2012/07/27

Jest dobra praca! Ale dla chłopaka z młodzieżówki PO!


Bez wyższego wykształcenia, bez doświadczenia, ale z legitymacją partyjną. Tyle wystarczy, żeby pracować w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie. I to na odpowiedzialnym i dobrze płatnym stanowisku w gabinecie politycznym samego wojewody. Taką fuchę dostał rok temu Damian Orlik (23 l.), którego zasługą było bycie przewodniczącym szczecińskiej młodzieżówki PO. A co musi zrobić zwykły Polak, żeby dostać pracę w urzędzie? Wymagania są konkretne: znajomość jęz. obcych, zaliczone szkolenia, znajomość prawa, doświadczenie nawet 6-letnie. Dokładnie takie kryteria rozpisuje urząd w oficjalnym ogłoszeniu o pracę.

„Gdzie wola, tam sposób” – takim mottem chwali się na swoim profilu w portalu społecznościowym 23-letni dziś student Damian Orlik. Wola pana Damiana była zapewne taka jak innych jego kolegów w tym wieku – znaleźć dobrą pracę. Ale w Polsce młodzi ludzie pracy nie mają – bezrobociewśród nich sięga prawie 30 procent! W Zachodniopomorskiem, gdzie żyje pan Damian, co drugi bezrobotny nie przekroczył 25 lat. Na bezrobociu są też ci z wyższym wykształceniem.
Dlatego pan Damian, wciąż jeszcze student, poszukał sposobu. I znalazł... Niezawodny w naszym kraju. Poszedł „w politykę” – stał się działaczem Młodych Demokratów, młodzieżówki Platformy Obywatelskiej. Młody ambitny działacz został nawet szefem szczecińskiego koła. Partyjny potencjał młodego człowieka dostrzeżono „na górze” – sam wojewoda zdecydował wziąć pod skrzydła pana Damiana – i tak student bez większego doświadczenia, zawodowego czy życiowego, objął funkcję asystenta wojewody zachodniopomorskiego.
Tysiące takich jak on, młodych, zdolnych, nawet po studiach, pracy znaleźć nie może, bo choć mają wolę, nie znaleźli sposobu. Nie wpadli na to, by zdobyć legitymacjępartyjną. A ogłoszenia o prace zamieszczane przez urządwojewódzki, ten sam, gdzie wojewoda wziął sobie partyjnego działacza za asystenta, wymagają od kandydatów nawet 6-letniego doświadczenia. Co automatycznie skreśla młodych ludzi w wieku Damiana Orlika.
Rozmowa z młodym asystentem wojewody zachodniopomorskiego:
Fakt: Dzień dobry, czy z panem Damianem Orlikiem mam przyjemność?
Damian Orlik: – Tak, tak, zgadza się.

Dzwonię z dziennika Fakt. Chciałbym się zapytać o Pana pracę. Jest Pan asystentem wojewody, prawda?
– Tak, tak.

W jakich okolicznościach Pan dostał tą funkcję?
– W jakich okolicznościach dostałem tą funkcję?

Tak.
– W normalnych. Przez zatrudnienie. Możemy się umówić na rozmowę?

Ale to proste pytanie. Jak Pan dostał funkcję asystenta wojewody?
– Yyyy... To może Pan zadzwonić tutaj do urzędu, do biura organizacji i kadr i zapytać. Tam Panu wszystkie informacje na temat stanowisk, na mój temat, Panu przekażą.

Ale ja Pana pytam, jakie ma Pan doświadczenie, żeby zostać asystentem wojewody w tak ważnym województwie zachodniopomorskim.
– Jakie mam doświadczenie? No... spełniłem kryteria.

Jakie kryteria?
– Kryteria, które zostały przede mną postawione.

Ale jakie to były kryteria?
– No to niech Pan zapyta pana wojewodę albo wyśle pismo, i tutaj odpowie osoba kompetentna, jakie są kryteria przyjmowania na stanowisko asystenta wojewody, czy wicewojewody, w kwestiach asystentów i doradców, bo rozumiem, że Pan pyta o stanowiska polityczne (...). Najlepsze będzie biuro kadr, które wszystkie wymogi i kryteria, które takie osoby muszą spełniać, Panu przekażą.

A Pan nie zna tych kryteriów?
– Ja znam, znam, ale mogę pominąć niektóre.

To niech Pan poda te najważniejsze.
– Najlepsze będzie skontaktowanie się z biurem organizacji i kadr, u nas w urzędzie.

A jakie ma Pan obowiązki? Jako asystenta.
– Proszę Pana, proszę się zwrócić na piśmie. To wtedy możemy Panu odpowiedzieć.

A ile Pan zarabia?
– Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów.

Czyli?
– Yyy... Zgodnie z rozporządzeniem, tyle ile powinienem, tyle zarabiam.

To proszę się podzielić tą wiedzą.
– Podzielę się, jeśli Pan skieruje... Najlepiej chętnie odpowiem na pismo, tylko proszę na piśmie skierować.

A wie Pan, jakie jest bezrobocie w województwie zachodniopomorskim?
– Tak.

To jakie?
– Poprosiłem, by Pan napisał pytania.

A ile jest mieszkańców w województwie?
– Wiem, około dwóch milionów (wg danych GUS 1,7 mln – red.).

A co Pan studiuje?
– Europeistykę.

To może jest Pan asystentem w sprawach europeistyki? Ile jest państw w Unii Europejskiej?
– Nie, proszę, aby Pan skierował wszystkie pytania na piśmie i odpowiemy.

Ale to są proste pytania, jeśli jest Pan asystentem i spełnia kryteria, to powinien Pan na nie odpowiedzieć, to jest dość elementarna wiedza.
– No dobrze, dobrze, ale Pan nie jest moim pracodawcą, żeby mnie tutaj przepytywać z wiedzy ogólnej i te szczegóły. A jeśli chodzi o pytania dotyczące funkcji asystenta czy doradcy, to trzeba wysłać do nas pismo.

