Klub Platformy Obywatelskiej w Radzie Miasta nie liczy już 21 członków. Wystąpił z niego Sylwester Wysocki. Radny nie chce komentować swojej decyzji, ale można się domyślać, że krok ten podyktowany jest tym, że Wysocki nie zawsze podporządkowywał się dyscyplinie klubowej podczas głosowania.
Naszą informację potwierdza Jarosław Gorecki, szef klubu PO.
- Prezydium klubu spotkało się już z panem Wysockim. Namawialiśmy go do zweryfikowania swoich działań, żebyśmy mogli tak, jak przewiduje to regulamin klubu, w niezwykle ważnych głosowaniach wspólnie wypracowywać pewne decyzje - mówi szef klubu. - Sesja Rady Miasta to nie najlepszy czas i miejsce do dyskusji nad rozwiązaniami, które wcześniej wypracowaliśmy w klubie.
A takich głosowań, w których Sylwester Wysocki podniósł rękę inaczej niż cały klub PO, było kilka. Jedno z nich dotyczyło połączenia dwóch szkół specjalnych. Wtedy Wysocki jako jedyny członek klubu PO zagłosował przeciw. Tłumaczył potem, że dobro dzieci jest najważniejsze, a argumenty rodziców przekonały go.
Władze klubu podkreślają, że nie wyrzucają niezdyscyplinowanego radnego, tylko on sam rezygnuje.
- My wykazaliśmy maksimum cierpliwości, bo były dziesiątki sytuacji, gdy pan Wysocki głosował inaczej niż klub - mówi Gorecki.
Jako przykład podaje głosowanie nad budżetem. Wysocki wstrzymał się wtedy od głosu.
- Wydaje nam się, że polityka nie jest grą dla indywidualistów i jeśli wspólnie przyjęliśmy regulamin, to powinniśmy go przestrzegać - twierdzi Gorecki.
Sylwester Wysocki nie jest członkiem Platformy Obywatelskiej. Teraz jako jedyny gdański radny nie należy do żadnego klubu- ani PO, ani PiS. Jest też jedynym radnym, który nie ma telefonu komórkowego. Indywidualista?
Katarzyna Szcześniak - POLSKA Dziennik Bałtycki
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2008/04/17
Koalicyjne tarcie o rolniczego doradcę
Zgodnie z przewidywaniami "Gazety" szefem Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Szepietowie został Sławomir Gromadzki, wojewódzki radny z klubu Platformy Obywatelskiej.
Decyzję o jego nominacji podpisał wczoraj wojewoda podlaski Maciej Żywno. Gromadzki zastąpił Mirosławę Jaroszewicz-Łojewską, działaczkę PiS, która sama zrezygnowała ze stanowiska. Zgodnie z własną prośbą została w ODR jako wicedyrektor.
Nowy szef ośrodka - podlegającego obecnie Ministerstwu Rolnictwa - ma poprowadzić proces przekazania tej instytucji organom samorządowym. Nominacja Gromadzkiego, do niedawna działacza Samoobrony i samorządowca z gminy Mały Płock, nie wszystkich ucieszyła. Działacze podlaskiego PSL, którzy współrządzą razem z PO, są zdania, że stanowisko to powinno przypaść komuś związanemu z ich partią.
- Niejednokrotnie sygnalizowaliśmy, że z racji naszego naturalnego zainteresowania problemami wsi ODR powinien kierować ktoś wskazany przez nas - uważa szef ludowców w sejmiku, radny Wojciech Borzuchowski. Jego zdaniem w koalicji na szczeblu województwa partnerzy zbyt mało rozmawiają, co budzi potem różne kontrowersje.
- Może rzeczywiście były pewne problemy z komunikacją między nami - przyznaje ostrożnie marszałek województwa Jarosław Dworzański z PO. Od razu jednak dodaje, że trudno prowadzić rozmowy z PSL, w którym brakuje jednolitego przywództwa.
Wojewoda podkreśla, że rozmowy z PSL na temat dyrektora ODR były, bo każdą decyzję konsultuje ze swoim zastępcą - działaczem PSL Wojciechem Dzierzgowskim.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
jame
2008-04-16, ostatnia aktualizacja 2008-04-16 20:59
Decyzję o jego nominacji podpisał wczoraj wojewoda podlaski Maciej Żywno. Gromadzki zastąpił Mirosławę Jaroszewicz-Łojewską, działaczkę PiS, która sama zrezygnowała ze stanowiska. Zgodnie z własną prośbą została w ODR jako wicedyrektor.
Nowy szef ośrodka - podlegającego obecnie Ministerstwu Rolnictwa - ma poprowadzić proces przekazania tej instytucji organom samorządowym. Nominacja Gromadzkiego, do niedawna działacza Samoobrony i samorządowca z gminy Mały Płock, nie wszystkich ucieszyła. Działacze podlaskiego PSL, którzy współrządzą razem z PO, są zdania, że stanowisko to powinno przypaść komuś związanemu z ich partią.
- Niejednokrotnie sygnalizowaliśmy, że z racji naszego naturalnego zainteresowania problemami wsi ODR powinien kierować ktoś wskazany przez nas - uważa szef ludowców w sejmiku, radny Wojciech Borzuchowski. Jego zdaniem w koalicji na szczeblu województwa partnerzy zbyt mało rozmawiają, co budzi potem różne kontrowersje.
- Może rzeczywiście były pewne problemy z komunikacją między nami - przyznaje ostrożnie marszałek województwa Jarosław Dworzański z PO. Od razu jednak dodaje, że trudno prowadzić rozmowy z PSL, w którym brakuje jednolitego przywództwa.
Wojewoda podkreśla, że rozmowy z PSL na temat dyrektora ODR były, bo każdą decyzję konsultuje ze swoim zastępcą - działaczem PSL Wojciechem Dzierzgowskim.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
jame
2008-04-16, ostatnia aktualizacja 2008-04-16 20:59
CBA zatrzymało byłego prezesa Optimusa
Były prezes Optimusa Piotr L., został zatrzymany przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Prokuratura wystąpiła o aresztowanie byłego szefa firmy. Piotr L. usłyszał zarzuty o spowodowanie w Optimusie strat w wysokości 732 tys. zł.
Razem z byłym prezesem zatrzymano jeszcze dwie osoby. Na razie jednak nie wiadomo, czy wobec pozostałych zatrzymanych prokuratorzy również będą wnioskowali o areszt.
Z ustaleń CBA wynika, że w latach 2006-2007 Piotr L. zawarł z inną firmą umowę na usługi, wiedząc, że nigdy nie będą realizowane. Chodziło o usługi windykacyjne świadczone na rzecz Optimusa. - Później zlecił opłacenie kilku faktur opiewających w sumie na ponad 730 tys. zł. Dalsze ustalenia wskazują, że z tej kwoty ponad 670 tys. zł trafiło "do kieszeni" L., a pozostałe pieniądze m.in. do Konrada K., pośrednika w tym procederze - wyjaśniał dyrektor biura szefa CBA Temistokles Brodowski. Według niego, zatrzymanemu grozi do 10 lat więzienia.
Kontrowersyjne podwyższenie kapitału w spółce
Piotr L. był już raz zatrzymany przez prokuraturę. 31 października 2006 r. oficerowie Centralnego Biura Śledczego zatrzymali jego i Michała Lorenca, byłego prezesa Optimusa.Zatrzymanie byłego prezesa miało związek z podwyższeniem kapitału zakładowego w jego firmie. Wówczas prokuratura nie informowała, czy zarzuty zostały postawione prezesowi.Organy śledcze Optimusem zajmowały się już od lipca 2006 roku. Wtedy właśnie Michał Lorenc złożył pierwsze zeznania. Od początku twierdził, że przeprowadzonego w czerwcu 2006 podwyższenia kapitału w spółce dokonano na podstawie sfałszowanej uchwały rady nadzorczej.
