2012/07/27

Stanowisko dla kolegi partyjnego i rodziny? W Łodzi to norma

Teoretycznie może się zdarzyć, że ktoś ze świetnym CV, z dużym doświadczeniem, ale bezpartyjny i bez politycznego patrona wygra konkurs na prezesa w jakiejś spółce. W praktyce się to jednak zdarza bardzo rzadko. W dodatku obsadzanie stanowisk partyjnymi kolegami stało się tak powszechne, że nikt już nie zwraca uwagi na tę patologię.

Trudno sobie na przykład wyobrazić, żeby w całym województwie nie było lepszego specjalisty od zarządzania Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym od Zbigniewa Papierskiego, z zawodu inżyniera mechanika. A jednak rada nadzorcza wybrała właśnie jego. Papierski jest działaczem Platformy Obywatelskiej. W czasie kampanii wyborczej był szefem sztabu Hanny Zdanowskiej. Po wyborach szykował się do objęcia stanowiska jej pierwszego zastępcy. Wtedy tygodnik "Wprost" ujawnił, jakoby Papierski pod nickiem "lennon1" na forach internetowych pomawiał członków własnej partii. Wiceprezydentem nie został, ale Cezary Grabarczyk, wówczas minister infrastruktury, zatrudnił go w podległej sobie spółce Postdata (zajmuje się rozwojem informatyzacji na poczcie). Po wyborach, gdy Grabarczyk przestał być ministrem, Papierski przestał być szefem spółki i dostał stanowisko prezesa w MPK. 

Również za Grabarczykiem do Łodzi wrócił Romuald Bosakowski, członek komisji rewizyjnej PO, który był członkiem zarządu spółki PKP SA (podległej Ministerstwu Infrastruktury). Został wiceprezesem Łódzkiej Spółki Infrastrukturalnej. 

Jan Mędrzak, łódzki radny PO, a wcześniej szef tej partii w Łodzi, jest dyrektorem w MPK i zasiada w radzie nadzorczej Warsaw Airport Service (spółka portów lotniczych).

Wśród radnych wyjątkowy talent do zasiadania w różnych spółkach ma Bartosz Domaszewicz, radny PO i szef młodzieżówki tej partii w kraju. Teraz pracuje w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Pełni tam dwie funkcje - jest pełnomocnikiem zarządu do spraw komunikacji zewnętrznej i kierownikiem zespołu do spraw promocji. Wcześniej pracował w spółce Hotele Centrum (teraz sprywatyzowana) i był dyrektorem w miejskiej spółce MAKS zarządzającej Atlas Areną. Jest aktywnym radnym i ma wiele obowiązków. Działa w sześciu komisjach, a więc oprócz piątków i śród (kiedy są sesje) ma wszystkie dni zajęte pracą w samorządzie, więc czasu na pracę w spółce pozostaje mało. 

Podobną umiejętność posiadł Marek Pyka z Polskiego Stronnictwa Ludowego, obecnie wiceprezes Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Prezesem ŁSSE był już wcześniej, bo w 1998 roku. W międzyczasie był prezesem Zakładu Wodociągów i Kanalizacji i krótko wiceprezydentem Łodzi. Pyka zajmuje stanowiska niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, bo też potrafi swoje barwy partyjne dopasować do politycznego otoczenia. Był radnym Akcji Wyborczej Solidarność, działał w Porozumieniu Centrum, Partii Chrześcijańskich Demokratów, a także był prezesem łódzkiego Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego Ruch Nowej Polski. Teraz jest w PSL. 

W wielu spółkach, szczególnie związanych z rolnictwem, można spotkać działaczy PSL. Na przykład Marek Mazur, przewodniczący sejmiku wojewódzkiego, jest dyrektorem oddziału łódzkiego Agencji Rynku Rolnego. Elżbieta Nawrocka, radna wojewódzka i członkini rady naczelnej PSL, jest wicedyrektorem KRUS. 

Zbigniew Stasiak z PSL, syn Wiesława Stasiaka, radnego sejmiku, także z PSL, jest wiceprezesem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi, a wcześniej był dyrektorem łódzkiego oddziału Agencji Rynku Rolnego. 

Zatrudnianie kolegów i rodziny w spółkach to nie tylko przypadłość partii rządzących. Sojusz Lewicy Demokratycznej, gdy miał władzę w Łodzi, opanował tę sztukę do perfekcji. Gdy w 2010 roku Dariusz Joński został wiceprezydentem Łodzi, Sojuszowi przypadły dwie spółki miejskie: Zakład Wodociągów i Kanalizacji oraz Łódzka Spółka Infrastrukturalna. Od razu zaczęły się w nich zmiany kadrowe. Prezesem ZWiK został Mieczysław Teodorczyk (magister nauk politycznych, były dyrektor Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Bratoszewicach), który do dziś pracuje w zakładzie z pensją prezesa (nie można go zwolnić, bo jest radnym wojewódzkim, a poza tym jest w okresie ochronnym przed emeryturą). Pracę w ZWiK dostał między innymi także Tomasz Trela, radny SLD (dziś pracuje w WFOŚiGW, kierownik zespołu analiz), a nawet szwagierka Dariusza Jońskiego została sekretarką (dziś już nie pracuje w ZWiK). Pracę w ŁSI jako dyrektor znalazł Jarosław Berger, radny SLD. Joński nie widział w tym nic złego. - Mam odpowiadać za miasto, więc muszę dobrać sobie zaufanych ludzi - wyjaśniał wtedy. 

W Łodzi z głośnym ostatnio nepotyzmem w spółkach nie jest tak źle. Przeglądając zarządy i rady nadzorcze pod kątem krewnych i powinowatych, znaleźliśmy tylko w radzie nadzorczej Międzynarodowych Targów Łódzkich Grzegorza Kacprzaka, ojca Tomasza Kacprzaka, przewodniczącego rady miejskiej. W radzie nadzorczej ZWiK zasiada Paweł Księżak, zięć Stefana Niesiołowskiego, posła PO. Natomiast brat posła Marek Myszkiewicz-Niesiołowski jest w radzie nadzorczej GOŚ. Wspomniany już Zbigniew Stasiak, wiceprezes WFOŚiGW, to syn radnego wojewódzkiego Wiesława Stasiaka. W radzie nadzorczej GOŚ zasiada między innymi Agnieszka Tylman, była żona Sebastiana Tylmana, radnego PO (sam radny jest dyrektorem w spółce MAKS). 

Podejrzewam, że politycy, choć skwapliwie korzystają z okazji, by zmienić pracę na lepiej płatną, sami mają poczucie, że skierowanie przez partię do spółki miejskiej lub skarbu państwa nie jest zupełnie w porządku. Na stronach internetowych działaczy partyjnych lub w ulotkach wyborczych kandydatów bardzo często pomijają informacje o zatrudnieniu w spółkach. 

A kiedy media napiszą o tym, w jakiej spółce właśnie dostał pracę, tenże polityk ma do dziennikarza pretensje i zaczyna dąsać się na niego, co zapewne nastąpi i tym razem. 
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

Gazeta Wyborcza

NEPOTYZM i KOLESIOSTWO pod rządami Tuska. Oto warszawska PAJĘCZYNA PO

Kolesiostwo, partyjniactwo i nepotyzm to nie tylko domena PSL. Jak pokazujemy od kilku dni, Platforma Obywatelska ma znacznie większe doświadczenie w rozdzielaniu stanowisk z partyjnego klucza i dbaniu o swoich. Wystarczy spojrzeć na stołeczny samorząd i miejsca pracy warszawskich radnych PO. Włos się jeży na głowie!

Analiza oświadczeń majątkowych 228 stołecznych radnych PO dowodzi wyraźnie, że Platforma swoich działaczy i kolegów wspiera jak może. Mandat radnego dzielnicy gwarantuje niezłą państwową fuchę z jeszcze lepszą pensją! 

Połowa z tych, którzy raczyli przyznać się, gdzie pracują, czyli ponad 50 osób, zatrudnionych jest w instytucjach sektora publicznego. Największe wzięcie ma tu zdecydowanie Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych, w której ciepłe posadki znalazło kilkunastu radnych PO. 

Niektórzy zawdzięczają partii naprawdę spory awans. Przykładem Paweł Tyburc, który z bezrobotnego awansował w ciągu niespełna siedmiu lat na naczelnika Agencji Restrukturyzacji i Rozwoju Rolnictwa z roczną pensją, bagatela, 64 tys. zł.
Małgorzata Laskus (61 l.) Mokotów właścicielka gabinetu kosmetycznego specjalista, Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych - 58 tys. (za 2010 rok)
Paweł Tyburc (39 l.), szef rady Białołęki bezrobotny naczelnik, Agencja Restrukturyzacji i Rozwoju Rolnictwa - 64 tys. zł
Joanna Tracz-Łaptaszyńska (33 l.), Wola Urząd Marszałkowski - 31 tys. zł główny specjalista Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych - 60 tys. zł
Jarosław Wąsik (45 l.), Bielany (2010) kierownik w Dipservice - 92 tys. zł brutto kierownik Polski Holding Nieruchomości - 119 tys. zł
Magdalena Lerczak (31 l.), Bielany (2010) podinspektor Urząd Dzielnicy Bielany - 29 tys. zł rzecznik prasowy, Szybka Kolej Miejska - 31 tys. zł
Piotr Krasnodęmbski (31 l.), Ochota inspektor w biurze dyrektora Centrum Obsługi KPRM - 23 tys. zł kierownik, Centrum Usług Wspólnych - 107 tys. zł
Hubert Aszyk (30 l.), Śródmieście administrator sieci EADS PZL - 41 tys. zł kierownik działu Gminna Gospodarka Komunalna Ochota Sp. z. o.o. - 72 tys. zł
Joanna Mroczek (29 l.), Targówek bezrobotna rzecznik Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania - 58 tys. zł
Michał Bitner (36 l.), rada Warszawy z-ca dyrektora biura w Polskim Związku Firm Developerskich - 39 tys. zł doradca zarządu Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Politycznego Sp. z. o.o. - 124 tys. zł
Małgorzata Żuber-Zielicz (56 l.), rada Warszawy nauczycielka wicedyrektor Muzeum Sportu i Turystyki - 57 tys. zł
Zbigniew Dubiel (61 l.), radny Warszawy członek zarządu Posesor Sp. z. o.o. - b.d. dyrektor projektu, PKP SA - 110 tys. zł
Dorota Lutomirska (54 l.), radna Warszawy dyrektor oddziału Damis - 67 tys. zł kierownik/likwidator, Przedsiębiorstwo Budowlano-Usługowe Holdbud, - 136 tys. zł
Dariusz Dolczewski (30 l.), rada Warszawy bezrobotny kierownik działu digitalizacji, Narodowy Instytut Audiowizualny - 83 tys. zł
Ryszard Zięciak (62 l.), Ursynów prezes Telesoft sp. z. o.o. - 54 tys. zł dyrektor, Mazowiecki Zarząd Nieruchomości - 92 tys. zł
Elżbieta Kułakowska (47 l.), Włochy RMC Ltd. - 10 tys. zł starszy specjalista OSiR Ursus - 59 tys. zł
Super Express

BRAT Stefana NIESIOŁOWSKIEGO dostał SUPERFUCHĘ za 36 tys. zł. Marek MYSZKIEWICZ-NIESIOŁOWSKI nadzoruje ŚCIEKI w ŁODZI

Nie należysz do wielkiej rodziny Platformy Obywatelskiej? Nie masz więc co liczyć na dobrą i ciepłą posadę w państwowej czy miejskiej spółce! Problemu ze znalezieniem pracy nie mają bowiem tylko rodziny i znajomi polityków PO. Przykład? Brat posła Stefana Niesiołowskiego (68 l.) Marek Myszkiewicz-Niesiołowski (67 l.) nadzoruje ścieki w Łodzi. Jako członek rady nadzorczej w Grupowej Oczyszczalni Ścieków dostaje 36 tys. zł rocznie!

Premier Donald Tusk (55 l.) po aferze taśmowej z udziałem PSL zapowiedział walkę z nepotyzmem i kolesiostwem wśród ludowców. Ale porządki powinien zacząć od siebie, bo gorszących przykładów w PO jest co niemiara. 

Weźmy choćby naczelnego bulteriera PO, Stefana Niesiołowskiego. Jego brat Marek Myszkiewicz-Niesiołowski jest członkiem rady nadzorczej w Grupowej Oczyszczalni Ścieków w Łodzi. To miejska spółka, więc podlega władzom miasta, gdzie rządy sprawuje prezydent Hanna Zdanowska (53 l.), oczywiście z PO.
- Miesięczne wynagrodzenie pana Myszkiewicza-Niesiołowskiego w 2012 roku wynosi 3015,86 zł brutto. W zeszłym roku jako członek RN otrzymał wynagrodzenie w sumie 33 163,92 zł brutto - odpowiada nam Marek Masłowski, rzecznik prasowy prezydenta Łodzi. 

Fucha jak marzenie! Ponad 3 tys. zł za jedno do trzech posiedzeń miesięcznie. Każdy by tak chciał. W Łodzi zatrudnienie znalazł też mąż posłanki PO Elżbiety Radziszewskiej (54 l.) - Artur Lewczuk. Jest on prezesem Towarzystwa Gospodarczego BEWA, które jest własnością PGE KWB Bełchatów SA, wchodzącej w skład PGE.
- Mam nadzieję, że Donald Tusk przestanie udawać, że w jego partii nie ma problemów z zatrudnianiem swoich ludzi w różnego rodzaju spółkach. Sporządziliśmy raport dotyczący wykorzystywania instytucji państwowych do celów prywatnych przez PO, który przekażemy premierowi - mówi w rozmowie z nami Dariusz Joński (33 l.), rzecznik SLD. 

I dodaje: - Kiedy ci wszyscy ludzie mają czas na pracę, jeśli są zatrudniani w dwóch spółkach, jak choćby teraz pan Aleksander Grad?
Super Express

Współpracownicy Struzika opanowują ambasady

Współpracownicy marszałka województwa mazowieckiego Adama Struzika (PSL) pracują w ambasadach na całym świecie. O ich nominacje zadbało kontrolowane przez Stronnictwo ministerstwo gospodarki.

Jacek Śmietanko (syn Andrzeja Śmietanki z PSL) na placówce w Sztokholmie to nie jedyna postać w Wydziałach Promocji Handlu i Inwestycji nominowana po linii partyjno-rodzinnej. Na placówce w Seulu pracuje syn Waldemara Kulińskiego (prawa ręka marszałka Adama Struzika z PSL), a w Ankarze - były pracownik tegoż marszałka – informuje radio TOK FM
Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji (WPHiI), to placówki zagraniczne, które działają przy polskich ambasadach lub konsulatach. Odpowiadają za promocję polskiej gospodarki i inwestycji za granicą. O obsadzie stanowsik w Wydziałach decyduje Ministerstwo Gospodarki, na czele którego stoi prezes PSL wicepremier Waldemar Pawlak.
Wątpliwości personalne związane z WPHiI pojawiły się kilka dni temu jako odprysk afery z taśmą PSL. Okazało się wtedy, że Jacek Śmietanko, syn głównego bohatera afery Andrzeja Śmietanki (PSL), prezesa spółki Elewarr kontrolowanej przez Agencję Rynku Rolnego, jest sekretarzem w WPHiI w Sztokholmie. Takich nominacji było więcej. Na placówce w Seulu pracuje Michał Kuliński (sekretarz w WPHiI). Jego ojciec to Waldemar to najbliższy współpracownik marszałka Adama Struzika w mazowieckim urzędzie marszałkowskim.
Kontrowersje łączą się też z wysłaniem na placówkę w Pekinie Witolda Prandoty innego bliskiego współpracownika Struzika. Według nieoficjalnych informacji, uzyskanych przez TOK FM, musiał on opuścić placówkę z powodu niekompetencji. Szybko trafił jednak na analogiczne stanowisko do Ankary. Tymczasem wśród personelu kancelarii marszałka Struzika pojawiła się Aleksandra Prandota: publikuje notki na stronie internetowej samorządu województwa mazowieckiego, jest autorką zamieszczanych tam zdjęć. Radio zastanawia się czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa.
WPHiI działają w 48 miastach na całym świecie, z tego ponad połowa w Europie, ale też np. w Seulu, Pekinie, Kuala Lumpur, Szanghaju, Sao Paulo, Montrealu czy Buenos Aires. Każda placówka zatrudnia od 2 do 8 osób, składa się zwykle z kierownika, sekretarza, radcy lub radców oraz pracowników administracyjnych. Ministerstwo Gospodarki odmówiło informacji o wydatkach z budżetu ponoszonych na utrzymanie WPHiI. Zdaniem rozmówców TOK FM utrzymywanie takich wydziałów w krajach Unii Europejskiej (ponad połowa wszystkich WPHiI) to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo to rynek, na którym polski biznes sam sobie świetnie radzi (bliska odległość, łatwa komunikacja, podobne przepisy prawne).

Jest dobra praca! Ale dla chłopaka z młodzieżówki PO!


Bez wyższego wykształcenia, bez doświadczenia, ale z legitymacją partyjną. Tyle wystarczy, żeby pracować w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie. I to na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku w gabinecie politycznym samego wojewody. Taką fuchę dostał rok temu Damian Orlik (23 l.), którego zasługą było bycie przewodniczącym szczecińskiej młodzieżówki PO. A co musi zrobić zwykły Polak, żeby dostać pracę w urzędzie? Wymagania są konkretne: znajomość jęz. obcych, zaliczone szkolenia, znajomość prawa, doświadczenie nawet 6-letnie. Dokładnie takie kryteria rozpisuje urząd w oficjalnym ogłoszeniu o pracę.

„Gdzie wola, tam sposób” – takim mottem chwali się na swoim profilu w portalu społecznościowym 23-letni dziś student Damian Orlik. Wola pana Damiana była zapewne taka jak innych jego kolegów w tym wieku – znaleźć dobrą pracę. Ale w Polsce młodzi ludzie pracy nie mają – bezrobociewśród nich sięga prawie 30 procent! W Zachodniopomorskiem, gdzie żyje pan Damian, co drugi bezrobotny nie przekroczył 25 lat. Na bezrobociu są też ci z wyższym wykształceniem.
Dlatego pan Damian, wciąż jeszcze student, poszukał sposobu. I znalazł... Niezawodny w naszym kraju. Poszedł „w politykę” – stał się działaczem Młodych Demokratów, młodzieżówki Platformy Obywatelskiej. Młody ambitny działacz został nawet szefem szczecińskiego koła. Partyjny potencjał młodego człowieka dostrzeżono „na górze” – sam wojewoda zdecydował wziąć pod skrzydła pana Damiana – i tak student bez większego doświadczenia, zawodowego czy życiowego, objął funkcję asystenta wojewody zachodniopomorskiego.
Tysiące takich jak on, młodych, zdolnych, nawet po studiach, pracy znaleźć nie może, bo choć mają wolę, nie znaleźli sposobu. Nie wpadli na to, by zdobyć legitymacjępartyjną. A ogłoszenia o prace zamieszczane przez urządwojewódzki, ten sam, gdzie wojewoda wziął sobie partyjnego działacza za asystenta, wymagają od kandydatów nawet 6-letniego doświadczenia. Co automatycznie skreśla młodych ludzi w wieku Damiana Orlika.
Rozmowa z młodym asystentem wojewody zachodniopomorskiego:
Fakt: Dzień dobry, czy z panem Damianem Orlikiem mam przyjemność?
Damian Orlik: – Tak, tak, zgadza się.

Dzwonię z dziennika Fakt. Chciałbym się zapytać o Pana pracę. Jest Pan asystentem wojewody, prawda?
– Tak, tak.

W jakich okolicznościach Pan dostał tą funkcję?
– W jakich okolicznościach dostałem tą funkcję?

Tak.
– W normalnych. Przez zatrudnienie. Możemy się umówić na rozmowę?

Ale to proste pytanie. Jak Pan dostał funkcję asystenta wojewody?
– Yyyy... To może Pan zadzwonić tutaj do urzędu, do biura organizacji i kadr i zapytać. Tam Panu wszystkie informacje na temat stanowisk, na mój temat, Panu przekażą.

Ale ja Pana pytam, jakie ma Pan doświadczenie, żeby zostać asystentem wojewody w tak ważnym województwie zachodniopomorskim.
– Jakie mam doświadczenie? No... spełniłem kryteria.

Jakie kryteria?
– Kryteria, które zostały przede mną postawione.

Ale jakie to były kryteria?
– No to niech Pan zapyta pana wojewodę albo wyśle pismo, i tutaj odpowie osoba kompetentna, jakie są kryteria przyjmowania na stanowisko asystenta wojewody, czy wicewojewody, w kwestiach asystentów i doradców, bo rozumiem, że Pan pyta o stanowiska polityczne (...). Najlepsze będzie biuro kadr, które wszystkie wymogi i kryteria, które takie osoby muszą spełniać, Panu przekażą.

A Pan nie zna tych kryteriów?
– Ja znam, znam, ale mogę pominąć niektóre.

To niech Pan poda te najważniejsze.
– Najlepsze będzie skontaktowanie się z biurem organizacji i kadr, u nas w urzędzie.

A jakie ma Pan obowiązki? Jako asystenta.
– Proszę Pana, proszę się zwrócić na piśmie. To wtedy możemy Panu odpowiedzieć.

A ile Pan zarabia?
– Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów.

Czyli?
– Yyy... Zgodnie z rozporządzeniem, tyle ile powinienem, tyle zarabiam.

To proszę się podzielić tą wiedzą.
– Podzielę się, jeśli Pan skieruje... Najlepiej chętnie odpowiem na pismo, tylko proszę na piśmie skierować.

A wie Pan, jakie jest bezrobocie w województwie zachodniopomorskim?
– Tak.

To jakie?
– Poprosiłem, by Pan napisał pytania.

A ile jest mieszkańców w województwie?
– Wiem, około dwóch milionów (wg danych GUS 1,7 mln – red.).

A co Pan studiuje?
– Europeistykę.

To może jest Pan asystentem w sprawach europeistyki? Ile jest państw w Unii Europejskiej?
– Nie, proszę, aby Pan skierował wszystkie pytania na piśmie i odpowiemy.

Ale to są proste pytania, jeśli jest Pan asystentem i spełnia kryteria, to powinien Pan na nie odpowiedzieć, to jest dość elementarna wiedza.
– No dobrze, dobrze, ale Pan nie jest moim pracodawcą, żeby mnie tutaj przepytywać z wiedzy ogólnej i te szczegóły. A jeśli chodzi o pytania dotyczące funkcji asystenta czy doradcy, to trzeba wysłać do nas pismo.

Czy jest Pan wciąż przewodniczącym koła Młodych Demokratów?
– Proszę zadać wszystkie pytania...

A fakt pełnienia funkcji w Młodych Demokratach miał wpływ na zatrudnienie Pana jako asystenta wojewody?
– Proszę skierować pismo i odpowiemy na wszystkie pytania.

Czy został Pan asystentem z nadania politycznego?
– Czy może pan wysłać pytania, mógłbym się zastanowić lepiej i udzielić odpowiedzi. Tak będzie najlepiej dla Pana i dla nas.

Czy mógłby Pan skomentować aferę taśmową i ujawnione fakty nepotyzmu czy zatrudniania po znajomości, z powodów politycznych, ludzi bez doświadczenia na funkcjach państwowych?
– Proszę skierować pytania, odpowiem.

A jaki mamy dzisiaj dzień?
– Proszę nie żartować, dobrze? Ja bym bardzo prosił, jeśli Pan by chciał poznać wszystkie tajniki, szczegóły, proszę skierować pismo. Odpowiemy.

Posiada Pan samochód służbowy?
– Nie.

Telefon?
– Proszę skierować pytania na piśmie. Pozdrawiam, Do widzenia...
Super Express

2012/07/26

Cukier krzepi Platformę (art. z 2009)


3 mln ton buraków rocznie, 18 tysięcy plantatorów, 75 tys. ha upraw, własne cukrownie. Polska Spółka Cukrowa SA nazywana Polskim Cukrem to największy w Polsce i ósmy w Europie producent cukru. Znajduje się w pierwszej setce największych polskich firm, ostatni rok zakończyła zyskiem w wysokości 300 mln zł. Nieżyczliwi twierdzą, że trudno inaczej, skoro duża część szmalu pochodzi z funduszu restrukturyzacyjnego Unii Europejskiej, czyli stanowi zapłatę za zamknięcie cukrowni. Wyrzucono kilkuset ludzi z firm, które dobrze sobie radziły, bo UE kazała ograniczyć produkcję.
Rząd powinien zrobić wszystko, aby żadne z tak pozyskanych euro nie poszło się paść.
Na początku 2009 r. prezesem cukrowego potentata został Maciej Kulicki z Siedlec. Nie absolwent Harvardu, ale – jak kpili dziennikarze – Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej dawniej im. Dymitrowa w Siedlcach. Wiceszef siedleckiej PO i wiceprezydent miasta. Przeciwko nominacji gromko zaprotestował senator Jan Wyrowiński z PO. Podniósł, że Kulicki nie miał nic wspólnego z cukrownictwem, że prezesem jednego z największych koncernów powinien być menedżer, a nie urzędnik średniego szczebla, że awans kojarzy się w sposób jednoznaczny.
Dyrektor student
Jakiś czas temu Czytelnik z Torunia przysłał mi dokumenty poświęcone awansom i zwolnieniom w Polskim Cukrze. Dyrektorem Departamentu Logistyki zrobiono Stanisława Gieńca niemającego nic wspólnego z branżą ani z kierowaniem dużymi firmami. Wicedyrektorem Biura Zarządu został Maciej Bogucki, wiceprzewodniczący klubu radnych PO z warszawskiej Pragi-Południe, student prawa Uniwersytetu Warszawskiego bez dyplomu i bez doświadczenia zawodowego
Zapytałam Aleksandrę Paulską, rzecznika prasowego Polskiej Spółki Cukrowej, czy to prawda oraz jakie kwalifikacje mają panowie i czy dostali posadę z konkursu?
Szczegółowo odniosła się jedynie do awansu Boguckiego: Zasada równego traktowania bez względu na wiek jest jedną z ogólnych zasad polskiego prawa pracy. Zgodnie z art. 11 Kodeksu pracy jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność itp. jest niedopuszczalna. Wiek nie jest zatem przeszkodą do piastowania funkcji zastępcy dyrektora przez Pana Macieja Boguckiego. (...) Ponadto pragnę poinformować, iż wewnętrzne przepisy KSC SA i procedury nie obligują do przeprowadzania konkursów na każde stanowisko pracy.
Dyrektor ściągacz
Ten sam informator z Torunia przysłał mi kwit podpisany przez Marcina Lewandowskiego. Podpisany i opieczętowany. Lewandowski, lat 34, absolwent ekonomii oraz trzech podyplomówek, był członkiem zarządu Polskiego Cukru odpowiedzialnym m.in. za sprzedaż. Prezentował odosobniony w kierownictwie pogląd, że producenci cukru powinni zarabiać więcej, a pośrednicy mniej. Bumaga z 19 czerwca 2009 r. jest adresowana do zarządu Polskiej Spółki Cukrowej i traktuje o sposobie szukania fachowca na fotel dyrektora Departamentu Handlu.
Z pisma wynika, że prezes Kulicki od początku miał pewność, że najlepszym dyrektorem handlowym będzie Piotr Banach z konkurencyjnej firmy. Lewandowski wysłuchał szefa, ale mu nie uwierzył. Ponieważ on odpowiadał za tę nominację, zastrzegł prawo weryfikacji rynku pracy. Żeby nie zanudzać – doprowadził do wyłonienia innych kandydatów i opracowania pytań kwalifikacyjnych. Tajnych, rzecz jasna. Ale na początku przesłuchania kandydat Banach wyjął kopię wspomnianej listy ze swojej kieszeni i podziękował jednemu z członków komisji za jej przesłanie.
Fakt przekazania jednemu kandydatowi pytań rekrutacyjnych – w mojej ocenie nie zna precedensu i jest dla mnie po prostu skandalem – wkurwił się Lewandowski i zagroził, że powiadomi o wszystkim radę nadzorczą.
Sprawa ma swój finał. Piotr Banach został dyrektorem od handlu, a Lewandowski został odwołany przez Radę Nadzorczą Polskiego Cukru. Niedawno, 12 października 2009 r.
Poprosiłam informatora z Torunia o kontakt z Lewandowskim choćby po to, aby poświadczył, że jest autorem dokumentu. Bo przecież pewności nie mam. Nie zdecydował się na spotkanie. Uderzyłam więc do rzecznik Paulskiej z pytaniem, czy zwolnienie Lewandowskiego ma związek z jego protestem dotyczącym zatrudnienia Banacha oraz czy wysunięte przez niego zastrzeżenia do sposobu rekrutacji dyrektora Departamentu Handlu są zasadne.
Rzecznik zapragnęła ustalić, kto donosi do „NIE”. Nigdy wcześniej nie przeżyłam ataku tak wielkiej ciekawości. Wobec braku współpracy z mojej strony doczekałam się odpowiedzi, ale jedynie na pierwszą część pytania: Krajowa Spółka Cukrowa SA nie jest właściwym adresatem pytań o przyczyny odwołania poszczególnych osób z funkcji Członka Zarządu Spółki. Z tym pytaniem proszę zwrócić się do Ministerstwa Skarbu Państwa. 
Zwróciłam się. Przy okazji zapytałam, czy jest w porządku, że student Bogucki został dyrektorem oraz czy Gieńca rzeczywiście wzięto bez konkursu, z ulicy.
Rzecznik MSP Maciej Wewiór wyjaśnił, że odstrzelono Lewandowskiego, ponieważ Cukier Polski przechodzi restrukturyzację i zamiast 5 osób będą w za­rządzie 3, co przełoży się na oszczędności. Wewiór odmówił skomentowania nominacji Boguckiego i Gieńca, bo za politykę kadrową w spółce odpowiada Cukier Polski.
Dyrektor ofiara
Po odwołaniu Lewandowskiego sena­tor Wyrowiński zwołał w Toruniu konferencję prasową. Jest przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej, powinien więc być w swojej partii słuchany.
Najlepszego fachowca pozbyto się w najgorszym stylu – zagrzmiał. 
Lewandowski dowiedział się o odwołaniu w samochodzie, kiedy jechał na spotkanie zarządu KSC SA. Publicznie mówił, że decyzji nie rozumie. Przecież on tylko dbał o interes ekonomiczny firmy.
Wyrowiński ma świadomość, że dla dobra polskich podatników mógł ocalić Lewandowskiego.
Mogłem po prostu zadzwonić do pana ministra Grada: „Słuchaj Olek, mam nadzieję, że ten młody człowiek nie zostanie wyrzucony”. Byłem, jestem i będę przeciwnikiem takiego załatwiania spraw. Nie zadzwoniłem. Uznałem, że zasada, której – mam nadzieję – nadal jest wierna Platforma, że w spółkach skarbu państwa decyduje kompetencja, umiejętności i doświadczenie, jest aktualna. Moim zdaniem w przypadku pana Marcina została jednak złamana. (...) Jeżeli PO chce odzyskać zaufanie również wśród młodych ludzi, to tego rodzaju sytuacji być dalej nie może – mówił senator („Senator przeprasza za Platformę”, za „Gazetą w Toruniu” z 15 października 2009 r.).
Czy idea Polskiego Cukru – zachowanie polskiego cukrownictwa w polskich rękach – która znalazła ucieleśnienie w Krajowej Spółce Cukrowej, ma upaść wskutek rządów amatora posiadającego właściwą legitymację? Czy upolitycznienie dużych spółek skarbu państwa ma zastąpić finansowanie partii politycznych? Czy rząd nie uważa, że sprawą prezesa Kulickiego powinno się zająć Centralne Biuro Antykorupcyjne?
Tak mnie pyta informator z Torunia i przekonuje, że chodzi mu o coś więcej, niż przekonanie Janka (Wyrowiń­skiego – przyp. B.D.), żeby zadzwonił do Olka (Grada), żeby znalazł Marcinowi (Lewandowskiemu) dobrą robotę.


BOŻENA DUNAT, NIE

Syn kandydata na ministra pracuje w ARR. Ojciec: - A ma być na bezrobociu?


