snuła - powiedziała mi. Pytana, czy dawała Mazurowi wolną rękę, odpowiada: - Nigdy niczego oczywiście nie narzucam dziennikarzom, nie mówię, jakich mają zapraszać gości i tak dalej. Rozmówca nr 3 podsumowuje: - Ta telewizja nadaje się do zburzenia i zbudowania na nowo. Nie walczy się o widza. W internecie zapowiadane są programy, których już nie ma, bo ich miejsce zajęły np. telezakupy emitowane o godz. 19, w najlepszym czasie antenowym. To marnowanie dorobku redakcji, która ma 50 lat i była zawsze blisko ludzi, nawet jeśli mówiła o dziurach na ulicy. Źródło: Gazeta Wyborcza Katarzyna Wiśniewska

2011/09/19

Kandydat PO robi kampanię za publiczne pieniądze?

Marcin Kierwiński, wicemarszałek Mazowsza i kandydat PO do Sejmu, króluje w wydawanych za publiczne pieniądze gazetkach dzielnic rządzonych przez jego partię. - Wykorzystuje swoją pozycję do darmowej reklamy - oburzają się kontrkandydaci. "Jestem od urodzenia warszawiakiem, tu się wychowałem, w Warszawie chodziłem do szkoły, tutaj mieszkam. Z satysfakcją obserwuję, jak miasto rozwija się i zmienia, dlatego też cenię sobie wspólne przedsięwzięcia z warszawskim samorządem" - pisze o sobie Kierwiński w gazecie "Kurier Wolski".

Pismo wydaje dzielnica Wola, gdzie rządzi PO. "Marcin Kierwiński życiowe priorytety ma poukładane od lat. Dobrze liczy unijne pieniądze, walczy z janosikowym [podatek płacony przez bogate samorządy na rzecz biedniejszych], wspiera rozwój naszej dzielnicy" - czytamy w "Bemowo News", innej gazetki dzielnicowej. Na Bemowie też rządzi PO. W piśmie zamieszczono wielkie zdjęcie wicemarszałka, który pozuje na tle bemowskiego ratusza. - Jestem aktywny. Dlatego gazety same się do mnie zgłaszają i proszą o wywiady. To nie ma nic wspólnego z kampanią wyborczą. Nigdzie tam nie ma informacji, że startuję do Sejmu. Trudno też, bym na czas kampanii rezygnował z pracy - mówi Marcin Kierwiński. - Wywiad został przeprowadzony z inicjatywy redaktora naczelnego "Bemowo News" i był zaplanowany od kilku miesięcy. Jego treść dotyczy istotnych dla mieszkańców Warszawy i Bemowa aspektów oraz nie nawiązuje w jakikolwiek sposób do zbliżających się wyborów parlamentarnych - zapewnia Michał Łukasik, rzecznik dzielnicy.

Murem za Kierwińskim stoi sztab wyborczy. - Nie widzę w tym nic złego. Takie wywiady wynikają z pracy Marcina Kierwińskiego jako marszałka - uważa Rafał Miastowski, burmistrz Bielan i koordynator kampanii PO w Warszawie. Zupełnie inaczej widzą to szeregowi kandydaci Platformy to Sejmu. Otóż politycy mogą wydać na kampanię określona ilość pieniędzy. W PO to - w zależności od miejsca - od 4 do ponad 30 tys. zł. A wywiad w gazecie jest darmowy i nie obciąża indywidualnego budżetu.

- Platforma ma mocną listę, a pieniędzy jest mało. Dlatego każdy darmowy wywiad jest na wagę złota - mówi poseł PO, który stara się o reelekcję. Marcin Kierwiński, wiceszef warszawskiej PO, to jeden z najbardziej wpływowych polityków Platformy. W partii nazywany jest "małym Schetyną" i "kadrowym PO". - Od ręki znajduje pracę wybranym przez siebie działaczom - zdradza nam jeden z polityków. Cztery lata temu bez powodzenia starował do Sejmu (dostał 1403 głosy). Dostał się za to do Rady Warszawy, którą opuścił, by wziąć od partii stanowisko wicemarszałka Mazowsza. - Jemu ciągle mało. Za wszelką cenę chce wejść do Sejmu, więc wykorzystuje swoją pozycję i reklamuje się za darmo. Jego ludzie wydzwaniają po dzielnicach i żądają publikacji wywiadu właśnie z nim. Koniecznie ze zdjęciem. To straszne świństwo. My, partyjne szaraczki, możemy tylko pomarzyć o takim wsparciu - narzeka jeden polityków PO. "Samorząd to dobra szkoła. Celująco ten egzamin zdał Marcin Kierwiński. (...) Takich ludzi potrzeba w Sejmie" - tak w spotach wyborczych zachwala wicemarszałka Mazowsza Grzegorz Schetyna. Ale chyba żaden polityk na warszawskiej liście PO nie wzbudza takiej niechęci wśród kolegów. Mimo porażki sprzed lat dostał bowiem świetne, piąte miejsce na warszawskiej liście kandydatów do Sejmu. Daleko za nim uplasowali się obecni posłowie: Tadeusz Ross, Alicja Dąbrowska czy Michał Szczerba.

Gazeta Stołeczna, autor: Dominika Olszewska