2013/05/06

Minister Nowak ponad prawem

Sławomir Nowak rządzi ministerstwem jak książę. Bo premier Donald Tusk go nie rozlicza i pozwala na bezkarność.
Twierdza. Tak wygląda Ministerstwo Transportu, w którym rządzi Sławomir Nowak. Główne wejście zostało zamknięte na głucho. Wchodzić i wychodzić mogą nim jedynie goście pana ministra. By wejść przez słynny „okrąglak” przy ulicy Chałubińskiego, muszą się zapowiadać nawet wiceministrowie. Współpracownik jednego z nich: – Procedura jest taka, że wiceminister musi zadzwonić do swego sekretariatu. Trzeba powiedzieć, o której się będzie. Wtedy sekretarki dzwonią do sekretariatu głównego i stamtąd wykonywany jest telefon do ochrony. Potem trzeba zadzwonić dzwonkiem przy drzwiach i ochroniarze wpuszczają do budynku. Sytuacja jak w „Misiu”.
Daszek dla szefa
Interesanci, setki urzędników, którzy pracują w 13-piętrowym biurowcu przy Chałubińskiego, do pracy muszą przedostawać się przez inny budynek, położony bliżej ulicy Koszykowej. Stamtąd łącznikiem przechodzą do wieżowca, w którym położone są ich biura. Wysoki rangą urzędnik, który pracował z kilkunastoma ministrami transportu: – Drugie piętro budynku jest teraz jak warownia. Tam urzęduje pan minister i jego najbliższe otoczenie. Wstęp tylko po przyłożeniu specjalnej karty do drzwi. Dokumenty najczęściej są przyjmowane w drzwiach, tak żeby osoby uznawane za postronne nie wchodziły do tej części biura. Nowak ministrem jest już półtora roku, a prawda jest taka, że nawet nie miałem okazji jeszcze go zobaczyć! – opowiada. O tak, spotkać ministra rzeczywiście nie jest łatwo. Pracownik administracyjny, ponad 20 lat w resorcie transportu: – Bmw ministra, zamienione z volvo, którym jeździł Cezary Grabarczyk, podjeżdża zawsze z tyłu budynku. Pan Nowak nie wysiada z auta, zanim szofer nie otworzy mu drzwi. W miejscu, gdzie wysiada pan minister, pobudowano specjalne zadaszenie, żeby nie zmókł po wyjściu z limuzyny – mówi. Stamtąd jest już prosta droga na drugie piętro, do kompletnie odseparowanych biur, w których urzęduje minister. 
Szofer jeździ po jabłka
Odkąd nastał Sławomir Nowak na drugim, ministerialnym piętrze zaszły wielkie zmiany. – Te pomieszczenia nie mają duszy – niedługo po przyjściu oceniał minister Nowak – opowiada wicedyrektor jednego z departamentów. – Miesiącami wykonywano kapitalny remont części budynku, w której pracuje szef. Położono nową klepkę, wyremontowano łazienkę na zapleczu ministerialnego gabinetu. O kosztach remontu w resorcie krążą legendy – opowiada pracownik administracyjny. Nowak i jego rzecznik, których spytaliśmy o remont oraz inne kwestie związane z funkcjonowaniem ministerstwa, milczą.
Wicedyrektor departamentu: – Atmosfera w resorcie jest fatalna. Nie było takiej, od kiedy pracuję, a jestem tu już kilkanaście lat. Ministerstwem, w imieniu Nowaka, trzęsie 27-letnia Karolina Kleszcz, szefowa jego gabinetu politycznego. Ludzie boją się jej jak ognia. Oprócz niej najbardziej wpływowymi ludźmi w budynku są dwudziestokilkuletni doradcy i asystenci Nowaka.
