Jak to się stało, że mama przyjaciółki i podwładnej burmistrza Bemowa Jarosława Dąbrowskiego (PO) dostała mieszkanie komunalne w świetnej lokalizacji, przeskakując kolejkę? - Wszystko przez chaos w urzędzie i brak jasnych kryteriów - wynika z kontroli ratusza
- Przyjmuję wyniki tej kontroli z pokorą. Wynika z niej, że urząd Bemowa nie trzymał standardów - przyznaje Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej Platformy.
Noga od Stołka
Kulisy przydziału mieszkania komunalnego na Bemowie opisaliśmy dwa miesiące temu. Zarząd dzielnicy przyznał blisko 40-metrowe lokum tylko jednej osobie: mamie Barbary Lewandowskiej, koordynatorki sekretariatu burmistrza Dąbrowskiego, prywatnie jego przyjaciółki, w ostatnich wyborach kandydatki do Rady Warszawy z listy PO.
Mama urzędniczki czekała na mieszkanie tylko kilka miesięcy, czyli jak na warszawskie warunki bardzo krótko. Dostała je w bardzo dobrej lokalizacji, przy ul. Kunickiego na Boernerowie.
Ta decyzja władz Bemowa zbulwersowała naszych czytelników. Głosując, komu przyznać "Nogę od Stołka", czyli coroczną antynagrodę naszej "Gazety", wybrali właśnie burmistrza Dąbrowskiego.
Po naszych artykułach prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zarządziła kontrolę w bemowskim urzędzie. Jej wyniki potwierdzają, że lokal przy Kunickiego przydzielono nieprawidłowo. Kontrolerzy zauważyli, że mama urzędniczki znajdowała się dopiero na 87. miejscu komunalnej kolejki.
Starając się o mieszkanie, twierdziła, że jest ofiarą przemocy domowej. Ustaliliśmy, że zgłaszała przemoc w rodzinie. Jednak prokuratura nie znalazła na to dowodów i sprawę umorzyła. Mimo to zarząd Bemowa uwierzył kobiecie - bez sprawdzania przepisał ją na początek kolejki. W opinii kontrolerów takie postępowanie nie sprzyja "zachowaniu przejrzystości postępowania i może budzić wątpliwości odnośnie wiarygodności podawanych danych".
Utracił prawo do rządzenia dzielnicą
Kontrolerzy w raporcie zauważyli, że matka przyjaciółki burmistrza Dąbrowskiego kwalifikowała się do przydziału lokalu socjalnego o niższych standardach niż komunalne. Urząd Bemowa i w tej kwestii poszedł mamie urzędniczki na rękę: postanowił dać mieszkanie komunalne wysokiej jakości, a nie socjalne.
Z dokumentu ratusza wynika, że w urzędzie Bemowa panował chaos. Jak wywodzą kontrolerzy, nie istniały jasne i przejrzyste zasady, na podstawie których rozdawano mieszkania w tej dzielnicy.
- Ta sprawa wygląda na przekręt - oburza się urzędnik z miejskiego biura polityki lokalowej. I dodaje: - Każdy, kto zna się na przydziałach mieszkań, od razu widzi, że pan Dąbrowski poza jakimikolwiek procedurami przyznał supermieszkanie mamie swojej przyjaciółki. Dla mnie to niedopuszczalne.
Kontrola ratusza wzywa burmistrza do "wzmożenia nadzoru" nad wydziałem lokalowym i opracowania "jednolitych i precyzyjnych procedur rozpatrywania spraw o przyznanie pomocy lokalowej".
- Ten raport pokazuje poważne uchybienia, ale na szczęście nie mówi o złamaniu prawa - komentuje Małgorzata Kidawa-Błońska. Przypomina, że burmistrz Dąbrowski rządzi Bemowem warunkowo. Platforma dała mu rekomendację po ostatnich wyborach samorządowych. Jednak władze partii zapowiedziały, że cofną ją, jeśli wyniki kontroli będą dla niego niekorzystne.
- Zażądam od burmistrza Dąbrowskiego wyjaśnień. Dopiero potem podejmiemy decyzję w jego sprawie - zapowiada szefowa warszawskiej PO.
Władze Warszawy bronią burmistrza. - W sporcie i w polityce można popełnić błąd. Za tę sprawę Jarosław Dąbrowski dostaje żółtą kartkę. Mam nadzieję, że skończy się na pierwszym ostrzeżeniu i nie trzeba wręczać mu czerwonej - tłumaczy Tomasz Andryszczyk, rzecznik Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Na decyzji ratusza suchej nitki nie zostawia Włodzimierz Całka, były burmistrz Bemowa, a dziś radny opozycyjnej Wspólnoty Samorządowej "Nasze Miasto". - Ta kontrola pomija wątek najważniejszy: nepotyzmu, który ponoć Platforma tak tępi. Władze Warszawy kompromitują się, broniąc pana Dąbrowskiego. Każdy samorządowiec, który zrobi coś takiego, traci moralne prawo do rządzenia dzielnicą - komentuje.
Burmistrz Dąbrowski po ujawnieniu wyników kontroli przestał odbierać telefony od dziennikarzy "Gazety".
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki, Gazeta Stołeczna
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2011/01/07
Kto zarobił na warszawskim Sylwestrze?
3,6 mln zł od Warszawiaków, 3 mln od Polsatu. Zakaz wnoszenia szampana. Mróz. Po co Warszawie taki Sylwester? I kto na nim zarobił?
Warszawa, plac Konstytucji, centrum miasta. Zimno. Kilkuset ochroniarzy, kilkuset policjantów. Ok. 150 tysięcy ludzi na placu i ulicy Marszałkowskiej. Średnio 3,65 milionów Polaków przed telewizorami. To "Sylwestrowa Moc Przebojów" - Sylwester organizowany przez Warszawę i telewizję Polsat.
Wybitne walory Dowbora
Grali Roxette i Opus. Śpiewali m.in. Doda, Urszula, Kombi, Kasia Kowalska, Varius Manx i Maciej Maleńczuk. Wykonywali swoje piosenki, ale i covery zagranicznych przebojów. Miało być przecież europejsko. - Leitmotivem sylwestra była polska prezydencja w UE - mówi Marcin Perzyna, dyrektor ds. projektów specjalnych telewizji Polsat.
Kto decydował, że imprezę prowadzić będą m.in. Maciej Dowbor i Agnieszka Popielewicz? Skąd taki dobór wykonawców? - Uzgodniliśmy to wspólnie z miastem, Mieliśmy swoje pomysły, Warszawa miała swoje. Osiągnęliśmy kompromis - tłumaczy Perzyna. "Wykonawcy charakteryzują się wybitnymi walorami artystycznymi zapewniającymi uzyskanie niepowtarzalnego klimatu imprezy, zgodnie z intencjami scenariusza, organizatora oraz oczekiwaniami publiczności" - tak wybór występujących uzasadnia Biuro Zamówień Publicznych Urzędu m.st. Warszawy.
By Doda, Roxette i Maciej Maleńczuk mogli się godnie zaprezentować, wybudowano scenę szeroką na 60 i wysoką na 20 metrów. Ale nie od razu - budowa trwała kilka tygodni. W tym czasie nie działał popularny parking w centrum placu. Mieszkańcy okolicznych domów musieli słuchać prób nagłośnienia. W związku z Sylwestrem jeszcze przed świętami część ulic została zamknięta dla ruchu. Na kilka dni wprowadzono zmiany w kursowaniu komunikacji miejskiej, zawieszając niektóre linie i likwidując przystanki.
Miasto wolnej ręki
Głównym organizatorem zabawy na placu Konstytucji była Warszawa, z jej ramienia - Biuro Promocji Miasta. To miasto wynajęło tzw. organizatora wykonawczego, ARS Communication. Operację przeprowadzono w trybie zamówienia z wolnej ręki. "Zamówienie może zrealizować jedynie ARS Communication Sp. z o.o., , który jako jedyny posiada prawa autorskie do produkcji miejskiej zabawy sylwestrowej, tj. ma zawarte umowy upoważniające do reprezentowania wszystkich artystów wymienionych w scenariuszu" - czytamy w uzasadnieniu decyzji.
Ratusz zamówił u ARS Communication m.in. program artystyczny na dużej scenie ("na poziomie i ze starannością"), zawarcie umów z artystami, prowadzącymi i innym personelem. Firma miała zapewnić wizualizacje towarzyszące koncertowi oraz co najmniej 8-minutowy pokaz fajerwerków. Z pieniędzy otrzymanych od miasta ARS miało też opłacić tantiemy wykonawców. Za tzw. prawa telewizyjne artystom zapłacił Polsat. Koszt przedsięwzięcia miasto szacowało na 820 tysięcy euro. Warszawa dała 3,6 mln zł - połowę z budżetu na rok 2010, połowę z budżetu tegorocznego.
Duży udział w ostatecznym kształcie Sylwestra miał Polsat. Współdecydował o obsadzie. Warszawa po raz trzeci sylwestrowo współpracowała z telewizją Zygmunta Solorza. - Co roku wysyłamy propozycję współpracy do TVP2, TVN i Polsatu. Wybieramy ofertę najbardziej atrakcyjną dla miasta. Za każdym razem tę najbardziej atrakcyjną otrzymywaliśmy od Zarządu Telewizji Polsat - usłyszeliśmy w Biurze Promocji Miasta.
- Radio Zet miało status partnera strategicznego - mówi o udziale stacji w warszawskiej imprezie rzecznik Eurozet Michał Aleksandrowicz. Logo stacji było na materiałach promujących imprezę, radio nagłaśniało imprezę Rozgłośnia nie transmitowała stołecznej zabawy. - Radio Zet miało w Sylwestra swoją playlistę, ale na antenie pojawiły się "wejścia" z Mocy Przebojów, czyli rozmowy z gwiazdami warszawskiego Sylwestra - relacjonuje rzecznik. Moc Przebojów nadawały Polsat i Polsat 2. Teraz koncert dostępny jest bezpłatnie na internetowej platformie Ipla.
Ile kosztuje Doda?
Warszawscy radni byli szczodrzy - na sylwestrową imprezę wzięli z budżetu 3,6 mln zł. Głosowanie w tej sprawie odbyło się 26 sierpnia 2010. 27 radnych było za, siedmioro radnych wstrzymało się od głosu. Nikt nie był przeciw. Jak dowiedzieliśmy się od rzecznika stacji, Radio Zet nie finansowało organizacji imprezy.