Czy jest Pan wciąż przewodniczącym koła Młodych Demokratów?
– Proszę zadać wszystkie pytania...

A fakt pełnienia funkcji w Młodych Demokratach miał wpływ na zatrudnienie Pana jako asystenta wojewody?
– Proszę skierować pismo i odpowiemy na wszystkie pytania.

Czy został Pan asystentem z nadania politycznego?
– Czy może pan wysłać pytania, mógłbym się zastanowić lepiej i udzielić odpowiedzi. Tak będzie najlepiej dla Pana i dla nas.

Czy mógłby Pan skomentować aferę taśmową i ujawnione fakty nepotyzmu czy zatrudniania po znajomości, z powodów politycznych, ludzi bez doświadczenia na funkcjach państwowych?
– Proszę skierować pytania, odpowiem.

A jaki mamy dzisiaj dzień?
– Proszę nie żartować, dobrze? Ja bym bardzo prosił, jeśli Pan by chciał poznać wszystkie tajniki, szczegóły, proszę skierować pismo. Odpowiemy.

Posiada Pan samochód służbowy?
– Nie.

Telefon?
– Proszę skierować pytania na piśmie. Pozdrawiam, Do widzenia...
Super Express

2012/07/26

Cukier krzepi Platformę (art. z 2009)


3 mln ton buraków rocznie, 18 tysięcy plantatorów, 75 tys. ha upraw, własne cukrownie. Polska Spółka Cukrowa SA nazywana Polskim Cukrem to największy w Polsce i ósmy w Europie producent cukru. Znajduje się w pierwszej setce największych polskich firm, ostatni rok zakończyła zyskiem w wysokości 300 mln zł. Nieżyczliwi twierdzą, że trudno inaczej, skoro duża część szmalu pochodzi z funduszu restrukturyzacyjnego Unii Europejskiej, czyli stanowi zapłatę za zamknięcie cukrowni. Wyrzucono kilkuset ludzi z firm, które dobrze sobie radziły, bo UE kazała ograniczyć produkcję.
Rząd powinien zrobić wszystko, aby żadne z tak pozyskanych euro nie poszło się paść.
Na początku 2009 r. prezesem cukrowego potentata został Maciej Kulicki z Siedlec. Nie absolwent Harvardu, ale – jak kpili dziennikarze – Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej dawniej im. Dymitrowa w Siedlcach. Wiceszef siedleckiej PO i wiceprezydent miasta. Przeciwko nominacji gromko zaprotestował senator Jan Wyrowiński z PO. Podniósł, że Kulicki nie miał nic wspólnego z cukrownictwem, że prezesem jednego z największych koncernów powinien być menedżer, a nie urzędnik średniego szczebla, że awans kojarzy się w sposób jednoznaczny.
Dyrektor student
Jakiś czas temu Czytelnik z Torunia przysłał mi dokumenty poświęcone awansom i zwolnieniom w Polskim Cukrze. Dyrektorem Departamentu Logistyki zrobiono Stanisława Gieńca niemającego nic wspólnego z branżą ani z kierowaniem dużymi firmami. Wicedyrektorem Biura Zarządu został Maciej Bogucki, wiceprzewodniczący klubu radnych PO z warszawskiej Pragi-Południe, student prawa Uniwersytetu Warszawskiego bez dyplomu i bez doświadczenia zawodowego
Zapytałam Aleksandrę Paulską, rzecznika prasowego Polskiej Spółki Cukrowej, czy to prawda oraz jakie kwalifikacje mają panowie i czy dostali posadę z konkursu?
Szczegółowo odniosła się jedynie do awansu Boguckiego: Zasada równego traktowania bez względu na wiek jest jedną z ogólnych zasad polskiego prawa pracy. Zgodnie z art. 11 Kodeksu pracy jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność itp. jest niedopuszczalna. Wiek nie jest zatem przeszkodą do piastowania funkcji zastępcy dyrektora przez Pana Macieja Boguckiego. (...) Ponadto pragnę poinformować, iż wewnętrzne przepisy KSC SA i procedury nie obligują do przeprowadzania konkursów na każde stanowisko pracy.
Dyrektor ściągacz
Ten sam informator z Torunia przysłał mi kwit podpisany przez Marcina Lewandowskiego. Podpisany i opieczętowany. Lewandowski, lat 34, absolwent ekonomii oraz trzech podyplomówek, był członkiem zarządu Polskiego Cukru odpowiedzialnym m.in. za sprzedaż. Prezentował odosobniony w kierownictwie pogląd, że producenci cukru powinni zarabiać więcej, a pośrednicy mniej. Bumaga z 19 czerwca 2009 r. jest adresowana do zarządu Polskiej Spółki Cukrowej i traktuje o sposobie szukania fachowca na fotel dyrektora Departamentu Handlu.
Z pisma wynika, że prezes Kulicki od początku miał pewność, że najlepszym dyrektorem handlowym będzie Piotr Banach z konkurencyjnej firmy. Lewandowski wysłuchał szefa, ale mu nie uwierzył. Ponieważ on odpowiadał za tę nominację, zastrzegł prawo weryfikacji rynku pracy. Żeby nie zanudzać – doprowadził do wyłonienia innych kandydatów i opracowania pytań kwalifikacyjnych. Tajnych, rzecz jasna. Ale na początku przesłuchania kandydat Banach wyjął kopię wspomnianej listy ze swojej kieszeni i podziękował jednemu z członków komisji za jej przesłanie.
Fakt przekazania jednemu kandydatowi pytań rekrutacyjnych – w mojej ocenie nie zna precedensu i jest dla mnie po prostu skandalem – wkurwił się Lewandowski i zagroził, że powiadomi o wszystkim radę nadzorczą.
Sprawa ma swój finał. Piotr Banach został dyrektorem od handlu, a Lewandowski został odwołany przez Radę Nadzorczą Polskiego Cukru. Niedawno, 12 października 2009 r.
Poprosiłam informatora z Torunia o kontakt z Lewandowskim choćby po to, aby poświadczył, że jest autorem dokumentu. Bo przecież pewności nie mam. Nie zdecydował się na spotkanie. Uderzyłam więc do rzecznik Paulskiej z pytaniem, czy zwolnienie Lewandowskiego ma związek z jego protestem dotyczącym zatrudnienia Banacha oraz czy wysunięte przez niego zastrzeżenia do sposobu rekrutacji dyrektora Departamentu Handlu są zasadne.
Rzecznik zapragnęła ustalić, kto donosi do „NIE”. Nigdy wcześniej nie przeżyłam ataku tak wielkiej ciekawości. Wobec braku współpracy z mojej strony doczekałam się odpowiedzi, ale jedynie na pierwszą część pytania: Krajowa Spółka Cukrowa SA nie jest właściwym adresatem pytań o przyczyny odwołania poszczególnych osób z funkcji Członka Zarządu Spółki. Z tym pytaniem proszę zwrócić się do Ministerstwa Skarbu Państwa. 
Zwróciłam się. Przy okazji zapytałam, czy jest w porządku, że student Bogucki został dyrektorem oraz czy Gieńca rzeczywiście wzięto bez konkursu, z ulicy.
Rzecznik MSP Maciej Wewiór wyjaśnił, że odstrzelono Lewandowskiego, ponieważ Cukier Polski przechodzi restrukturyzację i zamiast 5 osób będą w za­rządzie 3, co przełoży się na oszczędności. Wewiór odmówił skomentowania nominacji Boguckiego i Gieńca, bo za politykę kadrową w spółce odpowiada Cukier Polski.
Dyrektor ofiara
Po odwołaniu Lewandowskiego sena­tor Wyrowiński zwołał w Toruniu konferencję prasową. Jest przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej, powinien więc być w swojej partii słuchany.
Najlepszego fachowca pozbyto się w najgorszym stylu – zagrzmiał. 
Lewandowski dowiedział się o odwołaniu w samochodzie, kiedy jechał na spotkanie zarządu KSC SA. Publicznie mówił, że decyzji nie rozumie. Przecież on tylko dbał o interes ekonomiczny firmy.
Wyrowiński ma świadomość, że dla dobra polskich podatników mógł ocalić Lewandowskiego.
Mogłem po prostu zadzwonić do pana ministra Grada: „Słuchaj Olek, mam nadzieję, że ten młody człowiek nie zostanie wyrzucony”. Byłem, jestem i będę przeciwnikiem takiego załatwiania spraw. Nie zadzwoniłem. Uznałem, że zasada, której – mam nadzieję – nadal jest wierna Platforma, że w spółkach skarbu państwa decyduje kompetencja, umiejętności i doświadczenie, jest aktualna. Moim zdaniem w przypadku pana Marcina została jednak złamana. (...) Jeżeli PO chce odzyskać zaufanie również wśród młodych ludzi, to tego rodzaju sytuacji być dalej nie może – mówił senator („Senator przeprasza za Platformę”, za „Gazetą w Toruniu” z 15 października 2009 r.).
Czy idea Polskiego Cukru – zachowanie polskiego cukrownictwa w polskich rękach – która znalazła ucieleśnienie w Krajowej Spółce Cukrowej, ma upaść wskutek rządów amatora posiadającego właściwą legitymację? Czy upolitycznienie dużych spółek skarbu państwa ma zastąpić finansowanie partii politycznych? Czy rząd nie uważa, że sprawą prezesa Kulickiego powinno się zająć Centralne Biuro Antykorupcyjne?
Tak mnie pyta informator z Torunia i przekonuje, że chodzi mu o coś więcej, niż przekonanie Janka (Wyrowiń­skiego – przyp. B.D.), żeby zadzwonił do Olka (Grada), żeby znalazł Marcinowi (Lewandowskiemu) dobrą robotę.