Podobnie twierdziła rada nadzorcza Optimusa. W efekcie podwyższenia kapitału Zbigniew Jakubas utracił kontrolę nad spółką. Pakiet 30 proc. akcji objął Michał Dębski, prezes i właściciel skierniewickiej firmy Zatra.
Optimus składał już wnioski o upadłość
Spółka od 1994 r. notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. 28 sierpnia 2006 Komisja Papierów Wartościowych i Giełd podjęła decyzję o wycofaniu Optimusa z GPW. Powodem było niewłaściwie wykonywanie obowiązków informacyjnych przez spółkę. Decyzja nie weszła jednak w życie i Optimus pozostał na giełdzie.
W czerwcu 2007 firma złożyła wniosek do sądu o upadłość; kolejny pod koniec stycznia 2008 roku.
Jednak na początku kwietnia Optimus wystąpił o cofnięcie wniosku o ogłoszenie upadłości i umorzenie postępowania, do czego sąd się przychylił.Optimus SA cały czas funkcjonuje.
mysi,prm//gak/mlas
http://www.tvn24.pl/-1,1546295,wiadomosc.html
Razem z byłym prezesem zatrzymano jeszcze dwie osoby. Na razie jednak nie wiadomo, czy wobec pozostałych zatrzymanych prokuratorzy również będą wnioskowali o areszt.
Z ustaleń CBA wynika, że w latach 2006-2007 Piotr L. zawarł z inną firmą umowę na usługi, wiedząc, że nigdy nie będą realizowane. Chodziło o usługi windykacyjne świadczone na rzecz Optimusa. - Później zlecił opłacenie kilku faktur opiewających w sumie na ponad 730 tys. zł. Dalsze ustalenia wskazują, że z tej kwoty ponad 670 tys. zł trafiło "do kieszeni" L., a pozostałe pieniądze m.in. do Konrada K., pośrednika w tym procederze - wyjaśniał dyrektor biura szefa CBA Temistokles Brodowski. Według niego, zatrzymanemu grozi do 10 lat więzienia.
Kontrowersyjne podwyższenie kapitału w spółce
Piotr L. był już raz zatrzymany przez prokuraturę. 31 października 2006 r. oficerowie Centralnego Biura Śledczego zatrzymali jego i Michała Lorenca, byłego prezesa Optimusa.Zatrzymanie byłego prezesa miało związek z podwyższeniem kapitału zakładowego w jego firmie. Wówczas prokuratura nie informowała, czy zarzuty zostały postawione prezesowi.Organy śledcze Optimusem zajmowały się już od lipca 2006 roku. Wtedy właśnie Michał Lorenc złożył pierwsze zeznania. Od początku twierdził, że przeprowadzonego w czerwcu 2006 podwyższenia kapitału w spółce dokonano na podstawie sfałszowanej uchwały rady nadzorczej.
Podobnie twierdziła rada nadzorcza Optimusa. W efekcie podwyższenia kapitału Zbigniew Jakubas utracił kontrolę nad spółką. Pakiet 30 proc. akcji objął Michał Dębski, prezes i właściciel skierniewickiej firmy Zatra.
Optimus składał już wnioski o upadłość
Spółka od 1994 r. notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. 28 sierpnia 2006 Komisja Papierów Wartościowych i Giełd podjęła decyzję o wycofaniu Optimusa z GPW. Powodem było niewłaściwie wykonywanie obowiązków informacyjnych przez spółkę. Decyzja nie weszła jednak w życie i Optimus pozostał na giełdzie.
W czerwcu 2007 firma złożyła wniosek do sądu o upadłość; kolejny pod koniec stycznia 2008 roku.
Jednak na początku kwietnia Optimus wystąpił o cofnięcie wniosku o ogłoszenie upadłości i umorzenie postępowania, do czego sąd się przychylił.Optimus SA cały czas funkcjonuje.
mysi,prm//gak/mlas
http://www.tvn24.pl/-1,1546295,wiadomosc.html
CBA zatrzymało byłego prezesa Optimusa
Były prezes Optimusa Piotr L., został zatrzymany przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Prokuratura wystąpiła o aresztowanie byłego szefa firmy. Piotr L. usłyszał zarzuty o spowodowanie w Optimusie strat w wysokości 732 tys. zł.Razem z byłym prezesem zatrzymano jeszcze dwie osoby. Na razie jednak nie wiadomo, czy wobec pozostałych zatrzymanych prokuratorzy również będą wnioskowali o areszt.
Z ustaleń CBA wynika, że w latach 2006-2007 Piotr L. zawarł z inną firmą umowę na usługi, wiedząc, że nigdy nie będą realizowane. Chodziło o usługi windykacyjne świadczone na rzecz Optimusa. - Później zlecił opłacenie kilku faktur opiewających w sumie na ponad 730 tys. zł. Dalsze ustalenia wskazują, że z tej kwoty ponad 670 tys. zł trafiło "do kieszeni" L., a pozostałe pieniądze m.in. do Konrada K., pośrednika w tym procederze - wyjaśniał dyrektor biura szefa CBA Temistokles Brodowski. Według niego, zatrzymanemu grozi do 10 lat więzienia.
Kontrowersyjne podwyższenie kapitału w spółce
Piotr L. był już raz zatrzymany przez prokuraturę. 31 października 2006 r. oficerowie Centralnego Biura Śledczego zatrzymali jego i Michała Lorenca, byłego prezesa Optimusa.Zatrzymanie byłego prezesa miało związek z podwyższeniem kapitału zakładowego w jego firmie. Wówczas prokuratura nie informowała, czy zarzuty zostały postawione prezesowi.Organy śledcze Optimusem zajmowały się już od lipca 2006 roku. Wtedy właśnie Michał Lorenc złożył pierwsze zeznania. Od początku twierdził, że przeprowadzonego w czerwcu 2006 podwyższenia kapitału w spółce dokonano na podstawie sfałszowanej uchwały rady nadzorczej.
Podobnie twierdziła rada nadzorcza Optimusa. W efekcie podwyższenia kapitału Zbigniew Jakubas utracił kontrolę nad spółką. Pakiet 30 proc. akcji objął Michał Dębski, prezes i właściciel skierniewickiej firmy Zatra.
Optimus składał już wnioski o upadłość
Spółka od 1994 r. notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. 28 sierpnia 2006 Komisja Papierów Wartościowych i Giełd podjęła decyzję o wycofaniu Optimusa z GPW. Powodem było niewłaściwie wykonywanie obowiązków informacyjnych przez spółkę. Decyzja nie weszła jednak w życie i Optimus pozostał na giełdzie.
W czerwcu 2007 firma złożyła wniosek do sądu o upadłość; kolejny pod koniec stycznia 2008 roku.
Jednak na początku kwietnia Optimus wystąpił o cofnięcie wniosku o ogłoszenie upadłości i umorzenie postępowania, do czego sąd się przychylił.Optimus SA cały czas funkcjonuje.
mysi,prm//gak/mlas
Więckowski pozywa Palikota
Miejski radny Piotr Więckowski poczuł się urażony słowami posła Janusza Palikota, które wypowiedział w programie "Misja specjalna". Pełnomocnikiem radnego jest... Roman Giertych.