Ile do Sylwestra dorzucił Polsat? - Nie ujawniamy informacji o finansach - ucina rzecznik telewizji Tomasz Matwiejczuk. - Mogę tylko powiedzieć, że staramy się, by nasz wkład finansowy w organizację imprezy był porównywalny do tego, co daje druga strona - wyjawia polsatowski dyrektor ds. projektów specjalnych. Nieoficjalnie udało nam się ustalić, że za Sylwestra Polsat zapłacił ok. 3 miliony złotych. Do tego trzeba doliczyć wewnętrzne koszty realizacji telewizyjnej. - Cała kampania reklamowa - outdoorowa, radiowa - to są nasze koszty. Całe światło, całe multimedia, częściowo scenografia, częściowo artyści - to były koszty Polsatu - wylicza Marcin Perzyna.
Ile dostali wykonawcy? Zainteresowani zasłaniają się tajemnicą handlową. "Dziennik Polski" pisał, że najwięcej dostało Roxette - 100 tys. zł. Doda miała wziąć 80 tys., Kasia Kowalska 25, Kombi 20, Maleńczuk 20 a Varius Manx - 15 tysięcy złotych. - Wszystkie stawki, które przeczytałem w mediach były nieprawdziwe - komentuje Marcin Perzyna z Polsatu. Z innych, nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że honoraria gwiazd miały pochłonąć ok. 1,8 mln zł.
Można taniej
A gdyby Sylwestrowa Moc Przebojów odbyła się w inny dzień? Ile kosztuje duży koncert w centrum miasta? Sama produkcja - bez opłacania artystów - to koszt ok. 400 tysięcy złotych. Tyle trzeba by dać za scenę, scenografię, barierki, prąd, ochronę, toalety itp. – Sylwestrowe koncerty bywają dwa-trzy razy droższe – zaznacza jeden z przedstawicieli branży. Więcej zażądają ochroniarze, więcej trzeba zapłacić za budowę sceny.
Organizator musi też zapłacić miastu. Ile? - Jeśli impreza kulturalna ma charakter otwarty, można negocjować duży rabat - wyjawia Marcin Bachara, dyrektor marketingu Promotor United Entertainment, która wraz z Radiem Eska organizuje koncerty pod szyldem "Hity na czasie". Gorzej, jeśli koncert jest biletowany i na dodatek odbywa się pod gołym niebem na terenie miasta. Wtedy trzeba zapłacić. Stawki są różne. - Wszystko jest kwestią dotarcia do miasta. Warszawa? Ciężkie miasto. Lepiej pojechać 100 km dalej. Będzie zupełnie inne podejście – mówi inny przedstawiciel branży, zastrzegając anonimowość. Stosunkowo tani jest krakowski rynek. Trzeba zapłacić 5 tys. zł kaucji oraz ok. 50 zł za każde 50 metrów kwadratowych.
Lepiej wynajmować przestrzenie puste. Za plac Konstytucji (gdyby miasto nie udostępniło go za darmo, jak w Sylwestra) trzeba by dodatkowo dopłacić. Tymczasem samo zdjęcie trakcji tramwajowej z warszawskiego placu to koszt ok. 300 tys. zł. Organizator musiałby też spodziewać się rachunku za zmiany w organizacji ruchu i funkcjonowaniu komunikacji miejskiej. Wszystko to Warszawa miała w związku z Mocą Przebojów. Rachunek zapłacili mieszkańcy.
Ktoś musiał zarobić
Komu zwrócą się miliony zainwestowane w Sylwestrową Moc Przebojów? Głównym wygranym jest ARS Communication - zarobiło, może umieścić w portfolio kolejną dużą imprezę. Piosenkarze i prowadzący dostali tantiemy i przypomnieli się publiczności. Jak na tym tle wypada strategiczny partner imprezy, Radio Zet? Rzecznik przyznaje, że bezpośrednio Radio Zet nie zarobiło na Sylwestrze. - To była bardziej akcja wizerunkowa - mówi.
Więc może telewizja? W sylwestrowy wieczór Polsat nie emitował reklam - wynika z danych Nielsena. Podczas koncertu na ekranie pojawiło się natomiast 16 plansz sponsorskich. Pierwszy wyświetlono tuż po 20, ostatni w pół do drugiej. Na planszach znajdowały się logo Orlenu (marka Verva), Cyfrowego Polsatu i Radia Zet. Wynika z tego, że jedyną zewnętrzną firmą, która zapłaciła Polsatowi za reklamę, był Orlen. Trudno przypuszczać, by pieniądze Orlenu pokryły polsatowskie koszty.
Brak bloków reklamowych w Polsacie to nie wynik zmowy telewizji, które uparły się, by w sylwestrowy wieczór nie zarabiać. Organizująca swój koncert Dwójka puszczała reklamy. Ostatni w starym roku blok wyemitowano tam tuż po 23. W tym czasie za 30 sekund reklamodawca musiałby zapłacić TVP2, korzystając z rabatu, ok. 15 tysięcy złotych. - Okres od Bożego Narodzenia do połowy stycznia to trochę martwy sezon. Chętnych do kupowania reklam jest mniej, więc i ceny są niższe - tłumaczy Piotr Bieńko, prezes domu mediowego Mediasense. Być może Sylwestrem telewizja Solorza inwestuje w długoterminowe przywiązanie widzów. Bieńko tłumaczy, że "to elementy PR-u, które można ogrywać, co Polsat świetnie robi". - Bo kto zorganizował największą i najfajniejszą imprezę sylwestrową w Polsce? - pyta retorycznie.
Ale nie wszystkie telewizje inwestują w noc z 31 grudnia na 1 stycznia. - TVN z jakiegoś powodu nie organizował Sylwestra - zauważa prof. Wiesław Godzic, medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. - Polsat wierzy w zdarzenia medialne. Sądzi, że jeśli ludzie obejrzą koncert sylwestrowy, przełoży się to na liczbę widzów w przyszłości - tłumaczy. Profesor nie uważa, by organizowanie sylwestrowych koncertów przekładało się na rosnące słupki. - Takie jednostkowe wydarzenie ani nie buduje marki, ani nie przyciąga nowych telewidzów. To są dwie różne publiczności - mówi prof. Godzic.
Mimo narzekań na zakaz wnoszenia alkoholu (w tym szampana), długie oczekiwanie na wpuszczenie pod scenę oraz pojawiające się wśród warszawiaków głosy, że artyści śpiewali z playbacku, części publiczności koncert na pewno się podobał. To też zysk. - Ludzie chcą się gromadzić w miejscach, które są silnie związane z miastem. To dotyczy dużych, bardzo energetycznych miast. I coś tam musi być. Jeśli nie wymyślimy innej formuły sylwestrowej, to ta będzie istniała - ocenia Godzic. Sylwestry organizowane przez polskie telewizje są, zdaniem medioznawcy, biesiadne. - Ma być huczno i głośno. Pod względem artystycznym i estetycznym to na ogół żenada. Większość wie, że publiczność wypiła. To granie do szampana, jak do kotleta - uważa profesor SWPS.
Czy Sylwester jest promocją miasta, i w dłuższej perspektywie Warszawa ma szanse odzyskać zainwestowane pieniądze? - W żaden sposób – uważa Wojciech Olejniczak, kontrkandydat Hanny Gronkiewicz-Waltz z niedawnych wyborów. - Nie. Ale trochę ludzi się bawiło, może zamiast tego nie rozrabiało na podwórkach - wtóruje Janusz Korwin-Mikke, lider partii Wolność i Praworządność, kandydat na prezydenta Warszawy. - Koncert reklamowany był w całej Polsce. To promocja dla miasta. Warszawa walczy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Dodatkowo każdy przyjeżdżający do miasta na imprezę zostawi w nim ok. 50-100 zł - komentuje sprawę Marcin Bachara.
Feta musi być
Niedawno prezydent Warszawy oświadczyła, że najchętniej zrezygnowałaby z odśnieżania ulic, bo to wyrzucanie pieniędzy w błoto. W weekendowe noce stołeczne metro nie będzie kursować częściej (o co wnioskowali mieszkańcy), ponieważ Ratusz nie znalazł w budżecie niecałych 2 mln zł. Mimo to Warszawa zapłaciła za imprezę na placu Konstytucji. O wydanie warszawskich pieniędzy na ten cel wnioskowała prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Czy jej kontrkandydaci w niedawnych wyborach zachowaliby się tak samo?
Wojciech Olejniczak zorganizowałby Sylwestra, ale nie z miejskiego budżetu. - To bez sensu. Można to było zorganizować za pieniądze sponsorów - mówi europoseł SLD. Janusz Korwin-Mikke uważa, raz do roku miasto może się szarpnąć i zorganizować fetę. - Ale można to było zrobić cztery razy taniej - podkreśla. - 3,6 miliona to bardzo dużo. Na co poszły te pieniądze? Trzy czwarte pewnie zostało wydębione przez cwaniaków - denerwuje się szef partii Wolność i Praworządność. Korwin-Mikke ma swój pomysł na tańszego Sylwestra: żadnej sceny i występów na żywo. - Nie widzę powodu, żeby płacić zespołom, które biorą potworne ilości pieniędzy - mówi. - Puściłoby się muzykę, ludzie by tańczyli i tyle. Może i ja bym wpadł na 5 minut, żeby powitać wszystkich na Sylwestra - dodaje Korwin-Mikke. Lider WiP zgodziłby się też, by na miejscu imprezy sprzedawano alkohol.
Drugie miejsce w ubiegłorocznych wyborach na prezydenta miasta zajął Czesław Bielecki, architekt. Bielecki zgadza się z ideą organizowania przez miasto imprez kulturalnych, w tym Sylwestrów. - Miasto musi żyć, integracja mieszkańców jest jak najbardziej pożądana - tłumaczy. Architekt gorąco protestuje jednak przeciwko sylwestrowym decyzjom Warszawy. - Sposób realizacji imprezy, lokalizacja i pieniądze, jakie Ratusz przeznaczył na ten cel dowodzą jednego - lekceważenia opinii publicznej - mówi. Dla Bieleckiego Sylwester 2010 był za drogi, kiczowaty i źle ulokowany. Plac Konstytucji? - Bezsens. Na wiele dni zlikwidowano parking. To igrzyska kosztem mieszkańców.
Jeśli Sylwestra trzeba było koniecznie organizować w centrum miasta, to najmniej uciążliwy byłby, zdaniem Bieleckiego, plac Defilad. - To i tak jest betonowa pustynia - mówi architekt. Grzechem władz miasta było, według Czesława Bieleckiego, wyrażenie zgody na "stawianie dekoracji". - Miasto powinno być tłem dla imprezy, a tu w poprzek placu ustawiono taniochę. Jakby cyrk zjechał na łąki pod Pcimiem - oburza się.