W ministerstwie trwa ostry konflikt między Nowakiem a jego zastępcą Tadeuszem Jarmuziewiczem, ważnym działaczem PO. Wiceminister nie chce oficjalnie rozmawiać o sytuacji w resorcie. Polityk PO: – Jarmuziewicz był w lutym motorem złożenia do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Chodzi o kwestię nowych reguł w egzaminach na prawo jazdy. Nowakowi bardzo zależało na tym, by zapóźniony projekt wszedł w życie. Jednak według Jarmuziewicza przy tej sprawie doszło do poważnych nieprawidłowości, którymi powinni zająć się śledczy. Z kolei Nowak obwinił Jarmuziewicza o zamieszanie z wydawaniem kierowcom ciężarówek tzw. ADR-ów, czyli zaświadczeń na przewóz materiałów niebezpiecznych. W kuluarach Jarmuziewicz mówi, że ma już dość pracy z Nowakiem. Chce odejść z resortu i przejść do samorządu.
Człowiek z kierownictwa jednego z departamentów w resorcie transportu: – Styl pracy Nowaka jest dziwny. Jako człowiek spoza działki transportowej powinien wspierać się opiniami ludzi bardziej doświadczonych w tej dziedzinie. Ale on z urzędnikami nie rozmawia. On nawet nie odpowiada na „dzień dobry”. Pracownik administracji: – Zasady są cesarskie. Pan minister dba o to, by się zdrowo odżywiać. Regułą jest, że merytoryczna pracownica biura ministra jeździ z szoferem do Hali Mirowskiej po świeże ogórki, rzodkiewki i jabłka na ministerialny stół.
Kłamstwa o ekskluzywnym klubie
Minister Nowak lubi życie na wysokim poziomie. Przed dwoma tygodniami opisaliśmy jego bliskie relacje z biznesmenami z firmy CAM Media, którzy mają duże państwowe kontrakty, doradzają rządowi i pracują przy kampaniach politycznych Platformy. CAM Media pracuje również dla Grupy PKP, która bezpośrednio podlega ministrowi transportu. Nowak, jak opisaliśmy, w zeszłym roku bawił w ekskluzywnym klubie Privé, który na czas piłkarskiego Euro założyła CAM Media. Gościł tam na zaproszenie Adama Michalewicza, swego kolegi i jednego ze współwłaścicieli wspomnianej firmy. Minister w rozmowie z „Wprost” twierdził, że w klubie był tylko raz, co jest kłamstwem. Był tam widywany częściej. Nie płacił za siebie. Michalewicz, który zapraszał tam Nowaka, próbował w ostatnich dniach bagatelizować sprawę. Oświadczył na przykład, że ceny stolików w klubie zaczynały się już od 800 zł. Nieprawda. Rozmawialiśmy z menedżerem klubu oraz dotarliśmy do oficjalnej oferty Privé. Najtańsze stoliki dla 12 osób można było zamówić za 2 i 4 tys. zł w dni, gdy występowały tam muzyczne gwiazdy. Tyle że Nowak nie przesiadywał w Privé przy stoliku za 2 albo 4 tys. zł. – Siedział w strefie dla VIP-ów, gdzie wynajęcie stolika kosztowało od kilkunastu do dwudziestu tysięcy. Samo podawanie tej kwoty jest zresztą mylne. Te kilkanaście tysięcy to była kwota na dzień dobry. W klubie były astronomiczne ceny. Rachunki za nasiadówkę kilkunastu osób przy stoliku w strefie VIP dochodziły do kilkudziesięciu tysięcy złotych – opowiada biznesmen, który bywał w Privé i spotykał tam ministra. – To tak, jakby Sławomir Nowak dostał bilet lotniczy lub ktoś zafundował mu wakacje, taka to jest przecież wartość – mówi oficer ABW. – My ścigaliśmy wiceszefa NFZ za kolację o wartości 680 zł, jaką miał mu zafundować były dyrektor biura firmy farmaceutycznej. Trafił za to do aresztu.