Lider lubelskiej Platformy Obywatelskiej jest na wojennej ścieżce z radnym od dawna. Wszystko za sprawą inwestycji Echo Investment na górkach czechowskich. Przypomnijmy, że Więckowski jest radnym bezpartyjnym ale należącym do klubu radnych PiS. Z PO został wyrzucony na wniosek Palikota w połowie grudnia ubiegłego roku. To kara za głosowanie przeciwko zmianie planu zagospodarowania przestrzennego, który umożliwiłby kieleckiej firmie Echo wybudować na Czechowie galerie handlową. W połowie marca Krajowy Sąd Koleżeński PO odrzucił odwołanie Więckowskiego w sprawie wykluczenia go z szeregów partii.
26 marca TVP 1 wyemitowała program "Misja Specjalna". Jej tematem była inwestycja kieleckiej firmy w Lublinie. Jednym z bohaterów reportażu był właśnie Więckowski. W złym świetle dziennikarze przedstawili Palikota i innego radnego PO Pawła Bryłowskiego. Właśnie im miało zależeć na tym żeby Echo weszło na górki. - Byłem poddawany różnym socjotechnikom przez radnych, którzy wykonywali polecania pana posła Palikota - zeznał Więckowski przed kamerą, ale szczegółów nie podał. Później opowiadał o zdarzeniu, do którego miało dojść w wieczór wyborczy, kiedy prezydentem miasta został Adam Wasilewski. - Przypadkowo znalazłem się w domu posła Palikota - mówił. Twierdził, że oprócz niego i gospodarza byli tam jeszcze Wasilewski i radny Dariusz Piątek (PO). - Pierwsze słowa, jakie padły, to było stwierdzenie, że trzeba coś zrobić w sprawie górek czechowskich. Zmroziło mnie to wtedy i tylko interwencja Dariusza Piątka, który mnie wyciągnął za rękaw z tarasu, powstrzymała mnie przed wszczęciem awantury - relacjonował Więckowski.
Palikot w odpowiedzi zaznaczył, że radnego do domu nie zaprasza. A zdarzenie nie miało miejsca. Powiedział też, że Piątek i Więckowski jako developerzy mają własne zamiary co do górek. I właśnie tym wątkiem powinna zająć się prokuratura. Te słowa uraziły radnego, który złożył akt oskarżenia w sprawie karnej o zniesławienie. Zapowiada, że za kilka dni do kancelarii Sejmu wpłynie wniosek o uchylenie Palikotowi immunitetu. Więckowski w swej walce z posłem znalazł sprzymierzeńca - Romana Giertycha, który jest pełnomocnikiem radnego. Giertych to były minister edukacji narodowej często krytykowany przez Palikota. Były poseł jest także reprezentantem byłej żony lidera PO. Ta z kolei oskarża go o ukrycie pokaźniej części majątku na Karaibach. Tę sprawę bada lubelski sąd.
Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin
Autor: Sławomir Skomra
Lider lubelskiej Platformy Obywatelskiej jest na wojennej ścieżce z radnym od dawna. Wszystko za sprawą inwestycji Echo Investment na górkach czechowskich. Przypomnijmy, że Więckowski jest radnym bezpartyjnym ale należącym do klubu radnych PiS. Z PO został wyrzucony na wniosek Palikota w połowie grudnia ubiegłego roku. To kara za głosowanie przeciwko zmianie planu zagospodarowania przestrzennego, który umożliwiłby kieleckiej firmie Echo wybudować na Czechowie galerie handlową. W połowie marca Krajowy Sąd Koleżeński PO odrzucił odwołanie Więckowskiego w sprawie wykluczenia go z szeregów partii.
26 marca TVP 1 wyemitowała program "Misja Specjalna". Jej tematem była inwestycja kieleckiej firmy w Lublinie. Jednym z bohaterów reportażu był właśnie Więckowski. W złym świetle dziennikarze przedstawili Palikota i innego radnego PO Pawła Bryłowskiego. Właśnie im miało zależeć na tym żeby Echo weszło na górki. - Byłem poddawany różnym socjotechnikom przez radnych, którzy wykonywali polecania pana posła Palikota - zeznał Więckowski przed kamerą, ale szczegółów nie podał. Później opowiadał o zdarzeniu, do którego miało dojść w wieczór wyborczy, kiedy prezydentem miasta został Adam Wasilewski. - Przypadkowo znalazłem się w domu posła Palikota - mówił. Twierdził, że oprócz niego i gospodarza byli tam jeszcze Wasilewski i radny Dariusz Piątek (PO). - Pierwsze słowa, jakie padły, to było stwierdzenie, że trzeba coś zrobić w sprawie górek czechowskich. Zmroziło mnie to wtedy i tylko interwencja Dariusza Piątka, który mnie wyciągnął za rękaw z tarasu, powstrzymała mnie przed wszczęciem awantury - relacjonował Więckowski.
Palikot w odpowiedzi zaznaczył, że radnego do domu nie zaprasza. A zdarzenie nie miało miejsca. Powiedział też, że Piątek i Więckowski jako developerzy mają własne zamiary co do górek. I właśnie tym wątkiem powinna zająć się prokuratura. Te słowa uraziły radnego, który złożył akt oskarżenia w sprawie karnej o zniesławienie. Zapowiada, że za kilka dni do kancelarii Sejmu wpłynie wniosek o uchylenie Palikotowi immunitetu. Więckowski w swej walce z posłem znalazł sprzymierzeńca - Romana Giertycha, który jest pełnomocnikiem radnego. Giertych to były minister edukacji narodowej często krytykowany przez Palikota. Były poseł jest także reprezentantem byłej żony lidera PO. Ta z kolei oskarża go o ukrycie pokaźniej części majątku na Karaibach. Tę sprawę bada lubelski sąd.
Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin
Autor: Sławomir Skomra
2008/04/15
Czy Ewa Kopacz nie pracuje za dużo?
Mazowiecka Platforma nie ma szefa. Jego obowiązki pełni najbardziej zapracowana minister – Ewa Kopacz. I tak zostanie do 2010 roku.
Minister zdrowia pełnić obowiązki przewodniczącego zaczęła w kwietniu 2006 r. Zastąpiła Łukasza Abgarowicza, który odszedł ze stanowiska, gdy z partii wyrzucono Pawła Piskorskiego, z którym blisko współpracował.
Kopacz miała sprawować funkcję tylko dwa miesiące – do czerwca. Ale wszystko wskazuje na to, że będzie trwać całą kadencję. – To największy i najważniejszy region, władzom partii nie spieszy się wpuszczać tu kogoś, na kogo nie mają wpływu – opowiada jeden z polityków PO.
Mazowiecka PO zazwyczaj była najbardziej samodzielną strukturą Platformy. – Teraz przy tak zapracowanym przewodniczącym struktury są w uśpieniu – opowiada poseł PO.
Gdy Ewa Kopacz została ministrem, przekazała upoważnienie do kierowania strukturami Andrzejowi Halickiemu. W efekcie mazowiecką PO kieruje... zastępca pełniącego obowiązki. Wybory do zarządów władz regionalnych odbędą się dopiero na początku 2010 r.