Autor: Jakub Czermiński, Wprost
Warszawa, plac Konstytucji, centrum miasta. Zimno. Kilkuset ochroniarzy, kilkuset policjantów. Ok. 150 tysięcy ludzi na placu i ulicy Marszałkowskiej. Średnio 3,65 milionów Polaków przed telewizorami. To "Sylwestrowa Moc Przebojów" - Sylwester organizowany przez Warszawę i telewizję Polsat.
Wybitne walory Dowbora
Grali Roxette i Opus. Śpiewali m.in. Doda, Urszula, Kombi, Kasia Kowalska, Varius Manx i Maciej Maleńczuk. Wykonywali swoje piosenki, ale i covery zagranicznych przebojów. Miało być przecież europejsko. - Leitmotivem sylwestra była polska prezydencja w UE - mówi Marcin Perzyna, dyrektor ds. projektów specjalnych telewizji Polsat.
Kto decydował, że imprezę prowadzić będą m.in. Maciej Dowbor i Agnieszka Popielewicz? Skąd taki dobór wykonawców? - Uzgodniliśmy to wspólnie z miastem, Mieliśmy swoje pomysły, Warszawa miała swoje. Osiągnęliśmy kompromis - tłumaczy Perzyna. "Wykonawcy charakteryzują się wybitnymi walorami artystycznymi zapewniającymi uzyskanie niepowtarzalnego klimatu imprezy, zgodnie z intencjami scenariusza, organizatora oraz oczekiwaniami publiczności" - tak wybór występujących uzasadnia Biuro Zamówień Publicznych Urzędu m.st. Warszawy.
By Doda, Roxette i Maciej Maleńczuk mogli się godnie zaprezentować, wybudowano scenę szeroką na 60 i wysoką na 20 metrów. Ale nie od razu - budowa trwała kilka tygodni. W tym czasie nie działał popularny parking w centrum placu. Mieszkańcy okolicznych domów musieli słuchać prób nagłośnienia. W związku z Sylwestrem jeszcze przed świętami część ulic została zamknięta dla ruchu. Na kilka dni wprowadzono zmiany w kursowaniu komunikacji miejskiej, zawieszając niektóre linie i likwidując przystanki.
Miasto wolnej ręki
Głównym organizatorem zabawy na placu Konstytucji była Warszawa, z jej ramienia - Biuro Promocji Miasta. To miasto wynajęło tzw. organizatora wykonawczego, ARS Communication. Operację przeprowadzono w trybie zamówienia z wolnej ręki. "Zamówienie może zrealizować jedynie ARS Communication Sp. z o.o., , który jako jedyny posiada prawa autorskie do produkcji miejskiej zabawy sylwestrowej, tj. ma zawarte umowy upoważniające do reprezentowania wszystkich artystów wymienionych w scenariuszu" - czytamy w uzasadnieniu decyzji.
Ratusz zamówił u ARS Communication m.in. program artystyczny na dużej scenie ("na poziomie i ze starannością"), zawarcie umów z artystami, prowadzącymi i innym personelem. Firma miała zapewnić wizualizacje towarzyszące koncertowi oraz co najmniej 8-minutowy pokaz fajerwerków. Z pieniędzy otrzymanych od miasta ARS miało też opłacić tantiemy wykonawców. Za tzw. prawa telewizyjne artystom zapłacił Polsat. Koszt przedsięwzięcia miasto szacowało na 820 tysięcy euro. Warszawa dała 3,6 mln zł - połowę z budżetu na rok 2010, połowę z budżetu tegorocznego.
Duży udział w ostatecznym kształcie Sylwestra miał Polsat. Współdecydował o obsadzie. Warszawa po raz trzeci sylwestrowo współpracowała z telewizją Zygmunta Solorza. - Co roku wysyłamy propozycję współpracy do TVP2, TVN i Polsatu. Wybieramy ofertę najbardziej atrakcyjną dla miasta. Za każdym razem tę najbardziej atrakcyjną otrzymywaliśmy od Zarządu Telewizji Polsat - usłyszeliśmy w Biurze Promocji Miasta.
- Radio Zet miało status partnera strategicznego - mówi o udziale stacji w warszawskiej imprezie rzecznik Eurozet Michał Aleksandrowicz. Logo stacji było na materiałach promujących imprezę, radio nagłaśniało imprezę Rozgłośnia nie transmitowała stołecznej zabawy. - Radio Zet miało w Sylwestra swoją playlistę, ale na antenie pojawiły się "wejścia" z Mocy Przebojów, czyli rozmowy z gwiazdami warszawskiego Sylwestra - relacjonuje rzecznik. Moc Przebojów nadawały Polsat i Polsat 2. Teraz koncert dostępny jest bezpłatnie na internetowej platformie Ipla.
Ile kosztuje Doda?
Warszawscy radni byli szczodrzy - na sylwestrową imprezę wzięli z budżetu 3,6 mln zł. Głosowanie w tej sprawie odbyło się 26 sierpnia 2010. 27 radnych było za, siedmioro radnych wstrzymało się od głosu. Nikt nie był przeciw. Jak dowiedzieliśmy się od rzecznika stacji, Radio Zet nie finansowało organizacji imprezy.
Ile do Sylwestra dorzucił Polsat? - Nie ujawniamy informacji o finansach - ucina rzecznik telewizji Tomasz Matwiejczuk. - Mogę tylko powiedzieć, że staramy się, by nasz wkład finansowy w organizację imprezy był porównywalny do tego, co daje druga strona - wyjawia polsatowski dyrektor ds. projektów specjalnych. Nieoficjalnie udało nam się ustalić, że za Sylwestra Polsat zapłacił ok. 3 miliony złotych. Do tego trzeba doliczyć wewnętrzne koszty realizacji telewizyjnej. - Cała kampania reklamowa - outdoorowa, radiowa - to są nasze koszty. Całe światło, całe multimedia, częściowo scenografia, częściowo artyści - to były koszty Polsatu - wylicza Marcin Perzyna.
Ile dostali wykonawcy? Zainteresowani zasłaniają się tajemnicą handlową. "Dziennik Polski" pisał, że najwięcej dostało Roxette - 100 tys. zł. Doda miała wziąć 80 tys., Kasia Kowalska 25, Kombi 20, Maleńczuk 20 a Varius Manx - 15 tysięcy złotych. - Wszystkie stawki, które przeczytałem w mediach były nieprawdziwe - komentuje Marcin Perzyna z Polsatu. Z innych, nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że honoraria gwiazd miały pochłonąć ok. 1,8 mln zł.
Można taniej
A gdyby Sylwestrowa Moc Przebojów odbyła się w inny dzień? Ile kosztuje duży koncert w centrum miasta? Sama produkcja - bez opłacania artystów - to koszt ok. 400 tysięcy złotych. Tyle trzeba by dać za scenę, scenografię, barierki, prąd, ochronę, toalety itp. – Sylwestrowe koncerty bywają dwa-trzy razy droższe – zaznacza jeden z przedstawicieli branży. Więcej zażądają ochroniarze, więcej trzeba zapłacić za budowę sceny.
Organizator musi też zapłacić miastu. Ile? - Jeśli impreza kulturalna ma charakter otwarty, można negocjować duży rabat - wyjawia Marcin Bachara, dyrektor marketingu Promotor United Entertainment, która wraz z Radiem Eska organizuje koncerty pod szyldem "Hity na czasie". Gorzej, jeśli koncert jest biletowany i na dodatek odbywa się pod gołym niebem na terenie miasta. Wtedy trzeba zapłacić. Stawki są różne. - Wszystko jest kwestią dotarcia do miasta. Warszawa? Ciężkie miasto. Lepiej pojechać 100 km dalej. Będzie zupełnie inne podejście – mówi inny przedstawiciel branży, zastrzegając anonimowość. Stosunkowo tani jest krakowski rynek. Trzeba zapłacić 5 tys. zł kaucji oraz ok. 50 zł za każde 50 metrów kwadratowych.
Lepiej wynajmować przestrzenie puste. Za plac Konstytucji (gdyby miasto nie udostępniło go za darmo, jak w Sylwestra) trzeba by dodatkowo dopłacić. Tymczasem samo zdjęcie trakcji tramwajowej z warszawskiego placu to koszt ok. 300 tys. zł. Organizator musiałby też spodziewać się rachunku za zmiany w organizacji ruchu i funkcjonowaniu komunikacji miejskiej. Wszystko to Warszawa miała w związku z Mocą Przebojów. Rachunek zapłacili mieszkańcy.
Ktoś musiał zarobić
Komu zwrócą się miliony zainwestowane w Sylwestrową Moc Przebojów? Głównym wygranym jest ARS Communication - zarobiło, może umieścić w portfolio kolejną dużą imprezę. Piosenkarze i prowadzący dostali tantiemy i przypomnieli się publiczności. Jak na tym tle wypada strategiczny partner imprezy, Radio Zet? Rzecznik przyznaje, że bezpośrednio Radio Zet nie zarobiło na Sylwestrze. - To była bardziej akcja wizerunkowa - mówi.
Więc może telewizja? W sylwestrowy wieczór Polsat nie emitował reklam - wynika z danych Nielsena. Podczas koncertu na ekranie pojawiło się natomiast 16 plansz sponsorskich. Pierwszy wyświetlono tuż po 20, ostatni w pół do drugiej. Na planszach znajdowały się logo Orlenu (marka Verva), Cyfrowego Polsatu i Radia Zet. Wynika z tego, że jedyną zewnętrzną firmą, która zapłaciła Polsatowi za reklamę, był Orlen. Trudno przypuszczać, by pieniądze Orlenu pokryły polsatowskie koszty.
Brak bloków reklamowych w Polsacie to nie wynik zmowy telewizji, które uparły się, by w sylwestrowy wieczór nie zarabiać. Organizująca swój koncert Dwójka puszczała reklamy. Ostatni w starym roku blok wyemitowano tam tuż po 23. W tym czasie za 30 sekund reklamodawca musiałby zapłacić TVP2, korzystając z rabatu, ok. 15 tysięcy złotych. - Okres od Bożego Narodzenia do połowy stycznia to trochę martwy sezon. Chętnych do kupowania reklam jest mniej, więc i ceny są niższe - tłumaczy Piotr Bieńko, prezes domu mediowego Mediasense. Być może Sylwestrem telewizja Solorza inwestuje w długoterminowe przywiązanie widzów. Bieńko tłumaczy, że "to elementy PR-u, które można ogrywać, co Polsat świetnie robi". - Bo kto zorganizował największą i najfajniejszą imprezę sylwestrową w Polsce? - pyta retorycznie.
