Rzecznik, doradca, asystent i wierny uczeń. Sławomir Nowak błyszczy światłem odbitym od Donalda Tuska. Błyszczy, że aż oczy bolą.
Włączasz telewizor, a tam Sławomir Nowak. Chcesz słuchać radia, a tu znów Sławomir Nowak. Zaglądasz do gazety i od razu dowiadujesz się, co powiedział wczoraj Sławomir Nowak. Jest rzecznikiem rządu (nieformalnym, bo oficjalnie takiej funkcji nie ma), komentatorem wydarzeń, strategiem ekipy PO. Zwyciężył w tym roku w internetowym plebiscycie na najprzystojniejszego polityka. Zawsze z idealnie przystrzyżonymi włosami, w garniturach spod igły. Potrafi czarować uśmiechem, ale – jak mówią posłowie PO – bywa też naburmuszony, opryskliwy, nieprzyjemny. Świetnie wypada i w radiu, i w telewizji. Ideal-ny gość do szybkiego wywiadu, bo zna się chyba na wszystkim.
Nawet na kastrowaniu pedofili i kinematografii. Gdy dwaj historycy z Trójmiasta oskarżyli twórcę filmu o Westerplatte, że przeinacza fakty, Nowak już był na posterunku: – Scenariusz nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. To fikcja literacka, która w dodatku uderza w godność i honor polskich żołnierzy – oświadczył bez czytania scenariusza. Zresztą w temacie Westerplatte Nowak czuje się znakomicie. Właśnie został pełnomocnikiem rządu do sprawy budowy muzeum upamiętniającego jego obronę. Budowę Nowak zaczął od wyboru dyrektora muzeum. Jakiś konkurs? Skądże. Dyrektorem ma zostać Maciej Krupa, 28 lat, absolwent zarządzania, miłośnik licznych sportów, którego doświadczenie zawodowe jest takie, że przez cztery lata kierował biurem poselskim Sławomira Nowaka. – Muszę mieć na tym stanowisku kogoś zaufanego – oświadczył bez żenady Nowak.
Kroi wizerunek
Prywatnie – szczęśliwy mąż, ojciec sześcioletniej córki i dwuletniego syna. Gdańszczanin z urodzenia, dwa lata temu kupił na kredyt 130-metrowe mieszkanie. Rodzinę widuje tylko w weekendy. W tygodniu mieszka w służbowym, rządowym mieszkaniu.
Służbowo bowiem jest szefem gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska, czyli przewodniczy jego doradcom. Gabinet polityczny nie ma żadnej formalnej władzy, głównie zajmuje się organizowaniem pracy premiera. W jego skład, oprócz Nowaka, wchodzi 10 osób. To młodzi ludzie bez większego doświadczenia zawodowego, na przykład niespełna 30-letni Anna Olszewska i Łukasz Broniewski, którzy ostatnio pracowali w biurze poselskim Donalda Tuska. Tomasz Słodowski ma 27 lat i pracował w biurze Sławomira Nowaka. Zaledwie 21 lat ma Karolina Kleszcz, dla której kancelaria premiera to pierwsza praca. Inna 21-latka Aleksandra Jampolska ma za sobą pracę w klubie parlamentarnym PO. Aż pięciu członków gabinetu przed objęciem rządowej posady nie było nigdzie zatrudnionych.
– Jasno więc widać, że cały gabinet polityczny to właściwie Sławomir Nowak. Wszyscy też wiedzą, że po Tusku i Grzegorzu Schetynie Nowak jest w rządzie numerem trzy – opowiada polityk PO. „Tak czy owak Sławek Nowak” – to dość popularne wśród posłów PO powiedzonko ma solidne podstawy. Nowak odpowiada za kadry, za wizerunek medialny premiera i całego rządu.
Ale przede wszystkim kreuje samego siebie – jako silnego polityka, który, gdy mu ktoś na odcisk nadepnie, to odda tak, żeby bolało. Ciosy muszą być przy tym szalenie oryginalne. O Jacku Kurskim: „Bulterier, który miał gryźć innych, ugryzł swojego pana. Moja życzliwa rada – sprawdzić, czy był szczepiony”. O prezydencie Kaczyńskim: „To jest w Europie niespotykana sytuacja, w której ktoś się dobija, ktoś podskakuje, na scenie politycznej krzyczy: mnie weźcie – tak jak w »Shreku«”. Ostro jak na swoje 34 lata.
Wykopał sobie fotel
Ale przecież doświadczenie w polityce Nowak zbiera już od lat. W 1989 roku jako uczeń pierwszej klasy liceum w Gdańsku pomagał rozklejać plakaty i rozdawać ulotki kandydatów Solidarności w wyborach do Sejmu i Senatu. Rodzice młodego Sławka sami byli aktywnymi działaczami związku.
W 1993 roku jako świeżo upieczony student stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Gdańskiego Nowak wstąpił do Kongresu Liberalno-Demokratycznego – macierzystej partii Donalda Tuska.
Gdański działacz KLD z tamtego okresu: – Szczerze? Nic nie zapowiadało takiej kariery. To był taki chudziutki cherubinek. Skryty, małomówny, jakby wystraszony. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak się przebije. Ale w piłkę grał dobrze, fakt.
Nowak w swoim oficjalnym życiorysie: „Religią panującą w PO jest piłka nożna. Co tydzień gram z moimi przyjaciółmi w piłkę w Gdańsku, a w czasie obrad Sejmu kopiemy piłkę z posłami PO w Warszawie”.
To właśnie na piłkarskim boisku powstała na początku lat 90. drużyna, która kilka lat później będzie trzonem PO: Maciej Płażyński, Krzysztof Pusz, Jacek Karnowski (obecny prezydent Sopotu), bracia Rybiccy, Paweł Adamowicz, Janusz Lewandowski, Tomasz Arabski, Jan Krzysztof Bielecki. A przede wszystkim środkowy napastnik Donald Tusk. – Mam wrażenie, że Donalda Tuska znam od zawsze – opowiada teraz Nowak.
Niestety, dobra gra w piłkę nie przekłada się liberałom na sukcesy w polityce. W 1993 roku KLD przegrywa wybory parlamentarne. Przed całkowitym rozpadem partię ratuje małżeństwo z potężną wówczas Unią Demokratyczną. Powstaje nowe ugrupowanie – Unia Wolności. Sławomir Nowak ma stworzyć trójmiejski oddział organizacji młodzieżowej nowej partii – Stowarzyszenie „Młodzi Demokraci”. W liczącej osiem tysięcy członków młodzieżówce żmudnie pnie się po szczeblach kariery, by w 1998 roku zostać wybranym na jej ogólnopolskiego szefa.
Dostał fotel dzięki poparciu ludzi związanych z Pawłem Piskorskim, wówczas czołowym działaczem UW młodego pokolenia. W tamtym czasie Piskorski z Nowakiem szczerze się przyjaźnili. Dziś Piskorski mówi o nim źle. – To człowiek dwulicowy. Byliśmy blisko, a on mnie zdradził. Był jednym z tych, którzy doprowadzili do usunięcia mnie z partii – twierdzi były prezydent Warszawy relegowany z PO przed dwoma laty.
Także w 1998 roku Nowak startował w wyborach samorządowych do rady gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz. Mimo że jego kampania wyborcza toczyła się z rozmachem, dostał tysiąc głosów i do rady nie wszedł.
Kampania z kieszeni
Podobno także dzięki protekcji Piskorskiego Nowak trafił w 2002 roku do zarządu Radia Gdańsk. Trafił, bo SLD, PO oraz PSL zawarły cichą koalicję w mediach publicznych, dzięki czemu mogły obsadzać kierownicze stanowiska. W radiu Nowakowi podlegała technika (nadajniki, wozy transmisyjne, sprzęt reporterów) oraz reklama. Zarabiał przy tym całkiem nieźle. W 2003 roku jego pensje brutto wyniosły w sumie 162 tysięcy złotych (informacja za oświadczeniem majątkowym). – Nie miałem żadnego wpływu na kształt programu. Nie było więc mowy o jakichkolwiek politycznych wpływach – zapewniał kilkakrotnie.
Zanim stał się radiowcem, prowadził własny biznes – praca w młodzieżówce nie wiązała się przecież z żadnymi większymi pieniędzmi. Dlatego jeszcze na początku lat 90. założył agencję reklamową Signum Promotion. Zajmowała się ona produkcją wszelkiego rodzaju gadżetów, plakatów, banerów, a reklamowała się hasłem „Pomysły budują potęgę”.
Jakie pomysły? Wchodząc do zarządu radia, Nowak przepisał firmę na swoją matkę (takie są przepisy). Formalnie nie miał już z agencją nic wspólnego. Tylko dziwnym zbiegiem okoliczności firma zaczęła produkować materiały reklamowe dla PO podczas kilku kampanii wyborczych. Największe zlecenia dostała podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku. Signum Promotion inkasowała za to dziesiątki tysięcy złotych. A przecież w Polsce partie polityczne są finansowane z kieszeni podatników. Gdy latem 2006 roku sprawę opisali dziennikarze, Nowak napisał do autorów list, w którym zarzucił im, że są tendencyjni oraz że tak napisali swój artykuł, by on nie mógł im wysłać sprostowania. Państwowa Komisja Wyborcza, która bada finanse partii politycznych, nie dopatrzyła się w całej sprawie żadnych nieprawidłowości.
W dorosłej polityce Nowak początkowo nie miał tyle szczęścia, ile w biznesie. Gdy w roku 2000 Unia Wolności się rozpadła, a z jej części powstała Platforma Obywatelska, młodzieżówka UW pod kierownictwem Nowaka niemal w całości przeszła do partii tworzonej przez Tuska, Płażyńskiego i Olechowskiego. – Dla rodzącej się Platformy to był bardzo ważny gest: młodzi wybrali PO, a w UW zostali tylko staruszkowie bez przyszłości. Tusk był za to Nowakowi autentycznie wdzięczny – opowiada prominentny poseł PO.
Lojalność została nagrodzona – w wyborach parlamentarnych 2001 roku Sławomir Nowak dostał miejsce na liście w okręgu gdańskim. Jednak i tym razem osiągnął słaby wynik – 2,1 tysiąca zdobytych głosów okazało się zbyt mało, by zasiąść w ławach poselskich.
Polityczna fortuna uśmiechnęła się dopiero w 2004 roku. Do Parlamentu Europejskiego wchodzi Janusz Lewandowski, krajowy poseł PO z listy w Gdańsku. Zgodnie w ordynacją wyborczą jego miejsce ma zająć kolejny kandydat z tej samej listy. Ale Aleksander Hall odmawia, bo chce wycofać się z polityki. Leszek Czarnobaj też nie chce, bo tymczasem został starostą kwidzyńskim. Z kolei Zenon Odya dobrze się czuje w fotelu prezydenta Tczewa. I tak bocznymi drzwiami na Wiejskiej pojawia się Sławomir Nowak – numer 5 na liście wyborczej. Przechodzi wprost z zarządu Radia Gdańsk.
To prawdziwa trampolina. Nowak nie jest może tytanem pracy parlamentarnej (zasiada w komisjach regulaminowej oraz obrony narodowej, lecz nie przewodniczy żadnej z nich), ale wreszcie może być blisko Donalda Tuska, swojego politycznego patrona. Jest jak jego cień. Nie ma publicznego wystąpienia szefa PO, na którym gdzieś w pobliżu nie byłoby Sławomira Nowaka.
Mamy już rok 2005. Donald Tusk idzie po prezydenturę, a z billboardów uśmiecha się premier z Krakowa. Nowak, obok Mirosława Drzewieckiego (obecnie ministra sportu) i Jacka Protasiewicza, jest jednym z najważniejszych animatorów obydwu kampanii wyborczych. I znów pech – spindoktorzy PiS okazują się skuteczniejsi. PO przez kolejne dwa lata musi tkwić w opozycji. – W pierwszych dniach po wyborach Nowak był tym autentycznie załamany – mówi jeden z naszych rozmówców. Jednakże znakomicie wykorzystał czas koalicji PiS–LPR–Samoobrona. Konferencja prasowa goniła konferencję, wywiady, wystąpienia, błyski fleszy. W ubiegłorocznych wyborach Nowak zdobył 66 tysięcy głosów. To więcej, niż dostał szalenie popularny w Gdańsku Maciej Płażyński.
Ambicje w szeregu
Jesienią 2007 roku Platforma w cuglach wygrywa wybory. Sławomir Nowak jest pewniakiem na ważne stanowisko w kancelarii premiera Tuska. Dziennikarze typują go nawet na jej szefa. Ostatecznie szefem kancelarii zostaje Tomasz Arabski, były redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”, a Nowak dostaje fotel szefa gabinetu politycznego premiera. Co wpłynęło na taki wybór? Donald Tusk nigdy nie zdradził. Jedno jest pewne – Sławomir Nowak jest wobec niego bezwzględnie lojalny, co udowadniał wielokrotnie.
Wydaje się, że jest to dla niego pełnia satysfakcji. Nowak nigdy nie wspominał o jakiś innych politycznych ambicjach. Zna swoje miejsce w szeregu. Jak na razie.
Igor Ryciak
"Przekrój" 39/2008
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2008/09/23
Warszawski ratusz na walizkach
Ruszają negocjacje z byłymi właścicielami pałacu Branickich. Los jednej z siedzib władz samorządowych jest przesądzony: budynek wraca w prywatne ręce. Ale nie za darmo.
Po sześciu latach starań byłych właścicieli pałacu o jego odzyskanie, władze Warszawy zdecydowały w tym roku, że przekażą im nieruchomość. W tym tygodniu zaczynają negocjacje ze spadkobiercami.
- To jedna z trudniejszych spraw, granice przedwojennych działek idą przez środek pałacu Branickich - mówi Marcin Bajko, dyrektor miejskiego biura nieruchomości. - Mam nadzieję, że nie zostaniemy z kawałkiem budynku, do którego nie będzie wejścia.
Pałac przy Miodowej to obok ratusza na pl. Bankowym główna siedziba stołecznego samorządu. Urzędnicy wprowadzili się tam chwilę po pierwszych wyborach. Status budynku jest sporny. Do 1949 r. Budynek należał do Franciszka Salezego Potockiego. Odebrany dekretem Bieruta i odbudowany stał się siedzibą urzędów publicznych.
Wcześniej rodzina Franciszka Potockiego była o krok od sukcesu już dwa razy. W 2002 r. minister budownictwa unieważnił dekretową decyzję, ale zamiast zwrotu, stołeczna ekipa PO-SLD postanowiła się od niej odwołać. Gdy w 2003 r. resort potwierdził skuteczność roszczeń rodziny Potockich, prezydent Lech Kaczyński poszedł do NSA.
Tłumaczył się tak: - Bronimy stanu posiadania. Oddanie tego pałacu spadkobiercom teraz choćby w jakiejś części spowodowałoby nieprawdopodobne komplikacje lokalowe urzędu miasta. Zależy mi, by urząd był w jednym miejscu. A i tak mamy kilkadziesiąt lokalizacji i olbrzymi z tym kłopot. Zapewniam, że jestem zwolennikiem reprywatyzacji. Wystarczy powiedzieć, że instrukcję na "nie", która obowiązywała dotąd w Warszawie, zmieniłem na instrukcję na "tak". (...) muszę się zachowywać jak ostrożny gospodarz. A natychmiastowy zwrot tak wielkiej nieruchomości jak pałac Branickich mógłby rodzić podejrzenia.
- Prezydent Kaczyński miał największe zasługi w blokowaniu tego zwrotu - uważa Michał Sobański, który reprezentuje spadkobierców. - Na decyzję Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który rozpatrywał prezydencką skargę, czekaliśmy aż dwa i pół roku. Inaczej traktował nas PiS-owski komisarz miasta Kazimierz Marcinkiewicz, chciał negocjować.Podobne plany ma ekipa PO. Jak mówi Marcin Bajko - za podniesiony z gruzów pałac publiczna kasa zamierza wystawić spadkobiercom Jana Potockiego rachunek. Sum podawać nie chce. - Będziemy rozmawiać. Cała nieruchomość to kilkadziesiąt milionów złotych, większa część tej sumy to budynek. Jest też pytanie, ile czasu prywatni właściciele pozwolą nam zostać przy Miodowej. Myślę tu o trzech, czterech latach, do czasu aż nie znajdziemy innej siedziby. Osobną kwestią jest czynsz za wynajem prywatnego pałacu. Mam nadzieję, że da się wszystko rozstrzygnąć w negocjacjach, zaczynamy w czwartek.Michał Sobański nie kryje, że wysokość czynszu będzie zależała od terminu wyprowadzki. - Cztery lata uważam za nierealne. Szybka wyprowadzka to interes obu stron. Gdy obowiązywał scenariusz odbudowy Pałacu Saskiego, rozmawialiśmy o dwóch latach, teraz rzecz padła - mówi.Rekonstrukcja Saskiego, w którym znaleźć się miała główna siedziba władz Warszawy, została skreślona z listy miejskich inwestycji latem tego roku.
Pozostaje kwestia wzajemnych rozliczeń. - Mamy swoją wersję, dokumenty świadczą, że w latach 1948-49 Potoccy zaczęli odbudowę, ale faktycznie, główny koszt poniósł skarb państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Iwona Szpala
Po sześciu latach starań byłych właścicieli pałacu o jego odzyskanie, władze Warszawy zdecydowały w tym roku, że przekażą im nieruchomość. W tym tygodniu zaczynają negocjacje ze spadkobiercami.
- To jedna z trudniejszych spraw, granice przedwojennych działek idą przez środek pałacu Branickich - mówi Marcin Bajko, dyrektor miejskiego biura nieruchomości. - Mam nadzieję, że nie zostaniemy z kawałkiem budynku, do którego nie będzie wejścia.
Pałac przy Miodowej to obok ratusza na pl. Bankowym główna siedziba stołecznego samorządu. Urzędnicy wprowadzili się tam chwilę po pierwszych wyborach. Status budynku jest sporny. Do 1949 r. Budynek należał do Franciszka Salezego Potockiego. Odebrany dekretem Bieruta i odbudowany stał się siedzibą urzędów publicznych.
Wcześniej rodzina Franciszka Potockiego była o krok od sukcesu już dwa razy. W 2002 r. minister budownictwa unieważnił dekretową decyzję, ale zamiast zwrotu, stołeczna ekipa PO-SLD postanowiła się od niej odwołać. Gdy w 2003 r. resort potwierdził skuteczność roszczeń rodziny Potockich, prezydent Lech Kaczyński poszedł do NSA.
Tłumaczył się tak: - Bronimy stanu posiadania. Oddanie tego pałacu spadkobiercom teraz choćby w jakiejś części spowodowałoby nieprawdopodobne komplikacje lokalowe urzędu miasta. Zależy mi, by urząd był w jednym miejscu. A i tak mamy kilkadziesiąt lokalizacji i olbrzymi z tym kłopot. Zapewniam, że jestem zwolennikiem reprywatyzacji. Wystarczy powiedzieć, że instrukcję na "nie", która obowiązywała dotąd w Warszawie, zmieniłem na instrukcję na "tak". (...) muszę się zachowywać jak ostrożny gospodarz. A natychmiastowy zwrot tak wielkiej nieruchomości jak pałac Branickich mógłby rodzić podejrzenia.
- Prezydent Kaczyński miał największe zasługi w blokowaniu tego zwrotu - uważa Michał Sobański, który reprezentuje spadkobierców. - Na decyzję Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który rozpatrywał prezydencką skargę, czekaliśmy aż dwa i pół roku. Inaczej traktował nas PiS-owski komisarz miasta Kazimierz Marcinkiewicz, chciał negocjować.Podobne plany ma ekipa PO. Jak mówi Marcin Bajko - za podniesiony z gruzów pałac publiczna kasa zamierza wystawić spadkobiercom Jana Potockiego rachunek. Sum podawać nie chce. - Będziemy rozmawiać. Cała nieruchomość to kilkadziesiąt milionów złotych, większa część tej sumy to budynek. Jest też pytanie, ile czasu prywatni właściciele pozwolą nam zostać przy Miodowej. Myślę tu o trzech, czterech latach, do czasu aż nie znajdziemy innej siedziby. Osobną kwestią jest czynsz za wynajem prywatnego pałacu. Mam nadzieję, że da się wszystko rozstrzygnąć w negocjacjach, zaczynamy w czwartek.Michał Sobański nie kryje, że wysokość czynszu będzie zależała od terminu wyprowadzki. - Cztery lata uważam za nierealne. Szybka wyprowadzka to interes obu stron. Gdy obowiązywał scenariusz odbudowy Pałacu Saskiego, rozmawialiśmy o dwóch latach, teraz rzecz padła - mówi.Rekonstrukcja Saskiego, w którym znaleźć się miała główna siedziba władz Warszawy, została skreślona z listy miejskich inwestycji latem tego roku.