BOŻENA DUNAT, NIE

Syn kandydata na ministra pracuje w ARR. Ojciec: - A ma być na bezrobociu?


Syn kandydata na nowego ministra rolnictwa pracuje w Agencji Rynku Rolnego. - Dobrze, że pracuje? Czy lepiej, jakby był na bezrobociu? - pytał w rozmowie z TOK FM Stanisław Kalemba.
Daniel Kalemba jest kierownikiem jednej z sekcji poznańskiego oddziału Agencji Rynku Rolnego - nieoficjalnie dowiedziało się Radio ZET. Jego ojciec, Stanisław, jest kandydatem Polskiego Stronnictwa Ludowego na ministra rolnictwa. Informacje o nieprawidłowościach w ARR były jednym z powodów dymisji poprzedniego szefa resortu Marka Sawickiego.

Zadzwoniliśmy do kandydata na ministra. Nie zaprzeczył informacjom o pracy swojego syna. - Dobrze, że pracuje? Czy lepiej, jakby był na bezrobociu? - pytał. Potem połączenie z politykiem się urwało.
"Kocham rolników i kocham wieś"

- Jeszcze nie jestem ministrem, jestem kandydatem (...) znam rolnictwo, znam wieś, nie na darmo funkcjonuję w komisji rolnictwa, w komisji ds. europejskich, znam te uwarunkowania. Kocham rolników i kocham wieś - mówił kilka godzin wcześniej Kalemba. Pytany o pierwsze decyzje, które podejmie, jeśli zostanie ministrem, powiedział, że najpierw należy zapoznać się z wynikami kontroli prowadzonych w resorcie i podległych mu agendach, a dopiero później podejmować odpowiednie decyzje personalne.

Tu nie ma co komentować? Jest jakiś zakaz?

Rzecznik PSL Krzysztof Kosiński bagatelizuje - w rozmowie z TOK FM - historię z miejscem pracy syna Kalemby: - Nie ma co komentować. On tam pracuje od 11 lat. I tyle.

- Zamierza zrezygnować, gdy tata zostanie ministrem? - pyta dziennikarka TOK.