Ale nie wszystkie telewizje inwestują w noc z 31 grudnia na 1 stycznia. - TVN z jakiegoś powodu nie organizował Sylwestra - zauważa prof. Wiesław Godzic, medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. - Polsat wierzy w zdarzenia medialne. Sądzi, że jeśli ludzie obejrzą koncert sylwestrowy, przełoży się to na liczbę widzów w przyszłości - tłumaczy. Profesor nie uważa, by organizowanie sylwestrowych koncertów przekładało się na rosnące słupki. - Takie jednostkowe wydarzenie ani nie buduje marki, ani nie przyciąga nowych telewidzów. To są dwie różne publiczności - mówi prof. Godzic.
Mimo narzekań na zakaz wnoszenia alkoholu (w tym szampana), długie oczekiwanie na wpuszczenie pod scenę oraz pojawiające się wśród warszawiaków głosy, że artyści śpiewali z playbacku, części publiczności koncert na pewno się podobał. To też zysk. - Ludzie chcą się gromadzić w miejscach, które są silnie związane z miastem. To dotyczy dużych, bardzo energetycznych miast. I coś tam musi być. Jeśli nie wymyślimy innej formuły sylwestrowej, to ta będzie istniała - ocenia Godzic. Sylwestry organizowane przez polskie telewizje są, zdaniem medioznawcy, biesiadne. - Ma być huczno i głośno. Pod względem artystycznym i estetycznym to na ogół żenada. Większość wie, że publiczność wypiła. To granie do szampana, jak do kotleta - uważa profesor SWPS.
Czy Sylwester jest promocją miasta, i w dłuższej perspektywie Warszawa ma szanse odzyskać zainwestowane pieniądze? - W żaden sposób – uważa Wojciech Olejniczak, kontrkandydat Hanny Gronkiewicz-Waltz z niedawnych wyborów. - Nie. Ale trochę ludzi się bawiło, może zamiast tego nie rozrabiało na podwórkach - wtóruje Janusz Korwin-Mikke, lider partii Wolność i Praworządność, kandydat na prezydenta Warszawy. - Koncert reklamowany był w całej Polsce. To promocja dla miasta. Warszawa walczy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Dodatkowo każdy przyjeżdżający do miasta na imprezę zostawi w nim ok. 50-100 zł - komentuje sprawę Marcin Bachara.
Feta musi być
Niedawno prezydent Warszawy oświadczyła, że najchętniej zrezygnowałaby z odśnieżania ulic, bo to wyrzucanie pieniędzy w błoto. W weekendowe noce stołeczne metro nie będzie kursować częściej (o co wnioskowali mieszkańcy), ponieważ Ratusz nie znalazł w budżecie niecałych 2 mln zł. Mimo to Warszawa zapłaciła za imprezę na placu Konstytucji. O wydanie warszawskich pieniędzy na ten cel wnioskowała prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Czy jej kontrkandydaci w niedawnych wyborach zachowaliby się tak samo?
Wojciech Olejniczak zorganizowałby Sylwestra, ale nie z miejskiego budżetu. - To bez sensu. Można to było zorganizować za pieniądze sponsorów - mówi europoseł SLD. Janusz Korwin-Mikke uważa, raz do roku miasto może się szarpnąć i zorganizować fetę. - Ale można to było zrobić cztery razy taniej - podkreśla. - 3,6 miliona to bardzo dużo. Na co poszły te pieniądze? Trzy czwarte pewnie zostało wydębione przez cwaniaków - denerwuje się szef partii Wolność i Praworządność. Korwin-Mikke ma swój pomysł na tańszego Sylwestra: żadnej sceny i występów na żywo. - Nie widzę powodu, żeby płacić zespołom, które biorą potworne ilości pieniędzy - mówi. - Puściłoby się muzykę, ludzie by tańczyli i tyle. Może i ja bym wpadł na 5 minut, żeby powitać wszystkich na Sylwestra - dodaje Korwin-Mikke. Lider WiP zgodziłby się też, by na miejscu imprezy sprzedawano alkohol.
Drugie miejsce w ubiegłorocznych wyborach na prezydenta miasta zajął Czesław Bielecki, architekt. Bielecki zgadza się z ideą organizowania przez miasto imprez kulturalnych, w tym Sylwestrów. - Miasto musi żyć, integracja mieszkańców jest jak najbardziej pożądana - tłumaczy. Architekt gorąco protestuje jednak przeciwko sylwestrowym decyzjom Warszawy. - Sposób realizacji imprezy, lokalizacja i pieniądze, jakie Ratusz przeznaczył na ten cel dowodzą jednego - lekceważenia opinii publicznej - mówi. Dla Bieleckiego Sylwester 2010 był za drogi, kiczowaty i źle ulokowany. Plac Konstytucji? - Bezsens. Na wiele dni zlikwidowano parking. To igrzyska kosztem mieszkańców.
Jeśli Sylwestra trzeba było koniecznie organizować w centrum miasta, to najmniej uciążliwy byłby, zdaniem Bieleckiego, plac Defilad. - To i tak jest betonowa pustynia - mówi architekt. Grzechem władz miasta było, według Czesława Bieleckiego, wyrażenie zgody na "stawianie dekoracji". - Miasto powinno być tłem dla imprezy, a tu w poprzek placu ustawiono taniochę. Jakby cyrk zjechał na łąki pod Pcimiem - oburza się.
Autor: Jakub Czermiński, Wprost
2011/01/04
Haczyki i haki w Platformie na Woli
Sąd Koleżeński PO miał ukarać wczoraj radnego Marcina Hoffmana za start jednej z członkiń Platformy z listy SLD. Rozprawę jednak odroczono.
Wniosek o ukaranie radnego, który jest przewodniczącym koła PO na Woli, złożyła Julia Pitera, minister w kancelarii premiera ds. zwalczania korupcji. Powodem były nieprawidłowości na listach wyborczych PO w tej dzielnicy.
Chodzi o jedną z członkiń zarządu PO, która wystartowała z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Przewodniczący miał nie powiadomić o tej sytuacji zarządu partii.
Sąd partyjny może zawiesić Hoffmana na rok w prawach członka partii. Oznaczałoby to, że nie będzie mógł on startować w jesiennych wyborach parlamentarnych.
O zarzutach wobec radnego Pitera nie chce rozmawiać. – To są sprawy wewnątrzpartyjne – tłumaczy. – Nie powinniśmy podawać ich do wiadomości publicznej.
Drugie dno
Działacze Platformy twierdzą, że to nie koniec kłopotów Hoffmana. Chodzi o firmy, które po wygraniu wyborów przez PO w 2006 r. zaczęły nagle wygrywać przetargi w dzielnicy. Jedną z nich jest Syntetpol, który dostał zlecenia na kilka milionów złotych od wolskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami, Domu Kultury Działdowska i miejscowego SPZOZ. Drugą spółką, która dostaje intratne zlecenia, jest Strobak Sp. z o.o. Działacze zarzucają Hoffmanowi znajomość z właścicielami obydwu spółek. Twierdzą, że pierwsza należy do jego wieloletniego przyjaciela, druga – do ojca drugiego kolegi, który z listy PO na Woli kandydował do rady miasta.
– Owszem, znam tych panów – mówi radny Hoffman, z zawodu lekarz. – Są moimi pacjentami, jak dziesięć tysięcy osób w tej dzielnicy. Nie łączą mnie jednak z nimi żadne więzi biznesowe – dodaje.
Ratusz nie znalazł
Co na to władze dzielnicy? – Zakład Gospodarowania Nieruchomościami był wielokrotnie kontrolowany przez urząd miasta, również w zakresie postępowań przetargowych – mówi Marek Lipiński, były wiceburmistrz Woli, który nadzorował działanie ZGN. – Z tego, co mi wiadomo, nie znaleziono żadnych nieprawidłowości. Urząd sprawdzał przetargi od strony formalnej, nie zajmował się powiązaniami ich właścicieli z politykami. – To sprawa dla sądu koleżeńskiego – mówią działacze PO i zapowiadają złożenie wniosku. Radny Hoffman uważa, że te zarzuty są absurdalne. – Jako radny miasta i przewodniczący komisji zdrowia nie miałem żadnego wpływu na przetargi, które organizują jednostki podległe dzielnicy – zapewnia.
Życie Warszawy
Wniosek o ukaranie radnego, który jest przewodniczącym koła PO na Woli, złożyła Julia Pitera, minister w kancelarii premiera ds. zwalczania korupcji. Powodem były nieprawidłowości na listach wyborczych PO w tej dzielnicy.
Chodzi o jedną z członkiń zarządu PO, która wystartowała z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Przewodniczący miał nie powiadomić o tej sytuacji zarządu partii.
Sąd partyjny może zawiesić Hoffmana na rok w prawach członka partii. Oznaczałoby to, że nie będzie mógł on startować w jesiennych wyborach parlamentarnych.
O zarzutach wobec radnego Pitera nie chce rozmawiać. – To są sprawy wewnątrzpartyjne – tłumaczy. – Nie powinniśmy podawać ich do wiadomości publicznej.
Drugie dno
Działacze Platformy twierdzą, że to nie koniec kłopotów Hoffmana. Chodzi o firmy, które po wygraniu wyborów przez PO w 2006 r. zaczęły nagle wygrywać przetargi w dzielnicy. Jedną z nich jest Syntetpol, który dostał zlecenia na kilka milionów złotych od wolskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami, Domu Kultury Działdowska i miejscowego SPZOZ. Drugą spółką, która dostaje intratne zlecenia, jest Strobak Sp. z o.o. Działacze zarzucają Hoffmanowi znajomość z właścicielami obydwu spółek. Twierdzą, że pierwsza należy do jego wieloletniego przyjaciela, druga – do ojca drugiego kolegi, który z listy PO na Woli kandydował do rady miasta.
– Owszem, znam tych panów – mówi radny Hoffman, z zawodu lekarz. – Są moimi pacjentami, jak dziesięć tysięcy osób w tej dzielnicy. Nie łączą mnie jednak z nimi żadne więzi biznesowe – dodaje.
Ratusz nie znalazł
Co na to władze dzielnicy? – Zakład Gospodarowania Nieruchomościami był wielokrotnie kontrolowany przez urząd miasta, również w zakresie postępowań przetargowych – mówi Marek Lipiński, były wiceburmistrz Woli, który nadzorował działanie ZGN. – Z tego, co mi wiadomo, nie znaleziono żadnych nieprawidłowości. Urząd sprawdzał przetargi od strony formalnej, nie zajmował się powiązaniami ich właścicieli z politykami. – To sprawa dla sądu koleżeńskiego – mówią działacze PO i zapowiadają złożenie wniosku. Radny Hoffman uważa, że te zarzuty są absurdalne. – Jako radny miasta i przewodniczący komisji zdrowia nie miałem żadnego wpływu na przetargi, które organizują jednostki podległe dzielnicy – zapewnia.