Pozostaje kwestia wzajemnych rozliczeń. - Mamy swoją wersję, dokumenty świadczą, że w latach 1948-49 Potoccy zaczęli odbudowę, ale faktycznie, główny koszt poniósł skarb państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Iwona Szpala
Pracują u premiera bez egzaminu
- Osoby, które kierują departamentami w kancelarii premiera, a nie wchodzą do państwowego zasobu kadrowego, będą musiały zdać egzamin. Albo będziemy szukali nowych na ich miejsce - mówi "Gazecie" wiceszef kancelarii Adam Leszkiewicz.
Czwórka z 20 szefów departamentów w kancelarii Donalda Tuska nie jest członkami PZK - podał wczoraj "Newsweek". Chodzi o biura: kontroli i nadzoru (Tomasz Bolek), administracyjne (Mateusz Matejewski), pełnomocnika ds. równego traktowania (Barbara Szymborska) i Centrum Informacyjne Rządu (Jacek Filipowicz). Zasób wprowadził PiS zamiast konkursów w służbie cywilnej. Tak, by minister mógł swobodnie dobierać ludzi na najwyższe stanowiska, byle tylko były w PZK. Jest w nim ok. 8 tys. osób, z automatu weszli m.in. urzędnicy służby cywilnej i tzw. pełniący obowiązki bez względu na kompetencje. Egzamin zdało niecałe 260 osób.
Platforma od początku krytykowała zasób. I znalazła sposób na obejście ustawy. - Kodeks pracy pozwala na zatrudnianie osób spoza zasobu na stanowiskach kierujących departamentami - mówi "Gazecie" szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Jak to zrobić? Można powierzyć pracownikowi określone czynności bez zatrudniania go na stanowisku dyrektora. - To, że ta czwórka nie jest w PZK, to przejściowa sytuacja - mówi Leszkiewicz. Tomasz Bolek egzaminu zdawać nie musiał, bo jako absolwent Krajowej Szkoły Administracji Publicznej ma prawo do wpisania na listę urzędników mianowanych. A tacy urzędnicy automatycznie są w zasobie. - W lutym przeszedł do kancelarii z NIK, w marcu złożył wniosek o mianowanie. Ale są one nadawane raz w roku, więc dostanie je 29 września - mówi Arabski. Matejewski objął departament administracji w lipcu, po zwolnieniu dyrektora z nadania PiS (wyleciał po kontroli, która wykazała uchybienia w ewidencjonowaniu sprzętu). - Już w sierpniu Matejewski, Szymborska i Filipowicz zostali wezwani do zdania egzaminu - twierdzi Arabski. Czemu od razu nie sięgnięto do PZK? Leszkiewicz mówi, że chodziło o "ciągłość personalną", a te osoby już wcześniej pracowały w kancelarii.Lewica twierdzi, że PO łamie standardy służby cywilnej, wykorzystując luki w prawie. I przypomina, że już na początku rządów PO złożyła projekt czyszczący ustawę o służbie cywilnej z pomysłów PiS. Ale marszałek Sejmu Bronisław Komorowski skierował go na obrady dopiero w czerwcu, kiedy w Sejmie pojawił się też projekt rządu. PO chce, by zamiast z PZK minister mógł dobierać współpracownika spośród trzech osób, które najlepiej wypadną w otwartym naborze.
- Nie będzie egzaminu, to będzie sytuacja jak w samorządach - sprzyjająca kolesiostwu - mówił wczoraj Mariusz Błaszczak, szef kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego. PiS głośniej się nie oburza, bo kancelaria Tuska ma statystyki, z których wynika, że kiedy zaczął obowiązywać PZK (za rządów PiS), weszło do niego bez egzaminu 13 "pełniących obowiązki" dyrektorów departamentów kancelarii. A później było jeszcze sześciu dyrektorów, których w zasobie nie było - m.in. w biurach wicepremiera Przemysława Gosiewskiego i ministra Zbigniewa Wassermanna.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Renata Grochal, Dominik Uhlig
Czwórka z 20 szefów departamentów w kancelarii Donalda Tuska nie jest członkami PZK - podał wczoraj "Newsweek". Chodzi o biura: kontroli i nadzoru (Tomasz Bolek), administracyjne (Mateusz Matejewski), pełnomocnika ds. równego traktowania (Barbara Szymborska) i Centrum Informacyjne Rządu (Jacek Filipowicz). Zasób wprowadził PiS zamiast konkursów w służbie cywilnej. Tak, by minister mógł swobodnie dobierać ludzi na najwyższe stanowiska, byle tylko były w PZK. Jest w nim ok. 8 tys. osób, z automatu weszli m.in. urzędnicy służby cywilnej i tzw. pełniący obowiązki bez względu na kompetencje. Egzamin zdało niecałe 260 osób.
Platforma od początku krytykowała zasób. I znalazła sposób na obejście ustawy. - Kodeks pracy pozwala na zatrudnianie osób spoza zasobu na stanowiskach kierujących departamentami - mówi "Gazecie" szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Jak to zrobić? Można powierzyć pracownikowi określone czynności bez zatrudniania go na stanowisku dyrektora. - To, że ta czwórka nie jest w PZK, to przejściowa sytuacja - mówi Leszkiewicz. Tomasz Bolek egzaminu zdawać nie musiał, bo jako absolwent Krajowej Szkoły Administracji Publicznej ma prawo do wpisania na listę urzędników mianowanych. A tacy urzędnicy automatycznie są w zasobie. - W lutym przeszedł do kancelarii z NIK, w marcu złożył wniosek o mianowanie. Ale są one nadawane raz w roku, więc dostanie je 29 września - mówi Arabski. Matejewski objął departament administracji w lipcu, po zwolnieniu dyrektora z nadania PiS (wyleciał po kontroli, która wykazała uchybienia w ewidencjonowaniu sprzętu). - Już w sierpniu Matejewski, Szymborska i Filipowicz zostali wezwani do zdania egzaminu - twierdzi Arabski. Czemu od razu nie sięgnięto do PZK? Leszkiewicz mówi, że chodziło o "ciągłość personalną", a te osoby już wcześniej pracowały w kancelarii.Lewica twierdzi, że PO łamie standardy służby cywilnej, wykorzystując luki w prawie. I przypomina, że już na początku rządów PO złożyła projekt czyszczący ustawę o służbie cywilnej z pomysłów PiS. Ale marszałek Sejmu Bronisław Komorowski skierował go na obrady dopiero w czerwcu, kiedy w Sejmie pojawił się też projekt rządu. PO chce, by zamiast z PZK minister mógł dobierać współpracownika spośród trzech osób, które najlepiej wypadną w otwartym naborze.
- Nie będzie egzaminu, to będzie sytuacja jak w samorządach - sprzyjająca kolesiostwu - mówił wczoraj Mariusz Błaszczak, szef kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego. PiS głośniej się nie oburza, bo kancelaria Tuska ma statystyki, z których wynika, że kiedy zaczął obowiązywać PZK (za rządów PiS), weszło do niego bez egzaminu 13 "pełniących obowiązki" dyrektorów departamentów kancelarii. A później było jeszcze sześciu dyrektorów, których w zasobie nie było - m.in. w biurach wicepremiera Przemysława Gosiewskiego i ministra Zbigniewa Wassermanna.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Renata Grochal, Dominik Uhlig
Obiecanki cacanki, a wspólny bilet dostaniemy w 2009 roku
Mimo wielokrotnych obietnic przedstawicieli Zarządu Transportu Miejskiego są coraz mniejsze szanse na to, że w październiku do Pruszkowa i Sulejówka dojedziemy pociągami Kolei Mazowieckich na biletach ZTM zakodowanych na karcie miejskiej.
- Pasażerowie dojadą na wspólnym bilecie do Pruszkowa i Sulejówka w październiku - deklarował nam wczoraj Igor Krajnow, rzecznik ZTM. ZTM twierdzi, że już finalizuje rozmowy z kolejarzami oraz władzami Pruszkowa i Sulejówka. Jednak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że nie doszło nawet do rozmów, kto zapłaci za rozszerzenie strefy obowiązywania karty miejskiej. Teraz bilety ZTM zakodowane na karcie ważne są w pociągach Kolei Mazowieckich na obszarze Warszawy i trasie z Dworca Wileńskiego do Ząbek. Za wspólny bilet na obszarze Warszawy ZTM płaci spółkom kolejowym ok. 1,9 mln zł miesięcznie. Za rozszerzenie biletu na aglomerację warszawską kolejarze z pewnością zażądają dopłat. Kto za to zapłaci? Scenariusza, w którym dodatkowe koszty ZTM będzie próbował przerzucić na gminy, boją się w Sulejówku. - Pod koniec lipca dostaliśmy pismo z ZTM, z którego wynika, że za rozszerzenie wspólnego biletu do Sulejówka musimy zapłacić ponad 69 tys. zł miesięcznie - mówi Waldemar Chachulski, burmistrz miasta. - Jednak dopiero teraz ZTM chce się z nami spotkać, aby o tym porozmawiać - dodaje. Jak na razie porozumień o zwiększeniu dopłat brak. A negocjacje mogą trwać długo. Dlatego władze Pruszkowa na wprowadzienie biletu aglomeracyjnego dają sobie więcej czasu. - Bilet zintegrowany wejdzie w życie od 1 stycznia 2009 r. - twierdzi Jan Starzyński, prezydent Pruszkowa. W Kolejach Mazowieckich również nie znają daty rozszerzenia oferty wspólnego biletu na kolejne podwarszawskie miejscowości. - Przesłaliśmy pismo do ZTM z naszymi propozycjami - odpowiedziała nam lakonicznie Donata Nowakowska, rzecznik Kolei Mazowieckich. Co ciekawe, mimo braku porozumień ZTM już teraz zachęca gminy do reklamowania biletu... którego nie ma.
Polska
Piotr Figiel
- Pasażerowie dojadą na wspólnym bilecie do Pruszkowa i Sulejówka w październiku - deklarował nam wczoraj Igor Krajnow, rzecznik ZTM. ZTM twierdzi, że już finalizuje rozmowy z kolejarzami oraz władzami Pruszkowa i Sulejówka. Jednak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że nie doszło nawet do rozmów, kto zapłaci za rozszerzenie strefy obowiązywania karty miejskiej. Teraz bilety ZTM zakodowane na karcie ważne są w pociągach Kolei Mazowieckich na obszarze Warszawy i trasie z Dworca Wileńskiego do Ząbek. Za wspólny bilet na obszarze Warszawy ZTM płaci spółkom kolejowym ok. 1,9 mln zł miesięcznie. Za rozszerzenie biletu na aglomerację warszawską kolejarze z pewnością zażądają dopłat. Kto za to zapłaci? Scenariusza, w którym dodatkowe koszty ZTM będzie próbował przerzucić na gminy, boją się w Sulejówku. - Pod koniec lipca dostaliśmy pismo z ZTM, z którego wynika, że za rozszerzenie wspólnego biletu do Sulejówka musimy zapłacić ponad 69 tys. zł miesięcznie - mówi Waldemar Chachulski, burmistrz miasta. - Jednak dopiero teraz ZTM chce się z nami spotkać, aby o tym porozmawiać - dodaje. Jak na razie porozumień o zwiększeniu dopłat brak. A negocjacje mogą trwać długo. Dlatego władze Pruszkowa na wprowadzienie biletu aglomeracyjnego dają sobie więcej czasu. - Bilet zintegrowany wejdzie w życie od 1 stycznia 2009 r. - twierdzi Jan Starzyński, prezydent Pruszkowa. W Kolejach Mazowieckich również nie znają daty rozszerzenia oferty wspólnego biletu na kolejne podwarszawskie miejscowości. - Przesłaliśmy pismo do ZTM z naszymi propozycjami - odpowiedziała nam lakonicznie Donata Nowakowska, rzecznik Kolei Mazowieckich. Co ciekawe, mimo braku porozumień ZTM już teraz zachęca gminy do reklamowania biletu... którego nie ma.
Polska
Piotr Figiel
2008/09/22
Salon polityczny Trójki
Hanna Gronkiewicz-Waltz
Poniedziałek, 22 września 2008
Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy dotarła tu autobusem komunikacji miejskiej. Dzień dobry, pani prezydent.
Dzień dobry, dzisiaj jest dzień bez samochodu, więc dotarłam autobusem.
Był tłok?
Nie, nie było.
Punktualnie przyjechał autobus?
Punktualnie przyjechał autobus. Ja z przesiadką jedną jechałam, bo z Wawra. Im bliżej centrum, tym bardziej się zagęszcza, ale było całkiem dobrze.
I co? Miała pani w autobusie owacje na stojąco? Udzielała pani wywiadów, porad warszawiakom?
Niczego nie udzielałam. To, co sobie najbardziej cenię, to to, że mogę chodzić w różne publiczne miejsca – a chodzę zwłaszcza w weekendy – i warszawiacy traktują to jako coś normalnego, czasami cos powiedzą, zagadają, zwrócą na coś uwagę, ale generalnie w autobusie i siódmej rano, każdy jedzie do pracy, część osób, zwłaszcza młodszych, ma słuchawki na uszach, uczy się języków albo słucha muzyki…
Albo Trójki.
Albo Trójki…, jest to czas, kiedy w zasadzie jest cisza w autobusie.
Porzuci pani samochód na stałe?
Na stałe to nie dlatego, że przemieszczanie jest dużo bardziej skuteczne. Jak wsiadam do samochodu przed swoim domem, włączam komórkę i już pracuję od momentu wejścia do samochodu. Nie byłoby to możliwe w autobusie i traktuję to jako zasadniczą przeszkodę. Oprócz tego ja się przemieszczam w różne miejsca, dzielnice i samochodem jest ciągle łatwiej. Ale jak jeżdżę na Ursynów, nawet służbowo, zawsze używam metra. Tam, gdzie jest prosto, jeżdżę środkami komunikacji miejskiej.
Na Trasie Łazienkowskiej nie było widać, że warszawiacy odpowiedzieli na apel i zostawili samochody w domach?
Nie było korka, ale muszę powiedzieć, że…
To było wcześnie rano, korek się zrobi za chwilę.
To zależy, gdzie. Dopiero, kiedy będę jechała dalej do ratusza, to panu odpowiem.
To w takim razie przechodzimy do stadionu Legii. Czterysta sześćdziesiąt milionów złotych miasto Warszawa da na wybudowanie nowego stadionu Legii. Dlaczego?
To jest pytanie, którego się spodziewałam. Trzeba poważnie podchodzić do pewnej ciągłości władzy, otóż umowę z Legią zawarł mój ówczesny rywal na dzień przed pierwszą turą kampanii. Umowa zakładała wydzierżawienie właścicielowi klubu Legii na dwadzieścia klika lat samej Legii. W związku z tym myśmy się zastanawiali na początku, czy tę umowę można wzruszyć, czy można jakoś ja zmienić. Tak była zawarta, że każde następne władze, czy to ja czy ktoś inny, musiałyby to wykonać. Inaczej byłby casus Eureco – jak pan wie, kolejny rząd próbuje z tego wyjść, ale wygląda na to, że odszkodowanie będzie straszne, jeśli się nie dogadają. Tu groziło to samo. Taki jest początek, o czy nie wszyscy pamiętają, umowy Legii. W związku z tym myśmy postanowili wynegocjować znacznie więcej za dzierżawę, bo w tej chwili jakieś trzydzieści tysięcy, po zbudowaniu miało być siedemdziesiąt tysięcy rocznie. My żeśmy wynegocjowali sumę kilkaset procent większą, czyli siedem milionów złotych będzie co roku płacone za dzierżawę tego terenu. Oczywiście ja uważam, że akurat to dobrze, że to jest nasz majątek, tylko wydzierżawiony. Legia jest naszym stadionem i zawsze nim będzie. Może moi następcy za ileś tam lat zrobią konkurs na operatora Legii i w ten sposób Legia, która za osiem lat będzie obchodziła stulecie swojego istnienia, jest pewną tradycją warszawską, będzie miała stadion.
Ale jednocześnie stadion Legii będzie bardzo drogi. Dodano pieniędzy koncernowi ITI – sto dwa miliony złotych…
To nie koncernowi ITI, tylko nam samym, na naszą przestrzeń, którą my dzierżawimy koncernowi ITI za prawie cztery miliony złotych rocznie. Nie dokładamy złotówki, to znaczy nas, oprócz tego, że jesteśmy kibicami, nie interesuje drużyna, w sensie jej kosztów oraz utrzymanie stadionu – ochrona, prąd, wszystkie koszty stałe i niestałe pokrywa ITI. My tylko budujemy stadion, tak jak to robią w innych miastach, bo w innych miastach tak samo – miasto buduje stadiony.
Ale radni opozycyjni czy kibice mówią, że to jest podarunek dla ITI, że tak naprawdę zyski ze stadionu przez 25 lat będzie miał koncern ITI. A co będzie za 25 lat, niewiadomo.
Na razie nie ma żadnych zysków, tylko ma koszty. Kibice przede wszystkim obawiają się tego, że będzie bardzo ostre przestrzeganie porządku…
Że będą bardzo drogie bilety.
Nie. Kibice chcą rządzić. Mam nadzieję, że właściciel klubu zadba o to, byśmy mogli wreszcie z całymi rodzinami chodzić na mecze. Nawet moi znajomi, których całe rodziny są zdecydowanymi kibicami, boją się zabierać dzieci. Kibice mają trochę inny interes. Kibice pomogli nam swoim dziwnym zachowaniem, niekulturalnym, żeby to głosowanie wypadło pozytywnie dlatego, że oznaczało to, że będzie porządek i nie będzie takich burd, jak były to tej pory.
A dlaczego pani mówi „dziwne zachowanie”? Przecież jest tak, że na stadion Legii w tej chwili przychodzi najmniej kibiców od ’38 roku. Frekwencja na meczach Legii jest najmniejsza dlatego, ze jest spór między właścicielami Legii, czy dzierżawcami Legii a kibicami Legii.
Kibice nie mogą się zachowywać w ten sposób, że mówią do radnego: „Siadaj, bo cię skrócę o głowę”, podchodzą do wiceprezydentów i dziwnie się zachowują, krzyczą, zastraszają… Z tego powodu akurat nie powinno być zmartwienia. Zmartwienie powinno być, kiedy normalni ludzie nie chcą chodzić na stadion. Generalnie rzecz biorąc, tak samo swoje stadiony buduje Poznań, Wrocław – te, które będą na Euro 2012…
Tylko w Warszawie budujemy dwa stadiony: Narodowy i trzy i pół kilometra dalej – budowany jest stadion Legii.
Tak. Stadiony narodowe we wszystkich państwach, w Paryżu czy gdzie indziej, to są stadiony, których właścicielami nie są poszczególne kluby należące do tego miasta, tylko są to na duże mecze międzypaństwowe. Myślę, że zarówno rząd jak i ja będziemy mieli różne inne imprezy. To nie jest tożsama przestrzeń, ponieważ dużo łatwej robić imprezy na mniejszym stadionie, a rząd pewnie będzie robił takie wielkie, pewnie rzadsze imprezy. A pamiętajmy, że rząd ma 44 hektary obok stadionu, które może spokojnie spożytkować. Są już wyniki konkursu na hale widowiskowe, na hotele, na usługi, które zarabiają na Stadion Narodowy.
A czy w trakcie zastanawiania się nad budowa stadionu wyliczono, jakie będą zyski ITI przez te 25 lat dzierżawy?
Nasze zyski żeśmy wyliczyli: jakieś 3,7 miliona rocznie, czyli za 25 lat około stu milionów.
Czyli jeszcze minus 360 milionów.
Niech pan tak nie liczy, źle pan liczy. Wyliczył to dokładnie na radzie prezydent Jakubiak. Mniej więcej 10 milionów wynoszą rocznie koszty utrzymania. Niech pan doda kolejne miliony. Oprócz tego nie interesuje nas kupowanie piłkarzy, trenowanie czy inne opłaty. Jednym słowem, to mniej więcej się zrównuje.