Od naszej publikacji o relacjach ministra Nowaka z biznesmenami, którzy zarabiają na kontraktach z rządem minęło już dwa tygodnie. Premier Tusk zareagował wtedy ostro i zdecydowanie. – Wszyscy zainteresowani urzędnicy, w tym minister Nowak, jak i piszący te – zdaniem ministra – insynuacje muszą wyjaśnić sprawę absolutnie do spodu– zapowiedział wtedy Tusk. Premier mylił się w jednym. To, co napisaliśmy, to nie były insynuacje, ale twarde, potwierdzone fakty. Nowak miał udowodnić, udokumentować swoje racje. Nie zrobił tego do dziś, a premierowi wystarczyło, że minister coś mu tam wyjaśnił. Coś, bo nie wiemy poza ministrem i Tuskiem co.
Luksus, drugie imię ministra
Przywiązanie do luksusu widać również po zegarkach, które nosi pan minister. Przed dwoma tygodniami pokazaliśmy, że Nowak, który od lat jest posłem i urzędnikiem, nosi bardzo drogie zegarki. Na zdjęciach z ostatnich dwóch lat na jego lewej ręce można zobaczyć sześć różnych modeli. Po naszej publikacji Nowak odbył długą rozmowę z premierem Tuskiem. Według naszych informacji zadeklarował gotowość podania się do dymisji, na co Tusk nie przystał. Dziennikarzom szef rządu powiedział, że tłumaczenia Nowaka są dla niego przekonujące. To zabawne, że premier zamienił się w rzeczoznawcę i śledczego, który ocenia wartość zegarków swego ministra, a nie żąda sprawozdania od stosownych służb. Pytanie, jak zachować mają się służby, takie jak CBA, po usprawiedliwieniach wygłoszonych publicznie przez szefa rządu? Na razie CBA milczy, choć opowieści ministra Nowaka o zegarkach budzą wątpliwości. Minister transportu twierdzi na przykład, że z zegarków, które nosi, jedyny, który ma większą wartość, to ten otrzymany od najbliższych na urodziny. Ministrowi chodzi o ekskluzywny model Ulysse Nardin, który kosztuje ok. 30 tys. zł. Tyle że Nowak mówi nieprawdę.
Tydzień, czyli miesiące
Na jego lewej ręce w ostatnim czasie można było zobaczyć np. hublota all black fusion, za który w salonie firmowym w Warszawie trzeba zapłacić ok. 33 tys. zł. Inny z zegarków używany przez Nowaka – Cuervo y Sobrinos Torpedo – kosztuje kilkanaście tysięcy złotych. Żadnego z tych zegarków Nowak nie umieścił w oświadczeniu majątkowym, choć był do tego zobowiązany. Powinny być tam wpisywane przez posłów dobra o wartości wyższej niż 10 tys. zł. Niepokoju u premiera nie wzbudziło też to, że jego minister i jeden z najbliższych współpracowników na drogie zegarki wymienia się z biznesmenami. Nowak w rozmowie z „Wprost” przyznał, że wymian takich dokonywał z Piotrem Wawrzynowiczem, który jest wpływową postacią w grupie biznesowej Zygmunta Solorza. Śladu po tych zamianach nie ma w poselskim rejestrze korzyści, choć prawo nakazuje, by wpisywać do niego otrzymywane rzeczy o wartości powyżej 600 zł. Tych wymian Nowak nie zgłosił do urzędu skarbowego, choć zgodnie z prawem powinien był to zrobić. W zeszłym tygodniu w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” szef resortu transportu próbował bagatelizować kwestię wymieniania się zegarkami.
– Po tygodniu zwróciliśmy sobie nasze zegarki – powiedział minister o wymianach z Piotrem Wawrzynowiczem. To musiał być długi tydzień. Ekskluzywnego hublota za ponad 30 tys. widać na ręce Nowaka na zdjęciach z września, listopada 2012, ale też na fotografiach ze stycznia i kwietnia tego roku.
Po naszej publikacji premier zapowiadał wyjaśnienie sprawy ministra Nowaka „do spodu”. Dotychczas nic nie zostało wyjaśnione
Wprost

Brak komentarzy: