2013/08/09

Janusz Piechociński JEST HIPOKRYTĄ: Krytykuje NEPOTYZM, a ZAŁATWIŁ pracę swojej SIOSTRZE

Czy w PSL jest ktoś, kto nie załatwiał państwowych posad rodzinie? Chyba nie! Okazuje się bowiem, że największy krytyk partyjnego nepotyzmu, Janusz Piechociński (52 l.), ma na sumieniu podobne grzeszki. Kiedy sprawował funkcję prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie, zatrudnienie znalazła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Na kierowniczym stanowisku pracuje do dziś...

- Uczciwi ludowcy muszą wstydzić się za partię. Czas na nowe PSL, także nowego prezesa - grzmiał Piechociński tuż po ujawnieniu taśm PSL pokazujących ogrom panującego wśród ludowców kolesiostwa i załatwiania stanowisk dla rodziny i kumpli.
Sam jednak nie miał oporów, by pracować z rodzeństwem w jednej państwowej instytucji. W 1999 r. Piechociński został prezesem WFOŚiGW w Warszawie. Chwilę później bez konkursu karierę rozpoczęła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Zresztą jako kierownik sekcji pracuje tam do dziś. Chcieliśmy się dowiedzieć, ile wynoszą jej zarobki. Wojewódzki Fundusz wczoraj jednak nie chciał podzielić się tymi informacjami.
Natomiast pytany o załatwienie pracy siostrze Piechociński niespodziewanie zmienia swój punkt widzenia. - Kluczowa sprawa dotyczy tego, czy dane osoby są powoływane na odpowiednie funkcje zgodnie ze swoimi kwalifikacjami i czy związki rodzinne nie powodują tego, że te osoby pełnią funkcję ponad swoje możliwości - twierdzi w rozmowie z "Super Expressem" Piechociński. Zachwala też kompetencje swojej siostry. Szkoda tylko, że on i jego partyjni koleżkowie z takim zapałem broniący bliskich nie lansują zdolnej młodzieży spoza kręgu własnej rodziny.


http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/janusz-piechocinski-jest-hipokryta-krytykuje-nepotyzm-a-zalatwil-prace-swojej-siostrze_271465.html

Janusz Piechociński zatrudnił córkę

Idąc po zwycięstwo w wyborach na szefa PSL, wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński (53 l.) piętnował układy koleżeńskie i nepotyzm. Zapowiadał nową jakość w polityce i partii. Niestety! Po raz kolejny okazuje się, że jego deklaracje to puste słowa. Bowiem jego córka, Anna Piechocińska, znalazła zatrudnienie w Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, podlegającej... resortowi tatusia!
To córka Anna miała namówić Janusza Piechocińskiego, aby objął Ministerstwo Gospodarki i tekę wicepremiera. - Nie ukrywam wcale, że na moją decyzję miała wpływ rozmowa z moją najstarszą córką, Anią, której kończy się staż na Erasmusie na uniwersytecie w Walencji. To jest dla mnie wyzwanie, dla o...

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/piechocinski-zatrudni-corke_346594.html

2013/06/21

Kupują premierowej kiecki, a Tusk tłumaczy, że...

Garnitury, wina, restauracji i nocny klub – na te wydatki Platformy Obywatelskiej zrzucali się solidarnie podatnicy. Okazuje się jednak, że nie tylko. Z pieniędzy publicznych PO kupowała również sukienki dla żony premiera, Małgorzaty Tusk. Jak wyznał sam premier - to jego żona postawiła warunek, że musi dobrze wyglądać.
Premier Donald Tusk gości w piątek w Elblągu, w którymPlatforma straciła władzę i próbuje ponownie przekonać mieszkańców, że kolejni jej kandydaci nie zawiodą.
Premier odwiedził rano jeden ze szpitali, a następnie spotkał się z dziennikarzami. Pierwsze pytanie jakie padło nie dotyczyło jednak wyborów w Elblągu, a informacji, do której dotarł „Fakt" - kupowania przez PO sukienek dla żony szefa rządu.
Donald Tusk rozpoczął przygotował się na to pytanie i rozpoczął rozsądnie. – Żona nie pracuje, nie ma etatu, a jednym z jej obowiązków jest towarzyszenie mi podczas spotkań, podczas których obecni są także małżonkowie, lub małżonki przywódców państw – powiedział. Niefortunne dla niego było jednak ostatnie zdanie, w którym... zrzucił winę na żonę. – Sama postawiła taki warunek: „jeżeli mam reprezentować od czasu do czasu Polskę, to muszę wyglądać" – poinformował premier.
Dodał jednak natychmiast, że już wcześniej podjął decyzję o finansowaniu części reprezentacyjnej rządu i PO z partyjnych pieniędzy, pochodzących ze składek i dobrowolnych wpłat, a nie z części budżetowej. Ciekawe tylko, jak premier zamierza to zrobić, skoro pieniądze partyjne dzielą jedno konto z budżetowymi. 
Fakt

