2009/01/19

Walka w Platformie o schedę po Tusku

Między Bronisławem Komorowskim a Zbigniewem Chlebowskim narasta konflikt - dowiedział się DZIENNIK. Przyczyną wojny są ich polityczne ambicje. Obu marzy się stanowisko premiera po Donaldzie Tusku, który już niedługo miałby się przenieść do Pałacu Prezydenckiego.
Chlebowski ma pretensje do Komorowskiego zwłaszcza o sposób prowadzenia obrad Sejmu. Z kolei izolowanego w partii marszałka Sejmu drażni, że przewodniczący klubu PO dyktuje mu, kiedy ma się zajmować określonymi ustawami.
"Chlebowski jako łącznik między rządem a parlamentem narzuca swoje porządki. Komorowski nie może znieść tego, że jemu, drugiej osobie w państwie, szef klubu mówi, co ma robić" - mówi DZIENNIKOWI parlamentarzysta Platformy.
Iskry lecą nawet na sali plenarnej. Kiedy marszałek jest w opinii przewodniczącego zbyt uległy wobec opozycji, Chlebowski wymachuje rękoma i głośno upomina: "Bronek, co ty robisz?". Tak zareagował np., gdy Komorowski wpuścił ponownie na mównicę prezydenckiego ministra Andrzeja Dudę, po tym jak podczas debaty o pomostówkach stwierdził, że premier "zasłania się kobietą w ciąży". Chodziło o wiceminister pracy Agnieszkę Chłoń-Domińczak.
"Komorowski chce sprawiać wrażenie niezależnego marszałka. Daje sobie po prostu wchodzić PiS-owi na głowę, a oni potem jeszcze go krytykują. My na tym tracimy"- twierdzi jeden z naszych rozmówców z władz klubu.
Spięcia były widoczne także przy okazji prac nad ustawą budżetową. "Spierali się ciągle o terminy. Chlebowski się denerwował, że Komorowski opóźnia prace, zwłaszcza że jest jednocześnie szefem komisji finansów" - wspomina jeden z posłów.
Odwrotnie było przy okazji głosowań nad wetami prezydenta. Chlebowski zarzucał Komorowskiemu, że niepotrzebnie przyspiesza. "Marszałek postanowił, że będziemy głosować wszystkie weta naraz. Chlebowski chciał to rozdzielić, bo wiedział, że część przegramy. Liczył na to, że jeszcze przekona Lewicę do poparcia nas" - mówi jeden z polityków PO.
Komorowski miał za złe Chlebowskiemu, że nie było go widać podczas debaty nad odwołaniem marszałka po wniosku PiS. "Siedział w dalszych rzędach, nie zabrał głosu. Nawet nie kazał posłom się licznie stawić, choć PiS było w komplecie" - wylicza polityk z otoczenia Komorowskiego. Jak dodaje, marszałek był też rozgoryczony brakiem silnego wsparcia ze strony klubu, po tym jak PiS zarzucało mu związki z WSI.
Politycy z otoczenia Chlebowskiego twierdzą z kolei, że to Komorowski inspirował tak zwany bunt młodych. Kilkunastu młodych posłów PO zarzucało szefowi klubu, że źle go prowadzi i nie docenia pracy szeregowych parlamentarzystów. "A marszałek ma znakomity kontakt z młodymi" - twierdzi nasz rozmówca.
Konflikty między marszałkami a szefami klubów zdarzały się już w poprzednich kadencjach. "Starcia między Markiem Jurkiem a Przemysławem Gosiewskim źle wpływały na pracę Sejmu i atmosferę w klubie" - wspomina Antoni Mężydło, wcześniej poseł PiS, a obecnie PO. Zaznacza, że między Komorowskim a Chlebowskim tego nie dostrzega.
O dobrej współpracy zapewnia zresztą sam Chlebowski. "Moje relacje z marszałkiem nigdy nie były tak dobre jak teraz, bo mamy dużo kontaktu i stale współdziałamy w Sejmie" - przekonuje. Podobnie wypowiada się rzecznik marszałka Jerzy Smoliński. "Nie ma żadnych problemów we współpracy. Gdyby były, to nie dałoby się tego ukryć w takim miejscu jak Sejm" - podkreśla.
Jednak w PO nie jest tajemnicą, że sejmowe tarcia między nimi są przejawem znacznie poważniejszego konfliktu. "Prawdziwą przyczyną są ich ambicje polityczne" - nie ma wątpliwości polityk PO. "Jeden i drugi chciałby być premierem, a to rodzi naturalną rywalizację" - przyznaje inny z naszych rozmówców.
Chlebowski kilka tygodni temu stwierdził, że nie tylko Grzegorz Schetyna, ale i inni politycy PO mają szansę zastąpić Tuska w fotelu premiera, gdy szef PO będzie ubiegać się o prezydenturę. "W przypadku Chlebowskiego to myślenie życzeniowe" - uważa polityk Platformy. "Z kolei Komorowski usłyszał od Tuska, że może zostać jego następcą, bo premier chce mieć zjednoczone wszystkie grupy w partii. Lider konserwatywnego skrzydła musi mieć poważną perspektywę" - dodaje.
Osoby z otoczenia Komorowskiego uważają, że choć jest on izolowany w partii, funkcja marszałka okaże się dla niego polityczną trampoliną. Z naszych informacji wynika, że Komorowski liczy, iż uda mu się podnieść swoją rangę przy okazji organizacji obchodów 20-lecia niepodległego Sejmu.
Anna Gielewska, PC
Dziennik

Walka w Platformie o schedę po Tusku

Między Bronisławem Komorowskim a Zbigniewem Chlebowskim narasta konflikt - dowiedział się DZIENNIK. Przyczyną wojny są ich polityczne ambicje. Obu marzy się stanowisko premiera po Donaldzie Tusku, który już niedługo miałby się przenieść do Pałacu Prezydenckiego.

Chlebowski ma pretensje do Komorowskiego zwłaszcza o sposób prowadzenia obrad Sejmu. Z kolei izolowanego w partii marszałka Sejmu drażni, że przewodniczący klubu PO dyktuje mu, kiedy ma się zajmować określonymi ustawami.
"Chlebowski jako łącznik między rządem a parlamentem narzuca swoje porządki. Komorowski nie może znieść tego, że jemu, drugiej osobie w państwie, szef klubu mówi, co ma robić" - mówi DZIENNIKOWI parlamentarzysta Platformy.
Iskry lecą nawet na sali plenarnej. Kiedy marszałek jest w opinii przewodniczącego zbyt uległy wobec opozycji, Chlebowski wymachuje rękoma i głośno upomina: "Bronek, co ty robisz?". Tak zareagował np., gdy Komorowski wpuścił ponownie na mównicę prezydenckiego ministra Andrzeja Dudę, po tym jak podczas debaty o pomostówkach stwierdził, że premier "zasłania się kobietą w ciąży". Chodziło o wiceminister pracy Agnieszkę Chłoń-Domińczak.
"Komorowski chce sprawiać wrażenie niezależnego marszałka. Daje sobie po prostu wchodzić PiS-owi na głowę, a oni potem jeszcze go krytykują. My na tym tracimy"- twierdzi jeden z naszych rozmówców z władz klubu.
Spięcia były widoczne także przy okazji prac nad ustawą budżetową. "Spierali się ciągle o terminy. Chlebowski się denerwował, że Komorowski opóźnia prace, zwłaszcza że jest jednocześnie szefem komisji finansów" - wspomina jeden z posłów.
Odwrotnie było przy okazji głosowań nad wetami prezydenta. Chlebowski zarzucał Komorowskiemu, że niepotrzebnie przyspiesza. "Marszałek postanowił, że będziemy głosować wszystkie weta naraz. Chlebowski chciał to rozdzielić, bo wiedział, że część przegramy. Liczył na to, że jeszcze przekona Lewicę do poparcia nas" - mówi jeden z polityków PO.
Komorowski miał za złe Chlebowskiemu, że nie było go widać podczas debaty nad odwołaniem marszałka po wniosku PiS. "Siedział w dalszych rzędach, nie zabrał głosu. Nawet nie kazał posłom się licznie stawić, choć PiS było w komplecie" - wylicza polityk z otoczenia Komorowskiego. Jak dodaje, marszałek był też rozgoryczony brakiem silnego wsparcia ze strony klubu, po tym jak PiS zarzucało mu związki z WSI.
Politycy z otoczenia Chlebowskiego twierdzą z kolei, że to Komorowski inspirował tak zwany bunt młodych. Kilkunastu młodych posłów PO zarzucało szefowi klubu, że źle go prowadzi i nie docenia pracy szeregowych parlamentarzystów. "A marszałek ma znakomity kontakt z młodymi" - twierdzi nasz rozmówca.
Konflikty między marszałkami a szefami klubów zdarzały się już w poprzednich kadencjach. "Starcia między Markiem Jurkiem a Przemysławem Gosiewskim źle wpływały na pracę Sejmu i atmosferę w klubie" - wspomina Antoni Mężydło, wcześniej poseł PiS, a obecnie PO. Zaznacza, że między Komorowskim a Chlebowskim tego nie dostrzega.
O dobrej współpracy zapewnia zresztą sam Chlebowski. "Moje relacje z marszałkiem nigdy nie były tak dobre jak teraz, bo mamy dużo kontaktu i stale współdziałamy w Sejmie" - przekonuje. Podobnie wypowiada się rzecznik marszałka Jerzy Smoliński. "Nie ma żadnych problemów we współpracy. Gdyby były, to nie dałoby się tego ukryć w takim miejscu jak Sejm" - podkreśla.
Jednak w PO nie jest tajemnicą, że sejmowe tarcia między nimi są przejawem znacznie poważniejszego konfliktu. "Prawdziwą przyczyną są ich ambicje polityczne" - nie ma wątpliwości polityk PO. "Jeden i drugi chciałby być premierem, a to rodzi naturalną rywalizację" - przyznaje inny z naszych rozmówców.
Chlebowski kilka tygodni temu stwierdził, że nie tylko Grzegorz Schetyna, ale i inni politycy PO mają szansę zastąpić Tuska w fotelu premiera, gdy szef PO będzie ubiegać się o prezydenturę. "W przypadku Chlebowskiego to myślenie życzeniowe" - uważa polityk Platformy. "Z kolei Komorowski usłyszał od Tuska, że może zostać jego następcą, bo premier chce mieć zjednoczone wszystkie grupy w partii. Lider konserwatywnego skrzydła musi mieć poważną perspektywę" - dodaje.