A zyski ITI zostały policzone?
Ja nie jestem prezesem ITI. ITI przede wszystkim zajmuje się telewizją i z tego ma zyski.
Telewizją i Legią Warszawa…
Strasznie pan jakoś konkurencyjny do tego ITI, ale ja się bardzo cieszę, bo jak pan był w prywatnym medium, w Radiu Zet, to pan mnie częściej zapraszał, w publicznym to bardzo rzadko, tylko wtedy, żeby pytać o Legię. Radio Zet czy inne… myślę, że bardzo was boli ta konkurencja.
Nie, nie bardzo nas boli, bo pytam się o stadion Legii, a nie o TVN, ani TVN 24. Stadion Legii – własność miejska i publiczne pieniądze… i moje podatki.
Ci, na których głosowano tak zdecydowali. Pan pewnie głosował na inna partię, ale ona akurat nigdy nie umiała nic w Warszawie zrobić.
Ale nie o głosowaniach i nie o mojej pracy rozmawiamy, tylko o stadionie Legii, o zyskach i o tym, co zarówno kibice, jak i pani polityczni przeciwnicy – o tym, że zyski idą dla koncernu, który jest bardzo bogaty.
Nie, nie są żadne zyski, tylko że to jest nasz grunt. Ten grunt jest nasz i nikt go nigdy nie zabierze, a za ileś lat będzie przetarg na nowego operatora i on będzie właścicielem. Niektórzy marzą, żeby zaorać Legię i żeby tam była apartamenty i to są ci, którzy są najbardziej aktywni, jak pan Piskorski w swoich blogach. Pan tak naprawdę wspiera te osoby, które zostały już usunięte z Platformy.
Ja nikogo nie wspieram, niczego nie mówi, tylko się pytam, czy mając 460 milionów, najlepiej je wydać na stadion Legii, który będzie droższy niż jakieś stadiony budowane w Europie…
Nie, nie jest droższy. Myśmy przeliczyli, tyle samo na krzesełko – bo się liczy na krzesełko. A jest tańszy niż budowa stadionu w Poznaniu, bo tam jest prawie 500 milionów. Ja bym prosiła, żeby pan wcześniej przeczytał te wszystkie materiały, które przedstawiono radnym. Dlatego nie mówiono, że jest droższy, bo jedno miejsce kosztuje dokładnie tyle samo, co na każdym budowanym dzisiaj stadionie w Europie. Panu się pomyliło z metrem. Metro rzeczywiście byłoby droższe niż przeciętnie budowane w Europie.
Dlaczego na przykład nie budujemy obwodnicy?
A dlaczego pan mówi, że nie budujemy? Budujemy, oczywiście. Całą tę obwodnicę, która jest w gestii Warszawy, a nie jest budowana przez Generalną Dyrekcję, czyli nie jest w kompetencji rządu. My budujemy, nie ma żadnej rezygnacji. W przypadku wejścia Legii nie ma ani jednej rezygnacji z żadnej inwestycji, ponieważ ona byłą w planie. A gdyby pan jeszcze dokładnie przeczytał, to my nie płacimy VAT, czyli cena jest minus VAT czyli 374 miliony. Centrum Kopernik, które władze za poprzedniej kadencji postawiły budować, dużo bardziej przekroczyło w stosunku do kosztorysu, a mimo wszystko zdecydowaliśmy się budować, bo to jest dobry pomysł, wykorzystanie Wisły i fantastyczne, mam nadzieję, centrum naukowe, gdzie wszystkie rodziny będą przychodzić, spędzać tam czas z dziadkami, wnukami, z dziećmi.
To jest miło, że Warszawa jest tak bogatym miastem, że ma i 460 milionów i pieniądze na wszystkie inne inwestycje.
To poprzednia kadencja nie poradziła sobie z inwestycjami i w każdym roku zostawało kilkaset milionów. Niestety za kadencji pana Kaczyńskiego, nie było żadnych inwestycji poza Muzeum Powstania Warszawskiego, co ja szanuję. Ale i tego nie potrafili dobrze załatwić, bo jak zostałam prezydentem, to się okazało, że całe muzeum należy do SPEC-u. Musiałam zapłacić SPEC-owi za wybudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego w pierwszym roku swojej działalności. Natomiast my mamy program na 16 miliardów inwestycji do roku 2012.
A mamy 8 miliardów w kasie i trzeba siedem miliardów pożyczyć.
Wszystkie miasta w Europie są zapożyczone. Warszawa jest mało zapożyczona. Jestem pierwszym prezydentem, który zrobił rating Warszawy, który wyemituje euroobligacje...
Kiedy?
Myślę, że w przyszłym roku.
I wtedy pożyczymy na rynku siedem miliardów?
Nie, jak by się pan, panie redaktorze lepiej przygotował, to zobaczyłby pan, że pożyczymy tylko około półtora miliarda w transzach po trzysta milionów.
Potrzebnych jest 16 miliardów na inwestycje, a mamy osiem… półtora miliarda nie daje 16 miliardów…
Nasze zadłużenie będzie bezpieczne, poniżej 60%. Berlin jest zadłużony na 250 % po zjednoczeniu Niemiec, bo tyle potrzebował infrastruktury. Niestety żyliśmy w ustroju, gdzie nie było pieniędzy na nic i w tej chwili trzeba pożyczać. Tak jak ktoś, kto kupuje sobie mieszkanie, bierze kredyt. Takie jest życie w gospodarce rynkowej, musimy się z tym oswoić.
A kryzys na rynkach światowych w tym nie przeszkadza?
Zobaczymy… Na szczęście Polska ma do wykorzystania olbrzymie fundusze z Unii do roku 2013, dzięki temu, mam nadzieję, że stosunkowo szybko wprowadzi euro…
Ale myślę teraz o Warszawie, nie o Polsce.
Oczywiście, że nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, wtedy papiery samorządu są najbardziej pewne i najbardziej opłacalne. Możemy je tanio oprocentować, ponieważ inne są niepewne ze względu na kryzys. Czyli zarówno miasto, jak i skarb państwa w takich warunkach powinno emitować obligację, ponieważ jest to dokument pewny.
Co będzie pomnikiem Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie?
Myślę, że Centrum Nauki Kopernik, te 100 kilometrów wyremontowanych dróg o których dzisiaj pisze prasa... Nie po to jestem prezydentem, żeby stawiać pomniki, tylko po to, żeby ludziom żyło się lepiej.
Ale co będzie pomnikiem Hanny Gronkiewicz-Waltz?
Myślę, że wszystkie inwestycje, które są w tej chwili planowane,.
Która jest najważniejsza?
Z mojego punktu widzenia najważniejszy jest Most Północny dla Białołęki.
Poniedziałek, 22 września 2008
Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy dotarła tu autobusem komunikacji miejskiej. Dzień dobry, pani prezydent.
Dzień dobry, dzisiaj jest dzień bez samochodu, więc dotarłam autobusem.
Był tłok?
Nie, nie było.
Punktualnie przyjechał autobus?
Punktualnie przyjechał autobus. Ja z przesiadką jedną jechałam, bo z Wawra. Im bliżej centrum, tym bardziej się zagęszcza, ale było całkiem dobrze.
I co? Miała pani w autobusie owacje na stojąco? Udzielała pani wywiadów, porad warszawiakom?
Niczego nie udzielałam. To, co sobie najbardziej cenię, to to, że mogę chodzić w różne publiczne miejsca – a chodzę zwłaszcza w weekendy – i warszawiacy traktują to jako coś normalnego, czasami cos powiedzą, zagadają, zwrócą na coś uwagę, ale generalnie w autobusie i siódmej rano, każdy jedzie do pracy, część osób, zwłaszcza młodszych, ma słuchawki na uszach, uczy się języków albo słucha muzyki…
Albo Trójki.
Albo Trójki…, jest to czas, kiedy w zasadzie jest cisza w autobusie.
Porzuci pani samochód na stałe?
Na stałe to nie dlatego, że przemieszczanie jest dużo bardziej skuteczne. Jak wsiadam do samochodu przed swoim domem, włączam komórkę i już pracuję od momentu wejścia do samochodu. Nie byłoby to możliwe w autobusie i traktuję to jako zasadniczą przeszkodę. Oprócz tego ja się przemieszczam w różne miejsca, dzielnice i samochodem jest ciągle łatwiej. Ale jak jeżdżę na Ursynów, nawet służbowo, zawsze używam metra. Tam, gdzie jest prosto, jeżdżę środkami komunikacji miejskiej.
Na Trasie Łazienkowskiej nie było widać, że warszawiacy odpowiedzieli na apel i zostawili samochody w domach?
Nie było korka, ale muszę powiedzieć, że…
To było wcześnie rano, korek się zrobi za chwilę.
To zależy, gdzie. Dopiero, kiedy będę jechała dalej do ratusza, to panu odpowiem.
To w takim razie przechodzimy do stadionu Legii. Czterysta sześćdziesiąt milionów złotych miasto Warszawa da na wybudowanie nowego stadionu Legii. Dlaczego?
To jest pytanie, którego się spodziewałam. Trzeba poważnie podchodzić do pewnej ciągłości władzy, otóż umowę z Legią zawarł mój ówczesny rywal na dzień przed pierwszą turą kampanii. Umowa zakładała wydzierżawienie właścicielowi klubu Legii na dwadzieścia klika lat samej Legii. W związku z tym myśmy się zastanawiali na początku, czy tę umowę można wzruszyć, czy można jakoś ja zmienić. Tak była zawarta, że każde następne władze, czy to ja czy ktoś inny, musiałyby to wykonać. Inaczej byłby casus Eureco – jak pan wie, kolejny rząd próbuje z tego wyjść, ale wygląda na to, że odszkodowanie będzie straszne, jeśli się nie dogadają. Tu groziło to samo. Taki jest początek, o czy nie wszyscy pamiętają, umowy Legii. W związku z tym myśmy postanowili wynegocjować znacznie więcej za dzierżawę, bo w tej chwili jakieś trzydzieści tysięcy, po zbudowaniu miało być siedemdziesiąt tysięcy rocznie. My żeśmy wynegocjowali sumę kilkaset procent większą, czyli siedem milionów złotych będzie co roku płacone za dzierżawę tego terenu. Oczywiście ja uważam, że akurat to dobrze, że to jest nasz majątek, tylko wydzierżawiony. Legia jest naszym stadionem i zawsze nim będzie. Może moi następcy za ileś tam lat zrobią konkurs na operatora Legii i w ten sposób Legia, która za osiem lat będzie obchodziła stulecie swojego istnienia, jest pewną tradycją warszawską, będzie miała stadion.