Sukienki dla żony premiera z funduszy PO. "To zły wariant"

Z pieniędzy Platformy Obywatelskiej kupowane były nie tylko wina i cygara, ale także sukienki dla żony premiera, Małgorzaty Tusk. - To zły wariant. Powinno korzystać się z funduszy Kancelarii Premiera - komentował te doniesienia w "Jeden na Jeden" w TVN24 Grzegorz Schetyna.

W piątek "Fakt" poinformował, że Platforma Obywatelska za partyjne pieniądze, które otrzymała z budżetu państwa, płaciła także za sukienki żony premiera Donalda Tuska. Stroje zamawiano m.in. u znanej polskiej projektantki Gosi Baczyńskiej - koszt jednej sukienki to koszt co najmniej kilku tysięcy złotych.
Skarbnik partii w rozmowie z gazetą przyznał, że w ten sposób PO pokrywała koszty reprezentacyjne Małgorzata Tusk.
- Wydatki związane są z obsługą wizerunkową premiera. Wynikają ze wspólnych obowiązków reprezentacyjnych małżonków, związanych z aktywnością zarówno krajową, jak i zagraniczną - powiedział w rozmowie z "Faktem".
- Ja akurat mam to szczęście, że nie mam żadnego garnituru kupionego przez partię. I mogę mówić o konieczności ujawnienia wszystkich tych rzeczy, bo ta kwestia nie dotyczy tylko Platformy - skomentował Schetyna.

Według niego politycy PO są winni opinii publicznej wyjaśnienie kwestii dotyczących wydatków z kieszeni partii.
- Żeby tę sprawę raz na zawsze zamknąć i wrócić do rozmowy o finansowaniu partii politycznych - podkreślił.

Ubrania z budżetu KPRM, a nie partii

Zdaniem Schetyny zakupy odzieży powinny być opłacane, ale nie z budżetu partii, a funduszy reprezentacyjnych danych instytucji, w tym przypadku Kancelarii Prezydenta.
- Bezwzględnie ludzie, którzy reprezentują Polskę - Kancelaria Prezydenta, KPRM, ministrowie powinni z takiego funduszu korzystać - stwierdził.
I dodał: - Tutaj jestem absolutnie gorącym zwolennikiem takiego wariantu. Jeśli takich funduszy nie ma, to trzeba tworzyć baypas z funduszy partyjnych.

2013/06/12

Hanna Gronkiewicz-Waltz dała zarobić koledze z PO Dariuszowi Rosatiemu

Prezydent Warszawy wypłaciła partyjnemu koledze, posłowi Dariuszowi Rosatiemu, 3 tys. zł za wygłoszenie wykładu dla miejskich urzędników. - Poseł nie powinien tych pieniędzy przyjąć, miasto nie powinno zapłacić - mówi w rozmowie z "Super Expressem" prof. Antoni Kamiński, ekspert ds. korupcji. Sprawę ujawnił Jarosław Krajewski - radny stołecznego ratusza z ramienia PiS.
Dariusz Rosati otrzymał 3 tys. zł za wygłoszenie wykładu pt. "Kryzys finansowy i jego reperkusje dla sektora budżetowego" dla urzędników miejskich pod koniec września ubiegłego roku. Do umowy między posłem a warszawskim magistratem dotarł Jarosław Krajewski, radny Warszawy z PiS-u.
Jak twierdzi prof. Antoni Kamiński, ekspert ds. korupcji, cena rynkowa wykładów profesorskich to ok. 250-300 zł za godzinę. - Po drugie, to wynagrodzenie dla kolegi partyjnego - mówi "Super Expressowi" i dodaje, że poseł nie powinien przyjąć tych pieniędzy, a Ratusz nie powinien takiej kwoty wypłacać.
Dariusz Rosati był w latach 1995-97 ministrem spraw zagranicznych, członkiem Rady Polityki Pieniężnej (1998–2004), posłem do Parlamentu Europejskiego (2004–2009). Od 2011 roku jest posłem na Sejm RP z ramienia PO. Uchodzi za jednego z najbogatszych polskich polityków.
("Super Express"/KT;TR)