Syn kandydata na nowego ministra rolnictwa pracuje w Agencji Rynku Rolnego. - Dobrze, że pracuje? Czy lepiej, jakby był na bezrobociu? - pytał w rozmowie z TOK FM Stanisław Kalemba.
Daniel Kalemba jest kierownikiem jednej z sekcji poznańskiego oddziału Agencji Rynku Rolnego - nieoficjalnie dowiedziało się Radio ZET. Jego ojciec, Stanisław, jest kandydatem Polskiego Stronnictwa Ludowego na ministra rolnictwa. Informacje o nieprawidłowościach w ARR były jednym z powodów dymisji poprzedniego szefa resortu Marka Sawickiego.

Zadzwoniliśmy do kandydata na ministra. Nie zaprzeczył informacjom o pracy swojego syna. - Dobrze, że pracuje? Czy lepiej, jakby był na bezrobociu? - pytał. Potem połączenie z politykiem się urwało.
"Kocham rolników i kocham wieś"

- Jeszcze nie jestem ministrem, jestem kandydatem (...) znam rolnictwo, znam wieś, nie na darmo funkcjonuję w komisji rolnictwa, w komisji ds. europejskich, znam te uwarunkowania. Kocham rolników i kocham wieś - mówił kilka godzin wcześniej Kalemba. Pytany o pierwsze decyzje, które podejmie, jeśli zostanie ministrem, powiedział, że najpierw należy zapoznać się z wynikami kontroli prowadzonych w resorcie i podległych mu agendach, a dopiero później podejmować odpowiednie decyzje personalne.

Tu nie ma co komentować? Jest jakiś zakaz?

Rzecznik PSL Krzysztof Kosiński bagatelizuje - w rozmowie z TOK FM - historię z miejscem pracy syna Kalemby: - Nie ma co komentować. On tam pracuje od 11 lat. I tyle.

- Zamierza zrezygnować, gdy tata zostanie ministrem? - pyta dziennikarka TOK.

- A czemu? Czy jest jakiś zakaz? Jeśli ktoś inny go zatrudnił 11 lat temu. I jeśli ojciec zostanie ministrem, to on ma rezygnować? Ma nie pracować? Szukacie absurdów. Jak ktoś dobrze pracuje przez 11 lat, to teraz ma rezygnować? - pytał Kosiński. Jego zdaniem w tej sytuacji nie doszło do nepotyzmu, bo to nie Kalemba zatrudnił syna w ARR.

"Mojego syna w resorcie zwolniłem"

- Mam dobrą radę dla premiera - niech pan sprawdzi, czy nowy kandydat nie ma rodziny w jakiejś agencji - mówił w Popołudniu Radia TOK FM Paweł Kowal. Zdaniem przewodniczącego PJN sieć powiązań rodzinnych, jaka ma miejsce w PSL, jest ogromna, a rząd praktycznie nic z tym nie robi.

- Kalemba powinien zwolnić swojego syna, jeśli zostanie szefem resortu. Ja zwolniłem z pracy swojego syna, kiedy byłem ministrem środowiska - powiedział Radiu ZET poseł ludowców Stanisław Żelichowski. 
Gazeta.pl, Tok.fm

Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...


Jacek Śmietanko (syn Andrzeja Śmietanki z PSL) na placówce w Sztokholmie to nie jedyna postać w Wydziałach Promocji Handlu i Inwestycji nominowana po linii partyjno-rodzinnej. Na placówce w Seulu pracuje syn Waldemara Kulińskiego (prawa ręka marszałka Adama Struzika z PSL), a w Ankarze - były pracownik tegoż marszałka. Ile kosztuje budżet państwa utrzymanie 48 WPHiI na całym świecie?
Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji (WPHiI), to placówki zagraniczne, które działają przy polskich ambasadach lub konsulatach. Nie podlegają jednak pod Ministerstwo Spraw Zagranicznych, tylko pod Ministerstwo Gospodarki, na czele którego stoi Waldemar Pawlak (PSL). I to ten resort decyduje o obsadzie wydziałów.

Ryszard Kwieciński z działu prasowego resortu gospodarki twierdzi, że kierowników i sekretarzy WPHiI wybranych w konkursie zatwierdza ostatecznie MSZ, jednak rzecznik resortu spraw zagranicznych Marcin Bosacki kategorycznie temu zaprzecza: - MSZ nie ma wpływu na obsadę WPHiI. Jest to w wyłącznych kompetencjach Ministerstwa Gospodarki. Co więcej, w naszych bazach danych nie ma historii pracy tych osób.
Zadaniem WPHiI jest "wsparcie polskich firm, w tym w szczególności małych i średnich przedsiębiorstw, w procesie ich internacjonalizacji". Czy wydziały dobrze się wywiązują z tego zadania?

- Tam lądują ludzie, którzy nie znają języków, nie znają się na handlu, nie mają praktyki, nie umieją się poruszać w świecie powiązań nieformalnych, nie mają wsparcia wywiadu ani białego, ani twardego, nie mają wsparcia dyplomatów - mówi portalowi Gazeta.pl Wojciech Warski z Business Center Club.

Nie tylko syn Śmietanki (PSL) siedzi na placówce zagranicznej

Pierwsze poważne wątpliwości personalne związane z WPHiI pojawiły się kilka dni temu jako odprysk afery z taśmą PSL. Szybko wyszło na jaw, że Jacek Śmietanko, syn głównego bohatera afery Andrzeja Śmietanki (PSL), prezesa spółki Elewarr kontrolowanej przez Agencję Rynku Rolnego, jest sekretarzem w Wydziale Promocji Handlu i Inwestycji w Sztokholmie.

Okazuje się, że nominacji po linii familijno-partyjnej jest więcej.

Na placówce w Seulu pracuje Michał Kuliński (sekretarz w WPHiI). Jego ojciec to Waldemar Kuliński, od wielu lat dyrektor urzędu marszałkowskiego na Mazowszu, najbliższy współpracownik marszałka Adama Struzika (PSL), uznawany za jego prawą rękę.

Kuliński junior trafił do Seulu z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska - był tam dyrektorem wydziału edukacji ekologicznej. Stanowisko objął po ostrym starciu ludowców forsujących jego kandydaturę na dyrektora WFOŚ z działaczami Platformy, którzy nie chcieli dać mu wymaganej rekomendacji. Dlaczego? Widzieli w tym zwykły nepotyzm i kolesiostwo.

Po tym konflikcie koalicja PSL-PO w Urzędzie Marszałkowskim zawisła na włosku. Marszałek Adam Struzik z powodu zablokowania kandydatury Kulińskiego juniora miał zagrozić zwolnieniem urzędników z rekomendacji PO. Ostatecznie Platforma ustąpiła, godząc się na mniej prestiżowe stanowisko dla syna dyrektora urzędu marszałkowskiego.

Witold Prandota też lubi bywać w świecie

Postać Adama Struzika, PSL-owskiego marszałka województwa mazowieckiego, łączy się również z inną nominacją na placówkę zagraniczną.

Witold Prandota, obecnie I radca z WPHiI w Ankarze, najwyraźniej gustuje w zagranicznych przygodach, co umożliwia mu marszałek Struzik. Prandota rezydował już w Brukseli, jako dyrektor placówki zwanej Biuro Przedstawicielskie Woj. Mazowieckiego. Później był m.in. wiceszefem kancelarii Struzika, gdzie odpowiadał za promocję województwa. W tym charakterze wziął udział w wyjeździe marszałka do Korei Południowej w 2009 r., o którym było głośno w Warszawie ze względu na wysokie koszty wizyty.

Prandota trafił w końcu do WPHiI w Pekinie, gdzie - jak relacjonuje nam polski przedsiębiorca, prosząc o zachowanie anonimowości - nie najlepiej sprawdził się jako promotor polskiego biznesu. - Na początku spotkań i seminariów odczytywał po polsku z kartki przywitanie, bo angielskiego nie znał - mówi biznesmen. Według nieoficjalnych informacji Prandota, mający opinię konfliktowego, opuścił placówkę po spięciach z ambasadorem, który był zirytowany jego niekompetencją.

Nie wrócił jednak do kraju, tylko trafił na analogiczne stanowisko do Ankary.

Tymczasem wśród personelu kancelarii marszałka Struzika pojawiła się Aleksandra Prandota: publikuje notki na stronie internetowej samorządu województwa mazowieckiego, jest autorką zamieszczanych tam zdjęć. Zbieżność nazwisk - zapewne przypadkowa.

"Zawartość kadrową WPHiI trzeba zreformować drogą rewolucyjną"

Zdaniem Wojciecha Warskiego z BCC, WPHiI kompletnie nie nadają się do jakichkolwiek działań operacyjnych. - Nawet nie mają tego w zakresie obowiązków - tłumaczy i dodaje, że czasem młodzi ludzie wysłani na placówki nawet po znajomości angażują się w jakieś działania, ale robią to raczej "hobbystycznie".

- Drogą rewolucyjną trzeba zreformować zakres obowiązków, sposób działania i zawartość kadrową obecnych WPHiI - mówi.

W tej krytyce nie jest osamotniony. Małgorzata Starczewska-Krzysztofek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan, nazywa model funkcjonowania WPHiI "przedpotopowym". - To powinni być ludzie, którzy mają doświadczenie biznesowe, rozumieją biznes, rozumieją, co jest biznesowi potrzebne - ocenia.
Tymczasem - według dr. Warskiego - procedura rekrutacji na stanowiska w WPHiI pozostawia wiele do życzenia: - Tam pracują głównie nominaci po linii partyjnej. To różnego rodzaju synekury, dobór kadr nie jest doborem wymaganym przez współczesną sytuację gospodarczą.

Ile nas kosztują zagraniczne placówki Ministerstwa Gospodarki? Resort milczy

WPHiI działają w 48 miastach na całym świecie, z tego ponad połowa w Europie, ale też np. w Seulu, Pekinie, Kuala Lumpur, Szanghaju, Sao Paulo, Montrealu czy Buenos Aires.
Każda placówka zatrudnia od 2 do 8 osób, składa się zwykle z kierownika, sekretarza, radcy lub radców oraz pracowników administracyjnych.

Ile wynoszą ich zarobki, dział prasowy resortu gospodarki nie odpowiedział.

Dziennikarz portalu Gazeta.pl, na pytanie ile łącznie osób pracuje w wydziałach promocji na całym świecie, usłyszał od Departamentu Komunikacji Społecznej MG, żeby sobie sam policzył. [Spróbowaliśmy zatem policzyć i wyszło nam, że to ok. 200 osób].

Z kolei na kluczowe pytanie - wysłane trzy dni temu - ile pieniędzy idzie rocznie z budżetuMinisterstwa Gospodarki na utrzymanie wszystkich WPHiI, do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi, mimo wielokrotnych monitów.

Nie wiadomo więc, ile nas, podatników, kosztuje utrzymanie na 48 placówkach na świecie rzeszy urzędników, których efekty działalności i kompetencje są wątpliwe.

W krajach UE takie wydziały są zbędne

Zdaniem i przedsiębiorców, i dyplomatów, z którymi rozmawialiśmy, utrzymywanie takich wydziałów w krajach Unii Europejskiej (ponad połowa wszystkich WPHiI) to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo to rynek, na którym polski biznes sam sobie świetnie radzi (bliska odległość, łatwa komunikacja, podobne przepisy prawne).

Z kolei na innych rynkach, szczególnie azjatyckich, potrzebne są wysokie kwalifikacje i specjalistyczne kompetencje.

- Te wszystkie kraje inne niż UE rządzą się zupełnie innymi prawami, których polscy biurokraci nie rozumieją, nawet będąc na miejscu - mówi Wojciech Warski z BCC.
Damian Piwowarczyk, Gazeta.pl

Ile zarabiał dyrektor Elewarru? Zobacz raport PiS dla premiera

Ludzie zarządzający spółką zachowywali się jak kłusownicy - podsumowali posłowie PiS Dawid Jackiewicz i Przemysław Wipler, którzy sprawdzali dokumenty w spółce Elewarr po ujawnieniu tzw. taśm PSL

Dwaj posłowie PiS Dawid Jackiewicz i Przemysław Wipler pojechali do spółki Elewarr, wymienianej w tzw. aferze taśmowej PSL, i poprosili o dokumenty. Na ich podstawie sporządzili raport, który teraz chcą przesłać premierowi. - Zaapelujemy, żeby premier skoncentrował się w tej chwili na autentycznym i rzeczywistym sprawowaniu nadzoru w resorcie rolnictwa - powiedział Jackiewicz. Wipler zaznaczył, że podczas trzydniowej obecności w spółce Elewarr zajmowali się oni tylko drobnym wycinkiem jej działalności. - Zajmowaliśmy się tylko tymi nieprawidłowościami, tymi sensacyjnymi informacjami, które pan Władysław Łukasik przekazał w swojej rozmowie panu Władysławowi Serafinowi - zaznaczył.

Wynagrodzenie dyrektora Śmietanko. I odprawa

W spółce Elewarr posłowie PiS badali dokumenty z datą od 1 stycznia 2008 roku. Głównie faktury, umowy na zakup usług niematerialnych, dokumenty finansowe i te dotyczące wynagrodzenia kadry kierowniczej, a także dotyczące tworzenia spółki w Mołdawii w ramach grupy Elewarr. 