- A czemu? Czy jest jakiś zakaz? Jeśli ktoś inny go zatrudnił 11 lat temu. I jeśli ojciec zostanie ministrem, to on ma rezygnować? Ma nie pracować? Szukacie absurdów. Jak ktoś dobrze pracuje przez 11 lat, to teraz ma rezygnować? - pytał Kosiński. Jego zdaniem w tej sytuacji nie doszło do nepotyzmu, bo to nie Kalemba zatrudnił syna w ARR.

"Mojego syna w resorcie zwolniłem"

- Mam dobrą radę dla premiera - niech pan sprawdzi, czy nowy kandydat nie ma rodziny w jakiejś agencji - mówił w Popołudniu Radia TOK FM Paweł Kowal. Zdaniem przewodniczącego PJN sieć powiązań rodzinnych, jaka ma miejsce w PSL, jest ogromna, a rząd praktycznie nic z tym nie robi.

- Kalemba powinien zwolnić swojego syna, jeśli zostanie szefem resortu. Ja zwolniłem z pracy swojego syna, kiedy byłem ministrem środowiska - powiedział Radiu ZET poseł ludowców Stanisław Żelichowski. 
Gazeta.pl, Tok.fm

Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...


Jacek Śmietanko (syn Andrzeja Śmietanki z PSL) na placówce w Sztokholmie to nie jedyna postać w Wydziałach Promocji Handlu i Inwestycji nominowana po linii partyjno-rodzinnej. Na placówce w Seulu pracuje syn Waldemara Kulińskiego (prawa ręka marszałka Adama Struzika z PSL), a w Ankarze - były pracownik tegoż marszałka. Ile kosztuje budżet państwa utrzymanie 48 WPHiI na całym świecie?
Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji (WPHiI), to placówki zagraniczne, które działają przy polskich ambasadach lub konsulatach. Nie podlegają jednak pod Ministerstwo Spraw Zagranicznych, tylko pod Ministerstwo Gospodarki, na czele którego stoi Waldemar Pawlak (PSL). I to ten resort decyduje o obsadzie wydziałów.

Ryszard Kwieciński z działu prasowego resortu gospodarki twierdzi, że kierowników i sekretarzy WPHiI wybranych w konkursie zatwierdza ostatecznie MSZ, jednak rzecznik resortu spraw zagranicznych Marcin Bosacki kategorycznie temu zaprzecza: - MSZ nie ma wpływu na obsadę WPHiI. Jest to w wyłącznych kompetencjach Ministerstwa Gospodarki. Co więcej, w naszych bazach danych nie ma historii pracy tych osób.
Zadaniem WPHiI jest "wsparcie polskich firm, w tym w szczególności małych i średnich przedsiębiorstw, w procesie ich internacjonalizacji". Czy wydziały dobrze się wywiązują z tego zadania?

- Tam lądują ludzie, którzy nie znają języków, nie znają się na handlu, nie mają praktyki, nie umieją się poruszać w świecie powiązań nieformalnych, nie mają wsparcia wywiadu ani białego, ani twardego, nie mają wsparcia dyplomatów - mówi portalowi Gazeta.pl Wojciech Warski z Business Center Club.

Nie tylko syn Śmietanki (PSL) siedzi na placówce zagranicznej

Pierwsze poważne wątpliwości personalne związane z WPHiI pojawiły się kilka dni temu jako odprysk afery z taśmą PSL. Szybko wyszło na jaw, że Jacek Śmietanko, syn głównego bohatera afery Andrzeja Śmietanki (PSL), prezesa spółki Elewarr kontrolowanej przez Agencję Rynku Rolnego, jest sekretarzem w Wydziale Promocji Handlu i Inwestycji w Sztokholmie.

Okazuje się, że nominacji po linii familijno-partyjnej jest więcej.

Na placówce w Seulu pracuje Michał Kuliński (sekretarz w WPHiI). Jego ojciec to Waldemar Kuliński, od wielu lat dyrektor urzędu marszałkowskiego na Mazowszu, najbliższy współpracownik marszałka Adama Struzika (PSL), uznawany za jego prawą rękę.

Kuliński junior trafił do Seulu z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska - był tam dyrektorem wydziału edukacji ekologicznej. Stanowisko objął po ostrym starciu ludowców forsujących jego kandydaturę na dyrektora WFOŚ z działaczami Platformy, którzy nie chcieli dać mu wymaganej rekomendacji. Dlaczego? Widzieli w tym zwykły nepotyzm i kolesiostwo.

Po tym konflikcie koalicja PSL-PO w Urzędzie Marszałkowskim zawisła na włosku. Marszałek Adam Struzik z powodu zablokowania kandydatury Kulińskiego juniora miał zagrozić zwolnieniem urzędników z rekomendacji PO. Ostatecznie Platforma ustąpiła, godząc się na mniej prestiżowe stanowisko dla syna dyrektora urzędu marszałkowskiego.

Witold Prandota też lubi bywać w świecie

Postać Adama Struzika, PSL-owskiego marszałka województwa mazowieckiego, łączy się również z inną nominacją na placówkę zagraniczną.

Witold Prandota, obecnie I radca z WPHiI w Ankarze, najwyraźniej gustuje w zagranicznych przygodach, co umożliwia mu marszałek Struzik. Prandota rezydował już w Brukseli, jako dyrektor placówki zwanej Biuro Przedstawicielskie Woj. Mazowieckiego. Później był m.in. wiceszefem kancelarii Struzika, gdzie odpowiadał za promocję województwa. W tym charakterze wziął udział w wyjeździe marszałka do Korei Południowej w 2009 r., o którym było głośno w Warszawie ze względu na wysokie koszty wizyty.

Prandota trafił w końcu do WPHiI w Pekinie, gdzie - jak relacjonuje nam polski przedsiębiorca, prosząc o zachowanie anonimowości - nie najlepiej sprawdził się jako promotor polskiego biznesu. - Na początku spotkań i seminariów odczytywał po polsku z kartki przywitanie, bo angielskiego nie znał - mówi biznesmen. Według nieoficjalnych informacji Prandota, mający opinię konfliktowego, opuścił placówkę po spięciach z ambasadorem, który był zirytowany jego niekompetencją.