Osoby z otoczenia Komorowskiego uważają, że choć jest on izolowany w partii, funkcja marszałka okaże się dla niego polityczną trampoliną. Z naszych informacji wynika, że Komorowski liczy, iż uda mu się podnieść swoją rangę przy okazji organizacji obchodów 20-lecia niepodległego Sejmu.
Anna Gielewska, PC

Dziennik

2009/01/18

Jak Hanna-Gronkiewicz-Waltz prywatyzuje Warszawę

Miała być wielka reforma, która zasili budżet miasta dodatkowymi miliardami złotych. Jest awantura i wszystko wskazuje na to, że ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz nie wywiąże się z wyborczych obietnic i żadnej dużej miejskiej firmy nie sprywatyzuje
Po triumfie wyborczym PO wydawało się, że Warszawa doczeka się reform komunalnych firm. Ratusz jest właścicielem wielu miejskich spółek, jak SPEC, wodociągi, MPT, MPO, Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych, Warexpo. To majątek idący w miliardy złotych. Inne miasta już dawno zauważyły, że posiadanie takich firm nie ma sensu. Zarząd prywatny jest z reguły lepszy od publicznego. Prywatyzacja to także pokaźny zastrzyk pieniędzy do budżetu, za które samorządy mogą zrobić to, do czego zostały powołane: budować drogi, przedszkola, doposażać szpitale.
Podwyżek nie będzie
Prawicowa ekipa Lecha Kaczynskiego omijała temat prywatyzacji szerokim łukiem. Zespół Hanny Gronkiewicz-Walt miał za sobą zaplecze partii gospodarczo liberalnej. Wydawało się, że dzięki prywatyzacji będzie mógł pochwalić się przed wyborcami ekstra dochodami budżetu i rozwiązaniem problemu, którego bali się poprzednicy.
Jednak po przeszło dwóch latach od wyborów samorządowych prywatyzacja pozostaje niespełnioną obietnicą. Do dziś ekipa prezydent Warszawy przedstawiła tylko jeden poważny projekt - podczas ostatniej sesji Rady Warszawy zaproponowała sprzedaż SPEC. Na obrady zjechali przeciwni zmianom ciepłownicy pod wodzą związkowców z "S". Gwizdali na radnych PO, zaprzysięgali zemstę podczas wyborów, oskarżali o korupcję. Opozycyjny PiS triumfował. Ale co ważniejsze, ze zdecydowanym sprzeciwem wystąpiła koalicyjna lewica, więc projekt przepadł.
Wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak zapewnia, że się nie podda. I znów podda
projekt pod głosowanie. - Podwyżka czynszów komunalnych też przeszła dopiero za drugim razem, bo przekonaliśmy kilku radnych - przypomina.
Ratusz przekonuje, że prywatyzacja SPEC to również zdroworozsądkowe rozwiązanie. Miasto wzbogaci się o co najmniej 500 mln zł, załoga dostanie prawo do 15 proc., akcji, a prywatny właściciel zainwestuje w spółkę swoje pieniądze.
Wiceprezydent Kochaniak: - Mówi się, że prywatyzacja SPEC oznacza wzrost cen za ciepło. Nonsens! One są wyznaczane przez państwo Prywatyzacja SPEC ma się więc do tego nijak.
Monopol zawsze groźny
Jednak prywatyzacja SPEC w kształcie forsowanym przez ratusz niepokoi nawet ekspertów o liberalnych przekonaniach. - Sprzedając tę społkę w całości, monopol państwowy zamieniamy w w prywatny - mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Jego zdaniem SPEC trzeba przed prywatyzacją podzielić. - Nie da się pokroić sieci cieplnej, ale można wydzielić spółki zajmujące się inwestycjami czy remontami.
Ratusz nie potrafi też wytłumaczyć, dlaczego chce w całości sprzedać jedną z nielicznych spółek o strategicznym znaczeniu. - Po prywatyzacji Stoenu doszło w Warszawie do poważnych awarii prądu. Stanęło metro, szpitale musiały pracować na agregatach. Jak sprzedamy SPEC, prywatny właściciel też będzie miał nas w nosie - ostrzegają politycy SLD.
Dlaczego zatem prywatyzacja ma się zacząć od strategicznego monopolisty? Na to pytanie nikt w otoczeniu prezydent Warszawy nie daje jasnej odpowiedzi. Opozycja wskazuje na polityków koalicji PO-Lewica lub ich rodzin zatrudnionych w zarządach i radach nadzorczych małych i średnich firm miejskich. Prywatyzacja oznaczałaby likwidację tych synekur.
Wiceprezydent Kochaniak ujawnia jedynie, że na jego tajnej liście spółek przeznaczonych do prywatyzacji jest dziesięć pozycji. Kłopot w tym, że wybory samorządowe są już w przyszłym roku, a na razie nie dostał zgody na żadną transakcję. I zapewne już jej nie uzyska, bo niepopularne decyzje trzeba podejmować na początku kadencji, gdy radni myślą o rozwiązywaniu problemów, a nie zachowaniu swojego mandatu.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Jan Fusiecki

