2010/08/30

Rodzinna agencja lotnicza

Kancelaria Premiera kontroluje Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. Powód? M.in. nepotyzm.
Kontrola w tej państwowej agencji odpowiedzialnej za nadzór i kierowanie ruchem lotniczym na terytorium Polski trwa od kilku tygodni.
Jej powodem są podejrzenia nieprawidłowości w PAŻP, m.in. liczne przypadki zatrudniania członków rodzin osób zajmujących kierownicze stanowiska.
– Informacje o mogących występować w PAŻP przypadkach nepotyzmu były, oprócz innych informacji wskazujących na potencjalne nieprawidłowości, powodem podjęcia kontroli – potwierdza „Rz” Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją. Zapowiada, że kontrola ma się zakończyć 6 października, ale może zostać przedłużona.
Żona, siostra, zięciowie
Z ustaleń „Rz” wynika, że w PAŻP zatrudnione są całe rodziny.
Pracują tam żona i siostra prezesa agencji Krzysztofa Banaszka.
Zatrudnione są też dwie córki i dwóch zięciów dyrektora Biura Zarządzania Przestrzenią Powietrzną i Przygotowania Operacyjnego, syn i żona dyrektora Biura Szkoleń i Rozwoju Personelu, mąż i córka kierowniczki Działu Organizacji i Zarządzania oraz syn głównego księgowego.
Pracę w PAŻP znalazła nawet żona doradcy wiceministra infrastruktury Tadeusza Jarmuziewicza, który nadzoruje m.in. PAŻP.
Średnia pensja 16 tys. zł
Praca w PAŻP to łakomy kąsek. Średnia pensja wynosi tam 16 tys. zł. Do tego pracownicy mogą otrzymać dodatki z tytułu zasiadania w którymś z kilkudziesięciu zespołów roboczych.
Oprócz zwykłych świadczeń emerytalnych zatrudnieni uczestniczą też w pracowniczym programie emerytalnym – PAŻP wpłaca dodatkowo 1 proc. miesięcznej wartości pensji każdego pracownika.
W sumie budżet Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej wynosi około 500 mln zł. Z tego w 2008 i 2009 r. ponad 300 mln pochłonęły same pensje dla pracowników, a dodatkowe 50 mln zł w 2008 i 60 mln zł w 2009 r. wydano na inne świadczenia pracownicze.
W centrali PAŻP w Warszawie oraz w dziesięciu oddziałach terenowych pracuje dziś na etatach 1714 osób.
Czy prezes agencji nie widzi nic niestosownego w zatrudnianiu rodziny kierowników i dyrektorów?
„W PAŻP nie panuje nepotyzm. Sprawnie działają wewnętrzne procedury naboru zawierające czynnik konkurencji pomiędzy kandydatami do zatrudnienia – odpisał „Rz” Krzysztof Banaszek. – Między mną a żoną i siostrą nie ma zależności służbowej czy bezpośredniej podległości służbowej. Moja żona została zatrudniona zgodnie z procedurami naboru PPL, której PAŻP była częścią do 2007 roku. Pracuje w PAŻP i w jej poprzedniczce organizacyjnej już dziesięć lat. Siostra też została zatrudniona nie za mojej prezesowskiej kadencji. Obejmując funkcję prezesa, musiałem się pogodzić z niższymi o ok. 30 proc. zarobkami niż na moim poprzednim stanowisku pracy. Czy według pana powinienem również wyrzucić z pracy zatrudnioną tu od wielu lat żonę?”.
Ile wylatali
Pracownicy PAŻP podróżują służbowo po całym świecie. Rocznie delegacje kosztują agencję miliony złotych. W 2009 r. było to prawie 7 mln zł, z czego 10 proc. (ponad 700 tys. zł) to koszt podróży kierownictwa PAŻP. To i tak mniej niż przed rokiem. Wówczas agencja wydała na to 9 mln zł, z czego ponad milion na wyjazdy szefostwa.
Jak wynika z ustaleń „Rz”, w PAŻP dochodziło do nieprawidłowości przy rozliczaniu delegacji.
Chodzi m.in. o wyjazdy kontrolerów lotu na początku lutego 2009 r. do Budapesztu. Wszyscy za sposób rozliczenia kosztów delegacji zostali ukarani naganą. Powód? „Poświadczenie nieprawdy poprzez podanie nieprawdziwych danych w rozliczeniu kosztów wyjazdu służbowego za granicę” – czytamy w dokumencie o ukaraniu naganą jednego z kontrolerów PAŻP. Oprócz tego kierownictwo PAŻP zarzuciło mu łamanie instrukcji agencji w sprawie rozliczania kosztów, m.in. zmianę warunków podróży bez powiadamiania agencji.
Rzecznik PAŻP Grzegorz Hlebowicz zapewnia, że agencja kontroluje regularnie rozliczenia z wydatków służbowych, a w latach 2007 – 2010 przeprowadzono w niej aż siedem kontroli wewnętrznych w tych sprawach. „Wszystkie stwierdzone w ich wyniku uchybienia miały charakter drobnych nieścisłości formalnych i zostały w wyniku działań pokontrolnych naprawione. PAŻP nie poniosła z tytułu stwierdzonych uchybień strat finansowych” – podkreśla Hlebowicz.
PAŻP zajmuje się m.in. kontrolą ruchu lotniczego, planowaniem przepływu ruchu lotniczego nad Polską, koordynacją zajętości przestrzeni powietrznej i prowadzeniem biur odpraw załóg.
Ma informacje na temat wszystkich, nawet najtajniejszych, lotów, jakie realizowali członkowie NATO.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor

2010/08/25

Zlecenie dla spółki związanej z żoną ministra

Firma dostała bez przetargu kontrakt na projekt autostrady za 7,5 mln zł. GDDKiA nie przeprowadziła przetargu. Firmy dostały zlecenie w trybie z wolnej ręki.
Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad na początku 2010 r. zleciła opracowanie projektu budowy autostrady A1 konsorcjum z udziałem tarnowskiej spółki MGGP i spółki Complex Projekt. Z tą pierwszą firmą związana jest żona ministra skarbu Aleksandra Grada.
Zlecenie opiewało na 7,5 mln zł. Jednak GDDKiA nie przeprowadziła przetargu. Firmy dostały zlecenie w trybie z wolnej ręki. Dlaczego?
– To było jedyne możliwe rozwiązanie – przekonuje w rozmowie z „Rz” Marcin Hadaj, rzecznik GDDKiA.
Tłumaczy, że GDDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.
A prawa autorskie do projektu miało tylko konsorcjum MGGP i Complex Projekt, które opracowało go na podstawie umowy z GDDKiA w 2004 r.
– Wykorzystanie dokumentacji przez inne biuro projektowe skutkowałoby roszczeniami w stosunku do GDDKiA – tłumaczy Hadaj.
Dziwna umowa pana R.
Inne firmy po wykonaniu zleceń przenosiły prawa autorskie na GDDKiA. Konsorcjum MGGP i Complex Projekt tego nie zrobiło. Dlaczego? Rzecznik Generalnej Dyrekcji nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć.
– Ówczesne kierownictwo GDDKiA uznało, że przeniesienie praw autorskich do projektu nie jest konieczne – mówi tylko Hadaj. Zaznacza, że w nowej umowie między Generalną Dyrekcją a konsorcjum zapisano już punkt o przeniesieniu praw autorskich.
W 2004 r. umowę bez przeniesienia praw do projektu podpisał ówczesny dyrektor katowickiego oddziału GDDKiA Krzysztof R. W sierpniu tego roku został zatrzymany przez ABW. Jest podejrzany o przyjęcie 900 tys. zł łapówek w związku z budową autostrad.
Żona w spółkach
Ze spółką MGGP związana jest Małgorzata Grad – żona ministra skarbu Aleksandra Grada. Jest ona wspólnikiem w firmie Franciszek Gryboś spółka komandytowa. Małgorzata Grad w spółce jest komandytariuszem – nie jest upoważniona do reprezentowania firmy ani prowadzenia jej spraw. Spółkę reprezentuje Franciszek Gryboś, kolega ministra ze studiów.
Spółka ta powstała kilka miesięcy po objęciu przez Grada teki ministra skarbu. Właśnie wtedy do tej firmy żona ministra wniosła akcje MGGP SA i udziały w spółce MGGP Aero. Firma Franciszek Gryboś spółka komandytowa jest więc dziś akcjonariuszem spółki MGGP SA oraz udziałowcem spółki MGGP Aero (50 proc. udziałów ma tam oprócz spółki komandytowej właśnie MGGP SA).
Wcześniej we władzach MGGP SA (zarządzie i radzie nadzorczej) zasiadała cała rodzina Gradów: Małgorzata, Aleksander i ich syn Paweł. Obecnie na czele firmy stoi Franciszek Gryboś.
Próbowaliśmy skontaktować się z przedstawicielami MGGP i Małgorzatą Grad, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi na e-maile.
Jak ustaliliśmy, w połowie 2010 r. MGGP wraz z Grybosiem i Małgorzatą Grad powołali kolejną firmę – Franciszek Gryboś i Wspólnicy Spółka Jawna. Mieści się pod tym samym tarnowskim adresem co MGGP. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że m.in. zarządza ona nieruchomościami, robi badania i analizy techniczne.
O zleceniach z państwowych instytucji dla spółki MGGP „Rz” pisała już w kwietniu 2009 r. Ujawniliśmy, że tarnowska spółka wygrała ponad 30 przetargów na usługi dla podmiotów państwowych. Kilkanaście z nich już po nominacji Grada na ministra skarbu.
Na stronie resortu skarbu pojawiło się wtedy oświadczenie ministra. Wynikało z niego, że w ramach przejrzystości i jawności MGGP m.in. „nie bierze udziału w postępowaniach udzielania zamówień z wolnej ręki”. Dlaczego więc w styczniu spółka otrzymała od GDDKiA takie zlecenie? Minister Grad nie chciał odpowiedzieć na pytania „Rz”. Stwierdził, że już wielokrotnie wyjaśniał kontrowersje wokół MGGP.
Grad zlecił już wcześniej sprawdzenie działalności spółki ABW i CBA. – Sprawę analizowaliśmy przez mniej więcej rok i nie znaleźliśmy podstaw do przeprowadzenia kontroli – mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA.
MGGP w 2003 r. miało przychody sięgające 15 mln zł, w latach 2007 i 2008 przekroczyły one 50 mln zł. Zatrudnia ponad 300 osób.
Rzeczpospolita
Piotr Nisztor

2010/08/23

Ratusz miał oszczędzać, a zatrudnił 1,5 tys. nowych osób

Pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz zatrudnienie w ratuszu wzrosło o 1,5 tys. osób. W dobie kryzysu trzeba na gwałt szukać oszczędności, ale burmistrzowie nie przewidują redukcji zatrudnienia.
- Mści się radosna twórczość, czyli polityka personalna ratusza z lat gospodarczej hossy. Zatrudnił zbyt wielu pracowników, często z partyjnego lub towarzyskiego klucza, a teraz nie pozbędzie się tego balastu, bo idą wybory i nie czas na niepopularne decyzje - komentuje Bartosz Dominiak, radny opozycyjnego SdPl.

Zatrudniłem sprzątaczki

Radny zauważył, że liczba pracowników zatrudnionych w miejskich instytucjach stale rośnie. Zażądał szczegółów. Z oficjalnego pisma dowiedział się, że pod koniec 2006 r., a więc w momencie obejmowania władzy przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, ratusz dawał pracę 5,7 tys. pracowników. Dziś zatrudnia blisko 7,3 tys. pracowników. Najbardziej, bo aż o 1,4 tys. osób, wzrosło zatrudnienie w urzędach 18 stołecznych dzielnic.
- Musieliśmy zwiększyć liczbę etatów, bo dostaliśmy nowe zadania - tłumaczą dzielnicowi burmistrzowie.

Chodzi o to, że w ramach realizacji hasła "Urząd bliżej mieszkańców" ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz cedowała kompetencje na władze dzielnic. Sprawy dotyczące działalności gospodarczej, pozwoleń na budowę czy gospodarki nieruchomościami, wcześniej w całości kontrolowane przez prezydenta, teraz znalazły się w gestii burmistrzów dzielnic i ich urzędów.

Urząd Bemowa pod koniec 2006 r. miał 161 pracowników. Teraz daje pracę 269 osobom. Skąd tak duży wzrost?

- Na przykład zatrudniłem na etatach sprzątaczki. To się bardziej opłaca niż wynajmowanie firmy zewnętrznej - mówi Jarosław Dąbrowski (PO), burmistrz Bemowa.

Zapewnia też , że nowo zatrudnieni dali urzędowi szereg różnych korzyści. - To nasi pracownicy założyli nam własny internet. Nie musimy płacić za jego dostawę i fundujemy bezprzewodowe łącze mieszkańcom - mówi Jarosław Dąbrowski.

Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka, potwierdza, że w jego urzędzie zatrudnienie wzrosło o 77 osób, ale przestrzega przed uproszczeniami i "populizmem opozycji", który godzi "w wizerunek urzędnika". - Wciąż mamy mniej urzędników niż Europa Zachodnia. Łatwo powiedzieć, że urzędasów jest za dużo. A powinno nam chodzić o jakość obsługi mieszkańców, a nie statystyczną liczbę zatrudnionych - mówi.