Nie wrócił jednak do kraju, tylko trafił na analogiczne stanowisko do Ankary.

Tymczasem wśród personelu kancelarii marszałka Struzika pojawiła się Aleksandra Prandota: publikuje notki na stronie internetowej samorządu województwa mazowieckiego, jest autorką zamieszczanych tam zdjęć. Zbieżność nazwisk - zapewne przypadkowa.

"Zawartość kadrową WPHiI trzeba zreformować drogą rewolucyjną"

Zdaniem Wojciecha Warskiego z BCC, WPHiI kompletnie nie nadają się do jakichkolwiek działań operacyjnych. - Nawet nie mają tego w zakresie obowiązków - tłumaczy i dodaje, że czasem młodzi ludzie wysłani na placówki nawet po znajomości angażują się w jakieś działania, ale robią to raczej "hobbystycznie".

- Drogą rewolucyjną trzeba zreformować zakres obowiązków, sposób działania i zawartość kadrową obecnych WPHiI - mówi.

W tej krytyce nie jest osamotniony. Małgorzata Starczewska-Krzysztofek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan, nazywa model funkcjonowania WPHiI "przedpotopowym". - To powinni być ludzie, którzy mają doświadczenie biznesowe, rozumieją biznes, rozumieją, co jest biznesowi potrzebne - ocenia.
Tymczasem - według dr. Warskiego - procedura rekrutacji na stanowiska w WPHiI pozostawia wiele do życzenia: - Tam pracują głównie nominaci po linii partyjnej. To różnego rodzaju synekury, dobór kadr nie jest doborem wymaganym przez współczesną sytuację gospodarczą.

Ile nas kosztują zagraniczne placówki Ministerstwa Gospodarki? Resort milczy

WPHiI działają w 48 miastach na całym świecie, z tego ponad połowa w Europie, ale też np. w Seulu, Pekinie, Kuala Lumpur, Szanghaju, Sao Paulo, Montrealu czy Buenos Aires.
Każda placówka zatrudnia od 2 do 8 osób, składa się zwykle z kierownika, sekretarza, radcy lub radców oraz pracowników administracyjnych.

Ile wynoszą ich zarobki, dział prasowy resortu gospodarki nie odpowiedział.

Dziennikarz portalu Gazeta.pl, na pytanie ile łącznie osób pracuje w wydziałach promocji na całym świecie, usłyszał od Departamentu Komunikacji Społecznej MG, żeby sobie sam policzył. [Spróbowaliśmy zatem policzyć i wyszło nam, że to ok. 200 osób].

Z kolei na kluczowe pytanie - wysłane trzy dni temu - ile pieniędzy idzie rocznie z budżetuMinisterstwa Gospodarki na utrzymanie wszystkich WPHiI, do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi, mimo wielokrotnych monitów.

Nie wiadomo więc, ile nas, podatników, kosztuje utrzymanie na 48 placówkach na świecie rzeszy urzędników, których efekty działalności i kompetencje są wątpliwe.

W krajach UE takie wydziały są zbędne

Zdaniem i przedsiębiorców, i dyplomatów, z którymi rozmawialiśmy, utrzymywanie takich wydziałów w krajach Unii Europejskiej (ponad połowa wszystkich WPHiI) to wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo to rynek, na którym polski biznes sam sobie świetnie radzi (bliska odległość, łatwa komunikacja, podobne przepisy prawne).

Z kolei na innych rynkach, szczególnie azjatyckich, potrzebne są wysokie kwalifikacje i specjalistyczne kompetencje.

- Te wszystkie kraje inne niż UE rządzą się zupełnie innymi prawami, których polscy biurokraci nie rozumieją, nawet będąc na miejscu - mówi Wojciech Warski z BCC.
Damian Piwowarczyk, Gazeta.pl

Ile zarabiał dyrektor Elewarru? Zobacz raport PiS dla premiera

Ludzie zarządzający spółką zachowywali się jak kłusownicy - podsumowali posłowie PiS Dawid Jackiewicz i Przemysław Wipler, którzy sprawdzali dokumenty w spółce Elewarr po ujawnieniu tzw. taśm PSL

Dwaj posłowie PiS Dawid Jackiewicz i Przemysław Wipler pojechali do spółki Elewarr, wymienianej w tzw. aferze taśmowej PSL, i poprosili o dokumenty. Na ich podstawie sporządzili raport, który teraz chcą przesłać premierowi. - Zaapelujemy, żeby premier skoncentrował się w tej chwili na autentycznym i rzeczywistym sprawowaniu nadzoru w resorcie rolnictwa - powiedział Jackiewicz. Wipler zaznaczył, że podczas trzydniowej obecności w spółce Elewarr zajmowali się oni tylko drobnym wycinkiem jej działalności. - Zajmowaliśmy się tylko tymi nieprawidłowościami, tymi sensacyjnymi informacjami, które pan Władysław Łukasik przekazał w swojej rozmowie panu Władysławowi Serafinowi - zaznaczył.

Wynagrodzenie dyrektora Śmietanko. I odprawa

W spółce Elewarr posłowie PiS badali dokumenty z datą od 1 stycznia 2008 roku. Głównie faktury, umowy na zakup usług niematerialnych, dokumenty finansowe i te dotyczące wynagrodzenia kadry kierowniczej, a także dotyczące tworzenia spółki w Mołdawii w ramach grupy Elewarr. 

Oto najważniejsze wnioski. Andrzej Śmietanko, dyrektor generalny spółki (zwolniony po tzw. aferze taśmowej) zatrudniony został w firmie na umowę o pracę w styczniu 2011 roku (wcześniej był prezesem tej spółki). Już w lutym po raz pierwszy dostał aneks do umowy, a wraz z nim prawo do premii - "nagroda za przejawianie inicjatywy w pracy i podnoszenie jej wydajności oraz jakości, przyznawana przez zarząd spółki".

Rok później - w styczniu 2012 roku jego wynagrodzenie zasadnicze zwiększono z 6-krotnego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw (3769,83 zł za IV kwartał 2011 r.) do 8-krotnego. 

Posłowie PiS piszą, że Andrzej Śmietanko "pobierał wynagrodzenia w ramach grupy Elewarr, na które składało się pięć składników: cztery z tytułu umowy o pracę, jeden z tytułu powołania przez jednoosobowy zarząd Elewarr do rad nadzorczych podmiotów zależnych. I wyliczają, że otrzymywał: wynagrodzenie podstawowe (aktualnie 30 165 zł miesięcznie), premię kwartalną uznaniową (aktualnie: 48 165 zł), udział w zysku spółki (za 2011 rok - 163 660 zł), premię specjalną uznaniową. To nie wszystko. Dostawał też pieniądze za zasiadanie w radach nadzorczych dwóch spółek, których Elewarr był wyłącznym właścicielem: TDM Arrtrans S.A. (wynagrodzenie: dwie średnie krajowe miesięcznie - 7 540 zł) i Zamojskich Zakładów Zbożowych sp. z o.o. (wynagrodzenie: 1,5 średniej krajowej miesięcznie - 5 655 zł). "Łączne miesięczne wynagrodzenie z tytułu zasiadania w radach nadzorczych spółek córek Elewarr wyniosło 13 195 złotych" - czytamy w raporcie. 

Posłowie wymieniają też inne przywileje dyrektora: samochód służbowy Skoda Superb, telefon komórkowy, laptop, miał umowę zawierającą zapis, że "wykonywać będzie swoje obowiązki w nienormowanym czasie pracy (bez podpisywania listy)", sześciomiesięczny okres wypowiedzenia z automatycznym zwolnieniem z obowiązku świadczenia pracy i z wypłatą wynagrodzenia za cały ten okres z góry (w tym przypadku 180 990 zł).

Chiny, Brazylia, Japonia, Wietnam. I brak budżetu delegacji

Posłowie piszą też o delegacjach zagranicznych pracowników spółki. "W 2008 r. na delegacje zagraniczne Spółka wydała 28 324 zł, jedynym podróżującym był Andrzej Śmietanko, wyjechał do Japonii i Mołdawii. W 2009 r. wydano już 57 578 zł, a Andrzej Śmietanko wyjechał do USA (Miami, 10 451 zł), Wietnamu (16 250 zł ) i Chorwacji (2 947 zł). W 2010 r. na delegacje wydano 46 714 zł, a Dyrektor Generalny poleciał do Chin (11 592 zł), Mołdawii (7 562 zł) i Francji (Paryż, 5 630 zł). W 2011 r. - 111 541 zł, wtedy Andrzej Śmietanko wyjechał do Kanady (15 535 zł), Mołdawii (3 razy), Arabii Saudyjskiej, Chorwacji, USA (20 543 zł). 

W 2012 roku, do dnia weryfikacji dokumentów, delegacje zagraniczne w Elewarrze kosztowały 96 451 zł, a Andrzej Śmietanko wyjechał m.in. do Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Brazylii (30 226 zł). Zestawienie to nie uwzględnia wyjazdów w miejsca, w których potencjalnie Elewarr może prowadzić działania gospodarcze (Rosja, Ukraina, Białoruś). Posłowie zaznaczyli, że w dokumentach spółki nie ma budżetu rocznego delegacji, sprawozdań z wyjazdów, procedur dotyczących rozliczania delegacji.

- Ludzie zarządzający spółką zachowywali się jak kłusownicy - podsumowali posłowie PiS.

Gazeta Wyborcza, Agata Kondzińska

No więc ile, panie prezesie?

Do redakcji zadzwonił były minister skarbu państwa Aleksander Grad, by powiedzieć, że jego zarobki w spółce odpowiedzialnej za projekt energetyki jądrowej nie wyniosą 110 tys. miesięcznie, tylko mniej. Grad odmówił jednak ujawnienia, ile wyniosą naprawdę.

Według zdymisjonowanego w ubiegłym tygodniu wiceministra skarbu państwa Jana Burego poprzedni prezes PGE EJ1 zarabiał 14 średnich pensji, czyli około 50 tys. zł miesięcznie i - jak dodał - wynagrodzenie Aleksandra Grada, osiągnie porównywalny poziom. 

Grad został prezesem dwu spółek - PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1. Czy 14 średnich pensji to wynagrodzenie łączne, czy za każdą spółkę? A co z premią? Chodzą też słuchy, że Grad ma zostać jednocześnie wiceprezesem PGE. Czy jest to prawda i czy będzie za to wynagradzany? Prezes PGE Krzysztof Kilian ma w tej spółce kontrolowanej przez skarb państwa 110 tys. plus 50 proc. premii (jeśli osiągnie założone wyniki), czyli łącznie 165 tys. miesięcznie. Ile zatem zarobi wiceprezes? 

Nie lubię zaglądać do cudzych kieszeni i nie zazdroszczę nikomu zarobków. Ale tam, gdzie chodzi o majątek państwowy, informacje powinny być jawne. Prezes PGE powinien wyjaśnić, dlaczego uznał, że Grad najlepiej nadaje się na prezesa spółek, których działalność jak dotąd polega na zamawianiu i opłacaniu ekspertyz. Czy inicjatywa wyszła od Grada, od Kiliana, czy też jest elementem personalnych roszad w Platformie Obywatelskiej? Jak jest skonstruowany kontrakt prezesa atomowych spółek? Czy będzie otrzymywał premię i za co? Za wybudowanie elektrowni atomowej, czy za zamówienie kolejnych ekspertyz? A może za wykonanie planu strat, które jego spółki ponoszą? 