2009/01/16

A ciepło i tak droższe?

Nie ma zgody Rady Warszawy na prywatyzację SPEC. Na razie. Sprzedaż tej wielkiej miejskiej spółki zablokowali radni PiS i Lewicy. Ale niezależnie od tego, czy firmę przejmie prywatny inwestor, czy nie, ceny za ciepło będą rosły.
Czy mieszkańcy stolicy powinni już łapać się za portfele i obawiać się podwyżek cen ciepła? Ratusz – mimo porażki na sesji Rady Warszawy – nie wycofuje się z planów prywatyzacji, której boją się i radni, i sami pracownicy SPEC. Koronny argument: groźba wzrostu opłat za ogrzewanie.
– To nieuzasadnione emocje. Taryfy za ciepło i tak prawdopodobnie będą nieznacznie rosły w kolejnych latach, niezależnie od tego, czy prywatyzacja SPEC dojdzie do skutku. Taka jest tendencja w wielu innych miastach. I ceny nie mają związku z właścicielem firmy – mówi wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak.
Wszędzie drożej
Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie posiada dane m.in. z Wrocławia, Krakowa czy Łodzi, które już sprywatyzowały ciepło. – Nie było przypadków, by prywatni właściciele gwałtownie decydowali się na podwyżki. Taryfy rosną systematycznie, niezależnie od tego, czy to prywatne, czy państwowe przedsiębiorstwo – mówi prezes Izby Jacek Szymczak.
Poza Warszawą średnia taryfa za ciepło wzrosła przez pięć lat (2003 – 2007) średnio od 7 do 19 proc. A w stolicy w tym czasie... o 0,95 proc. – Ale to nie zasługa świetnego prowadzenia SPEC, a efekt tego, że przez kilka lat Urząd Regulacji Energetyki odrzucał wnioski warszawskiej firmy o podwyżki, ponieważ były słabo uzasadnione. Stolica wkrótce dorówna zatem tendencji w innych miastach – mówi wiceprezydent Kochaniak. SPEC zamierza zainwestować do 2012 roku ponad miliard złotych w wymianę rur i unowocześnienie infrastruktury. To pomoże uzasadnić podwyżki.
– Czy prywatny właściciel by tak inwestował? Gdyby był to np. Vattenfall (dziś właściciel STOEN), mógłby manipulować kosztami między spółką dostarczającą prąd a ciepłem i w ten sposób wymuszać od mieszkańców jeszcze wyższe opłaty – tłumaczy szef związku w SPEC Witold Sopel.
Porażka Platformy
Blisko 100 związkowców obserwowało wczoraj dyskusję w Radzie Warszawy nad prywatyzacją ich firmy.
– Złodzieje! Złodzieje! – krzyczeli w stronę radnych PO (zwolenników prywatyzacji). Kilka godzin później skandowali: „Dziękujemy!” do przeciwnych sprzedaży SPEC rajców z PiS i SLD. Bo ci wygrali wczorajszy bój. 26 radnych było za prywatyzacją, 28 przeciwko niej.
Platformie zabrakło głosów do przeforsowania projektu, bo dwie radne wyjechały poza Warszawę, a jedna – ściągnięta na sesję mimo 40-stopniowej gorączki – po przyjeździe zasłabła i w decydującym głosowaniu też nie wzięła udziału.
Ale to nie koniec. Już chwilę po porażce wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak i szef PO w Radzie Warszawy Marcin Kierwiński zapowiedzieli, że do sprawy sprzedaży SPEC jeszcze wrócą. Urzędnicy planują już kolejne spotkania, by namawiać radnych do zgody na sprzedaż SPEC.
– Dziwi ta desperacja kolegów z PO. My zdania nie zmienimy – deklaruje twardo szef SLD Tomasz Sybilski.
A władze przytaczają argument finansowy – pieniądze ze sprzedaży spółki miały iść na inwestycje. – Niech więc teraz Lewica i PiS powiedzą, z jakiej budowy zrezygnować, jeśli nie będzie co najmniej pół miliarda zł.
Wiceprezydent obrażony
Hanna Gronkiewicz-Waltz o wyniku głosowania w sprawie SPEC dowiedziała się przez telefon. Na sesji się nie pojawiła, choć miała to być jedna z najważniejszych decyzji w tej kadencji. W jej imieniu występował wiceprezydent Kochaniak. Radni Lewicy i PiS krytykowali m.in. system prywatyzacji, który zakłada, że muszą zdecydować „w ciemno”. A cenę, za jaką ratusz sprzeda SPEC, poznaliby dopiero po podpisaniu umowy z inwestorem. – Mamy dać kredyt zaufania. A ja prezydentowi nie ufam za grosz – grzmiał Bartosz Dominiak (SdPl).
– Jedyne, co się do tej pory sprawdziło ze słów wiceprezydenta, to cena za sprzedaż Legii. Przewidział ją dużo przed rozstrzygnięciem przetargu na stadion – wytykał Andrzej Golimont (SLD). Groził prezydentowi CBA. – Nie zostawię tego tak. To zniesławienie. Rozważę podanie radnego do sądu – zapowiedział wiceprezydent.
Życie Warszawy
Iza Kraj

2009/01/15

Była żona Palikota interweniuje u Donalda Tuska

Maria Nowińska, była żona Janusza Palikota, napisała list do premiera w sprawie domniemanego zainwestowania jej pieniędzy w przedsięwzięcia polityczne Platformy Obywatelskiej – informuje Kurier Lubelski w swoim serwisie internetowym.
Maria Nowińska twierdzi, że jej były mąż i premier Donald Tusk są "silnie powiązani". W jej opinii, Janusz Palikot jest nieformalnym "kasjerem PO".
Nowińska domaga się od byłego męża zwrotu 40 milionów złotych. Jak twierdzi, tyle właśnie pieniędzy straciła przez działania Palikota, który przed ich rozwodem w 2005 roku miał wyprowadzić część wspólnych pieniędzy za granicę.Była żona Palikota domaga się odpowiedzi na pytanie, czy to jej pieniądze zostały wykorzystane m.in. na "promocję książki »Solidarność i duma« oraz na inne działania partii" – czytamy w serwisie kurierlubelski.pl.Pełnomocnikiem Nowińskiej jest Roman Giertych.
tvn24

Krzyki, przekleństwa, szarpanina. PO przegrało sprawę SPEC!

Na radzie miasta puszczają nerwy. Handlarze z KDT otoczyli rzecznika ratusza Tomasza Andryszczyka. Oswobodziła go dopiero straż miejska. Atmosferę podgrzewają dodatkowo sami radni: - Odp.... się od majątku miasta! - krzyczał podczas debaty o prywatyzacji SPECu radny Andrzej Golimont. Po nie udało się przeforsować projektu prywatyzacji SPECu. Za głosowało 26 radnych, a 28 było przeciw.
Na sali obrad tłumy. Protestuje około 300 związkowców ze SPECu. Nie chcą prywatyzacji spółki w której pracują, bo boją się o swoje posady. Podczas wystąpienia wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Jakubiaka, który tłumaczył, że prywatyzacja będzie korzystna, krzyczeli: - Bzdura! Gdzie obietnice wyborcze?!
Nerwy puszczają również radnym
- Odp.... się od majątku miasta! - klął z mównicy radny Golimont. - Miasto chce sprzedać SPEC za 500 tysięcy? To my z kolegami z SLD zrobimy zbiórkę i dorzucimy jeszcze 50 - ironizował, przekonując, że spółka ma zostać oddana za bezcen.
PO szuka głosów
Według PO SPEC trzeba sprzedać, bo miasto na nim nie zarabia, a potrzebne są pieniądze. Jak dowiedział się portal tvnwarszawa.pl w trakcie sesji Platforma zorientowała się jednak, że do przegłosowania prywatyzacji brakuje im dwóch głosów. Zarządzono przerwę, żeby ściągnąć brakujących radnych na obrady.
KDT czeka - handlarze otoczyli rzecznika
Na sali na swoją kolej cały czas czeka też prawie dwustu handlarzy z KDT. Rada ma jeszcze dziś dyskutować o przedłużającym się problemie z handlarzami, którzy, mimo, że wygasła im umowa, nie chcą opuścić pl. Defilad. Handlarze nie czekają jednak spokojnie. Doszło do szarpaniny pomiędzy nimi a rzecznikiem prasowym ratusza, Tomaszem Andryszczykiem. Musiała interweniować straż miejska.
Przepychanki już na wejściu
Część z protestujących nie mogła wejść rano na salę, bo zatrzymali ich strażnicy miejscy. Po interwencji Bartosza Dominiaka (SdPL) drzwi znów zostały otwarte.
Białą księgą w KDT
Kupcy zarzucają ratuszowi, że wbrew obietnicom wyborczym zerwał z nimi negocjację i nie przedłużył umowy. Ratusz tłumaczy, że negocjacje zostały zerwane, bo handlarze m.in. nie przedstawili gwarancji bankowych. KDT przekonywało, że to nieprawda. Żeby udowodnić, że racja jest po jego stronie, ratusz umieścił w internecie tzw. białą księgę KDT. To historia dokumentów dotyczących Spółki KDT i negocjacji miejskich urzędników z kupcami.
Od dziś dostępna jest również w wersji papierowej w Biurze Gospodarki Nieruchomościami na Placu Starynkiewicza 7/9.
Sprawy ursynowskiej ciąg dalszyW sporach o SPEC i KDT ginie gdzieś sprawa odwołania burmistrza Ursynowa. PiS zapowiedziało, że wniosek o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia w tej sprawie złoży pod koniec sesji. Opozycja uważa, że powinien zostać odwołany, bo dzielnica straciła przez niego ponad 70 mln zł nie domagając się odszkodowania za opóźnienie w budowie hali sportowej, pisaliśmy we wtorek i w środę.

Prezydent zastąpiła minister zdrowia

Od wczoraj Hanna Gronkiewicz-Waltz pełni nową funkcję polityczną w Platformie Obywatelskiej. Została p.o. szefową partii na Mazowszu
O przyjęcie tej funkcji w partii poprosił ją Donald Tusk. A ona miała stwierdzić: „Premierowi się nie odmawia”.
Dotychczas regionem kierowała Ewa Kopacz. Jednak jako minister zdrowia nie miała głowy do spraw organizacyjnych w partii. Musiała zrezygnować, bo w PO zaczął obowiązywać zakaz łączenia funkcji ministerialnych z kierowaniem partią w regionie.
Naturalnym następcą Kopacz wydawał się jej zastępca poseł Andrzej Halicki, ale oboje nie darzyli się sympatią. Halicki konsekwentnie walczył o wpływy w partii i budował swoją pozycję. W październiku ubiegłego roku jego zwolennicy niespodziewanie doprowadzili do przewrotu we władzach regionu. Jednak wówczas szefem Mazowsza Halicki był zaledwie... jeden dzień. Nazajutrz wynik głosowania unieważnił Donald Tusk i przywrócił Ewę Kopacz.
Teraz Kopacz zapowiedziała ponoć premierowi: „Po mnie może być każdy, byle nie Halicki“. Wybór padł na Gronkiewicz-Waltz.
– Halicki i jego zwolennicy próbowali zerwać kworum podczas spotkania, ale im się nie udało. Ostatecznie za Gronkiewicz-Waltz głosowało 11 z 13 osób na sali – mówił nam wczoraj wieczorem jeden z polityków PO.
Prezydent Warszawy jest więc teraz jednocześnie w kierownictwie krajowym Platformy (jako wiceprezes partii) i kierownictwie Mazowsza. Czy to nie za dużo? – To tylko funkcja prestiżowa, od czarnej roboty będzie miała współpracowników – mówią w PO. Sekretarzem regionu ma zostać jej bliski współpracownik w ratuszu Jarosław Jóźwiak, wiceszef gabinetu prezydent. Nowa szefowa mazowieckiej Platformy ma pełnić tę funkcję co najmniej rok, do zjazdu regionalnego partii.
—ikr
Życie Warszawy

Ursynowska hala do rozliczeń

Do listy instytucji, które mają prześwietlić ursynowski urząd, dołączyły wczoraj CBA, biuro kontroli wewnętrznej ratusza oraz antykorupcyjny urząd Julii Pitery. To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy, jak miasto straciło szansę na wyegzekwowanie gigantycznych kar umownych od nierzetelnego wykonawcy hali przy ul. Pileckiego
Chodzi o halę przy zbiegu Hirszfelda i Pileckiego, którą postawił Mostostal-Export. Z dwuletnim opóźnieniem, za co zgodnie z kontraktem powinien zapłacić miastu blisko 74 mln zł kary.
Nie dał nic, bo obecne władze dzielnicy w 2007 r. zgodziły się na zawieszenie postępowania sądowego. I złożyły wniosek o jego wznowienie dopiero po półtora roku, gdy sprawa się przedawniła.
- Zachowanie zdominowanego przez PO ursynowskiego urzędu było kabaretowe. Najpierw zawiesił postępowanie, bo wziął na serio pretensje PiS, który snuł teorie, jakoby polityk PO Hanna Gronkiewicz-Waltz straciła urząd przez niezłożenie oświadczeń majątkowych. A potem przegapił termin - mówi Sebastian Kozłowski, szef warszawskiego SdPl.
Ale ujmuje też sprawę poważnie: - Tak wielkiej niegospodarności nie było dotąd w warszawskim samorządzie. Dlatego moja partia złożyła wniosek o przeprowadzenie kontroli wewnętrznej w ursynowskim ratuszu.Wczoraj złożone głównie z byłych samorządowców stowarzyszenie Obywatele dla Warszawy dopatrzyło się w postawie ursynowskiego urzędu karalnego niedopełnienia obowiązków i zawiadomiło prokuraturę. Wczoraj na specjalnie zwołanej konferencji warszawski PiS oświadczył, że wystąpił o kontrolę do CBA i Julii Pitery, minister ds. walki z korupcją.Dlaczego PiS dopiero po artykule w Gazecie Stołecznej zorientował się, że Ursynów zaniedbał proces z Mostostalem-Export? - pytali dziennikarze. - Tę sprawę badałam w poprzedniej kadencji i poszła do sądu. Prawników kontroluje już zarząd dzielnicy. My na to wpływu nie mamy - mówiła Katarzyna Polak, ursynowska radna PiS. - Jeśli burmistrz Ursynowa Tomasz Mencina (PO) ma honor, powinien zrezygnować. Jeśli tego nie zrobi, złożymy wniosek o jego odwołanie - dodała.
Ma on szansę powodzenia, bo postawą burmistrza jest oburzony Nasz Ursynów, drugi co do wielkości klub w radzie dzielnicy- Najpierw zażądamy dokumentów, ale jest jasne, że Mencina powinien odejść. Straty miasta są ewidentne, tak jak zyski Mostostalu-Export, którego akcje po umorzeniu sprawy wzrosły o blisko 10 proc. - mówi Piotr Guział, lider Naszego Ursynowa.
Po artykule w "Stołecznej" radni Naszego Ursynowa dowiedzieli się, że Mostostal miał swojego człowieka w ursynowskiej radzie. Był nim Henryk Bęben, wieloletni radny SLD (działającego tu w koalicji z PO), który w latach 1999-2003 r. pracował jako doradca zarządu w Mostostalu-Export. Właśnie w tym czasie Mostostal dostał kontrakt na budowę hali przy Pileckiego.
- Radny nie powinien jednocześnie pracować dla wykonawcy dużej inwestycji na swoim terenie wyborczym. To rodzi sytuację konfliktu interesów - mówi Piotr Guział.
Jan Fusiecki
Gazeta Stołeczna