Podaje przykład: pływalnię Polonez poprzednie władze Targówka budowały przy skromnym udziale urzędników. Do realizacji projektu wynajęły inwestora zastępczego. Na inwestycję poszło 30 mln zł, a po sześciu latach okazało się, że trzeba ją zamknąć, bo jest źle wybudowana.

- Aby nie dopuścić do powtórki takiej sytuacji, zatrudniłem inspektorów budowlanych z uprawnieniami. Tylko etatowi pracownicy urzędów mogą skutecznie kontrolować wykonanie inwestycji - mówi Zawistowski.

Wzrosło, zamiast zmaleć

Wraz z przekazywaniem kompetencji w dół, czyli do urzędów dzielnic, liczba zatrudnionych w centralnych biurach ratusza powinna się radykalnie zmniejszyć.

Wzrost zatrudnienia w urzędach dzielnic nie przyniósł jednak redukcji w biurach bezpośrednio zależnych od prezydenta. Liczba zatrudnionych w biurach ratusza i ich delegaturach nawet nieznacznie wzrosła.

- Spodziewaliśmy się, że przejmiemy kilkudziesięciu pracowników, bo z ratusza mieli nam dać ludzi do nowych zadań. Ostatecznie oddelegowano jednego, ale już nie pamiętam, czy podpisałem z nim umowę o pracę - mówi burmistrz jednej z warszawskich dzielnic.

- Pracownicy zależnych bezpośrednio od prezydenta biur zapewne uznaliby przesunięcie do dzielnicy za degradację. Tam zostało więc po staremu, a dzielnice zatrudniały nowych ludzi, bo musiały - mówi urzędnik ratusza zajmujący wysokie stanowisko.

Dziś urzędnicy dostali wprawdzie zalecenie, by szukać oszczędności, bo miasto jest zadłużone, inwestycje zakontraktowane, a dochody budżetu przez kryzys coraz szczuplejsze. - Cięcie kosztów wynagrodzeń da małe efekty, pracownicy to nasz największy kapitał. Żadnych zwolnień nie przewidujemy - mówią w ratuszu.
Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna

2010/08/18

Po kontroli: cień na władzach Mokotowa. Matactwo?

- To rzuca cień na władze tej dzielnicy - mówią w PO. SLD idzie dalej. Mówi, że wyniki kontroli w urzędzie Mokotowa dowodzą matactwa urzędników. Rozliczenia po wakacjach
Dotarliśmy do wyników kontroli w urzędzie Mokotowa, którą prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) zleciła w reakcji na nasze publikacje odsłaniające kulisy eksmisji apteki z ul. Puławskiej 10.

- Protokół z kontroli rzuca złe światło na władze i urząd tej dzielnicy - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy. - Jej urzędnicy nie traktowali podmiotów gospodarczych sprawiedliwie i nie wiedzieli dokładnie, co tak naprawdę dzieje się z należącymi do miasta lokalami.
Urzędnicy wyjątkowo wyrozumiali

Z wyników kontroli wynika, że mokotowscy urzędnicy poszli na rękę jednemu z przedsiębiorców, jubilerowi Andrzejowi Zgirskiemu, który wynajmował należący do miasta lokal przy zbiegu Puławskiej 10. Podnajmował go nielegalnie Karolowi El Kashifowi, który od ośmiu lat prowadził w nim aptekę. Jubiler zarabiał na pośrednictwie - płacił miastu nieco ponad 5 tys. zł miesięcznie, od aptekarza brał za podnajem za miesiąc 25 tys. zł.

Na tego typu umowach miasto traci, dlatego podnajem jest zabroniony, a z najemcami-pośrednikami miasto rozwiązuje umowy. W przypadku Puławskiej 10 tak się nie stało. Gdy pośrednictwo wyszło na jaw, urzędnicy pozwolili jubilerowi pozostać w lokalu. Sugerowali, by jak najszybciej usunął podnajemcę. Jubiler posłuchał i wyrzucił natychmiast siłą aptekarza. Z dokumentów wynika, że urzędnicy zachowali się wyjątkowo - w czterech innych przypadkach po stwierdzeniu podnajmu rozwiązano umowę z oficjalnymi najemcami.

Dlaczego potraktowali jubilera ulgowo? Usunięty aptekarz nie ma wątpliwości. - Jubiler miał układy w urzędzie - mówi Karol El Kashif. Jako dowód przedstawia nagrania rozmów z jubilerem i jego pomocnikiem Pawłem Dulskim, wiceszefem PO na Mokotowie. Ten ostatni prezentował się Zgirskiemu i El Kashifowi jako osoba wpływowa, znająca procedury, radnych i urzędników.

Z wyjaśnień Waldemara Albińskiego, szefa mokotowskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami (ZGN), wynika, że za korzystnym dla jubilera rozwiązaniem optował Grzegorz Okoński (PO), wiceburmistrz Mokotowa. - Pan Grzegorz Okoński przyjechał do mnie i zasugerował, że wcale nie musimy rozwiązywać umowy [najmu z jubilerem] - wyznał kontrolerowi Albiński.

Obiecują wyciągnąć konsekwencje

Grzegorz Okoński w rozmowie z "Gazetą" krytykuje z kolei jedną z pracownic ZGN Mariannę Bogucką, która rzekomo nie wiedziała, że lokal przy Puławskiej 10 jest podnajmowany. Mimo że prowadziła tę sprawę od początku, tj. od 2002 r., po sześciu latach oświadczyła swojej przełożonej, że nie tam żadnego podnajmu. To otwierało jubilerowi drogę do wykupu Puławskiej 10 na preferencyjnych zasadach. Dopiero w ub.r., gdy konflikt jubilera z aptekarzem stał się głośny, ta sama Marianna Bogucka, na polecenie szefów, dokonała kontroli. "Udała się do przedmiotowego lokalu [przy Puławskiej 10], blisko mokotowskiego urzędu, w którym kupiła lek w celu uzyskania paragonu. Na tej podstawie stwierdziła, że lokal prowadzi inny podmiot niż najemca." - czytamy w protokole z kontroli.

- Szkoda tylko, że w dokumentach nie ma po tym wyczynie śladu - mówi Adam Ciesielski (SLD), radny Mokotowa. - Urzędnicy w tej sprawie składają sprzeczne oświadczenia, wręcz mataczą. W Sojuszu szykujemy wniosek o odwołanie burmistrza Okońskiego i zawiadomienie prokuratury, bo doszło do niegospodarności i złamania procedur.

- Wobec winnych w tej sprawie wyciągniemy konsekwencje - zapowiada Tomasz Andryszczyk. - Należy się spodziewać dymisji Okońskiego lub Albińskiego. Zmienimy radykalnie skład władz mokotowskiej PO - mówią warszawscy działacze partii Tuska.
Jan Fusiecki, Gazeta Stoleczna

2010/07/20

Łapówki przerwały karierę Maurycego S.