Apeluję do posłów: "Panowie, zmieńcie ustawę o dostępie do informacji publicznej". Dostęp do informacji i pełna transparentność spółek i instytucji państwowych to - obok prywatyzacji - jedyny oręż w walce z patologiami, które powstają na styku państwowego majątku i prywatnych interesów. 
Źródło: Gazeta Wyborcza
Witold Gadomski

2012/07/25

PSL w biznesie, czyli elektrownia ludowa

Menedżerom, których PSL oddelegowało do państwowego biznesu, jedno trzeba oddać: mają gest i ułańską fantazję. Szczególnie gdy płacą z państwowej kasy.

Kolekcja stanowisk Krzysztofa Zborowskiego przyprawia o zawrót głowy: prezes Elektrowni Kozienice (spółka niedawno przemianowana na Enea Wytwarzanie), wiceprezes jej spółki matki Enei, wiceprezes spółki córki Elko Trading i jeszcze członek rady nadzorczej Elektrociepłowni Białystok.
Dwa i pół roku temu spędził wraz z żoną uroczyurlop na Balearach. Gościł u Waldemara Kondratowskiego, szefa Stowarzyszenia Polaków na Majorce. Kondratowski wspomina tę wizytę tak: – Jest piękny wieczór. Siedzimy, pijemy wino, jemy kolację, a on mówi mi tak: „Hombre, bardzo podoba mi się ta willa naprzeciwko i, wiesz, chętnie zostałbym twoim sąsiadem. Ale żeby kupić ten dom, najpierw trzeba by tu w coś zainwestować. Nie zorientowałbyś się, czy jest na Majorce jakaś elektrownia, którą Kozienice mogłyby przejąć?”.
Jan Bury - Pan na energetyce 

W Kozienicach wszyscy wiedzą, że tutejsza elektrownia – największy w Polsce zakład opalany węglem kamiennym, wytwarza 8 proc. energii elektrycznej w kraju – jest oczkiem w głowie odpowiedzialnego za energetykę wiceministra skarbu Jana Burego (Bury złożył dymisję► w piątek 20 lipca). W ruchu ludowym Bury to człowiek instytucja: syn ministra w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego, zaufany współpracownik Waldemara Pawlaka, wiceprezes PSL.
Choć posłuje z Rzeszowa, to w ziemi radomskiej (Kozienice leżą 40 km od Radomia) cieszy się wielką estymą. Kilka miesięcy temu lokalna gazeta opublikowała artykuł, w którym minister został przedstawiony jako „kochany człowiek”. Wydrukowała też jego pozowane zdjęcie, całkiem sympatyczne. Lekki uśmiech, fryzura na jeżyka, nienaganny krawat i dwa wiele mówiące podpisy: „Elektryk Jeszcze Większy” oraz „Są plusy ujemne, są minusy dodatnie i są jeszcze insze inszości”.
W elektrowni od kilku lat pierwsze skrzypce gra tercet zaufanych ludzi wiceministra Burego:Krzysztof Zborowski, Stanisław Potyra, Cezary Pietrzak. Zborowski wszedł do zarządu elektrowni w 2008 r. i bardzo szybko zaprzyjaźnił się z nowym protektorem. Potyra, wiceprezes elektrowni, zna ministra od lat, tak samo jak on wywodzi się ze Związku Młodzieży Wiejskiej. Podobnie jak trzeci z tej trójki: Pietrzak, wiceszef Elko Trading, spółki należącej do elektrowni. Pietrzak wraz z Burym lata temu zasiadał we władzach jednej z prywatnych spółek.
Biomasa, trociny w granulacie 

Kozienice. Na plac opuszczonej masarni wtacza się sznur tirów. Stają. Zaczyna się przeładunek. Wózek widłowy nadziewa kilkutonowy wór, unosi go w górę i rusza w kierunku ciężarówki, która stoi po drugiej stronie placu. Zatrzymuje się, wór dynda w powietrzu. Ktoś rozpruwa jego spód i zawartość pierwszego pakunku ląduje na pustej naczepie. Potem zawartość drugiego, piątego, dziesiątego. Kiedy wywrotka się wypełnia, można jechać. Niedaleko. Do elektrowni jest jakieś 10 km.
W workach znajduje się pelleta – sprasowane granulki wiórów, trocin, słomy. Pelleta jest biomasą i z wyglądu przypomina filtry od papierosów. Elektrownia musi ją kupować, bo Unia Europejska w trosce o środowisko każe odchodzić od węgla i przestawiać się na palenie biomasą. Jednym z dostawców biomasy do elektrowni jest firma Tarnawa z podwarszawskich Ząbek. Mechanizm trocinowego biznesu jest prosty jak budowa cepa: granulat kupuje się na Ukrainie za grosze, wwozi tirami do Polski, wypakowuje i sprzedaje z przebiciem w Kozienicach.
Właścicielem Tarnawy jest Zenon Daniłowski, dawny wiceszef Związku Młodzież Wiejskiej, przyjaciel Jana Buregoi jego wieloletni partner biznesowy. Panowie wspólnie zakładali rozległą siatkę spółek: Agro-Technika, Agro-Technika Leasing, Grupa Inwestycyjna Agro, Polskie Smaki, Makarony Polskie. Obejmując w 2007 r. rządowe stanowisko, Bury wycofał się z biznesów Daniłowskiego, ale zostawił w nich swoją żonę. Urszula Rogóż-Bury, która na co dzień pracuje jako kierowniczka w rzeszowskim oddziale Agencji Rynku Rolnego, jest członkiem rady nadzorczej Makaronów (według danych Krajowego Rejestru Sądowego zasiada w niej także sam Daniłowski).
Tarnawa sprzedaje elektrowni trociny od marca 2010 r. Z informacji znajdujących się w Krajowym Rejestrze Sądowym wynika, że podpisując umowę z Kozienicami, firma nie miała doświadczenia w handlu biomasą. Powstała w 2006 roku i zajmowała się nieruchomościami, budowlanką oraz turystyką. Dopiero pod koniec 2010 r., kilka miesięcy po rozpoczęciu współpracy z elektrownią, pojawił się wpis informujący o nowej działalności firmy: sprzedaży hurtowej paliw, produktów pochodnych, drewna, transporcie drogowym towarów.
Ministrowi Buremu nie podoba się łączenie jego nazwiska ze sprawą umowy elektrowni z firmą Daniłowskiego. – Nie miałem i nie mam żadnego wpływu na współpracę tych podmiotów. Takie sugestie będę zmuszony traktować jako pomówienie – grozi. Ale przecież to nie żadne sugestie. To fakty suche niczym granulat z trocin: państwowa spółka, którą minister obsadził swoimi ludźmi, robi interesy liczone w setki tirów z firmą jego serdecznego kolegi. Ten przyjacielski biznes kwitnie od dwóch lat.
Przyjaciel. Ma makarony i ma układy 