A Mazowsze to niejedyne miejsce, gdzie wybory powinny się odbyć wcześniej. Z wnioskiem o nadzwyczajny zjazd wystąpiła połowa powiatów w Świętokrzyskiem. Działacze chcieli odwołać przewodniczącego Konstantego Miodowicza. Za jego konkurenta w regionie uchodzi Krzysztof Grzegorek, wiceminister zdrowia, osoba blisko współpracująca z Ewą Kopacz. Władze krajowe jednak postanowiły wyciszyć spór, dokooptowując do zarządu regionu parlamentarzystów ze Świętokrzyskiego.
Inaczej sprawę rozstrzygnięto w Gliwicach. W styczniu rozwiązano gliwicką Platformę. Działało tam jedno z największych kół PO na Śląsku. Ustanowiono komisarza. Ale nowych władz powiatowych nie wybrano. – Jest powołane nowe, ale tylko jedno koło, więc nie ma potrzeby wybierać władz powiatowych – opowiada Andrzej Gałażewski, były komisarz w Gliwicach.
Tak region ma dotrwać do wyborów w 2010 r. Niespokojnie jest też w Lubelskiem. Tam nie wszyscy działacze są zadowoleni z szefa regionu Janusza Palikota. Jeden z radnych miejskich PO przeszedł nawet do klubu PiS. – Moim zdaniem pozycja Janusza Palikota jest niezagrożona – komentuje Wojciech Wilk, poseł z Lubelskiego.
Taka sytuacja jest szansą na zaistnienie nowych postaci w partii, ale bez rekomendacji władz będzie to trudne. O przywództwo w Małopolsce walczyć będzie Jarosław Gowin, a w Kujawsko-Pomorskiem Radosław Sikorski.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: Dorota Kołakowska
Minister zdrowia pełnić obowiązki przewodniczącego zaczęła w kwietniu 2006 r. Zastąpiła Łukasza Abgarowicza, który odszedł ze stanowiska, gdy z partii wyrzucono Pawła Piskorskiego, z którym blisko współpracował.
Kopacz miała sprawować funkcję tylko dwa miesiące – do czerwca. Ale wszystko wskazuje na to, że będzie trwać całą kadencję. – To największy i najważniejszy region, władzom partii nie spieszy się wpuszczać tu kogoś, na kogo nie mają wpływu – opowiada jeden z polityków PO.
Mazowiecka PO zazwyczaj była najbardziej samodzielną strukturą Platformy. – Teraz przy tak zapracowanym przewodniczącym struktury są w uśpieniu – opowiada poseł PO.
Gdy Ewa Kopacz została ministrem, przekazała upoważnienie do kierowania strukturami Andrzejowi Halickiemu. W efekcie mazowiecką PO kieruje... zastępca pełniącego obowiązki. Wybory do zarządów władz regionalnych odbędą się dopiero na początku 2010 r.
A Mazowsze to niejedyne miejsce, gdzie wybory powinny się odbyć wcześniej. Z wnioskiem o nadzwyczajny zjazd wystąpiła połowa powiatów w Świętokrzyskiem. Działacze chcieli odwołać przewodniczącego Konstantego Miodowicza. Za jego konkurenta w regionie uchodzi Krzysztof Grzegorek, wiceminister zdrowia, osoba blisko współpracująca z Ewą Kopacz. Władze krajowe jednak postanowiły wyciszyć spór, dokooptowując do zarządu regionu parlamentarzystów ze Świętokrzyskiego.
Inaczej sprawę rozstrzygnięto w Gliwicach. W styczniu rozwiązano gliwicką Platformę. Działało tam jedno z największych kół PO na Śląsku. Ustanowiono komisarza. Ale nowych władz powiatowych nie wybrano. – Jest powołane nowe, ale tylko jedno koło, więc nie ma potrzeby wybierać władz powiatowych – opowiada Andrzej Gałażewski, były komisarz w Gliwicach.
Tak region ma dotrwać do wyborów w 2010 r. Niespokojnie jest też w Lubelskiem. Tam nie wszyscy działacze są zadowoleni z szefa regionu Janusza Palikota. Jeden z radnych miejskich PO przeszedł nawet do klubu PiS. – Moim zdaniem pozycja Janusza Palikota jest niezagrożona – komentuje Wojciech Wilk, poseł z Lubelskiego.
Taka sytuacja jest szansą na zaistnienie nowych postaci w partii, ale bez rekomendacji władz będzie to trudne. O przywództwo w Małopolsce walczyć będzie Jarosław Gowin, a w Kujawsko-Pomorskiem Radosław Sikorski.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: Dorota Kołakowska
2008/04/13
PO chce metra na Gocław
Dopiero za rok ruszą prace przy budowie odcinka centralnego drugiej linii metra, a już rozpoczęła się walka o dalszy przebieg podziemnej kolejki. Ratusz wciąż nie zdecydował, czy najpierw powstanie nitka w kierunku Gocławia, czy Bródna.
Radni Platformy Obywatelskiej z Pragi-Południe chcieliby, aby po ukończeniu odcinka centralnego zaczęła się budowa odgałęzienia kolejki w stronę Gocławia.
Od odcinka centralnego mają zostać poprowadzone dwie odnogi: północna na Bródno i południowa na Gocław. Nie wiadomo jednak, która część powstanie jako pierwsza. Romuald Kotowski, członek zarządu koła Platformy na Pradze, rozesłał do partyjnych kolegów apel, aby wystosowali list w tej sprawie do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Politycy Platformy zastanawiają się też, co zrobić, żeby władze stolicy zbudowały stację metra przy Dworcu Wschodnim zamiast Wileńskim.
- Jeśli stacja będzie przy Dworcu Wschodnim, kibice jadący z Lublina i Białegostoku szybciej dostaną się do stadionu - twierdzą radni PO z Pragi-Południe.
- Każda zmiana planów na tym etapie prac to dwa lata opóźnienia - protestuje przeciwko temu pomysłowi dyrekcja metra.
Na razie nie ma pewności, czy odcinek centralny drugiej linii metra będzie gotowy przed Euro 2012. - Najważniejsze w tej chwili jest wydanie wszystkich decyzji w jak najkrótszym czasie - mówi Jan Jakiel ze Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji.
Jak bardzo jest to skomplikowane przy tak dużej inwestycji, pokazuje fakt, że wydanie decyzji o przebiegu drugiej linii zajęło ratuszowi aż dwa lata.
Aby zbudować drugą linię na czas, trzeba także błyskawicznie wybrać wykonawcę. Umowa z jednym z pięciu konsorcjów biorących udział w przetargu zostanie jednak podpisana dopiero na przełomie maja i czerwca. Od tego czasu wybrana firma będzie miała 45 miesięcy na oddanie w całości 6 km drugiej linii. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pierwsi pasażerowie skorzystają z metra na początku kwietnia 2012 r., czyli na dwa miesiące przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej.
Nikt nie bierze jednak pod uwagę ewentualnych protestów ze strony odrzuconych firm. Co się stanie, jeżeli coś pójdzie nie tak? - Nie mamy planu "B" - przyznaje prezes metra Jerzy Lejk.
Budowa pierwszej linii trwa 25 lat
W tym tygodniu mija 13 lat od przewiezienia pierwszego pasażera przez warszawskie metro. 7 kwietnia 1995 r., po 12 latach od rozpoczęcia robót, warszawiacy mogli dojechać ze stacji Kabaty na Politechnikę. Prawie pięć lat trwało samo projektowanie wyglądu poszczególnych stacji. Siedem lat zajęło wykonywanie projektu technicznego pierwszej linii. Budowa trwa nieustannie od 25 lat i zakończy się dopiero w tym roku. Na drugą linię wykonawca będzie miał niecałe trzy lata.