Były wiceburmistrz Ochoty za łapówki miał pomóc w załatwieniu dzierżawy parkingu czy pracy w urzędzie, a jego stowarzyszenie wyłudzało dotacje publiczne.
Prokuratura Apelacyjna w Warszawie po dwóch latach zakończyła śledztwo przeciw Maurycemu S. i 13 innym osobom.
Maurycy S., były wiceburmistrz Ochoty i działacz SdPl, odpowie przed sądem w sumie za 15 przestępstw. Został oskarżony nie tylko o korupcję, powoływanie się na wpływy, ale i wyłudzenie dotacji ze środków publicznych.
CBA zainteresowało się wiceburmistrzem po tym, jak dotarł do niego sygnał, że Maurycy S. namawia szefa ochockiego ośrodka sportu i rekreacji, by na ubezpieczyciela ośrodka wybrał wskazaną firmę. W zamian miał dostać 5 tys. zł łapówki. Panowie mieli się też spotkać przy okazji innego „biznesu”. Do S. z prośbą o pomoc zwrócił się Przemysław G., młody działacz SdPl. Klienci jego siostry, która była adwokatem, chcieli przedłużyć umowę na dzierżawę w Zarządzie Dróg Miejskich parkingu przy ul. Prostej, nieopodal ronda ONZ. Ich firma Eko-Krab szukała dojścia do ZDM i gotowa była za pozytywne załatwienie sprawy zapłacić 25 tys. zł. Maurycy S. obiecał pomoc, a dojścia szukał przez dyrektora ochockiego OSiR-u. Sprawę już wówczas badało CBA. Jego agent „Przemek“ udający biznesmena z dużymi wpływami obiecał wsparcie. Ostatecznie pieniądze przejęła pani adwokat i przez brata przekazała je S.
Burmistrz wpadł przy innej okazji – po tym, jak obiecał w zamian za 10 tys. zł pomoc w załatwieniu pracy w urzędzie na Mokotowie. S. został aresztowany. Wkrótce zatrzymano panią adwokat, jej brata oraz wspólników z firmy Eko-Krab.
Śledczy skontrolowali też Towarzystwo Inicjatyw Społecznych Troska, które sześć lat temu założył były wiceburmistrz. Miało ono m.in. udzielać porad prawnych bezrobotnym i osobom biednym. Na ten cel dostało ponad 200 tys. zł dotacji z miejskiego Biura Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Zdaniem prokuratury, znaczna część z tych pieniędzy została wyłudzona. – Towarzystwo Troska podpisywało umowy na porady z osobami, które nie miały kwalifikacji albo nie świadczyły usług, a wystawiono na nie faktury – tłumaczy śledczy. Wszystkim postawiono zarzuty.
Maurycy S. stracił stanowisko i został wyrzucony z partii. Nie przyznał się do winy, ale chce dobrowolnie poddać się karze.
Życie Warszawy
Życie Warszawy, blik

2010/07/17

Europejska wiocha

W sobotę o 13. rusza w Warszawie EuroPride. We wszystkich miastach europejskich takie parady otwiera burmistrz, uczestniczą w nich najpopularniejsi politycy.
W Warszawie nawet pełnomocniczka ratusza ds. równego traktowania (właściwie nie wiadomo kogo) na paradę się nie wybiera. Za to wybierają się na EuroPride m. in. jeden z ministrów konserwatywnego rządu brytyjskiego, konserwatywny szwedzki europoseł, szwedzki rzecznik praw człowieka i wiele innych osobistości z Europy i świata.

Z polskich polityków na paradę pójdą tylko działacze SLD. Liberalna Platforma milczy jak zaklęta, PiS wydaje wrogie pomruki. To i tak dobrze - wszyscy już przynajmniej wiedzą, że nie wolno zakazywać.
Przedstawiciele warszawskiego ratusza powtarzają jak mantrę, że samorząd nie może się angażować w żadne kontrowersyjne zgromadzenie, bo byłby zobowiązany do angażowania się we wszystkie inne kontrowersyjne inicjatywy. To ma znaczyć: gdybyśmy poparli gejparadę, musielibyśmy też popierać np. manifestację ONR. Dla tych urzędników manifestacja mniejszości seksualnych jest tak samo kontrowersyjna jak polskich faszystów.

Panią prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz i jej urzędników chciałbym poinformować, że manifestacje mniejszości seksualnych już dawno przestały być "kontrowersyjne". Świat zachodni przyznał im takie same prawa jak mniejszościom rasowym czy religijnym. Wyzwoliła się kolejna grupa dyskryminowana przez wieki w naszej kulturze i już nikt tego nie cofnie.

Nie chodzi więc o prywatne upodobania, tylko o prawa człowieka. A i na emanującą często z parad gejowskich seksualność nie ma co wybrzydzać - w końcu o orientację seksualną tu chodzi.

Warszawa, która stara się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, dosłuży się, ignorując EuroPride, najwyżej tytułu Europejskiej Wiochy. Widocznie Hanna Gronkiewicz-Waltz woli raczej rządzić swojską, pełną naszych kompleksów i urazów mieściną, niż europejską stolicą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Seweryn Blumsztajn