Życie Warszawy
Lennon1 namieszał w łódzkiej Platformie
- Albo Papierski, albo ja - posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska zapowiada, że odejdzie z Platformy, jeśli nie zostanie z niej wyrzucony zaufany człowiek ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka.
Kiedy ostatnie wybory na prezydenta Łodzi wygrała kandydatka PO Hanna Zdanowska, od razu mówiono, że jednym z wiceprezydentów będzie Zbigniew Papierski, szef jej sztabu. To zaufany człowiek ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Jest też prezesem zarządu spółki pocztowej Postdata w Bydgoszczy, którą nadzoruje resort infrastruktury.
Jak napisał wczoraj "Wprost", Papierski kojarzony jest z głośną ostatnio w łódzkiej PO sprawą internetowych wpisów sprzed kilku lat poświęconych politykom tej partii. Podpisane były: lennon1. Pod tym nickiem miał się ukrywać Papierski. O pośle Mirosławie Drzewieckim miał pisać np., że jest to narkoman, a o posłance Śledzińskiej-Katarasińskiej, że to alkoholiczka.
- Papierski niedawno przyznał się, że to on ukrywał się pod tym nickiem - mówi we wczorajszym "Wprost" Śledzińska-Katarasińska. W rozmowie z "Gazetą" zapowiada, że złoży doniesienie do prokuratury na niego i będzie żądać wyrzucenia go z PO przez sąd partyjny.
Ponieważ wpisy pojawiały się od kilku lat, posłanka przeanalizowała je. Jej zdaniem lennon1 był aktywny głównie wtedy, gdy ona rywalizowała o przywództwo w partii z Cezarym Grabarczykiem. - Nie ma miejsca w partii na nas dwoje. Albo Papierski, albo ja - powiedziała na wczoraj Śledzińska-Katarasińska.
- To są metody niegodne, tak się nie atakuje nawet przeciwnika politycznego, a co dopiero kolegę z partii. Sądzę, że ten pan nie będzie już współpracownikiem ministra Grabarczyka - mówi "Gazecie" szef klubu PO Tomasz Tomczykiewicz, członek zarządu PO.
Z Papierskim nie udało nam się wczoraj porozmawiać. Nie odbiera telefonów.
Źródło: Gazeta WyborczaWioletta Gnacikowska, groh
Kiedy ostatnie wybory na prezydenta Łodzi wygrała kandydatka PO Hanna Zdanowska, od razu mówiono, że jednym z wiceprezydentów będzie Zbigniew Papierski, szef jej sztabu. To zaufany człowiek ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Jest też prezesem zarządu spółki pocztowej Postdata w Bydgoszczy, którą nadzoruje resort infrastruktury.
Jak napisał wczoraj "Wprost", Papierski kojarzony jest z głośną ostatnio w łódzkiej PO sprawą internetowych wpisów sprzed kilku lat poświęconych politykom tej partii. Podpisane były: lennon1. Pod tym nickiem miał się ukrywać Papierski. O pośle Mirosławie Drzewieckim miał pisać np., że jest to narkoman, a o posłance Śledzińskiej-Katarasińskiej, że to alkoholiczka.
- Papierski niedawno przyznał się, że to on ukrywał się pod tym nickiem - mówi we wczorajszym "Wprost" Śledzińska-Katarasińska. W rozmowie z "Gazetą" zapowiada, że złoży doniesienie do prokuratury na niego i będzie żądać wyrzucenia go z PO przez sąd partyjny.
Ponieważ wpisy pojawiały się od kilku lat, posłanka przeanalizowała je. Jej zdaniem lennon1 był aktywny głównie wtedy, gdy ona rywalizowała o przywództwo w partii z Cezarym Grabarczykiem. - Nie ma miejsca w partii na nas dwoje. Albo Papierski, albo ja - powiedziała na wczoraj Śledzińska-Katarasińska.
- To są metody niegodne, tak się nie atakuje nawet przeciwnika politycznego, a co dopiero kolegę z partii. Sądzę, że ten pan nie będzie już współpracownikiem ministra Grabarczyka - mówi "Gazecie" szef klubu PO Tomasz Tomczykiewicz, członek zarządu PO.
Z Papierskim nie udało nam się wczoraj porozmawiać. Nie odbiera telefonów.
Źródło: Gazeta WyborczaWioletta Gnacikowska, groh
2011/01/03
Politycy PO wyzywają się od najgorszych...
Łódzki polityk PO przyznał się do wypisywania na internetowych forach obraźliwych haseł pod adresem kolegów z partii. Internetowym wandalem okazał się współpracownik ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka i niedoszły wiceprezydent Łodzi - Zbigniew Papiersk
Internet to wspaniałe narzędzie do dzielenia się z innymi własnymi opiniami. A dzielimy się nimi tym chętniej wiedząc, że zachowujemy przy tym anonimowość. Takie podejście miał zapewne Zbigniew Papierski, który pod pseudonimem lennon1 wypisywał obraźliwe hasła pod adresem Mirosława Drzewieckiego i Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej - łódzkich polityków PO. Drzewieckiego miał nazwać "gangsterem" i "narkomanem" zaś Śledzińską-Katarasińską "alkoholiczką".
Dzisiaj posłanka PO twierdzi, że wie, kto był autorem tych wpisów: "Do ukrywania się pod tym nickiem przyznał się Zbigniew Papierski - mówi Śledzińska-Katarasińska.
Zbigniew Papierski jest członkiem łódzkiej Platformy i bliskim współpracownikiem Cezarego Grabarczyka.
Zajmuje stanowisko prezesa pocztowej spółki Postdata kontrolowanej przez Ministerstwo Infrastruktury. Był też szefem kampanii wyborczej kandydatki na prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej. Typowano go nawet na wiceprezydenta, ale jego kandydatura upadła, gdy na jaw wyszła sprawa lennona1.
Oburzona całą sprawą Śledzińska-Katarasińska, która rozważa podanie sprawy do sądu, już dzisiaj zapowiada wnioskowanie o usunięcie Papierskiego z partii.
Dodajmy jeszcze, że Grabarczyk od lat rywalizuje o przywództwo w łódzkiej PO z Śledzińską-Katarasińką. Posłanka ma też własną teorię na temat obraźliwych komentarzy Papierskiego.
- Dziwnym trafem aktywność lennona1 zbiegała się w czasie z moją rywalizacją w partii z Czarkiem Grabarczykiem. Podejrzewam, że ten człowiek mógł być sterowany.
Sam Papierski nie komentuje całej sprawy.
Fakt
Internet to wspaniałe narzędzie do dzielenia się z innymi własnymi opiniami. A dzielimy się nimi tym chętniej wiedząc, że zachowujemy przy tym anonimowość. Takie podejście miał zapewne Zbigniew Papierski, który pod pseudonimem lennon1 wypisywał obraźliwe hasła pod adresem Mirosława Drzewieckiego i Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej - łódzkich polityków PO. Drzewieckiego miał nazwać "gangsterem" i "narkomanem" zaś Śledzińską-Katarasińską "alkoholiczką".
Dzisiaj posłanka PO twierdzi, że wie, kto był autorem tych wpisów: "Do ukrywania się pod tym nickiem przyznał się Zbigniew Papierski - mówi Śledzińska-Katarasińska.
Zbigniew Papierski jest członkiem łódzkiej Platformy i bliskim współpracownikiem Cezarego Grabarczyka.
Zajmuje stanowisko prezesa pocztowej spółki Postdata kontrolowanej przez Ministerstwo Infrastruktury. Był też szefem kampanii wyborczej kandydatki na prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej. Typowano go nawet na wiceprezydenta, ale jego kandydatura upadła, gdy na jaw wyszła sprawa lennona1.
Oburzona całą sprawą Śledzińska-Katarasińska, która rozważa podanie sprawy do sądu, już dzisiaj zapowiada wnioskowanie o usunięcie Papierskiego z partii.
Dodajmy jeszcze, że Grabarczyk od lat rywalizuje o przywództwo w łódzkiej PO z Śledzińską-Katarasińką. Posłanka ma też własną teorię na temat obraźliwych komentarzy Papierskiego.
- Dziwnym trafem aktywność lennona1 zbiegała się w czasie z moją rywalizacją w partii z Czarkiem Grabarczykiem. Podejrzewam, że ten człowiek mógł być sterowany.
Sam Papierski nie komentuje całej sprawy.
Fakt
2010/12/28
Jak powstawały "Orliki"? "Te informacje są porażające"
PiS i SLD wskazują na nieprawidłowości przy tworzeniu projektów boisk "Orlik". PiS wysłało dzisiaj list do Prokuratora Generalnego w tej sprawie. SLD chce, aby zajęła się nią NIK. Według rzecznika ministerstwa sportu, powstawanie "Orlików" było monitorowane m.in. przez ABW i CBA. Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN. Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi".
Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN.
W poniedziałkowym wydaniu programu Superwizjer TVN zwrócono uwagę, że przy budowie "Orlików" doszło do wielu nieprawidłowości - m.in. zmieniano parametry nawierzchni użytej w projekcie, przez co faworyzowano w przetargach niektóre prywatne firmy. Zwrócono uwagę także na to, że niektórzy przedsiębiorcy uczestniczyli w zamkniętych spotkaniach z osobami związanymi ministerstwem sportu, jeszcze na etapie omawiania projektu "Orlik" - przed ogłoszeniem przetargów.
Ministerstwo Sportu w odpowiedzi na zarzuty poinformowało we wtorkowym oświadczeniu, że powstawanie "Orlików" było od samego początku monitorowane m.in. przez służby specjalne, m.in. ABW i CBA, w ramach programu "Tarcza antykorupcyjna". "Istotą programu było nieuprzywilejowanie żadnego z dostawców nawierzchni syntetycznych bądź wykonawców boisk, co przełożyło się na liczbę firm budujących "Orliki". W pierwszej edycji Orliki budowały 143 firmy, a łącznie w trzech edycjach liczba wykonawców wyniosła 371" - głosi oświadczenie.
- Prokuratura zapozna się z treścią listu (PiS - red.) i odniesie się do jego treści - zapewnił Maciej Kujawski z biura prasowego Prokuratury Generalnej. Jak dodał, być może Prokurator Generalny skieruje pismo do odpowiedniej prokuratury niższego szczebla lub też - gdyby okazało się, że któraś prokuratura prowadzi już postępowanie w opisanej sprawie - będzie do niego dołączony list parlamentarzystów.
Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w liście do Seremeta podkreślił, że informatorzy reporterów Superwizjera stwierdzili, że jeszcze przed powstaniem projektu architektonicznego w ministerstwie sportu odbywały się spotkania, w których udział brali m.in. poseł PO Andrzej Biernat, podsekretarz stanu w ministerstwie sportu Tomasz Półgrabski oraz właściciel firmy dostarczającej nawierzchnię dla tego typu obiektów Filip Kenig.
"Na tych spotkaniach Filip Kenig mógł zapoznać się z propozycją projektu architektonicznego i wnosić swoje uwagi. Co ciekawe, Kenig mógł zapoznać się z projektem na kilka miesięcy przed innymi przedstawicielami branży. W wyniku tych spotkań w finalnym projekcie architektonicznym przekazanym samorządom do realizacji znalazły się konkretne parametry trawy dla boisk, która znajdowała się w asortymencie firmy wspomnianego Filipa Keniga" - napisał w liście Błaszczak.
Zdaniem szefa klubu PiS mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych. - Urzędnicy ministerstwa podzielili bowiem zamówienie na części, w taki sposób, aby ich wykonanie mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. wolnej ręki. Takie działanie jest sprzeczne z ustawą - podkreślił.
Według Błaszczaka, ujawnione przez dziennikarzy fakty mogą zobowiązywać prokuraturę do wszczęcia postępowania z urzędu.
Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi". - Skłoniły nas do przygotowania i złożenia do Najwyższej Izby Kontroli wniosku o zbadanie prawidłowości przebiegu postępowania przygotowawczego do postępowań przetargowych przy budowy Orlików w Polsce - powiedział.
- Jeśli prawdą jest, że trawa musiała mieć 40 mm wysokości, a jedynym dostawcą na polskim rynku tego rodzaju trawy jest koleżka Mirosława D., to takie decyzje wołają o pomstę do nieba. Dlatego chcemy tą sprawą zainteresować NIK, aby zbadała, czy za tę samą pulę pieniędzy można było wybudować znacznie więcej boisk, tak bardzo potrzebnych polskim dzieciom i młodzieży we wszystkich polskich gminach - argumentował poseł SLD.
W oficjalnym oświadczeniu przekazanym PAP rzecznik prasowy ministerstwa sportu Jakub Kwiatkowski podkreślił m.in., że projekt "Orlik" objęty był programem "Tarczy antykorupcyjnej" oraz monitoringiem służb specjalnych. Rzecznik zaznaczył, że początkowa specyfikacja "Orlika" miała charakter tylko dokumentu pomocniczego i przykładowego i dopiero w latach 2009-2010 ministerstwo stworzyło sztywne zapisy SIWZ (specyfikacja istotnych warunków zamówienia) dotyczące sztucznych nawierzchni. Podkreślił, że wprowadzone zmiany w projekcie w latach 2009 i 2010 były po to, aby mogło go realizować jak najwięcej firm specjalizujących się w budowie obiektów sportowych. Dodał, że wszystkie kwestie merytoryczne były konsultowane ze specjalistami z Urzędu Zamówień Publicznych, a ostateczna wersja SIWZ przedstawiana była w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.
Kwiatkowski zaznaczył też, że pracując nad projektem ministerstwo prowadziło szerokie konsultacje w zakresie stworzenia typowego projektu boiska z samorządami, producentami nawierzchni sportowych i firmami budującymi obiekty sportowe oraz Polskim Stowarzyszeniem Rozwoju Infrastruktury Sportu i Rekreacji IAKS Polska. Podkreślił, że program "Moje Boisko - Orlik 2012" jest obecnie bardzo pozytywnie oceniany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne".
www.onet.pl
Politycy PiS i SLD powołują się na śledztwo, jakie przeprowadzili reporterzy programu Superwizjer TVN.
W poniedziałkowym wydaniu programu Superwizjer TVN zwrócono uwagę, że przy budowie "Orlików" doszło do wielu nieprawidłowości - m.in. zmieniano parametry nawierzchni użytej w projekcie, przez co faworyzowano w przetargach niektóre prywatne firmy. Zwrócono uwagę także na to, że niektórzy przedsiębiorcy uczestniczyli w zamkniętych spotkaniach z osobami związanymi ministerstwem sportu, jeszcze na etapie omawiania projektu "Orlik" - przed ogłoszeniem przetargów.
Ministerstwo Sportu w odpowiedzi na zarzuty poinformowało we wtorkowym oświadczeniu, że powstawanie "Orlików" było od samego początku monitorowane m.in. przez służby specjalne, m.in. ABW i CBA, w ramach programu "Tarcza antykorupcyjna". "Istotą programu było nieuprzywilejowanie żadnego z dostawców nawierzchni syntetycznych bądź wykonawców boisk, co przełożyło się na liczbę firm budujących "Orliki". W pierwszej edycji Orliki budowały 143 firmy, a łącznie w trzech edycjach liczba wykonawców wyniosła 371" - głosi oświadczenie.
- Prokuratura zapozna się z treścią listu (PiS - red.) i odniesie się do jego treści - zapewnił Maciej Kujawski z biura prasowego Prokuratury Generalnej. Jak dodał, być może Prokurator Generalny skieruje pismo do odpowiedniej prokuratury niższego szczebla lub też - gdyby okazało się, że któraś prokuratura prowadzi już postępowanie w opisanej sprawie - będzie do niego dołączony list parlamentarzystów.
Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w liście do Seremeta podkreślił, że informatorzy reporterów Superwizjera stwierdzili, że jeszcze przed powstaniem projektu architektonicznego w ministerstwie sportu odbywały się spotkania, w których udział brali m.in. poseł PO Andrzej Biernat, podsekretarz stanu w ministerstwie sportu Tomasz Półgrabski oraz właściciel firmy dostarczającej nawierzchnię dla tego typu obiektów Filip Kenig.
"Na tych spotkaniach Filip Kenig mógł zapoznać się z propozycją projektu architektonicznego i wnosić swoje uwagi. Co ciekawe, Kenig mógł zapoznać się z projektem na kilka miesięcy przed innymi przedstawicielami branży. W wyniku tych spotkań w finalnym projekcie architektonicznym przekazanym samorządom do realizacji znalazły się konkretne parametry trawy dla boisk, która znajdowała się w asortymencie firmy wspomnianego Filipa Keniga" - napisał w liście Błaszczak.
Zdaniem szefa klubu PiS mogło dojść do złamania ustawy o zamówieniach publicznych. - Urzędnicy ministerstwa podzielili bowiem zamówienie na części, w taki sposób, aby ich wykonanie mogło odbyć się z pominięciem przetargu, czyli z tzw. wolnej ręki. Takie działanie jest sprzeczne z ustawą - podkreślił.
Według Błaszczaka, ujawnione przez dziennikarzy fakty mogą zobowiązywać prokuraturę do wszczęcia postępowania z urzędu.
Wiceszef klubu SLD Marek Wikiński na dzisiejszej konferencji prasowej w Sejmie nazwał informacje Superwizjera "porażającymi". - Skłoniły nas do przygotowania i złożenia do Najwyższej Izby Kontroli wniosku o zbadanie prawidłowości przebiegu postępowania przygotowawczego do postępowań przetargowych przy budowy Orlików w Polsce - powiedział.
- Jeśli prawdą jest, że trawa musiała mieć 40 mm wysokości, a jedynym dostawcą na polskim rynku tego rodzaju trawy jest koleżka Mirosława D., to takie decyzje wołają o pomstę do nieba. Dlatego chcemy tą sprawą zainteresować NIK, aby zbadała, czy za tę samą pulę pieniędzy można było wybudować znacznie więcej boisk, tak bardzo potrzebnych polskim dzieciom i młodzieży we wszystkich polskich gminach - argumentował poseł SLD.
W oficjalnym oświadczeniu przekazanym PAP rzecznik prasowy ministerstwa sportu Jakub Kwiatkowski podkreślił m.in., że projekt "Orlik" objęty był programem "Tarczy antykorupcyjnej" oraz monitoringiem służb specjalnych. Rzecznik zaznaczył, że początkowa specyfikacja "Orlika" miała charakter tylko dokumentu pomocniczego i przykładowego i dopiero w latach 2009-2010 ministerstwo stworzyło sztywne zapisy SIWZ (specyfikacja istotnych warunków zamówienia) dotyczące sztucznych nawierzchni. Podkreślił, że wprowadzone zmiany w projekcie w latach 2009 i 2010 były po to, aby mogło go realizować jak najwięcej firm specjalizujących się w budowie obiektów sportowych. Dodał, że wszystkie kwestie merytoryczne były konsultowane ze specjalistami z Urzędu Zamówień Publicznych, a ostateczna wersja SIWZ przedstawiana była w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.
Kwiatkowski zaznaczył też, że pracując nad projektem ministerstwo prowadziło szerokie konsultacje w zakresie stworzenia typowego projektu boiska z samorządami, producentami nawierzchni sportowych i firmami budującymi obiekty sportowe oraz Polskim Stowarzyszeniem Rozwoju Infrastruktury Sportu i Rekreacji IAKS Polska. Podkreślił, że program "Moje Boisko - Orlik 2012" jest obecnie bardzo pozytywnie oceniany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne".
www.onet.pl
2010/12/18
Miał być ukarany, został wiceszefem rady
Radny PO, który w kampanii wyborczej rozdawał ulotki z 20-procentową zniżką do knajpy, nie poniesie za to żadnych konsekwencji.
O Łukaszu Muszyńskim, działaczu Platformy Obywatelskiej na Pradze-Północ, pisaliśmy przed wyborami.
Zasłynął niestandardową kampanią wyborczą. Rozdawał ulotki ze swoim wizerunkiem, nazwiskiem, programem i informacją, że jest kandydatem do rady dzielnicy. Na tej reklamówce był też dopisek: „Z tą ulotką 20 proc. rabatu na zestaw wyborczy w kawiarni Mucha Nie Siada. Oferta ważna do końca listopada”.
– Czy to można nazwać formą kupowania głosów? – zastanawiali się wtedy rywale Muszyńskiego. Władze Platformy oburzyły się. Zakazały kandydatowi rozdawania tej ulotki. Groziły, że po wyborach Muszyński stanie przed sądem partyjnym. Sprawa trafiła do prokuratury.
Ta jednak nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Na ulotce – choć drobnym druczkiem – znalazła się informacja, że jest to materiał promocyjny północnopraskiej kawiarni Mucha Nie Siada. Nie można więc tego traktować jak ulotki wyborczej.