Nadprodukcja wiceministrów. Drugi bezprawnie

Ministrowie finansów i gospodarki w sprytny sposób podwoili sobie liczbę sekretarzy stanu, choć prawo zezwala tylko na jednego - "Rzeczpospolita":
Minister może mieć kilku podsekretarzy stanu, ale tylko jednego sekretarza stanu, który zastępuje ministra - ustawa o Radzie Ministrów jest w tym względzie jednoznaczna. Ale przepis można obejść, kiedy powoła się pełnomocnika rządu w randze sekretarza stanu.
Tak zrobili niespełna dwa miesiące temu minister finansów Jacek Rostowski (PO) i minister gospodarki Janusz Piechociński (PSL) - obaj mają w resorcie drugiego sekretarza stanu. Sekretarz stanu zarabia kilkaset złotych więcej niż podsekretarz stanu, co ważniejsze i nie traci mandatu poselskiego. Kancelaria Premiera zapewnia, że takie podwajanie sekretarzy jest prawnie dopuszczalne.
Okazuje się, że politycy naginają ustawę do własnych potrzeb dzięki ekspertyzie Rady Legislacyjnej sprzed kilku lat, która zezwala w wyjątkowych okolicznościach powołać pełnomocnika w randze sekretarza stanu. Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, nie ma wątpliwości, że co nie jest wprost zabronione, jest dopuszczalne. - A politycy to wykorzystują, choć pytanie, czy powinni - twierdzi.
(mkw;GK)

Jak PiS i PO wydają miliony z budżetu

Najwięcej z partyjnych kas poza pracownikami dostają fundacje i instytuty oraz zaprzyjaźnione agencje PR. Na dalszych pozycjach są też ciekawi ludzie, niektórzy związani z mediami. To zgodne z prawem
Cały tekst przeczytasz w "Polityce Ekstra".

Partie polityczne dostają z budżetu, czyli od podatników, miliony złotych. Kontrola społeczna nad ich wydawaniem jest słaba.

W Państwowej Komisji Wyborczej dostępne są wyciągi bankowe z partyjnych kont, ale na co konkretnie idą te ogromne sumy? W tle pojawiają się spółki zakładane przez zaprzyjaźnione z partiami osoby. Dziś pierwsza część dotycząca partyjnych finansów PO i PiS.

Platforma Obywatelska

PO dostała w zeszłym roku 18 mln zł dotacji. Najwięcej, bo 7 mln zł wydała na wynagrodzenia dla pracowników etatowych i współpracowników.



400 tys. zł od Platformy dostała w 2012 r. fundacja Świat ma sens, założona m.in. przez Witolda Beresia, Krzysztofa Burnetko i Artura Więcka ''Barona''. - Jako fundacja tworzymy spore wydarzenia artystyczne i akcje społeczne, dla których szukamy źródeł finansowania. Były np. takie wydarzenia, w których działaliśmy wspólnie z Instytutem Obywatelskim, a które w części były finansowane przez Platformę - powiedział nam Witold Bereś. Co dokładnie fundacja robiła z PO, tego Bereś nie chce zdradzić, tłumacząc, że obowiązuje go zasada poufności. Krzysztof Burnetko, który też współpracuje z Instytutem Obywatelskim, deklaruje, że czasami pisze jakieś analizy, a dziś już nie jest związany z żadną gazetą.

Ok. 48 tys. zł zarobiła też na PO firma Bereś Baron Media Production. - Jako spółka Bereś i Baron wspieramy PO, doradzając medialnie i współpracując w tworzeniu wizerunku - mówi Bereś.

- To stała współpraca w ramach szeroko pojętego marketingu, takiego kulturowego, kształtującego pewne postawy Polaków - wyjaśnia skarbnik PO Łukasz Pawełek.

Inna fundacja, Za Wolność Naszą i Waszą, dostała ponad 200 tys. zł, a zajmuje się ''programami z zakresu promowania zasad demokracji w Polsce i jej wschodnich sąsiadów''. W radzie fundacji są m.in. Kornel Morawiecki, radykalny opozycjonista z czasów PRL i założyciel Solidarności Walczącej, Stanisław Szuszkiewicz i Aleksander Milinkiewicz, działacze białoruskiej opozycji wobec Łukaszenki. Fundacja organizowała imprezy, np. festiwal niezależnej kultury białoruskiej.

Platforma zlecała też rozmaite projekty medialne i reklamowe. Zlecenia dostały m.in. firmy: 50 tys. zł Cam Media, której jeden ze współwłaścicieli jest dobrym znajomym ministra transportu Sławomira Nowaka; 50 tys. zł DDB Pawła Kastorego i Szymona Gutkowskiego; ponad 1 mln zł dom mediowy Pan Media Western na kampanię telewizyjną, podczas której premier składał bożonarodzeniowe życzenia Polakom.