2010/07/14

Wola: urząd rodzinny

W urzędzie dzielnicy kadrowa pracuje biurko w biurko z siostrzenicą, a jej syn jest zatrudniony w Zarządzie Gospodarki Nieruchomości. Burmistrz nie widzi problemu.
Pokój 315 na trzecim piętrze wolskiego urzędu. Tam urzęduje kierowniczka wydziału kadr Marzena Nowocin. W tym samym pokoju na stanowisku podinspektora pracuje także jej siostrzenica, a jednocześnie sąsiadka kadrowej (mieszka w drugiej części bliźniaka). Dwa piętra niżej jest gabinet Marka Lipińskiego, pierwszego zastępcy burmistrza dzielnicy, prywatnie partnera kadrowej. Mieszkają razem z synem pani Nowocin, który jest zatrudniony w Zarządzie Gospodarki Nieruchomościami.
Ciocia w komisji
Bliskie osoby kierowniczki pracują od roku. Czy zatrudnianie swojej rodziny to nie nadużycie?
– Wszystko jest zgodne z przepisami. Na stanowisko podinspektora był rozpisany konkurs. A z punktu widzenia etyki nie mam sobie nic do zarzucenia – mówi Marzena Nowocin. I zaznacza, że to nie ona decyduje o zatrudnianiu w urzędzie. Była jednak jedną z trzech osób w komisji konkursowej na stanowisko, o które ubiegała się jej siostrzenica.
Potwierdza to rzecznik dzielnicy Anna Fiszer-Nowacka. Faktycznie, zgodnie z ustawą o pracownikach samorządowych, dzieci, wnuki lub rodzeństwo urzędników, a także ich małżonkowie nie mogą być zatrudniani w jednostkach urzędu miasta, jeśli powstałaby pomiędzy nimi zależność służbowa. Prawo nie wspomina o dzieciach rodzeństwa, co ma miejsce w tej sytuacji.
Aby ubiegać się o stanowisko podinspektora w Wydziale Kadr, wystarczyło tylko wykształcenie średnie. Takie oferty pracy w urzędzie zdarzają się raz na kilka miesięcy. W urzędzie miasta, nawet w przypadku ubiegania się o stanowisko sekretarki, wymagane jest wyższe wykształcenie.
– Jeśli pan burmistrz uznał, że na to stanowisko potrzebne jest wykształcenie średnie, to tak jest – ucina rzecznik Anna Fiszer-Nowacka. Warto zaznaczyć, że obecnie siostrzenica kadrowej dokształca się na koszt urzędu dzielnicy.
– Wbrew pozorom taniej jest zatrudnić osobę ze średnim wykształceniem i wysłać ją na studia, niż zaproponować pracę absolwentowi wyższej uczelni. Taki pracownik jest związany kontraktem z urzędem, a jak odejdzie, to będzie musiał zwrócić nakłady finansowe. Przez to mam gwarancję, że nie odejdzie szybko z pracy – mówi Marek Andruk, burmistrz Woli.
Także syn kadrowej ma tylko średnie wykształcenie. Nie było to przeszkodą w zatrudnieniu go w ZGN Wola, gdzie formalnie funkcje dyrektora pełni... wiceburmistrz Marek Lipiński (od momentu objęcia stanowiska w dzielnicy jest na bezpłatnym urlopie). Na stronie internetowej urzędu w obowiązkach wiceburmistrza widnieje współpraca z ZGN. – Ale to nie Marek Lipiński odpowiada za rekrutację, tylko p.o. dyrektor Edmund Kuczyński – wyjaśnia Fiszer-Nowacka.
Także sam Lipiński zarzeka się, że nie miał wpływu na zatrudnienie w ZGN syna swojej partnerki. – Sugerujecie, że jest jakieś drugie dno? Nie mam żadnego wpływu na zatrudnianie w ZGN – tłumaczy.
Przejrzystość i etyka
O komentarz poprosiliśmy Adama Sawickiego z programu przeciw korupcji Fundacji Batorego.
– W przypadku zatrudniania w urzędach samorządowych członków rodziny urzędników należałoby zachować wzmożoną wrażliwość – mówi. – Przy ubieganiu się o pracę warto przemyśleć, czy to nie będzie budzić wątpliwości obywateli. Czy na pewno ten ktoś został zatrudniony ze względu na swoje kompetencje, a nie dlatego, że wpłynęła na to jego mama lub ciocia.
W kwietniu – po tym, jak opisaliśmy przypadek kadrowej na Ochocie, która poprosiła burmistrza o zatrudnienie syna – sekretarz miasta Jarosław Maćkowiak wysłał do wszystkich urzędów pismo, w którym przypominał, „że za przestrzeganie zasad przejrzystości i etyki w zakresie polityki kadrowej są odpowiedzialne wydziały kadr dla dzielnic”.
– Nie widzę nic złego w zatrudnianiu krewnych urzędników, jeśli jest to zgodne z przepisami – odpowiada burmistrz Marek Andruk. Inaczej niż urzędnicy w dzielnicy sprawa oceniana jest w ratuszu. – Od strony etyki budzi to wątpliwości – mówi rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk.
– Sam fakt pracy członków rodziny w urzędzie nie jest naganny, ale tak bliska zależność służbowa musi być zweryfikowana. Poprosimy o wyjaśnienia.
Życie Warszawy

2010/07/03

Mazowsze nie umie brać z Unii "Będą zmiany"

Po apelach przedsiębiorców i interwencji TVN Warszawa marszałek województwa zażądał zmiany zasad konkursu na pieniądze z Brukseli. Do dymisji podał się też wicemarszałek odpowiedzialny za unijne dotacje.
Marszałek wezwał do siebie kierownictwo Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych. - Zarząd zdecydowanie zgodził się z przedsiębiorcami - tłumaczy Marta Milewska, rzecznik urzędu wojewódzkiego.

Tydzień temu TVN Warszawa informowała o problemach przedsiębiorców w Warszawie, którzy chcą pozyskać unijne dotacje dla swoich firm. Żalili się, że konkursy na pieniądze z Brukseli są na Mazowszu organizowane za rzadko, procedury zaś są zbyt skomplikowane i faworyzują część firm.

"Chcemy szybciej"

Rezygnację złożył Stefan Kotlewski, wicemarszałek odpowiedzialny za przyznawanie funduszy unijnych. Nadal jest jednak dużo do zrobienia.

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, odpowiedzialne za unijne pieniądze, grozi palcem. Na tle innych regionów Polski - wypadamy bardzo słabo. Wciąż wykorzystujemy zbyt mało pieniędzy z Brukseli.

- Widzimy, że Mazowsze bardzo powoli się poprawia - mówi Adam Zdziebło, wiceminister Rozwoju Regionalnego. - Chcielibyśmy jednak szybciej i oby tak było - dodaje.

W tyle za innymi

Statystyki są nieubłagane. Do tej pory wykorzystaliśmy tylko 62 procent z planowanej sumy. Dla przykładu - Wrocław wykorzystuje... ponad 600 proc.

- Zmuszamy przedsiębiorców do zgłaszania swoich projektów w ostatniej chwili - zaznacza Piotr Lichwa, ekspert od unijnych funduszy. Jego zdaniem Mazowsze powinno częściej organizować konkursy na granty z Brukseli.

Michał Tracz
ran/mz, TVNWarszawa.pl

Myśliwska fuzja pogrąża polityka Platformy

Myśliwska pasja może zaszkodzić w karierze drugiemu już politykowi PO: najpierw w obawie o wizerunek broń porzucił Bronisław Komorowski. Teraz kłopoty ma kolejny działacz partii Donalda Tuska. Bo wiadomo, że jeśli w pierwszym akcie na ścianie wisi fuzja, to w ostatnim wystrzeli.
Centralne Biuro Antykorupcyjne odebrało fuzję wicemarszałkowi województwa mazowieckiego i kandydatowi na urząd prezydenta Radomia Piotrowi Szprendałowiczowi.

Agenci CBA pojawili się w domu młodego (38 l.) i robiącego błyskawiczną karierę w strukturach PO wicemarszałka w ostatnich dniach maja. – Zabezpieczyli wtedy broń myśliwską, trafiła do depozytu – wyjaśnia nam jeden z prokuratorów z Prokuratury Okręgowej w Chełmie. Wizyta była efektem śledztwa dotyczącego podejrzeń o popełnienie przez marszałka Szprendałowicza przestępstw „przeciw dokumentom”.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, chodzi o trzy kolejne paragrafy kodeksu karnego mówiące o fałszowaniu dokumentów. – Podejrzewamy, że sfałszował swój egzamin myśliwski i wyłudził od komendanta wojewódzkiego policji w Radomiu pozwolenie na broń – tłumaczy nam jeden z rozmówców.

Według materiałów zgromadzonych przez agentów CBA wicemarszałek w dniu swojego egzaminu myśliwskiego był daleko poza Radomiem. Jego egzamin był fikcją.

Sam marszałek, który niedawno został wskazany przez PO jako kandydat na prezydenta Radomia, nie chce komentować sprawy. – Nie pozwolił mi na to prokurator, dziwię się, skąd państwo macie o tym informacje – wyjaśniał wczoraj w „DGP”.

Robert Zieliński
Dziennik

2010/06/12

Komorowski – noc myśliwego

Łowiecka pasja marszałka była powszechnie znana. Od chwili gdy został kandydatem PO na prezydenta, stała się tematem tabu.
Zamiłowanie Bronisława Komorowskiego do polowań to jeden z największych kłopotów sztabu wyborczego Platformy Obywatelskiej. – Jednym z naszych celów jest pilnowanie, by nie wypłynęły zdjęcia pokazujące naszego kandydata z upolowanym zwierzęciem – przyznał w rozmowie z "Rz" polityk PO.
W połowie maja pisaliśmy o protestach organizacji ekologicznych, które wezwały kandydata PO do rezygnacji z krwawego hobby. – Zabijanie zwierząt dla przyjemności uznajemy za moralnie niedopuszczalne – tłumaczył "Rz" Cezary Wyszyński z Ruchu na rzecz Zwierząt Viva. W tym samym tygodniu po Hajnowskich Dniach Muzyki Cerkiewnej i wizycie u Włodzimierza Cimoszewicza Komorowski nagle ogłosił: – Dostałem od dzieci i wnuków aparat fotograficzny z taką prośbą, bym przestał polować, a zaczął robić zwierzętom zdjęcia. Spróbuję się do tej prośby zastosować.
Wtedy zawrzało z kolei wśród myśliwych, którzy na forach internetowych nazywali Komorowskiego "zdrajcą". Ale sztab PO wie, co robi: myśliwych jest w Polsce 100 tysięcy, przeciwników około miliona. Rachunek jest prosty.
Nikt nic nie wie
Kiedy postanowiliśmy sprawdzić, jak wyglądała kariera łowiecka Komorowskiego, okazało się nagle, że stała się tematem tabu. Milczą dawni towarzysze polowań, leśnicy zasłaniają się niepamięcią. Ryszard Mączyński, prezes Towarzystwa Łowieckiego Ponowa i przyjaciel Komorowskiego od strzelania nie chce żadnych wspomnień. Stwierdza tylko, że "jest lojalnym obywatelem i nie jest upoważniony, by o tych sprawach rozmawiać".
Ponowa to Koło Łowieckie nr 18 w Białej Podlaskiej. Tu lubi sobie postrzelać Komorowski, choć sam należy do okręgu warszawskiego. Jeszcze w lutym jako marszałek Sejmu objął patronatem lokalną uroczystość 90-lecia Ponowy.
Komorowskiego na imprezie zagadnął dziennikarz "Słowa Podlasia" i spytał przewrotnie, czy wybrał się już na polowanie na elektorat wyborczy. Marszałek usilnie starał się wszystko obrócić w żart. Zaprzeczył, po czym stwierdził, że strzela, tyle że "cienkim śrutem humoru" i "nie jest bardzo groźnym myśliwym".
Wojciech Cieplak, prezes okręgu warszawskiego Polskiego Związku Łowieckiego, pytany m.in., od kiedy Bronisław Komorowski i jego syn Tadeusz są członkami związku, jakie mają trofea i broń, zasłania się ochroną danych osobowych.
Grupa wpływowa, zamknięta i bogata
Polski Związek Łowiecki to stowarzyszenie ponad 2,5 tysiąca kół łowieckich. Liczy ponad 100 tys. członków. Najwięcej (25 proc.) jest emerytów i rencistów, 14 proc. to właściciele firm.
To hermetyczne środowisko, o ogromnych finansach i wpływach. Ze skupu dziczyzny i organizowania polowań dla cudzoziemców koła uzyskały w ubiegłym roku ponad 84 mln zł. Składki członkowskie to kolejne 20 mln zł.
Związek ma swój sąd, od decyzji którego można się odwołać do sądu powszechnego, ale tylko w przypadku wykluczenia z organizacji. Ma rzecznika dyscyplinarnego, system odznaczeń i kontroli.
Tylko członkowie związku mogą legalnie polować w Lasach Państwowych należących do Skarbu Państwa. To właśnie związek administruje ośrodkami hodowli zwierzyny przy nadleśnictwach, które organizują polowania i na tym zarabiają.
PZŁ to zamknięty krąg.
– Nie każdy może zostać członkiem. Decyduje o tym zarząd związku – mówi jeden z myśliwych zrzeszony w PZŁ. Szefenm Naczelnej Rady Łowieckiej PZŁ jest Andrzej Gdula, były wiceszef MSW w PRL, ściągnięty do resortu przez generała Czesława Kiszczaka.
Prezes zarządu PZŁ dr Lech Bloch był zarejestrowany jako wieloletni tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa "Kazimierz". W Instytucie Pamięci Narodowej zachowało się własnoręcznie podpisane przez niego zobowiązanie do współpracy.
Do związku należy wielu VIP-ów: polityków, ministrów, aktorów, celebrytów.
Poseł został myśliwym
Bronisław Komorowski jest myśliwym od co najmniej 20 lat. Pamięta go z tamtych czasów pracownik Wojskowego Ośrodka RekreacyjnoKondycyjnego Omulew w Czarnym Piecu na Mazurach. Omulew miał wtedy koło łowieckie, strzelać mogli tylko dygnitarze wojskowi. Rezerwat był ogrodzony, zimą dokarmiano zwierzęta. Były łatwym łupem myśliwych.
– To był początek lat 90., komendantem był wtedy pułkownik Julian Borkowski. Komorowski przyjechał tu już jako cywilny wiceszef MON, dostał zgodę na odstrzał w rezerwacie od komendanta. Zabił dzika, ale nie umiał go wypatroszyć, pomagał mu chorąży – opowiada były pracownik w Omulewie.
W kompleksie dzisiejszego Ośrodka Reprezentacyjnego MON w Omulewie przez lata działało koło myśliwych Dowództwa Garnizonu Warszawa, do którego należą m.in. emerytowani generałowie. Tradycją było organizowanie w ośrodku obchodów Hubertusa (Dnia Myśliwych). Dopiero Aleksander Szczygło, ówczesny szef MON, w 2007 r. zabronił tego typu imprez.