– Ponieważ ja miałem hasło wyborcze takie samo jak nazwa kawiarni, użyczyłem właścicielce swojego wizerunku do reklamy lokalu. A co ona z tym zrobiła, to już nie moja sprawa – stwierdza dziś Łukasz Muszyński. – Po sygnale w mediach zakazaliśmy temu panu rozdawania ulotki. Zastosował się. A skoro prokuratura stwierdziła, że nie ma naruszenia prawa, z naszego punktu widzenia nie ma podstaw do tego, by wyciągać wobec niego konsekwencje – argumentuje wiceszef warszawskiej PO Marcin Kierwiński.
Nie ma już też mowy o sądzie partyjnym. Kontrowersyjna kampania opłaciła się kandydatowi. Nie tylko zdobył mandat radnego, ale z rekomendacji PO został wybrany wiceprzewodniczącym rady Pragi-Północ.
Nie wiadomo jeszcze tylko, jak sprawę oceni Państwowa Komisja Wyborcza. Dowiemy się, gdy komitet PO rozliczy się z wydatków na kampanię wyborczą.
Życie Warszawy
Izabela Kraj
O Łukaszu Muszyńskim, działaczu Platformy Obywatelskiej na Pradze-Północ, pisaliśmy przed wyborami.
Zasłynął niestandardową kampanią wyborczą. Rozdawał ulotki ze swoim wizerunkiem, nazwiskiem, programem i informacją, że jest kandydatem do rady dzielnicy. Na tej reklamówce był też dopisek: „Z tą ulotką 20 proc. rabatu na zestaw wyborczy w kawiarni Mucha Nie Siada. Oferta ważna do końca listopada”.
– Czy to można nazwać formą kupowania głosów? – zastanawiali się wtedy rywale Muszyńskiego. Władze Platformy oburzyły się. Zakazały kandydatowi rozdawania tej ulotki. Groziły, że po wyborach Muszyński stanie przed sądem partyjnym. Sprawa trafiła do prokuratury.
Ta jednak nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Na ulotce – choć drobnym druczkiem – znalazła się informacja, że jest to materiał promocyjny północnopraskiej kawiarni Mucha Nie Siada. Nie można więc tego traktować jak ulotki wyborczej.
– Ponieważ ja miałem hasło wyborcze takie samo jak nazwa kawiarni, użyczyłem właścicielce swojego wizerunku do reklamy lokalu. A co ona z tym zrobiła, to już nie moja sprawa – stwierdza dziś Łukasz Muszyński. – Po sygnale w mediach zakazaliśmy temu panu rozdawania ulotki. Zastosował się. A skoro prokuratura stwierdziła, że nie ma naruszenia prawa, z naszego punktu widzenia nie ma podstaw do tego, by wyciągać wobec niego konsekwencje – argumentuje wiceszef warszawskiej PO Marcin Kierwiński.
Nie ma już też mowy o sądzie partyjnym. Kontrowersyjna kampania opłaciła się kandydatowi. Nie tylko zdobył mandat radnego, ale z rekomendacji PO został wybrany wiceprzewodniczącym rady Pragi-Północ.
Nie wiadomo jeszcze tylko, jak sprawę oceni Państwowa Komisja Wyborcza. Dowiemy się, gdy komitet PO rozliczy się z wydatków na kampanię wyborczą.
Życie Warszawy
Izabela Kraj
2010/12/09
Miliony dotacji dla kościelnego ośrodka. Dla dzieci nic
Aż 2,5 mln zł w ciągu ostatnich pięciu lat dostał od władz Bemowa kościelny ośrodek młodzieżowy z Nowego Bemowa. Inne organizacje pozarządowe z dzielnicy mogą tylko marzyć o takich pieniądzach. - Od stycznia nasze dzieci zostają bez wyżywienia i pomocy psychologa - mówią w bemowskim TPD
Choć ośrodek Michael z ul. ks. Markiewicza 1 korzysta z obfitego wsparcia pieniędzy podatników, to kierujący nim ks. Mieczysław Kucel nie chce zgodzić się na oprowadzenie po nim reportera "Gazety". - Niech pan skorzysta z internetu - doradził przez telefon. Sprawdziliśmy: w ośrodku Michael działa świetlica, siłownia, ścianka wspinaczkowa, studio muzyczne, sala widowiskowo-teatralna. Są zajęcia z aerobiku, ceramiczne, chór, taniec i pomoc psychologiczna.
Ośrodek jest doskonale wyposażony. Nic dziwnego - lista sponsorów jest długa, od lat pieniędzy nie szczędzą również władze Bemowa. Jedną z przyczyn tej szczodrości jest niewątpliwie geografia wyborcza - ośrodek znajduje się w tym samym okręgu, z którego startował burmistrz Jarosław Dąbrowski (PO). W ciągu ostatnich pięciu lat samorząd wpłacił na konto kościelnego ośrodka aż 2,5 mln zł. W 2007 r. roku władze dofinansowały m.in. wypoczynek zimowy (16 tys. zł) i letni dzieci (33 tys. zł). W tym roku władze dołożyły m.in. 28 tys. zł na "Michalickie warsztaty muzyczne - Matka Pana", 10 tys. zł na "promocję trójboju siłowego wśród młodzieży" (w 2006 r. odbyły się tu mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie, dotacja 10 tys. zł). W tym roku Michael otrzymał na działalność aż 1 mln 179 tys. zł.
WJak pisaliśmy tydzień temu, w tej kwocie mieszczą się również 32 tys. zł odebrane przez władze Bemowa Towarzystwu Przyjaciół Dzieci i fundacji Naszym Dzieciom, które przy ul. Synów Pułku 2 prowadzą przedszkole dla dzieci. W tym samym lokalu działa też ognisko wychowawcze TPD, które przez trzy lata działalności dostało od Bemowa zaledwie 254 tys. zł. Trzy razy więcej - 450 tys. zł - przyznano za to działającej od zaledwie trzech lat fundacji Chodźmy Razem ze Skierniewic, która ma założyć świetlicę przy ul. Pełczyńskiego.
- Właśnie piszemy do burmistrza pismo wyrażające nasz sprzeciw. Głowimy się, czym kieruje się bemowska komisja konkursowa - mówi nam Wiesław Kołak, prezes mazowieckiego oddziału TPD. - Jesteśmy traktowani nierówno i niesprawiedliwie. Działamy na Bemowie od 31 lat, dostajemy te same zadania, ale pieniędzy znacznie mniej.
Dlaczego nowa organizacja na Bemowie, na dodatek spoza województwa, dostaje "na dzień dobry" sutą dotację na trzy lata? - pyta Monika Jagodzińska, wiceprezes mazowieckiego TPD.
Decyzje władz Bemowa spowodowały, że ognisko i Klub Przedszkolaka z ul. Synów Pułku od stycznia stać tylko na opłacenie jednego etatu pedagoga i ćwiartki drugiego. - Dzieci nie dostaną podwieczorku, zwalniamy socjoterapeutę - dodaje Jagodzińska.
Pedagodzy z ul. Synów Pułku złożą dokumentację do kolejnego konkursu jednorocznego. Jego zasady są jednak takie, że dzielnica sfinansuje zwycięzcom tylko 80 proc. działalności, resztę muszą zdobyć sami.
Kontrowersje wokół przyznawania dotacji na Bemowie zainteresowały miejskie Biuro Polityki Społecznej, które rozdziela między dzielnicami pieniądze na dotacje. - Zażądaliśmy pełnej informacji o konkursach - mówi Bogdan Jaskołd, dyrektor BPS. - Zapadła też decyzja, że wszystkie dzielnice będą musiały przysyłać nam informacje o rozstrzygniętych konkursach na finansowanie profilaktyki społecznej - powiedział "Gazecie" dyrektor Jaskołd.
Gazeta Stołeczna, GRzegorz Lisicki
Choć ośrodek Michael z ul. ks. Markiewicza 1 korzysta z obfitego wsparcia pieniędzy podatników, to kierujący nim ks. Mieczysław Kucel nie chce zgodzić się na oprowadzenie po nim reportera "Gazety". - Niech pan skorzysta z internetu - doradził przez telefon. Sprawdziliśmy: w ośrodku Michael działa świetlica, siłownia, ścianka wspinaczkowa, studio muzyczne, sala widowiskowo-teatralna. Są zajęcia z aerobiku, ceramiczne, chór, taniec i pomoc psychologiczna.
Ośrodek jest doskonale wyposażony. Nic dziwnego - lista sponsorów jest długa, od lat pieniędzy nie szczędzą również władze Bemowa. Jedną z przyczyn tej szczodrości jest niewątpliwie geografia wyborcza - ośrodek znajduje się w tym samym okręgu, z którego startował burmistrz Jarosław Dąbrowski (PO). W ciągu ostatnich pięciu lat samorząd wpłacił na konto kościelnego ośrodka aż 2,5 mln zł. W 2007 r. roku władze dofinansowały m.in. wypoczynek zimowy (16 tys. zł) i letni dzieci (33 tys. zł). W tym roku władze dołożyły m.in. 28 tys. zł na "Michalickie warsztaty muzyczne - Matka Pana", 10 tys. zł na "promocję trójboju siłowego wśród młodzieży" (w 2006 r. odbyły się tu mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie, dotacja 10 tys. zł). W tym roku Michael otrzymał na działalność aż 1 mln 179 tys. zł.
WJak pisaliśmy tydzień temu, w tej kwocie mieszczą się również 32 tys. zł odebrane przez władze Bemowa Towarzystwu Przyjaciół Dzieci i fundacji Naszym Dzieciom, które przy ul. Synów Pułku 2 prowadzą przedszkole dla dzieci. W tym samym lokalu działa też ognisko wychowawcze TPD, które przez trzy lata działalności dostało od Bemowa zaledwie 254 tys. zł. Trzy razy więcej - 450 tys. zł - przyznano za to działającej od zaledwie trzech lat fundacji Chodźmy Razem ze Skierniewic, która ma założyć świetlicę przy ul. Pełczyńskiego.
- Właśnie piszemy do burmistrza pismo wyrażające nasz sprzeciw. Głowimy się, czym kieruje się bemowska komisja konkursowa - mówi nam Wiesław Kołak, prezes mazowieckiego oddziału TPD. - Jesteśmy traktowani nierówno i niesprawiedliwie. Działamy na Bemowie od 31 lat, dostajemy te same zadania, ale pieniędzy znacznie mniej.