Oto najważniejsze wnioski. Andrzej Śmietanko, dyrektor generalny spółki (zwolniony po tzw. aferze taśmowej) zatrudniony został w firmie na umowę o pracę w styczniu 2011 roku (wcześniej był prezesem tej spółki). Już w lutym po raz pierwszy dostał aneks do umowy, a wraz z nim prawo do premii - "nagroda za przejawianie inicjatywy w pracy i podnoszenie jej wydajności oraz jakości, przyznawana przez zarząd spółki".

Rok później - w styczniu 2012 roku jego wynagrodzenie zasadnicze zwiększono z 6-krotnego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw (3769,83 zł za IV kwartał 2011 r.) do 8-krotnego. 

Posłowie PiS piszą, że Andrzej Śmietanko "pobierał wynagrodzenia w ramach grupy Elewarr, na które składało się pięć składników: cztery z tytułu umowy o pracę, jeden z tytułu powołania przez jednoosobowy zarząd Elewarr do rad nadzorczych podmiotów zależnych. I wyliczają, że otrzymywał: wynagrodzenie podstawowe (aktualnie 30 165 zł miesięcznie), premię kwartalną uznaniową (aktualnie: 48 165 zł), udział w zysku spółki (za 2011 rok - 163 660 zł), premię specjalną uznaniową. To nie wszystko. Dostawał też pieniądze za zasiadanie w radach nadzorczych dwóch spółek, których Elewarr był wyłącznym właścicielem: TDM Arrtrans S.A. (wynagrodzenie: dwie średnie krajowe miesięcznie - 7 540 zł) i Zamojskich Zakładów Zbożowych sp. z o.o. (wynagrodzenie: 1,5 średniej krajowej miesięcznie - 5 655 zł). "Łączne miesięczne wynagrodzenie z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek córek Elewarr wyniosło 13 195 złotych" - czytamy w raporcie. 

Posłowie wymieniają też inne przywileje dyrektora: samochód służbowy Skoda Superb, telefon komórkowy, laptop, miał umowę zawierającą zapis, że "wykonywać będzie swoje obowiązki w nienormowanym czasie pracy (bez podpisywania listy)", sześciomiesięczny okres wypowiedzenia z automatycznym zwolnieniem z obowiązku świadczenia pracy i z wypłatą wynagrodzenia za cały ten okres z góry (w tym przypadku 180 990 zł).

Chiny, Brazylia, Japonia, Wietnam. I brak budżetu delegacji

Posłowie piszą też o delegacjach zagranicznych pracowników spółki. "W 2008 r. na delegacje zagraniczne Spółka wydała 28 324 zł, jedynym podróżującym był Andrzej Śmietanko, wyjechał do Japonii i Mołdawii. W 2009 r. wydano już 57 578 zł, a Andrzej Śmietanko wyjechał do USA (Miami, 10 451 zł), Wietnamu (16 250 zł ) i Chorwacji (2 947 zł). W 2010 r. na delegacje wydano 46 714 zł, a Dyrektor Generalny poleciał do Chin (11 592 zł), Mołdawii (7 562 zł) i Francji (Paryż, 5 630 zł). W 2011 r. - 111 541 zł, wtedy Andrzej Śmietanko wyjechał do Kanady (15 535 zł), Mołdawii (3 razy), Arabii Saudyjskiej, Chorwacji, USA (20 543 zł). 

W 2012 roku, do dnia weryfikacji dokumentów, delegacje zagraniczne w Elewarrze kosztowały 96 451 zł, a Andrzej Śmietanko wyjechał m.in. do Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Brazylii (30 226 zł). Zestawienie to nie uwzględnia wyjazdów w miejsca, w których potencjalnie Elewarr może prowadzić działania gospodarcze (RosjaUkraina, Białoruś). Posłowie zaznaczyli, że w dokumentach spółki nie ma budżetu rocznego delegacji, sprawozdań z wyjazdów, procedur dotyczących rozliczania delegacji.

- Ludzie zarządzający spółką zachowywali się jak kłusownicy - podsumowali posłowie PiS.

Gazeta Wyborcza, Agata Kondzińska

No więc ile, panie prezesie?

Do redakcji zadzwonił były minister skarbu państwa Aleksander Grad, by powiedzieć, że jego zarobki w spółce odpowiedzialnej za projekt energetyki jądrowej nie wyniosą 110 tys. miesięcznie, tylko mniej. Grad odmówił jednak ujawnienia, ile wyniosą naprawdę.

Według zdymisjonowanego w ubiegłym tygodniu wiceministra skarbu państwa Jana Burego poprzedni prezes PGE EJ1 zarabiał 14 średnich pensji, czyli około 50 tys. zł miesięcznie i - jak dodał - wynagrodzenie Aleksandra Grada, osiągnie porównywalny poziom. 

Grad został prezesem dwu spółek - PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1. Czy 14 średnich pensji to wynagrodzenie łączne, czy za każdą spółkę? A co z premią? Chodzą też słuchy, że Grad ma zostać jednocześnie wiceprezesem PGE. Czy jest to prawda i czy będzie za to wynagradzany? Prezes PGE Krzysztof Kilian ma w tej spółce kontrolowanej przez skarb państwa 110 tys. plus 50 proc. premii (jeśli osiągnie założone wyniki), czyli łącznie 165 tys. miesięcznie. Ile zatem zarobi wiceprezes? 

Nie lubię zaglądać do cudzych kieszeni i nie zazdroszczę nikomu zarobków. Ale tam, gdzie chodzi o majątek państwowy, informacje powinny być jawne. Prezes PGE powinien wyjaśnić, dlaczego uznał, że Grad najlepiej nadaje się na prezesa spółek, których działalność jak dotąd polega na zamawianiu i opłacaniu ekspertyz. Czy inicjatywa wyszła od Grada, od Kiliana, czy też jest elementem personalnych roszad w Platformie Obywatelskiej? Jak jest skonstruowany kontrakt prezesa atomowych spółek? Czy będzie otrzymywał premię i za co? Za wybudowanie elektrowni atomowej, czy za zamówienie kolejnych ekspertyz? A może za wykonanie planu strat, które jego spółki ponoszą? 

Apeluję do posłów: "Panowie, zmieńcie ustawę o dostępie do informacji publicznej". Dostęp do informacji i pełna transparentność spółek i instytucji państwowych to - obok prywatyzacji - jedyny oręż w walce z patologiami, które powstają na styku państwowego majątku i prywatnych interesów. 
Źródło: Gazeta Wyborcza
Witold Gadomski