Sporo - 790 tys. zł - na Platformie zarobiła też ATM - firma produkująca programy telewizyjne i seriale (np. ''Świat według Kiepskich). Dostarczała spoty reklamowe i materiały filmowe. W zarządzie tej firmy zasiada Maciej Grzywaczewski, szef telewizyjnej Jedynki w latach 2004-06.

PO wspierała też swojego byłego posła Roberta Węgrzyna, który wyleciał z PO za niewybredne żarty o lesbijkach. Była to suma rzędu 2 tys. zł.

Na sondaże partia Tuska wydała niewiele. Na ochronę nic, ale trudno się dziwić, czołowi politycy PO mają ochronę od państwa.

Ostatnio niektórzy politycy PO powrócili do starego pomysłu likwidacji finansowania partii z budżetu.
Prawo i Sprawiedliwość

PiS dostało w zeszłym roku niewiele mniej od Platformy - 17 mln zł subwencji z budżetu państwa. I tu najwięcej poszło na wynagrodzenia pracowników - 6,6 mln zł.



Partyjnymi finansami zarządza skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski wraz ze swoją siostrą księgową.
Kostrzewski to szara eminencja PiS. Kojarzona jest z nim fundacja Nowy Kierunek powstała w 2011 r. W jej radzie był Tomasz Pierzchalski, asystent Jarosława Kaczyńskiego i szef biura eurodeputowanych PiS. Prezesem został Bartłomiej Rajchert, także pracownik aparatu PiS i współpracownik Kostrzewskiego.

W zeszłym roku fundacja dostała od PiS co najmniej 500 tys. zł, a sam prezes tej fundacji - bezpośrednio od PiS - pensję rzędu kilku tysięcy złotych. Ponadto jeden przelew dla Rajcherta opiewał na 46 tys. zł.

Na co fundacja wydaje pieniądze? Na jej stronach internetowych czytamy, że wsparła dzieci z Gruzji i Afryki, polsko-węgierski koncert zespołu Karpatia czy wydanie książki Krzysztofa Wyszkowskiego ''Głową w mur''. (...)

Dużą pozycją w wydatkach PiS jest prezes Jarosław Kaczyński. Na jego ochronę partia zapłaciła firmie Grom Group w zeszłym roku ponad 1 mln zł. Kosztowna jest obsługa prawna jego procesów, ale według Kostrzewskiego to zgodne z prawem, bo prezes jest osobnym organem partii. (...)

Na partyjnej liście płac jest też powiązana z PiS spółka Srebrna, która obsługuje centralę telefoniczną na Nowogrodzkiej i dostaje regularne wpłaty rzędu 2 tys. zł.

A ponadto:

* fundacja LUX Veritatis ojca Rydzyka: 20 tys. zł;

* Andrzej Urbański, b. działacz PC, były wiceprezydent Warszawy i prezes TVP: ok. 18 tys. zł;

* prof. Andrzej Zybertowicz z Torunia: kilka tysięcy złotych;

* Stanisław Janecki: ok. 40 tys. zł za obsługę PR i przygotowywanie opracowań dla posłów;

* Radio Wnet Krzysztofa Skowrońskiego, znanego dziennikarza niegdyś Trójki i Radia ZET: 140 tys. zł.

Janecki jako publicysta tygodnika ''Sieci'' nie informuje czytelników o tym, że pracuje także w PiS. Wcześniej mówił jednak publicznie, że dla tej partii nie pracuje. Skowroński mówi, że nie pamięta, za co jego radio wzięło pieniądze.

Cały tekst przeczytasz w "Polityce Ekstra".

Gazeta Wyborcza

Hanna Zdanowska komentuje deklarację Godsona: Szkoda, że zrobił to w Warszawie

Hanna Zdanowska potwierdziła w środę, że zamierza ubiegać się o reelekcję. Wyraziła też zdziwienie, że poseł John Godson zadeklarował chęć udziału w wyborach na prezydenta Łodzi w Warszawie.
Środowe spotkanie z dziennikarzami, Hanna Zdanowska zwołała po deklaracji posła Johna Godsonao chęci wystartowania w wyborach na prezydenta Łodzi, ogłoszonej w ogólnopolskiej telewizji. 
- Zmieniam Łódź, inwestycje w mieście mam zaplanowane do końca drugiej kadencji - powiedziała Hanna Zdanowska. - Wielokrotnie deklarowałam, że zamierzam ubiegać się o reelekcję. Każdy może deklarować decyzję udziału w wyborach. Szkoda tylko, że John Godson zrobił to w Warszawie. 
Dziennik Łódzki