Ale jednocześnie stadion Legii będzie bardzo drogi. Dodano pieniędzy koncernowi ITI – sto dwa miliony złotych…
To nie koncernowi ITI, tylko nam samym, na naszą przestrzeń, którą my dzierżawimy koncernowi ITI za prawie cztery miliony złotych rocznie. Nie dokładamy złotówki, to znaczy nas, oprócz tego, że jesteśmy kibicami, nie interesuje drużyna, w sensie jej kosztów oraz utrzymanie stadionu – ochrona, prąd, wszystkie koszty stałe i niestałe pokrywa ITI. My tylko budujemy stadion, tak jak to robią w innych miastach, bo w innych miastach tak samo – miasto buduje stadiony.
Ale radni opozycyjni czy kibice mówią, że to jest podarunek dla ITI, że tak naprawdę zyski ze stadionu przez 25 lat będzie miał koncern ITI. A co będzie za 25 lat, niewiadomo.
Na razie nie ma żadnych zysków, tylko ma koszty. Kibice przede wszystkim obawiają się tego, że będzie bardzo ostre przestrzeganie porządku…
Że będą bardzo drogie bilety.
Nie. Kibice chcą rządzić. Mam nadzieję, że właściciel klubu zadba o to, byśmy mogli wreszcie z całymi rodzinami chodzić na mecze. Nawet moi znajomi, których całe rodziny są zdecydowanymi kibicami, boją się zabierać dzieci. Kibice mają trochę inny interes. Kibice pomogli nam swoim dziwnym zachowaniem, niekulturalnym, żeby to głosowanie wypadło pozytywnie dlatego, że oznaczało to, że będzie porządek i nie będzie takich burd, jak były to tej pory.
A dlaczego pani mówi „dziwne zachowanie”? Przecież jest tak, że na stadion Legii w tej chwili przychodzi najmniej kibiców od ’38 roku. Frekwencja na meczach Legii jest najmniejsza dlatego, ze jest spór między właścicielami Legii, czy dzierżawcami Legii a kibicami Legii.
Kibice nie mogą się zachowywać w ten sposób, że mówią do radnego: „Siadaj, bo cię skrócę o głowę”, podchodzą do wiceprezydentów i dziwnie się zachowują, krzyczą, zastraszają… Z tego powodu akurat nie powinno być zmartwienia. Zmartwienie powinno być, kiedy normalni ludzie nie chcą chodzić na stadion. Generalnie rzecz biorąc, tak samo swoje stadiony buduje Poznań, Wrocław – te, które będą na Euro 2012…
Tylko w Warszawie budujemy dwa stadiony: Narodowy i trzy i pół kilometra dalej – budowany jest stadion Legii.
Tak. Stadiony narodowe we wszystkich państwach, w Paryżu czy gdzie indziej, to są stadiony, których właścicielami nie są poszczególne kluby należące do tego miasta, tylko są to na duże mecze międzypaństwowe. Myślę, że zarówno rząd jak i ja będziemy mieli różne inne imprezy. To nie jest tożsama przestrzeń, ponieważ dużo łatwej robić imprezy na mniejszym stadionie, a rząd pewnie będzie robił takie wielkie, pewnie rzadsze imprezy. A pamiętajmy, że rząd ma 44 hektary obok stadionu, które może spokojnie spożytkować. Są już wyniki konkursu na hale widowiskowe, na hotele, na usługi, które zarabiają na Stadion Narodowy.
A czy w trakcie zastanawiania się nad budowa stadionu wyliczono, jakie będą zyski ITI przez te 25 lat dzierżawy?
Nasze zyski żeśmy wyliczyli: jakieś 3,7 miliona rocznie, czyli za 25 lat około stu milionów.
Czyli jeszcze minus 360 milionów.
Niech pan tak nie liczy, źle pan liczy. Wyliczył to dokładnie na radzie prezydent Jakubiak. Mniej więcej 10 milionów wynoszą rocznie koszty utrzymania. Niech pan doda kolejne miliony. Oprócz tego nie interesuje nas kupowanie piłkarzy, trenowanie czy inne opłaty. Jednym słowem, to mniej więcej się zrównuje.
A zyski ITI zostały policzone?
Ja nie jestem prezesem ITI. ITI przede wszystkim zajmuje się telewizją i z tego ma zyski.
Telewizją i Legią Warszawa…
Strasznie pan jakoś konkurencyjny do tego ITI, ale ja się bardzo cieszę, bo jak pan był w prywatnym medium, w Radiu Zet, to pan mnie częściej zapraszał, w publicznym to bardzo rzadko, tylko wtedy, żeby pytać o Legię. Radio Zet czy inne… myślę, że bardzo was boli ta konkurencja.
Nie, nie bardzo nas boli, bo pytam się o stadion Legii, a nie o TVN, ani TVN 24. Stadion Legii – własność miejska i publiczne pieniądze… i moje podatki.
Ci, na których głosowano tak zdecydowali. Pan pewnie głosował na inna partię, ale ona akurat nigdy nie umiała nic w Warszawie zrobić.
Ale nie o głosowaniach i nie o mojej pracy rozmawiamy, tylko o stadionie Legii, o zyskach i o tym, co zarówno kibice, jak i pani polityczni przeciwnicy – o tym, że zyski idą dla koncernu, który jest bardzo bogaty.
Nie, nie są żadne zyski, tylko że to jest nasz grunt. Ten grunt jest nasz i nikt go nigdy nie zabierze, a za ileś lat będzie przetarg na nowego operatora i on będzie właścicielem. Niektórzy marzą, żeby zaorać Legię i żeby tam była apartamenty i to są ci, którzy są najbardziej aktywni, jak pan Piskorski w swoich blogach. Pan tak naprawdę wspiera te osoby, które zostały już usunięte z Platformy.
Ja nikogo nie wspieram, niczego nie mówi, tylko się pytam, czy mając 460 milionów, najlepiej je wydać na stadion Legii, który będzie droższy niż jakieś stadiony budowane w Europie…
Nie, nie jest droższy. Myśmy przeliczyli, tyle samo na krzesełko – bo się liczy na krzesełko. A jest tańszy niż budowa stadionu w Poznaniu, bo tam jest prawie 500 milionów. Ja bym prosiła, żeby pan wcześniej przeczytał te wszystkie materiały, które przedstawiono radnym. Dlatego nie mówiono, że jest droższy, bo jedno miejsce kosztuje dokładnie tyle samo, co na każdym budowanym dzisiaj stadionie w Europie. Panu się pomyliło z metrem. Metro rzeczywiście byłoby droższe niż przeciętnie budowane w Europie.
Dlaczego na przykład nie budujemy obwodnicy?
A dlaczego pan mówi, że nie budujemy? Budujemy, oczywiście. Całą tę obwodnicę, która jest w gestii Warszawy, a nie jest budowana przez Generalną Dyrekcję, czyli nie jest w kompetencji rządu. My budujemy, nie ma żadnej rezygnacji. W przypadku wejścia Legii nie ma ani jednej rezygnacji z żadnej inwestycji, ponieważ ona byłą w planie. A gdyby pan jeszcze dokładnie przeczytał, to my nie płacimy VAT, czyli cena jest minus VAT czyli 374 miliony. Centrum Kopernik, które władze za poprzedniej kadencji postawiły budować, dużo bardziej przekroczyło w stosunku do kosztorysu, a mimo wszystko zdecydowaliśmy się budować, bo to jest dobry pomysł, wykorzystanie Wisły i fantastyczne, mam nadzieję, centrum naukowe, gdzie wszystkie rodziny będą przychodzić, spędzać tam czas z dziadkami, wnukami, z dziećmi.
To jest miło, że Warszawa jest tak bogatym miastem, że ma i 460 milionów i pieniądze na wszystkie inne inwestycje.
To poprzednia kadencja nie poradziła sobie z inwestycjami i w każdym roku zostawało kilkaset milionów. Niestety za kadencji pana Kaczyńskiego, nie było żadnych inwestycji poza Muzeum Powstania Warszawskiego, co ja szanuję. Ale i tego nie potrafili dobrze załatwić, bo jak zostałam prezydentem, to się okazało, że całe muzeum należy do SPEC-u. Musiałam zapłacić SPEC-owi za wybudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego w pierwszym roku swojej działalności. Natomiast my mamy program na 16 miliardów inwestycji do roku 2012.
A mamy 8 miliardów w kasie i trzeba siedem miliardów pożyczyć.
Wszystkie miasta w Europie są zapożyczone. Warszawa jest mało zapożyczona. Jestem pierwszym prezydentem, który zrobił rating Warszawy, który wyemituje euroobligacje...
Kiedy?
Myślę, że w przyszłym roku.
I wtedy pożyczymy na rynku siedem miliardów?
Nie, jak by się pan, panie redaktorze lepiej przygotował, to zobaczyłby pan, że pożyczymy tylko około półtora miliarda w transzach po trzysta milionów.
Potrzebnych jest 16 miliardów na inwestycje, a mamy osiem… półtora miliarda nie daje 16 miliardów…
Nasze zadłużenie będzie bezpieczne, poniżej 60%. Berlin jest zadłużony na 250 % po zjednoczeniu Niemiec, bo tyle potrzebował infrastruktury. Niestety żyliśmy w ustroju, gdzie nie było pieniędzy na nic i w tej chwili trzeba pożyczać. Tak jak ktoś, kto kupuje sobie mieszkanie, bierze kredyt. Takie jest życie w gospodarce rynkowej, musimy się z tym oswoić.
A kryzys na rynkach światowych w tym nie przeszkadza?
Zobaczymy… Na szczęście Polska ma do wykorzystania olbrzymie fundusze z Unii do roku 2013, dzięki temu, mam nadzieję, że stosunkowo szybko wprowadzi euro…
Ale myślę teraz o Warszawie, nie o Polsce.