Maciej Wapiński - POLSKA Times
Radni Platformy Obywatelskiej z Pragi-Południe chcieliby, aby po ukończeniu odcinka centralnego zaczęła się budowa odgałęzienia kolejki w stronę Gocławia.
Od odcinka centralnego mają zostać poprowadzone dwie odnogi: północna na Bródno i południowa na Gocław. Nie wiadomo jednak, która część powstanie jako pierwsza. Romuald Kotowski, członek zarządu koła Platformy na Pradze, rozesłał do partyjnych kolegów apel, aby wystosowali list w tej sprawie do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Politycy Platformy zastanawiają się też, co zrobić, żeby władze stolicy zbudowały stację metra przy Dworcu Wschodnim zamiast Wileńskim.
- Jeśli stacja będzie przy Dworcu Wschodnim, kibice jadący z Lublina i Białegostoku szybciej dostaną się do stadionu - twierdzą radni PO z Pragi-Południe.
- Każda zmiana planów na tym etapie prac to dwa lata opóźnienia - protestuje przeciwko temu pomysłowi dyrekcja metra.
Na razie nie ma pewności, czy odcinek centralny drugiej linii metra będzie gotowy przed Euro 2012. - Najważniejsze w tej chwili jest wydanie wszystkich decyzji w jak najkrótszym czasie - mówi Jan Jakiel ze Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji.
Jak bardzo jest to skomplikowane przy tak dużej inwestycji, pokazuje fakt, że wydanie decyzji o przebiegu drugiej linii zajęło ratuszowi aż dwa lata.
Aby zbudować drugą linię na czas, trzeba także błyskawicznie wybrać wykonawcę. Umowa z jednym z pięciu konsorcjów biorących udział w przetargu zostanie jednak podpisana dopiero na przełomie maja i czerwca. Od tego czasu wybrana firma będzie miała 45 miesięcy na oddanie w całości 6 km drugiej linii. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pierwsi pasażerowie skorzystają z metra na początku kwietnia 2012 r., czyli na dwa miesiące przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej.
Nikt nie bierze jednak pod uwagę ewentualnych protestów ze strony odrzuconych firm. Co się stanie, jeżeli coś pójdzie nie tak? - Nie mamy planu "B" - przyznaje prezes metra Jerzy Lejk.
Budowa pierwszej linii trwa 25 lat
W tym tygodniu mija 13 lat od przewiezienia pierwszego pasażera przez warszawskie metro. 7 kwietnia 1995 r., po 12 latach od rozpoczęcia robót, warszawiacy mogli dojechać ze stacji Kabaty na Politechnikę. Prawie pięć lat trwało samo projektowanie wyglądu poszczególnych stacji. Siedem lat zajęło wykonywanie projektu technicznego pierwszej linii. Budowa trwa nieustannie od 25 lat i zakończy się dopiero w tym roku. Na drugą linię wykonawca będzie miał niecałe trzy lata.
Maciej Wapiński - POLSKA Times
2008/04/11
Platforma Obywatelska obsadza Lasy
Lasy Państwowe obsadzone z klucza politycznego PO. Nominacja Mariana Pigana to zgrzyt w koalicji PO-PSL.
Firma zatrudnia 26 tys. osób. Zarządza 28 proc. powierzchni kraju. W 2007 roku na czysto zarobiła 185 mln zł.
Jaki menedżer powinien stać na czele takiej firmy? - Osoba z przygotowaniem biznesowym, bo sama znajomość branży nie wystarczy. Z kilkuletnim doświadczeniem w zarządzaniu w spółkach, odpowiednim wykształceniem, powinna mieć zdolności przywódcze, by zarazić innych swoją wizją i strategią rozwoju firmy - powiedział nam Jan Maciejewicz z Katedry Zarządzania w Gospodarce SGH.
Kogo Platforma Obywatelska postawiła na czele Lasów Państwowych - bo o nich mowa? Mariana Pigana. - To nominacja polityczna - przyznaje nawet Stanisław Żelichowski, szef klubu parlamentarnego PSL. I ta nominacja wywołała w koalicji prawdziwą awanturę.
Pigana na stanowisko szefa Lasów powołał 7 kwietnia, i to bez konkursu, minister środowiska Maciej Nowicki. Jeszcze w kampanii wyborczej PO zapowiadała, że obsadę najważniejszych stanowisk w przedsiębiorstwach państwowych poprzedzi procedura konkursowa.
Kariera nowego szefa Lasów jest błyskawiczna. Jego oficjalne CV na stronie internetowej Lasów Państwowych składa się zaledwie z siedmiu zdań. Jeszcze kilka miesięcy temu był inżynierem nadzoru w Nadleśnictwie Kobiór na Śląsku. Stamtąd w grudniu 2007 r. awansował na zastępcę dyrektora generalnego Lasów. Zajmował się marketingiem. Robił to tylko cztery miesiące i został głównym szefem. Ci, którzy go znają, mówią, że jego największe doświadczenie zawodowe to działalność w "Solidarności" leśników.
Ludowcy odcinają się od nominacji Pigana. Są oburzeni tym, że nikt z rządu nie skonsultował z nimi kandydatury nowego szefa Lasów Państwowych. Co Żelichowski ma przeciwko Piganowi? - Ktoś, kto był związkowcem nigdy nie będzie dobrym menedżerem, bo menedżerowi i związkowcowi nigdy nie jest po drodze - twierdzi szef klubu PSL.
Czy dzisiejsze protesty ludowców to odwet PSL za rozpoczętą wczoraj kontrolę zleconą przez minister Julię Piterę (PO) w Agencji Rynku Rolnego? Jak ujawniły media, rekomendowany przez ludowców prezes ARR Bogdan Twarowski zażądał zakupu z kasy agencji luksusowych przedmiotów, m.in. wartego 5 tys. zł. telefonu komórkowego.
Marian Pigan nie chce rozmawiać z prasą ani o swoim doświadczeniu, ani o kompetencjach, ani o nominacji. Przez swojego rzecznika odesłał nas do ministra środowiska. Związany z PSL wiceminister Janusz Zaleski, który nadzoruje Lasy, na temat nominacji Pigana miał do powiedzenia tylko tyle: - To młody człowiek, który powinien poradzić sobie na tym stanowisku.
Wspinaczka Pigana na szczyt leśniczej hierarchii nabrała tempa podczas ubiegłorocznej kampanii parlamentarnej. Pełnił on wówczas funkcję przewodniczącego krajowej sekcji pracowników leśnictwa "Solidarności", która trzy tygodnie przed wyborami poparła Platformę. To on zorganizował spotkanie leśników z przewodniczącym PO Donaldem Tuskiem. W związku zawrzało, bo leśnicy jako jedyni poparli partię polityczną. I zrobili to wbrew władzom "Solidarności", które chciały, by w wyborach 2007 r. związek oficjalnie pozostał neutralny. Nieoficjalnie sprzyjał PiS. - To był dla nas szok, bo o wszystkim dowiedzieliśmy się z telewizji - mówi Marek Hejman, członek komisji krajowej "Solidarności".
Ale związkowa wolta szybko się Piganowi opłaciła. Kiedy powstała koalicja PO-PSL, zaczęły się ruchy kadrowe w Lasach. Już pod koniec 2007 r. minister środowiska odwołał PiS-owskiego szefa Lasów Andrzeja Matysiaka. Co ciekawe, jednym z powodów było uwikłanie Lasów w politykę. Chodziło o przedwyborcze narady w całym kraju z obowiązkowym udziałem leśników, na których miała być prowadzona kampania PiS.