Gen. Roman Polko, komandos, były szef GROM: – W wojsku, także w jednostkach specjalnych, jest bardzo dużo myśliwych, ale zawsze patrzyłem na to z niesmakiem, bo ograniczało się to do tego, żeby dawać żołnierzy do nagonek. Tak było też w Niepołomicach i Lublińcu (miejsce stacjonowania jednostek specjalnych – przyp. aut.). Jeden krowę zastrzelił przypadkiem, inny sobie w stopę strzelił. Nie podobało mi się to towarzystwo, które polowania zawsze zakrapiało suto alkoholem.
Regulamin polowań zabrania polowania pod wpływem alkoholu. – To martwy zapis. Gdyby badać uczestników polowań dla dygnitarzy alkomatem, większość polowań nie mogłaby się odbyć. Przeważnie strzelania dygnitarzy odbywają się na ostrym kacu – mówi "Rz" jeden z lubelskich myśliwych.
Polko zapamiętał rozmowę ze Zbigniewem Kwintalem, dowódcą pułku specjalnego komandosów: "Poluje pan? Nie? To kariery w wojsku pan nie zrobi". – To stwierdzenie dużo mówi o tym, czym jest myślistwo – dodaje Polko.
Komorowski, historyk z wykształcenia, z wojskowymi czuje się jak ryba w wodzie. Przez wiele lat był szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, dwukrotnie pracował w resorcie – raz jako wiceszef, potem szef MON. Gdzie polował?
– Prościej wyliczyć, gdzie Komorowski nie polował – mówi "Rz" jeden z myśliwych. Marszałka Sejmu pamiętają np. w Ośrodku Hodowli Zwierząt w Konopatach w nadleśnictwie Lidzbark.
– Na polowanie zapraszało go towarzystwo leśników. Legalne, zgłoszone. Z polityków tylko on bywał – mówi Tadeusz Iskra, nadleśniczy Lidzbarka.
W środowisku łowieckim opowiada się, że Komorowski lubuje się w jeleniach, bykach i kozłach (samiec sarny). – Chodzi o trofea – tłumaczy jeden z myśliwych.
Za zastrzelenie kozła dewizowiec musi zapłacić nawet 20 tys. zł, za bażanta – 6 tys. zł. I tu okazuje się, jak korzystną rzeczą jest członkostwo w elitarnym Związku Łowieckim.
– Zgodnie z przepisami członek PZŁ to wybraniec, który za trofeum nie płaci nic, a za mięso grosze – opowiada "Rz" aktywny myśliwy.
Gra o GROM
Według generała Sławomira Petelickiego, byłego dowódcy GROM, słabość Komorowskiego do polowań dziesięć lat temu wojskowy beton, który rządził w resorcie, chciał wykorzystać do przejęcia wpływów.
Zdaniem Petelickiego zamiłowanie do polowań, wspólne polowania w Omulewie zbliżyły Komorowskiego, wtedy słabego myśliwego, do ówczesnego dowódcy żandarmerii gen. Jerzego Słowińskiego. – Słowińskiego wybrano, bo był myśliwym i świetnie strzelał. Zwierzyny było w bród – mówi Petelicki.
Ta znajomość, według gen. Petelickiego, miała zaprocentować już niebawem. Jak utrzymuje, właśnie dlatego gen. Słowiński miał przejąć dowództwo nad GROM, kiedy Komorowski został szefem MON. Tyle tylko, że Polko się postawił, zadzwonił do ministra Komorowskiego. Afera rozeszła się po kościach.
Ówczesny szef GROM gen. Roman Polko potwierdza, że była taka sprawa. Słowiński w jednostce pytał o karabiny snajperskie, do polowań, choć żadne nakazy nie padły.
Gen. Słowiński jest już na emeryturze. Prowadzi działalność konsultingową. O polowaniach z Komorowskim nie chce rozmawiać. – To było 20 lat temu. Omulew? Bzdury – ucina.
Z Palikotem do Rosji
Myślistwo zbliża, cementuje przyjaźnie. To właśnie zamiłowanie do polowań jest powodem sympatii Komorowskiego do ekscentrycznego posła z Lubelszczyzny Janusza Palikota.
W swoim blogu Palikot w lipcu 2007 r. pisał: "Bronka poznałem bodaj w 1994 roku podczas sylwestra w leśniczówce w Lasach Janowskich. Byliśmy potem na wielu prywatnych wyprawach i spędziliśmy razem ostatnich pięć sylwestrów".
Komorowski uczył tam Palikota polowania. Gdy lubelski poseł PO poznał już tajniki sztuki myśliwskiej, wspólnie wyruszyli na łowy do Rosji. Palikot wspomina to tak: "Z tych wszystkich wydarzeń najbardziej niezwykły był nasz wspólny pobyt w Rosji i polowanie na głuszca. To było dobre 300 km od Moskwy, w marcu 1997 lub 1998. (...) To było moje pierwsze polowanie. Nie jestem urodzonym myśliwym i bardziej ciągnęło mnie do przygody i towarzystwa niż do strzelania. Wśród prawdziwych myśliwych doświadczyłem swoistego rodzaju więzi i kultury, które mają niezwykle wiele uroku. Składają się na to różne obyczaje, pieśni i... nalewki, a nawet dobra tradycyjna kiełbasa. Dawne KGB podesłało nam na wieczór jakiegoś nibysąsiada, który raczył nas wódką i próbował wyciągać na debaty polityczne. (...) I tak sobie we trójkę gaworzyliśmy, budując przyjaźń polskopostradziecką. I popijając jakimś bimbrem z soku z sosny".
Polowania to w Rosji jedna z ulubionych rozrywek tzw. siłowików, czyli przedstawicieli resortów obrony i spraw wewnętrznych. Wielkim miłośnikiem i protektorem rosyjskiego łowiectwa jest sam premier Władimir Putin, który często fotografował się z obnażonym torsem i strzelbą podczas polowań na tygrysa.
Palikot z uniesieniem opisuje, jak podekscytowany wrócił z rosyjskiego polowania na głuszce. Choć debiutant, to "z ptakiem na flincie". Głuszce w Polsce są pod ochroną. W Rosji wolno do nich strzelać.
Czerwoni myśliwi
Lubelski poseł PO nie jest wyjątkiem wśród politycznomyśliwskich znajomości kandydata PO na prezydenta.
Jak opowiada Ryszard Hys, emerytowany leśniczy z Janowa Lubelskiego, w 2001 roku Bronisław Komorowski przyjeżdżał tam na polowania z przedstawicielami ówczesnego rządu SLD. Potwierdzają to w rozmowach z "Rz" inni leśnicy pracujący wówczas w Janowie.
Komorowski polował na grubego zwierza, głównie jelenie i sarny. Organizatorem był nieżyjący już Jan Okruch, w latach 2002 – 2006 dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie (z nominacji SLD).
– Gdy przyjeżdżał Komorowski, zawsze czekał na niego leśniczy ze służbowym samochodem – opowiadają leśniczy.