Oczywiście, że nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, wtedy papiery samorządu są najbardziej pewne i najbardziej opłacalne. Możemy je tanio oprocentować, ponieważ inne są niepewne ze względu na kryzys. Czyli zarówno miasto, jak i skarb państwa w takich warunkach powinno emitować obligację, ponieważ jest to dokument pewny.
Co będzie pomnikiem Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie?
Myślę, że Centrum Nauki Kopernik, te 100 kilometrów wyremontowanych dróg o których dzisiaj pisze prasa... Nie po to jestem prezydentem, żeby stawiać pomniki, tylko po to, żeby ludziom żyło się lepiej.
Ale co będzie pomnikiem Hanny Gronkiewicz-Waltz?
Myślę, że wszystkie inwestycje, które są w tej chwili planowane,.
Która jest najważniejsza?
Z mojego punktu widzenia najważniejszy jest Most Północny dla Białołęki.
Z życia koalicji (Wprost - fragment)
A propos piłki nożnej. Warszawska lewica poparła plan Hanny Gronkiewicz--Waltz i stolica wybuli grube jak Rychu Kalisz miliony na porządny stadion dla Legii Warszawa. Klub ten – przypomnijmy – należy do koncernu ITI, właściciela TVN. Czy ta sprawa śmierdzi? Cóż, szczerze mówiąc, pracownikom ratusza powinno się rozdać maski przeciwgazowe. Co prawda od smrodu podobno jeszcze nikt nie umarł, ale tutaj szykuje się precedens.
W każdym razie nie zdziwimy się, jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz poprowadzi w TVN Style „Lekcję stylu". Oczywiście, jesteśmy fanami Jolanty Kwaśniewskiej, ale chętnie poznamy garść sposobów na pozbycie się wąsików. Bezy już nam się przejadły.
W każdym razie nie zdziwimy się, jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz poprowadzi w TVN Style „Lekcję stylu". Oczywiście, jesteśmy fanami Jolanty Kwaśniewskiej, ale chętnie poznamy garść sposobów na pozbycie się wąsików. Bezy już nam się przejadły.
2008/09/21
Partyjne Zabiegi Kadrowe
Rządząca partia wchodzi w buty poprzednich ekip i wykorzystuje luki w prawie, by upychać swoich ludzi na stanowiskach zarezerwowanych dla apolitycznych urzędników. A że najciemniej pod latarnią, praktyka ta nie omija Kancelarii Premiera.
Czterech na 20 szefów departamentów w urzędzie stanowiącym bezpośrednie zaplecze Donalda Tuska to "kierujący", a nie dyrektorzy. To wbrew obowiązującej od 2006 r. ustawie o Państwowym Zasobie Kadrowym (PZK). Zakłada ona, że wyższe funkcje w administracji państwowej można powierzać jedynie osobom zarejestrowanym w PZK.
Kierującymi" (w przeszłości modnym prawnym wytrychem było określenie p.o. dyrektora) są Barbara Szymborska, Tomasz Bolek, Mateusz Matejewski i stojący na czele Centrum Informacyjnego Rządu Jacek Filipowicz. Filipowicza, byłego dziennikarza, ściągnęła do Kancelarii Agnieszka Liszka, do niedawna rzecznik gabinetu Tuska. Matejewski to działacz PO z Małopolski, który uchodzi za człowieka Adama Leszkiewicza, zastępcy szefa Kancelarii.
- To nie jest dla mnie komfortowa sytuacja, bo z tak określonego stanowiska łatwiej mnie zwolnić - żali się "Newsweekowi" Jacek Filipowicz. I dodaje, że wyciąganie tego tematu to próba zdyskredytowania projektu ustawy likwidującej Państwowy Zasób Kadrowy, który w maju przyjął rząd.
Sytuacja nieco krępuje też przedstawicieli Platformy. - Kancelaria zatrudnia jak może - mówi dyplomatycznie wiceszef PO Waldy Dzikowski, członek sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych.
Dlaczego zainteresowani nie mogą zarejestrować się w PZK? Szkopuł w tym, że wcześniej trzeba zdać egzamin organizowany przez Krajową Szkołę Administracji Publicznej. - To trudny test, a ja nie mam kiedy się uczyć, bo całe dnie spędzam w pracy - broni się anonimowo jeden z winowajców.
- Jeżeli ktoś boi się niezdania, to znaczy, że nie ma wystarczających umiejętności, by piastować dane stanowisko - oburza się Witold Gintowt-Dziewałtowski (SLD), ekspert prawa administracyjnego. Poseł nie kryje oburzenia. - PiS przeforsowało ustawę ułatwiającą zatrudnianie pozbawionych kwalifikacji kolegów. Dwa lata temu PO nie zostawiała na tym dokumencie suchej nitki. Teraz skwapliwie korzysta z jego dobrodziejstw - komentuje. Prawdopodobnie "kierującym" uda się uniknąć egzaminu. Sejm pracuje już nad zaproponowaną przez rząd ustawą likwidującą PZK. Zniknie siejący postrach egzamin.
Projekt nie przewiduje także konkursów, które wyłaniałyby najlepszego kandydata. Mówi jedynie o otwartym i konkurencyjnym naborze osób spełniających warunki. Reszta będzie zależeć od premiera lub ministra, który z kilku kandydatów wybierze tego najlepiej odpowiadającego jego oczekiwaniom. Wystarczy, że osoby ubiegające się o stanowisko wykażą się "wiedzą i doświadczeniem". Nabytymi np. w trakcie "pełnienia obowiązków" i "kierowania".
Joanna Tańska, Marcin Marczak
www.newsweek.pl
Czterech na 20 szefów departamentów w urzędzie stanowiącym bezpośrednie zaplecze Donalda Tuska to "kierujący", a nie dyrektorzy. To wbrew obowiązującej od 2006 r. ustawie o Państwowym Zasobie Kadrowym (PZK). Zakłada ona, że wyższe funkcje w administracji państwowej można powierzać jedynie osobom zarejestrowanym w PZK.
Kierującymi" (w przeszłości modnym prawnym wytrychem było określenie p.o. dyrektora) są Barbara Szymborska, Tomasz Bolek, Mateusz Matejewski i stojący na czele Centrum Informacyjnego Rządu Jacek Filipowicz. Filipowicza, byłego dziennikarza, ściągnęła do Kancelarii Agnieszka Liszka, do niedawna rzecznik gabinetu Tuska. Matejewski to działacz PO z Małopolski, który uchodzi za człowieka Adama Leszkiewicza, zastępcy szefa Kancelarii.
- To nie jest dla mnie komfortowa sytuacja, bo z tak określonego stanowiska łatwiej mnie zwolnić - żali się "Newsweekowi" Jacek Filipowicz. I dodaje, że wyciąganie tego tematu to próba zdyskredytowania projektu ustawy likwidującej Państwowy Zasób Kadrowy, który w maju przyjął rząd.
Sytuacja nieco krępuje też przedstawicieli Platformy. - Kancelaria zatrudnia jak może - mówi dyplomatycznie wiceszef PO Waldy Dzikowski, członek sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych.
Dlaczego zainteresowani nie mogą zarejestrować się w PZK? Szkopuł w tym, że wcześniej trzeba zdać egzamin organizowany przez Krajową Szkołę Administracji Publicznej. - To trudny test, a ja nie mam kiedy się uczyć, bo całe dnie spędzam w pracy - broni się anonimowo jeden z winowajców.
- Jeżeli ktoś boi się niezdania, to znaczy, że nie ma wystarczających umiejętności, by piastować dane stanowisko - oburza się Witold Gintowt-Dziewałtowski (SLD), ekspert prawa administracyjnego. Poseł nie kryje oburzenia. - PiS przeforsowało ustawę ułatwiającą zatrudnianie pozbawionych kwalifikacji kolegów. Dwa lata temu PO nie zostawiała na tym dokumencie suchej nitki. Teraz skwapliwie korzysta z jego dobrodziejstw - komentuje. Prawdopodobnie "kierującym" uda się uniknąć egzaminu. Sejm pracuje już nad zaproponowaną przez rząd ustawą likwidującą PZK. Zniknie siejący postrach egzamin.
Projekt nie przewiduje także konkursów, które wyłaniałyby najlepszego kandydata. Mówi jedynie o otwartym i konkurencyjnym naborze osób spełniających warunki. Reszta będzie zależeć od premiera lub ministra, który z kilku kandydatów wybierze tego najlepiej odpowiadającego jego oczekiwaniom. Wystarczy, że osoby ubiegające się o stanowisko wykażą się "wiedzą i doświadczeniem". Nabytymi np. w trakcie "pełnienia obowiązków" i "kierowania".
Joanna Tańska, Marcin Marczak
www.newsweek.pl
2008/09/20
Opolski urząd dla Platformy
W urzędzie marszałkowskim w Opolu pracę dostają działacze PO i ich krewni, np. syn prezydenta miasta .
Janusz Trzepizur, kiedyś skoczek wzwyż, dziś radny Platformy w sejmiku opolskim, ma synową. A synowa - od niedawna pracę w departamencie programów rozwoju obszarów wiejskich urzędu marszałkowskiego. Choć starała się tylko o posadę sekretarki, podanie zaniosła aż do członka zarządu województwa Tomasza Kostusia, kolegi partyjnego teścia. Ten twierdzi, że nic jej nie załatwiał, tylko skierował do szefowej departamentu na rozmowę. Gdy opisaliśmy tę historię, pracownicy urzędu marszałkowskiego zaczęli nas informować o innych politycznych ich zdaniem nominacjach.
W urzędzie pracę znalazł syn należącego do PO wiceprezydenta Opola Janusza Kwiatkowskiego.