Następcą Matysiaka został Jerzy Piątkowski. Jego nominacja była koalicyjnym kompromisem. PSL chętniej widziałby na tym stanowisku Janusza Dawidziuka, od lat związanego z ludowcami byłego szefa Lasów za rządów koalicji SLD-PSL. Jak wynika z naszych informacji, na jego kandydaturę nie chciał się jednak zgodzić wicepremier Grzegorz Schetyna. Dlaczego? Za Dawidziukiem do dziś ciągnie się sprawa osiedla Eko-Sękocin, zbudowanego bezprawnie na terenach leśnych pod koniec lat 90. Jednym z jego mieszkańców miał być ówczesny wicepremier Grzegorz Kołodko.
Ostatecznie władzę w Lasach objął Piątkowski, też kojarzony z PSL, a Dawidziuk wygrał konkurs na szefa Biura Planowania Lasu, które odpowiada za gospodarkę leśną w kraju. Leśnicy od początku mówili, że Piątkowski przejdzie wiosną na emeryturę, a szefem zostanie Pigan, wtedy już zastępca Piątkowskiego. Ministerstwo Środowiska dementowało te informacje, zapewniając, że Piątkowski to kandydatura na lata. Dziś rozstanie z nim rzeczniczka resortu środowiska Elżbieta Strucka wyjaśnia tak: - Dyrektor Piątkowski osiągnął wiek emerytalny i przeszedł na emeryturę.
Zdaniem Radosława Gawlika, byłego wiceministra środowiska w rządzie AWS-UW, pierwszy poważny zgrzyt w koalicji mógł się wziąć z braku wyobraźni polityków PO - nie przewidzieli, że PSL, od lat rzadzące w Lasach, może tak zazdrośnie strzec swych wpływów.
Szefowie spółek z konkursówPGNiG - 12.03.2008 z konkursu prezesem został Michał SzubskiKGHM - trwa konkurs na stanowisko prezesa, ogłoszony 28.03. 2008. (wymagania: m.in. dziesięcioletni staż pracy na stanowiskach kierowniczych)PKO BP - 10.03.2008 ogłosił konkurs na prezesaPKN Orlen - 21.03.2008 rozpisano konkurs na prezesa spółki
Źródło: PolskaTimes
Autor: Grzegorz Rzeczkowski, Agata Kondzińska
Firma zatrudnia 26 tys. osób. Zarządza 28 proc. powierzchni kraju. W 2007 roku na czysto zarobiła 185 mln zł.
Jaki menedżer powinien stać na czele takiej firmy? - Osoba z przygotowaniem biznesowym, bo sama znajomość branży nie wystarczy. Z kilkuletnim doświadczeniem w zarządzaniu w spółkach, odpowiednim wykształceniem, powinna mieć zdolności przywódcze, by zarazić innych swoją wizją i strategią rozwoju firmy - powiedział nam Jan Maciejewicz z Katedry Zarządzania w Gospodarce SGH.
Kogo Platforma Obywatelska postawiła na czele Lasów Państwowych - bo o nich mowa? Mariana Pigana. - To nominacja polityczna - przyznaje nawet Stanisław Żelichowski, szef klubu parlamentarnego PSL. I ta nominacja wywołała w koalicji prawdziwą awanturę.
Pigana na stanowisko szefa Lasów powołał 7 kwietnia, i to bez konkursu, minister środowiska Maciej Nowicki. Jeszcze w kampanii wyborczej PO zapowiadała, że obsadę najważniejszych stanowisk w przedsiębiorstwach państwowych poprzedzi procedura konkursowa.
Kariera nowego szefa Lasów jest błyskawiczna. Jego oficjalne CV na stronie internetowej Lasów Państwowych składa się zaledwie z siedmiu zdań. Jeszcze kilka miesięcy temu był inżynierem nadzoru w Nadleśnictwie Kobiór na Śląsku. Stamtąd w grudniu 2007 r. awansował na zastępcę dyrektora generalnego Lasów. Zajmował się marketingiem. Robił to tylko cztery miesiące i został głównym szefem. Ci, którzy go znają, mówią, że jego największe doświadczenie zawodowe to działalność w "Solidarności" leśników.
Ludowcy odcinają się od nominacji Pigana. Są oburzeni tym, że nikt z rządu nie skonsultował z nimi kandydatury nowego szefa Lasów Państwowych. Co Żelichowski ma przeciwko Piganowi? - Ktoś, kto był związkowcem nigdy nie będzie dobrym menedżerem, bo menedżerowi i związkowcowi nigdy nie jest po drodze - twierdzi szef klubu PSL.
Czy dzisiejsze protesty ludowców to odwet PSL za rozpoczętą wczoraj kontrolę zleconą przez minister Julię Piterę (PO) w Agencji Rynku Rolnego? Jak ujawniły media, rekomendowany przez ludowców prezes ARR Bogdan Twarowski zażądał zakupu z kasy agencji luksusowych przedmiotów, m.in. wartego 5 tys. zł. telefonu komórkowego.
Marian Pigan nie chce rozmawiać z prasą ani o swoim doświadczeniu, ani o kompetencjach, ani o nominacji. Przez swojego rzecznika odesłał nas do ministra środowiska. Związany z PSL wiceminister Janusz Zaleski, który nadzoruje Lasy, na temat nominacji Pigana miał do powiedzenia tylko tyle: - To młody człowiek, który powinien poradzić sobie na tym stanowisku.
Wspinaczka Pigana na szczyt leśniczej hierarchii nabrała tempa podczas ubiegłorocznej kampanii parlamentarnej. Pełnił on wówczas funkcję przewodniczącego krajowej sekcji pracowników leśnictwa "Solidarności", która trzy tygodnie przed wyborami poparła Platformę. To on zorganizował spotkanie leśników z przewodniczącym PO Donaldem Tuskiem. W związku zawrzało, bo leśnicy jako jedyni poparli partię polityczną. I zrobili to wbrew władzom "Solidarności", które chciały, by w wyborach 2007 r. związek oficjalnie pozostał neutralny. Nieoficjalnie sprzyjał PiS. - To był dla nas szok, bo o wszystkim dowiedzieliśmy się z telewizji - mówi Marek Hejman, członek komisji krajowej "Solidarności".
Ale związkowa wolta szybko się Piganowi opłaciła. Kiedy powstała koalicja PO-PSL, zaczęły się ruchy kadrowe w Lasach. Już pod koniec 2007 r. minister środowiska odwołał PiS-owskiego szefa Lasów Andrzeja Matysiaka. Co ciekawe, jednym z powodów było uwikłanie Lasów w politykę. Chodziło o przedwyborcze narady w całym kraju z obowiązkowym udziałem leśników, na których miała być prowadzona kampania PiS.
Następcą Matysiaka został Jerzy Piątkowski. Jego nominacja była koalicyjnym kompromisem. PSL chętniej widziałby na tym stanowisku Janusza Dawidziuka, od lat związanego z ludowcami byłego szefa Lasów za rządów koalicji SLD-PSL. Jak wynika z naszych informacji, na jego kandydaturę nie chciał się jednak zgodzić wicepremier Grzegorz Schetyna. Dlaczego? Za Dawidziukiem do dziś ciągnie się sprawa osiedla Eko-Sękocin, zbudowanego bezprawnie na terenach leśnych pod koniec lat 90. Jednym z jego mieszkańców miał być ówczesny wicepremier Grzegorz Kołodko.