O wspólnych polowaniach Komorowskiego z politykami SLD mówią też pracownicy nadleśnictwa w Rudniku w podkarpackiem. Widywali tam też wtedy szefa Bartimpeksu Aleksandra Gudzowatego oraz znanych aktorów, m.in. Bogusława Lindę. Do tych łowów dochodziło już w czasach AWS, gdy Komorowski był jednym z liderów Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego, a także szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, a następnie szefem MON w rządzie Jerzego Buzka.
– Do Rudnika na polowanie Komorowskiego ściągnął Edward Tomecki, który nadleśnictwem w Rudniku kieruje do dziś jeszcze od czasów stanu wojennego – wspomina Krzysztof Roman, wówczas pracownik leśny.
W Rudniku powstał Ośrodek Hodowli Zwierzyny, by było do czego strzelać. Daniele sprowadzano nawet z Węgier. Zbudowano domek myśliwski dla polityków. Edward Tomecki odmówił "Rz" udzielenia jakichkolwiek informacji o polowaniach Komorowskiego. Uzasadnił to tym, że jest to element sfery prywatnej marszałka i nie ma związku z pełnioną przez niego funkcją publiczną.
Tajemnica helikoptera
Po polowaniach w Lasach Janowskich biesiady myśliwskie z udziałem Komorowskiego organizowano w leśniczówce Władysławów, kilkanaście kilometrów od miasta. Schowana jest w głębokiej puszczy, trudno tam dotrzeć nawet z pomocą dobrego GPS. W pobliżu jest tylko kilka domów pracowników leśnych. Oni doskonale pamiętają wizyty Komorowskiego. Wspominają, że obecny marszałek Sejmu wpadał co miesiąc na kilka dni. Było to pod koniec lat 90.
– Kiedy nad okolicą latał helikopter, od razu było wiadomo, że przyleciał nim Bronek – mówi nasz informator. Helikopter należał do wojska, a Komorowski był wtedy wiceministrem obrony narodowej. Korzystał wówczas z gościny Jerzego Kostka. Panowie byli zaprzyjaźnieni. Komorowski jest ojcem chrzestnym córki Kostki.
Podczas jednego z pobytów Komorowskiego we Władysławowie miał miejsce wypadek. Jerzy Kostek, jeżdżąc po terenie leśniczówki samochodem terenowym, wpadł na helikopter, którym przyleciał marszałek. Uszkodzony został tylny wirnik. Sprawę badał komisariat policji z pobliskiej Dzwoli. Zarzutów nikomu nie postawiono.
Jak wyglądały przygotowania do polowań?
– Kiedy jesienią przez wieś jechały do leśniczówki przyczepy ze spadami jabłek z sadów, było jasne, że szykuje się polowanie z gośćmi – mówi jeden z mieszkańców Władysławowa.
Co wspólnego mają jabłka z myślistwem, tłumaczy nam Ryszard Hys. – Spadów z sadów używa się, by urządzić tzw. nęcisko. Przez kilka dni rozsypuje się spady w określonym miejscu, najczęściej na polanie. Zwierzyna się przyzwyczaja, że w tym miejscu można się najeść. Jak się już przyzwyczai, przyjeżdża myśliwy, wchodzi na ambonę. Przy optyce współczesnej broni zwierzyna nie ma żadnych szans. Nie trafić w takich okolicznościach, to spudłować w stodołę.
Z synem na dzika
Z marszałkiem poluje jeden z synów, 29-letni Tadeusz Komorowski, warszawski prawnik. W grudniu 2009 r. Bronisław Komorowski na jego wesele miał upolować dzika w lasach pod Lublinem.
– Był zaproszonym gościem na odstrzał – potwierdza Sylwester Wasilewski, łowczy koła Szarak w Lublinie, wizytę znanego myśliwego. – Miał zezwolenie na dwa dziki, pozyskał jednego. Zapłacił za niego, ale ile, nie pamiętam – przyznaje Wasilewski.
W styczniu 2008 r. marszałek Komorowski został zaproszony wraz z synem na dziki do lasów w Huszczy koło Białej Podlaskiej przez wspomniane już wcześniej koło Ponowa.
Myśliwy i dziennikarz pisma "Łowiecki Dziennik Myśliwych" Stanisław Pawluk ujawnił, że polowanie zorganizowano nielegalnie: bez wpisywania się do książki wyjść w łowisko i bez zgody nadleśniczego. Nie poinformowano też o imprezie wójtów gmin Łomazy oraz Tuczno, na których terenie polowanie się odbyło.
Pytany przez dziennikarza marszałek tłumaczył się, że upewniał się przed polowaniem, czy wszystkie formalności są spełnione. – Z przykrością jednak informuję, że tego dnia na polowaniu nie oddałem żadnego strzału – odpisał Komorowski Pawlukowi.
Podczas polowania zastrzelono przez przypadek psa Romana Arseniuka, który był podkładaczem z psami. Sprawę umorzono, bo Arseniuk całą winę wziął na siebie i nie rościł do nikogo pretensji. W feralnym polowaniu brał udział poza Komorowskim także Jerzy Kozłowicz, warszawski biznesmen, znajomy Józefa Oleksego.
Po całej historii kłopoty ma dziś tylko Pawluk, który ją opisał. Rok temu rzecznik dyscyplinarny Polskiego Związku Łowieckiego oskarżył dziennikarza o "naruszenie dobrego imienia koła łowieckiego" i zniesławienie z art. 212 kodeksu karnego, choć proces toczy się przed sądem koleżeńskim, a nie powszechnym.
Polowania? Nie odpowiem
W październiku 1994 r. Bronisław Komorowski, wtedy poseł Unii Wolności, zabierając głos w Sejmie w sprawie poselskiego projektu ustawy Prawo łowieckie, martwił się, że myśliwi wciąż są źle postrzegani w społeczeństwie, bo kojarzy się ich z czasami PRL, kiedy polować mogli tylko ludzie aparatu władzy. Z dumą mówił o sobie: – Być członkiem Polskiego Związku Łowieckiego to honor, a nie rzecz naganna.
Jego wystąpienie koledzy posłowie nagrodzili oklaskami.
Dziś marszałek Komorowski unika rozmowy o polowaniach. Mimo wielokrotnych próśb nie odpowiedział na pytania "Rz": m.in. od kiedy jest członkiem związku łowieckiego, jakie ma trofea i medale, czy polował w Omulewie i za granicami kraju, m.in. na Syberii na niedźwiedzie. No i kiedy zamierza zawiesić członkostwo w PZŁ, bo według naszych informacji jeszcze tego nie zrobił.
Rzeczpospolita