- Startował w konkursie, nie wpływałem na jego przyjęcie - zaznacza Kwiatkowski.W urzędzie zatrudniony został Zbigniew Kubalańca, członek rady regionalnej PO, dyrektor biura poselskiego Tadeusza Jarmuziewicza, wiceministra infrastruktury. Dostał etat podinspektora w referacie nauki i rynku pracy. W referacie instytucji kultury zatrudniono radną powiatową PO Annę Wolny-Miksę. W Opolskim Centrum Rozwoju Gospodarki, który jest jednostką podległą marszałkowi, do pracy przyjęto na kierownicze stanowisko radnego PO Arkadiusza Wiśniewskiego, a także Elżbietę Stolarczuk z rady regionalnej PO i Zenona Wereszyńskiego, polityka PO z Opola. - To nic złego, wygrali należycie przeprowadzone konkursy - mówi poseł PO Leszek Korzeniowski, szef PO w regionie. - Konkursy mogą być lekarstwem na nepotyzm i kolesiostwo, ale tylko wtedy, gdy są rzetelne, a nie wtedy, gdy z góry wiadomo, kto wygra - komentuje Grażyna Kopińska z Fundacji im. Stefana Batorego, szefowa programu "Przeciw korupcji".
Źródło: Gazeta Wyborcza
Joanna Pszon, Opole
Janusz Trzepizur, kiedyś skoczek wzwyż, dziś radny Platformy w sejmiku opolskim, ma synową. A synowa - od niedawna pracę w departamencie programów rozwoju obszarów wiejskich urzędu marszałkowskiego. Choć starała się tylko o posadę sekretarki, podanie zaniosła aż do członka zarządu województwa Tomasza Kostusia, kolegi partyjnego teścia. Ten twierdzi, że nic jej nie załatwiał, tylko skierował do szefowej departamentu na rozmowę. Gdy opisaliśmy tę historię, pracownicy urzędu marszałkowskiego zaczęli nas informować o innych politycznych ich zdaniem nominacjach.
W urzędzie pracę znalazł syn należącego do PO wiceprezydenta Opola Janusza Kwiatkowskiego.
- Startował w konkursie, nie wpływałem na jego przyjęcie - zaznacza Kwiatkowski.W urzędzie zatrudniony został Zbigniew Kubalańca, członek rady regionalnej PO, dyrektor biura poselskiego Tadeusza Jarmuziewicza, wiceministra infrastruktury. Dostał etat podinspektora w referacie nauki i rynku pracy. W referacie instytucji kultury zatrudniono radną powiatową PO Annę Wolny-Miksę. W Opolskim Centrum Rozwoju Gospodarki, który jest jednostką podległą marszałkowi, do pracy przyjęto na kierownicze stanowisko radnego PO Arkadiusza Wiśniewskiego, a także Elżbietę Stolarczuk z rady regionalnej PO i Zenona Wereszyńskiego, polityka PO z Opola. - To nic złego, wygrali należycie przeprowadzone konkursy - mówi poseł PO Leszek Korzeniowski, szef PO w regionie. - Konkursy mogą być lekarstwem na nepotyzm i kolesiostwo, ale tylko wtedy, gdy są rzetelne, a nie wtedy, gdy z góry wiadomo, kto wygra - komentuje Grażyna Kopińska z Fundacji im. Stefana Batorego, szefowa programu "Przeciw korupcji".
Źródło: Gazeta Wyborcza
Joanna Pszon, Opole
Parkują gdzie chcą
Ona nie musi kierować się przepisami, zdrowym rozsądkiem. Kiedy minister zdrowia Ewa Kopacz (52 l.) jedzie służbową limuzyną na spotkanie, ma w nosie innych kierowców. Fakt podpatrzył, jak w czwartkowy wieczór kazała zatrzymać się kierowcy pod biurem PO na środku jezdni w Al. Ujazdowskich.
Sparaliżowała w ten sposób ruch w centrum na kilka godzin. Ale co tam, ważne, żeby nie musiała nadwyrężać nóg spacerem z parkingu.Ewa Kopacz czuła się w czwartek bezkarna, bo przyjechała na spotkanie z Hanną Gronkiewicz-Waltz (56 l.). Ta zresztą wcale nie okazała się lepsza. Swoje auto zatrzymała zaraz przed limuzyną minister. Za takie bezczelne łamanie przepisów ktoś inny zostałby surowo ukarany przez funkcjonariuszy drogówki. Ale policjanci nie zdecydowali się wlepić mandatu ani prezydent Warszawy, ani jej koleżance – pani minister. Szkoda, nikt nie powinien uważać, że stoi ponad prawem.
[MIEŚ]
e-fakt
Sparaliżowała w ten sposób ruch w centrum na kilka godzin. Ale co tam, ważne, żeby nie musiała nadwyrężać nóg spacerem z parkingu.Ewa Kopacz czuła się w czwartek bezkarna, bo przyjechała na spotkanie z Hanną Gronkiewicz-Waltz (56 l.). Ta zresztą wcale nie okazała się lepsza. Swoje auto zatrzymała zaraz przed limuzyną minister. Za takie bezczelne łamanie przepisów ktoś inny zostałby surowo ukarany przez funkcjonariuszy drogówki. Ale policjanci nie zdecydowali się wlepić mandatu ani prezydent Warszawy, ani jej koleżance – pani minister. Szkoda, nikt nie powinien uważać, że stoi ponad prawem.
[MIEŚ]
e-fakt
Drugie ratusza podejście do drugiej linii metra
Kolejny przetarg na linię metra pod Wisłą miasto ogłosi na początku października. Teraz urzędnicy gorączkowo szlifują jego warunki .
Za kilkanaście dni będzie wiadomo, ile czasu dadzą władze miasta firmom na zaprojektowanie i zbudowanie centralnego odcinka drugiej linii metra od ronda Daszyńskiego do Dworca Wileńskiego. Przypomnijmy, że w poprzednim przetargu Metro Warszawskie chciało, by ten fragment powstał w niecałe cztery lata. Dość wyśrubowany harmonogram, a także presja na firmy, by zbudowały metro przed rozgrywkami Euro 2012, sprawiły, że zgłoszone ceny okazały się horrendalnie wysokie. Choć kosztorys zakładał, że centralny odcinek drugiej linii metra powstanie za 2,8 mld zł, wartość ofert osiągnęła prawie 6 mld zł. Dlatego w lipcu władze miasta unieważniły przetarg.- Kolejny ogłosimy w pierwszym tygodniu października - zapowiedział w piątek rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk. Urzędnicy zakładają wstępnie, że czas przeznaczony na budowę będzie dłuższy. M.in. to ma się przyczynić do zbicia ceny. Urzędnicy Metra Warszawskiego i ratusza zastanawiają się też nad nowymi warunkami przetargu. Chodzi np. o wysokość kar czy zaliczek. Władze miasta liczą, że tym razem będzie większa konkurencja niż w pierwszym przetargu, kiedy ostateczne oferty złożyły tylko trzy firmy. Być może oferty złożą też Chińczycy. Wielu ekspertów nie wierzy jednak w to, że zaproponowane przez nich ceny będą znacząco niższe.
Według optymistycznych założeń wykonawcę prac uda się wybrać na przełomie grudnia i stycznia. Po zaprojektowaniu budowa zaczęłaby się na początku 2010 r. Odcinka łączącego Śródmieście z Pragą już na pewno nie uda się skończyć przed Euro 2012. Żeby jednak nie doprowadzić do paraliżu komunikacyjnego w czasie mistrzostw, urzędnicy chcą, by do tego czasu została odtworzona większość ulic, pod którymi będzie drążone metro. - Chcemy postawić warunek, by od kwietnia 2012 r. całkowicie przejezdna była Targowa i Trasa W-Z. Wtedy musi być także gotowy nowy układ torowiska i przystanków tramwajowych przy Dworcu Wileńskim. Liczymy, że powstająca pod tym skrzyżowaniem stacja metra będzie gotowa przynajmniej w stanie surowym - mówi Tomasz Kunert, rzecznik koordynatora ratusza ds. remontów. Pierwszy odcinek drugiej linii metra może być ukończony pod koniec 2013 lub w pierwszej połowie 2014 r.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Krzysztof Śmietana
Za kilkanaście dni będzie wiadomo, ile czasu dadzą władze miasta firmom na zaprojektowanie i zbudowanie centralnego odcinka drugiej linii metra od ronda Daszyńskiego do Dworca Wileńskiego. Przypomnijmy, że w poprzednim przetargu Metro Warszawskie chciało, by ten fragment powstał w niecałe cztery lata. Dość wyśrubowany harmonogram, a także presja na firmy, by zbudowały metro przed rozgrywkami Euro 2012, sprawiły, że zgłoszone ceny okazały się horrendalnie wysokie. Choć kosztorys zakładał, że centralny odcinek drugiej linii metra powstanie za 2,8 mld zł, wartość ofert osiągnęła prawie 6 mld zł. Dlatego w lipcu władze miasta unieważniły przetarg.- Kolejny ogłosimy w pierwszym tygodniu października - zapowiedział w piątek rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk. Urzędnicy zakładają wstępnie, że czas przeznaczony na budowę będzie dłuższy. M.in. to ma się przyczynić do zbicia ceny. Urzędnicy Metra Warszawskiego i ratusza zastanawiają się też nad nowymi warunkami przetargu. Chodzi np. o wysokość kar czy zaliczek. Władze miasta liczą, że tym razem będzie większa konkurencja niż w pierwszym przetargu, kiedy ostateczne oferty złożyły tylko trzy firmy. Być może oferty złożą też Chińczycy. Wielu ekspertów nie wierzy jednak w to, że zaproponowane przez nich ceny będą znacząco niższe.
Według optymistycznych założeń wykonawcę prac uda się wybrać na przełomie grudnia i stycznia. Po zaprojektowaniu budowa zaczęłaby się na początku 2010 r. Odcinka łączącego Śródmieście z Pragą już na pewno nie uda się skończyć przed Euro 2012. Żeby jednak nie doprowadzić do paraliżu komunikacyjnego w czasie mistrzostw, urzędnicy chcą, by do tego czasu została odtworzona większość ulic, pod którymi będzie drążone metro. - Chcemy postawić warunek, by od kwietnia 2012 r. całkowicie przejezdna była Targowa i Trasa W-Z. Wtedy musi być także gotowy nowy układ torowiska i przystanków tramwajowych przy Dworcu Wileńskim. Liczymy, że powstająca pod tym skrzyżowaniem stacja metra będzie gotowa przynajmniej w stanie surowym - mówi Tomasz Kunert, rzecznik koordynatora ratusza ds. remontów. Pierwszy odcinek drugiej linii metra może być ukończony pod koniec 2013 lub w pierwszej połowie 2014 r.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Krzysztof Śmietana
Subskrybuj:
Posty (Atom)