Ostatecznie władzę w Lasach objął Piątkowski, też kojarzony z PSL, a Dawidziuk wygrał konkurs na szefa Biura Planowania Lasu, które odpowiada za gospodarkę leśną w kraju. Leśnicy od początku mówili, że Piątkowski przejdzie wiosną na emeryturę, a szefem zostanie Pigan, wtedy już zastępca Piątkowskiego. Ministerstwo Środowiska dementowało te informacje, zapewniając, że Piątkowski to kandydatura na lata. Dziś rozstanie z nim rzeczniczka resortu środowiska Elżbieta Strucka wyjaśnia tak: - Dyrektor Piątkowski osiągnął wiek emerytalny i przeszedł na emeryturę.
Zdaniem Radosława Gawlika, byłego wiceministra środowiska w rządzie AWS-UW, pierwszy poważny zgrzyt w koalicji mógł się wziąć z braku wyobraźni polityków PO - nie przewidzieli, że PSL, od lat rzadzące w Lasach, może tak zazdrośnie strzec swych wpływów.
Szefowie spółek z konkursówPGNiG - 12.03.2008 z konkursu prezesem został Michał SzubskiKGHM - trwa konkurs na stanowisko prezesa, ogłoszony 28.03. 2008. (wymagania: m.in. dziesięcioletni staż pracy na stanowiskach kierowniczych)PKO BP - 10.03.2008 ogłosił konkurs na prezesaPKN Orlen - 21.03.2008 rozpisano konkurs na prezesa spółki
Źródło: PolskaTimes
Autor: Grzegorz Rzeczkowski, Agata Kondzińska
Wódka musi być czysta
Dwie główne partie dają ostatnio przykłady dbałości o wysokie standardy w życiu publicznym. W Toruniu w ramach odpolityczniania gospodarki z kluczowej funkcji prezesa tamtejszego Polmosu zwolniono działacza PiS Adama Banaszaka.
Obsadzenie go na tym stanowisku było klasycznym przykładem kolesiostwa, partyjniactwa i kapitalizmu politycznego. Pasują tu wszystkie te określenia, których PiS lubiło używać kiedyś wobec praktyk SLD.
Tym praktykom na szczęście Platforma Obywatelska powiedziała dość. Działacz PiS został zdymisjonowany. Na jego miejsce powołano fachowca. Działacza Platformy Obywatelskiej.
Fabryka wódki została więc ostatecznie oczyszczona ze złych wpływów PiS. Zastąpiono je dobrymi wpływami PO. To ważne, bo jak w Polsce świetnie wiadomo, wódka musi być czysta.
Pięknie spisywali się jedni, pięknie spisują się drudzy. Poprzedniej zmiany dokonali ludzie ministra Wojciecha Jasińskiego, obecnej – ministra Aleksandra Grada. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk powinni być dumni ze swoich ministrów. A właściwie powinni strzelić sobie po jednym – na zgodę.
Ale i na innych odcinkach walka o czystość w życiu publicznym idzie obu partiom nie najgorzej. Liderzy PO dogadują się z politykami SLD, co tu zrobić, by uzdrowić polską telewizję publiczną. Doszli zdaje się do wniosku, że (podobnie jak było z szefem toruńskiego Polmosu) związanego z PiS Andrzeja Urbańskiego należy czym prędzej zastąpić jakimś niezależnym menedżerem z Platformy. I trzeba tego dokonać razem z postkomunistami. Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi mediom publicznym jak nadzór SLD.
Przeciwko upartyjnieniu TVP przez Platformę stanowcze działania podjęła partia Jarosława Kaczyńskiego. PiS uznało, że tylko wspólnie z SLD Andrzej Urbański będzie w stanie ustrzec telewizję przed upolitycznieniem.
Świetnie, że w tej sprawie PO i PiS się zgadzają. Na niezależność mediów najlepsi są postkomuniści. To dowód, że rewolucja moralna i polityka miłości mają wiele wspólnego.
No to, zdrówko! Za standardy i wierność ideałom.
Skomentuj na blog.rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita
Igor Janke
Obsadzenie go na tym stanowisku było klasycznym przykładem kolesiostwa, partyjniactwa i kapitalizmu politycznego. Pasują tu wszystkie te określenia, których PiS lubiło używać kiedyś wobec praktyk SLD.
Tym praktykom na szczęście Platforma Obywatelska powiedziała dość. Działacz PiS został zdymisjonowany. Na jego miejsce powołano fachowca. Działacza Platformy Obywatelskiej.
Fabryka wódki została więc ostatecznie oczyszczona ze złych wpływów PiS. Zastąpiono je dobrymi wpływami PO. To ważne, bo jak w Polsce świetnie wiadomo, wódka musi być czysta.
Pięknie spisywali się jedni, pięknie spisują się drudzy. Poprzedniej zmiany dokonali ludzie ministra Wojciecha Jasińskiego, obecnej – ministra Aleksandra Grada. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk powinni być dumni ze swoich ministrów. A właściwie powinni strzelić sobie po jednym – na zgodę.
Ale i na innych odcinkach walka o czystość w życiu publicznym idzie obu partiom nie najgorzej. Liderzy PO dogadują się z politykami SLD, co tu zrobić, by uzdrowić polską telewizję publiczną. Doszli zdaje się do wniosku, że (podobnie jak było z szefem toruńskiego Polmosu) związanego z PiS Andrzeja Urbańskiego należy czym prędzej zastąpić jakimś niezależnym menedżerem z Platformy. I trzeba tego dokonać razem z postkomunistami. Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi mediom publicznym jak nadzór SLD.
Przeciwko upartyjnieniu TVP przez Platformę stanowcze działania podjęła partia Jarosława Kaczyńskiego. PiS uznało, że tylko wspólnie z SLD Andrzej Urbański będzie w stanie ustrzec telewizję przed upolitycznieniem.
Świetnie, że w tej sprawie PO i PiS się zgadzają. Na niezależność mediów najlepsi są postkomuniści. To dowód, że rewolucja moralna i polityka miłości mają wiele wspólnego.
No to, zdrówko! Za standardy i wierność ideałom.
Skomentuj na blog.rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita
Igor Janke
2008/04/10
Gorzowska PO żąda: wicemarszałek albo śmierć
Jeżeli nie dostaniemy wicemarszałka lub dwóch członków w zarządzie województwa, wycofamy naszych kandydatów - grozi szef gorzowskiej PO Edward Andrusyszyn.
To pierwsze tak poważne spięcie między nowym zarządem gorzowskiej Platformy a posłanką Bożenną Bukiewicz, przewodniczącą partii w Lubuskiem.
We wtorek w gorzowskiej telewizji kablowej TeleTop Andrusyszyn ostro skrytykował Bukiewicz. Zarzucił jej łamanie obietnic. Bukiewicz w ub. tygodniu na spotkaniu w Gorzowie z lokalnymi działaczami, a następnie na zebraniu rady regionu, miała dać słowo, że po rozpadzie w sejmiku koalicji z PiS, wicemarszałkiem zostanie osoba wytypowana przez działaczy z Gorzowa. "Gazeta" ustaliła, że tym kandydatem jest Kamil Jakubowski, właściciel firmy budowlanej z Gorzowa.
Sytuacja zmieniła się na początku tygodnia po spotkaniu Bukiewicz z szefem lubuskiego PSL Józefem Zychem (obie partie jutro przegłosują w sejmiku rozbrat z PiS). - PSL zażądał stanowiska wicemarszałka i musieliśmy się na to zgodzić - mówi Bukiewicz. Obecną wicemarszałek Elżbietę Płonkę (PiS) ma zastąpić ludowiec spod Żagania Stanisław Tomczyszyn.