Wstyd nam będzie za ulicę Tybetańską

Komentarz w sprawie sporu, czy rondu nadać nazwę Wolnego Tybetu
Nie trzeba być profesorem, by zrozumieć, na czym polega różnica między ulicą Tybetańską i rondem Wolnego Tybetu. Ta druga nazwa jest deklaracją solidarności z walką Tybetańczyków o wolność. Dlaczego poważni ludzie, z profesorskimi tytułami odstawiają żałosny spektakl, szukając pretekstów, by do takiej deklaracji nie dopuścić - nie wiem. Tym bardziej że nic innego nie robimy w Polsce od wielu lat, tylko zmieniamy nazwy ulic z komunistycznych na demokratyczne, z lewicowych na prawicowe, z laickich na katolickie. W takiej polityczno-martyrologicznej aurze nazewniczej "skwerek Berek" staje się wydarzeniem.
Nadanie nazwy "rondo Wolnego Tybetu" jest aktem czysto politycznym. Tak naprawdę filologiczno-historyczny Zespół Nazewnictwa nic do tego nie ma i niepotrzebnie wymyśla jakieś bzdury. Od polityki są Radni.
Radnym zaś chciałem przypomnieć, że w tym roku będziemy obchodzili 20. rocznicę odzyskania niepodległości przez niewielki europejski kraj - Polskę. Zanim jeszcze wszyscy zaczniemy wypinać z dumą piersi i wspominać, jak dzielnie walczyliśmy o wyzwolenie spod dominacji jednego z mocarstw, uczyńmy drobny gest wobec innego małego kraju, wysoko w górach, zniewolonego przez mocarstwo.
Inaczej wstyd będzie cieszyć się z naszej odzyskanej wolności.
Seweryn Blumsztajn
Gazeta Stołeczna

Psychologiczna wojna ratusza z kupcami z KDT

Urzędnicy ujawnili wszystkie dokumenty dotyczącej negocjacji i sporów z kupcami z pl. Defilad. "Białą księgę" można przeglądać od jutra w Biurze Gospodarki Nieruchomościami przy pl. Starynkiewicza 7/9 .
"Biała księga" to opasły segregator wypełniony dokumentami zbieranymi od 1999 r. aż do ostatniego poniedziałku. Jest tam korespondencja, dokumenty, opinie prawne dotyczące nie tylko rozmów KDT z ratuszem, ale również z Miejskim Przedsiębiorstwem Robót Ogrodniczych, które miało wybudować dom towarowy dla handlujących na pl. Defilad. - Zależy nam na pełnej transparentności i wyprostowaniu wszelkich przekłamań - zaznacza Marcin Bajko, dyrektor BGN. Dlatego każdy z warszawiaków będzie mógł zajrzeć do segregatora: od jutra będzie wyłożony na parterze biura przy pl. Starynkiewicza 7/9.
A od rana całość dokumentów będzie można też znaleźć w internecie na www.um.warszawa.pl. Dlaczego ratusz zdecydował się ujawnić dokumenty? Może chodzić o wojnę psychologiczną: od początku stycznia nasila się konflikt między urzędnikami a KDT. "Kadeci" nie chcą zamknąć hali na pl. Defilad mimo wygaśnięcia umowy dzierżawy terenu wraz z początkiem roku. Ratusz już dwukrotnie monitował kupców, nakazując zamknięcie hali i oferując przeniesienie części kupców do hali Gwardii. 2 lutego chce to zrobić komisyjnie.
Kupcy nie poddają się, choć we wtorek pierwszych kilku z nich zgłosiło się do ratusza po obiecane przez urzędników lokale użytkowe. - Chcemy też pokazać intencje drugiej strony - mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik ratusza. Chodzi o trzy pozwy sądowe, które w poniedziałek dotarły do ratusza. Okazało się, że prowadząc ostatnie negocjacje z miastem kupcy szykowali się na ostateczne zwarcie. Wynajęli znaną kancelarię prawną, która w pozwach domaga się od miasta m.in. 30 mln zł za opuszczenie hali. To koszty prac projektowych, budowlanych, a nawet obsługi marketingowej (KDT w swojej obronie wykupiło na mieście billboardy i spoty radiowe). Kupcy chcą wezwać do sądu aż 19 świadków, wśród nich dawnego p.o. prezydenta stolicy Kazimierza Marcinkiewicza i Michała Borowskiego. - Zarzucają nam nielojalne prowadzenie negocjacji. Tego nie rozumiem - mówi Bajko. I zapowiada, że miasto zażąda od KDT zwrotu pieniędzy za bezumowne korzystanie z gruntu - ok. 400 tys. zł za miesiąc.
Gazeta Stołeczna
Grzegorz Lisicki