Dlaczego nowa organizacja na Bemowie, na dodatek spoza województwa, dostaje "na dzień dobry" sutą dotację na trzy lata? - pyta Monika Jagodzińska, wiceprezes mazowieckiego TPD.
Decyzje władz Bemowa spowodowały, że ognisko i Klub Przedszkolaka z ul. Synów Pułku od stycznia stać tylko na opłacenie jednego etatu pedagoga i ćwiartki drugiego. - Dzieci nie dostaną podwieczorku, zwalniamy socjoterapeutę - dodaje Jagodzińska.
Pedagodzy z ul. Synów Pułku złożą dokumentację do kolejnego konkursu jednorocznego. Jego zasady są jednak takie, że dzielnica sfinansuje zwycięzcom tylko 80 proc. działalności, resztę muszą zdobyć sami.
Kontrowersje wokół przyznawania dotacji na Bemowie zainteresowały miejskie Biuro Polityki Społecznej, które rozdziela między dzielnicami pieniądze na dotacje. - Zażądaliśmy pełnej informacji o konkursach - mówi Bogdan Jaskołd, dyrektor BPS. - Zapadła też decyzja, że wszystkie dzielnice będą musiały przysyłać nam informacje o rozstrzygniętych konkursach na finansowanie profilaktyki społecznej - powiedział "Gazecie" dyrektor Jaskołd.
Gazeta Stołeczna, GRzegorz Lisicki
2010/12/08
Fatalny pierwszy burmistrz nowej kadencji
Pierwszy burmistrz dzielnicy w nowej kadencji wybrany został na Bemowie - jest nim Jarosław Dąbrowski. Platforma wybiera na urząd człowieka złapanego na oczywistym nadużyciu: załatwił - poza kolejką i wbrew decydującej normalnie o tym komisji - mieszkanie matce swojej przyjaciółki i podwładnej. Dodajmy, mieszkanie w świetnej lokalizacji i po remoncie.
To symboliczny gest i zła wróżba dla rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz na następne cztery lata. Platforma nie wstydzi się i wręcz promuje takich ludzi jak Dąbrowski. Nowy-stary burmistrz Bemowa też uważa, że nie ma czego się wstydzić. W inauguracyjnym przemówieniu nie omieszkał podziękować osobno swojej przyjaciółce, której matce sprawił prezent na nasz koszt.
Pani prezydent i burmistrz Bemowa odnieśli sukces w wyborach, ale nic ich nie ustrzeże przed skutkami arogancji. Do partii władzy szybko i łatwo przylepiają się nadużycia i korupcja. Platforma wyraźnie nie ma takich lęków. A powinna, choćby po tzw. aferze hazardowej. Również w Warszawie ciągle wychodzą na wierzch podejrzane interesy jej działaczy. Niedawno pisaliśmy o aferze z apteką El Kashifa, w którą uwikłany był mokotowski aktywista PO Paweł Dulski, teraz o decyzjach lokalowych burmistrza Dąbrowskiego. Doczekamy się na pewno następnych takich afer.
I doczekamy się czasu, że wyborcy odmówią głosu takim politykom jak Jarosław Dąbrowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Seweryn Blumsztajn
To symboliczny gest i zła wróżba dla rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz na następne cztery lata. Platforma nie wstydzi się i wręcz promuje takich ludzi jak Dąbrowski. Nowy-stary burmistrz Bemowa też uważa, że nie ma czego się wstydzić. W inauguracyjnym przemówieniu nie omieszkał podziękować osobno swojej przyjaciółce, której matce sprawił prezent na nasz koszt.
Pani prezydent i burmistrz Bemowa odnieśli sukces w wyborach, ale nic ich nie ustrzeże przed skutkami arogancji. Do partii władzy szybko i łatwo przylepiają się nadużycia i korupcja. Platforma wyraźnie nie ma takich lęków. A powinna, choćby po tzw. aferze hazardowej. Również w Warszawie ciągle wychodzą na wierzch podejrzane interesy jej działaczy. Niedawno pisaliśmy o aferze z apteką El Kashifa, w którą uwikłany był mokotowski aktywista PO Paweł Dulski, teraz o decyzjach lokalowych burmistrza Dąbrowskiego. Doczekamy się na pewno następnych takich afer.
I doczekamy się czasu, że wyborcy odmówią głosu takim politykom jak Jarosław Dąbrowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Seweryn Blumsztajn
2010/12/07
Jarosław Dąbrowski burmistrzem Bemowa. Mimo afery
- Dziękuję pani prezydent, że z przychylnością patrzyła na sprawy Bemowa. Dziękuję tutejszym parafiom i pasterzom -mówił wczoraj Jarosław Dąbrowski (PO), którego własna partia jako pierwszego namaściła na burmistrza dzielnicy
Chwilę po wyborze nagradzany brawami założył burmistrzowski łańcuch i przyjął kwiaty od urzędników. To była reelekcja: burmistrz Dąbrowski rządził Bemowem w poprzedniej kadencji.
Przemówienie odczytał z kartki. - Bardzo mocno dziękuję pracownikom mojego sekretariatu, a szczególnie tej osobie, która jest na urlopie bezpłatnym - mówił. Chodzi o Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu, a prywatnie przyjaciółkę, która bezskutecznie walczyła o mandat radnej miasta pod sztandarami Platformy Obywatelskiej.
Jak pisaliśmy, jej matka dostała od burmistrza Dąbrowskiego nie lada bonus: blisko 40-metrowe, wyremontowane na koszt dzielnicy mieszkanie komunalne w świetnej lokalizacji na przedwojennym osiedlu w Boernerowie. Ustaliliśmy, że doszło do tego w ekspresowym tempie poza komunalną kolejką oczekujących na przydział. Gdy zaczęliśmy interesować się tą sprawą, Barbara Lewandowska poszła na urlop bezpłatny.
W ocenie warszawskiej PO ta sprawa nie dyskredytuje burmistrza Dąbrowskiego. Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa partii Donalda Tuska w stolicy, przypomina, że Jarosław Dąbrowski uzyskał świetny wynik w wyborach i murem stoi za nim lokalne koło Platformy.
Faktycznie, PO zdecydowanie wygrała wybory do rady tej dzielnicy i może nią rządzić samodzielnie. Przygotowania do wczorajszej reelekcji burmistrza utrzymywano jednak w tajemnicy. W porządku sesji Bemowa można było znaleźć tylko punkt "Sprawy różne". A wybrany w zeszłym tygodniu szef rady Grzegorz Popielarz na kilka minut przed rozpoczęciem obrad nie chciał ujawnić planów swojej partii.
Szybko okazało się, że Platforma ma jednak gotowy scenariusz. Grupa radnych PO, w tym Jarosław Dąbrowski, poprosiła, by porządek sesji uzupełnić o wybór zarządu
- Mam przyjemność ogłosić, że zgłaszamy kandydaturę naturalną: burmistrza poprzedniej kadencji, który w wyborach do rady dzielnicy dostał prawie 5 tys. głosów - przemówił Jakub Gręziak, szef klubu PO w radzie Bemowa.
Prócz burmistrza dominująca w niej Platforma wybrała jeszcze aż czterech członków zarządu dzielnicy: dotychczasowego wiceburmistrza Bohdana Szułczyńskiego, byłego dyrektora Liceum im. Kopernika Alberta Stommę, byłego szefa klubu radnych PO Pawła Bujskiego oraz Krzysztofa Zygrzaka, byłego rzecznika prasowego Bemowa, który dostał się do Rady Warszawy. Wszystkich rekomendowała PO.
Oznacza to, że zarząd dzielnicy rozrósł się o dwie osoby. Pozwalają na to przepisy, jeśli przybywa mieszkańców.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska
Chwilę po wyborze nagradzany brawami założył burmistrzowski łańcuch i przyjął kwiaty od urzędników. To była reelekcja: burmistrz Dąbrowski rządził Bemowem w poprzedniej kadencji.
Przemówienie odczytał z kartki. - Bardzo mocno dziękuję pracownikom mojego sekretariatu, a szczególnie tej osobie, która jest na urlopie bezpłatnym - mówił. Chodzi o Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu, a prywatnie przyjaciółkę, która bezskutecznie walczyła o mandat radnej miasta pod sztandarami Platformy Obywatelskiej.
Jak pisaliśmy, jej matka dostała od burmistrza Dąbrowskiego nie lada bonus: blisko 40-metrowe, wyremontowane na koszt dzielnicy mieszkanie komunalne w świetnej lokalizacji na przedwojennym osiedlu w Boernerowie. Ustaliliśmy, że doszło do tego w ekspresowym tempie poza komunalną kolejką oczekujących na przydział. Gdy zaczęliśmy interesować się tą sprawą, Barbara Lewandowska poszła na urlop bezpłatny.
W ocenie warszawskiej PO ta sprawa nie dyskredytuje burmistrza Dąbrowskiego. Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa partii Donalda Tuska w stolicy, przypomina, że Jarosław Dąbrowski uzyskał świetny wynik w wyborach i murem stoi za nim lokalne koło Platformy.
Faktycznie, PO zdecydowanie wygrała wybory do rady tej dzielnicy i może nią rządzić samodzielnie. Przygotowania do wczorajszej reelekcji burmistrza utrzymywano jednak w tajemnicy. W porządku sesji Bemowa można było znaleźć tylko punkt "Sprawy różne". A wybrany w zeszłym tygodniu szef rady Grzegorz Popielarz na kilka minut przed rozpoczęciem obrad nie chciał ujawnić planów swojej partii.
Szybko okazało się, że Platforma ma jednak gotowy scenariusz. Grupa radnych PO, w tym Jarosław Dąbrowski, poprosiła, by porządek sesji uzupełnić o wybór zarządu
- Mam przyjemność ogłosić, że zgłaszamy kandydaturę naturalną: burmistrza poprzedniej kadencji, który w wyborach do rady dzielnicy dostał prawie 5 tys. głosów - przemówił Jakub Gręziak, szef klubu PO w radzie Bemowa.
Prócz burmistrza dominująca w niej Platforma wybrała jeszcze aż czterech członków zarządu dzielnicy: dotychczasowego wiceburmistrza Bohdana Szułczyńskiego, byłego dyrektora Liceum im. Kopernika Alberta Stommę, byłego szefa klubu radnych PO Pawła Bujskiego oraz Krzysztofa Zygrzaka, byłego rzecznika prasowego Bemowa, który dostał się do Rady Warszawy. Wszystkich rekomendowała PO.
Oznacza to, że zarząd dzielnicy rozrósł się o dwie osoby. Pozwalają na to przepisy, jeśli przybywa mieszkańców.
Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska
Subskrybuj:
Posty (Atom)