Ten wybór nie podoba się jednak gorzowskiej Platformie, która już zapowiedziała, że będzie walczyć o swoje interesy. - Obstajemy twardo przy swoim i nie ustąpimy. Rozumiem zobowiązania wobec koalicjanta, ale na pierwszym miejscu powinny znaleźć się zobowiązania wobec własnej partii. Pani Bukiewicz sama zaproponowała powołanie wicemarszałka z Gorzowa. Potem na radzie regionu, w obecności marszałka Stefana Niesiołowskiego i 40 innych osób, na moje pytanie, czy podtrzymuje swoją propozycję, odpowiedziała twierdząco. Niech teraz się z tego nie wycofuje - denerwuje się Edward Andrusyszyn.
Bukiewicz przyznaje, że obietnicę złożyła, mimo że była wtedy przed rozmową z ludowcami. - Nie mogłam powiedzieć, że nie wiadomo, czy Gorzów otrzyma marszałka, bo to byłoby niepolityczne. Jeśli ktoś się zna na polityce, to wie, jak ważne są ustalenia z koalicjantami - tłumaczy Bukiewicz.
Teraz szefowa lubuskiej PO ma dla gorzowskich działaczy nową propozycję: będą mogli wskazać członka zarządu województwa, który przejmie od wicemarszałka z PSL nadzór nad służbą zdrowia (w Gorzowie znajduje się najbardziej zadłużony w kraju szpital - nad jego restrukturyzacją czuwała gorzowianka Elżbieta Płonka). W zamian wicemarszałek zajmie się sprawami wsi. - To dobra i uczciwa propozycja - przekonuje Bukiewicz.
Jednak Andrusyszyn o takim rozwiązaniu nie chce słyszeć. Stawia warunek: albo wicemarszałek, albo dwóch członków zarządu województwa dla Gorzowa. Dlaczego to takie ważne? Andrusyszyn tłumaczy, że jako polityk z Gorzowa musi chronić interesy jego mieszkańców. - Marszałek dysponuje ogromnymi pieniędzmi, które często dzielone są ze szkodą dla naszego miasta - przekonuje.
Jeżeli Bukiewicz do jutra nie przyjmie warunków Andrusyszyna, ten zapowiada wycofanie gorzowskich kandydatów na stanowiska w zarządzie województwa. - Nie będzie reprezentacji Gorzowa w zarządzie, a do społeczeństwa i pani Bukiewicz trafi jasny komunikat, że nie akceptujemy jej polityki - mówi Andrusyszyn.Tomasz Możejko, sekretarz lubuskiej PO, nie rozumie postawy Andrusyszyna. - Takie wypowiedzi nie leżą w interesie Platformy - mówi. Podobnie wypowiada się Bukiewicz, zaskoczona, że Andrusyszyn rozmawia z nią przez media. Dodaje, że jeszcze nic nie jest przesądzone. - Pan Andrusyszyn może do mnie zadzwonić.
Źródło: Gazeta Wyborcza Gorzów
Autor: Piotr Żytnicki
To pierwsze tak poważne spięcie między nowym zarządem gorzowskiej Platformy a posłanką Bożenną Bukiewicz, przewodniczącą partii w Lubuskiem.
We wtorek w gorzowskiej telewizji kablowej TeleTop Andrusyszyn ostro skrytykował Bukiewicz. Zarzucił jej łamanie obietnic. Bukiewicz w ub. tygodniu na spotkaniu w Gorzowie z lokalnymi działaczami, a następnie na zebraniu rady regionu, miała dać słowo, że po rozpadzie w sejmiku koalicji z PiS, wicemarszałkiem zostanie osoba wytypowana przez działaczy z Gorzowa. "Gazeta" ustaliła, że tym kandydatem jest Kamil Jakubowski, właściciel firmy budowlanej z Gorzowa.
Sytuacja zmieniła się na początku tygodnia po spotkaniu Bukiewicz z szefem lubuskiego PSL Józefem Zychem (obie partie jutro przegłosują w sejmiku rozbrat z PiS). - PSL zażądał stanowiska wicemarszałka i musieliśmy się na to zgodzić - mówi Bukiewicz. Obecną wicemarszałek Elżbietę Płonkę (PiS) ma zastąpić ludowiec spod Żagania Stanisław Tomczyszyn.
Ten wybór nie podoba się jednak gorzowskiej Platformie, która już zapowiedziała, że będzie walczyć o swoje interesy. - Obstajemy twardo przy swoim i nie ustąpimy. Rozumiem zobowiązania wobec koalicjanta, ale na pierwszym miejscu powinny znaleźć się zobowiązania wobec własnej partii. Pani Bukiewicz sama zaproponowała powołanie wicemarszałka z Gorzowa. Potem na radzie regionu, w obecności marszałka Stefana Niesiołowskiego i 40 innych osób, na moje pytanie, czy podtrzymuje swoją propozycję, odpowiedziała twierdząco. Niech teraz się z tego nie wycofuje - denerwuje się Edward Andrusyszyn.
Bukiewicz przyznaje, że obietnicę złożyła, mimo że była wtedy przed rozmową z ludowcami. - Nie mogłam powiedzieć, że nie wiadomo, czy Gorzów otrzyma marszałka, bo to byłoby niepolityczne. Jeśli ktoś się zna na polityce, to wie, jak ważne są ustalenia z koalicjantami - tłumaczy Bukiewicz.
Teraz szefowa lubuskiej PO ma dla gorzowskich działaczy nową propozycję: będą mogli wskazać członka zarządu województwa, który przejmie od wicemarszałka z PSL nadzór nad służbą zdrowia (w Gorzowie znajduje się najbardziej zadłużony w kraju szpital - nad jego restrukturyzacją czuwała gorzowianka Elżbieta Płonka). W zamian wicemarszałek zajmie się sprawami wsi. - To dobra i uczciwa propozycja - przekonuje Bukiewicz.
Jednak Andrusyszyn o takim rozwiązaniu nie chce słyszeć. Stawia warunek: albo wicemarszałek, albo dwóch członków zarządu województwa dla Gorzowa. Dlaczego to takie ważne? Andrusyszyn tłumaczy, że jako polityk z Gorzowa musi chronić interesy jego mieszkańców. - Marszałek dysponuje ogromnymi pieniędzmi, które często dzielone są ze szkodą dla naszego miasta - przekonuje.
Jeżeli Bukiewicz do jutra nie przyjmie warunków Andrusyszyna, ten zapowiada wycofanie gorzowskich kandydatów na stanowiska w zarządzie województwa. - Nie będzie reprezentacji Gorzowa w zarządzie, a do społeczeństwa i pani Bukiewicz trafi jasny komunikat, że nie akceptujemy jej polityki - mówi Andrusyszyn.Tomasz Możejko, sekretarz lubuskiej PO, nie rozumie postawy Andrusyszyna. - Takie wypowiedzi nie leżą w interesie Platformy - mówi. Podobnie wypowiada się Bukiewicz, zaskoczona, że Andrusyszyn rozmawia z nią przez media. Dodaje, że jeszcze nic nie jest przesądzone. - Pan Andrusyszyn może do mnie zadzwonić.
Źródło: Gazeta Wyborcza Gorzów
Autor: Piotr Żytnicki
Subskrybuj:
Posty (Atom)