Zenon Daniłowski to w Kozienicach postać dobrze znana. – Na wszystkich firmowych bankietach zawsze rzucał mi się w oczy jeden człowiek. Charakterystyczny – niski, ze sporą nadwagą, często przyjeżdżał spóźniony i zawsze pił ze wszystkimi. Za którymś razem zapytałam prezesa Zborowskiego, co to za facet. Odpowiedział mi krótko: „Ma fabrykę makaronu i ma układy, więcej nie pytaj”. To był Daniłowski – wspomina Elżbieta Piwońska, była szefowa wydziału organizacyjno-prawnego elektrowni, która do spółki trafiła tak jak wielu innych. Czyli po znajomości. Jej mąż Dariusz był wieloletnim kolegą prezesa Zborowskiego.
Piwońscy, którzy prowadzą w Kozienicach firmę motoryzacyjną, szybko się przekonali, jaką siłę mają układy człowieka od makaronów. – Dysponujemy z mężem sporym placem i kilkoma własnymi ciężarówkami. Zborowski postanowił to wykorzystać. Zażądał ode mnie pomocy przy przeładunku biomasy, która miała trafiać do elektrowni. Na początku się opierałam, ale w końcu uległam. Skończyło się tym, że podpisałam umowę z Tarnawą – opowiada Piwońska, jej mąż potakuje. – A wiedzą państwo, na jaką kwotę opiewał kontrakt Tarnawy z elektrownią? – Nie, ale skalę można sobie łatwo wyobrazić. Za samo przeładowanie jednego tira dostawaliśmy od Tarnawy 400 zł. W tygodniu tych ciężarówek przychodziły do nas dziesiątki, a z tego, co nam wiadomo, to i tak był to tylko ułamek, bo reszta towaru szła pociągami. – Czyli interes był dla Tarnawy dochodowy? – dopytuję. Piwoński znacząco wzdycha. Konkretnych kwot nie zna, ale czy tiry z pelletą kursowałyby za drobne? Piwońscy rozmawiają o Kozienicach chętnie, bo z gry już wypadli. Ich miejsce jakiś czas temu zajął lokalny przedsiębiorca z placem przy masarni, która splajtowała.
– Czy jest możliwe, żeby Bury nie wiedział o tym, co się dzieje w Kozienicach? Czy spółka mogła podpisać umowę z Tarnawą bez jego wiedzy? – pytam Piwońskiego. – Niech pan będzie poważny. Pamiętam swoją rozmowę ze Zborowskim. To było już po zwolnieniu mojej żony, którą zarząd podejrzewał o wynoszenie informacji z firmy. Wyrzucenie jej z pracy nic nie dało, bo później i tak wszystko wyciekało na zewnątrz. Pamiętam, że byliśmy u mnie na placu i oglądaliśmy zamokłą pelletę, której elektrownia nie chciała przyjąć. Zborowski powiedział mi wtedy: „Znajdź mi tego szpicla, a Elka wróci do pracy. Już ja to z Jankiem załatwię, zobaczysz”. Bez zgody Burego to prezes Kozienic może sobie zamówić ołówki i papier toaletowy, wszystko inne musi konsultować – opowiada Piwoński.
Wódka? Już nie mogę, wylewam do kwiatków 

Pracownik elektrowni: – Media rzuciły się na Elewarr i jej prezesa, a ja się pytam, co takiego tam się wydarzyło? Przecież u nas jest dokładnie tak samo. W zarządzie są koledzy pana Janka, na innych stanowiskach mamy przyjaciółkę jednego z menedżerów, którą zwolniono z miejscowej przychodni, syna policjanta, działacza PSL i samorządowca Platformy. A co pan myślał? W Kozienicach fantazja jest ułańska.
Analogie między Elewarrem a Kozienicami są oczywiste. Tam członkowie władz przyznali sobie 1,4 mln zł bezprawnego wynagrodzenia, tu menedżerowie zapomnieli wysłać na czas dokumenty do Urzędu Celnego, co kosztowało elektrownię – bagatela! – 1,5 mln zł. Tam podróżowano po całym świecie na koszt firmy (z ujawnionych nagrań wynika, że prezes miał polecieć do Meksyku, San Francisco i Honolulu), tu na porządku dziennym są huczne imprezy. Piwoński: – Byłem kiedyś na imieninach jednego z prezesów. Zjedliśmy, wypiliśmy, rachunek był wysoki. Wychodzimy z restauracji, a solenizant wyjmuje z portfela kartę i się uśmiecha: „A co! Dieta biznesmena”.
Rok temu do mediów wyciekł wystawiony na Elektrownię Kozienice sowity rachunek –opiewał na ponad 15 tys. zł – za kolację i nocleg w Kazimierzu Dolnym. Uczestnikom spotkania zrobiono zdjęcia z ukrycia. Są na nich członkowie zarządu spółki, minister Bury i jego przyjaciel Daniłowski. Atmosfera sympatyczna i bezpretensjonalna: biesiadnicy pozdejmowali krawaty, na stole stoją szlachetne trunki, jest zakąska. Na jednym zdjęciu panowie z zarządu wiosłują zupę. Na drugim peroruje minister. Na kolejnym Daniłowski odchyla się na krześle i zaczepia kelnerkę. Na jeszcze innym minister polewa.
Spotykam się z jedną z osób z obsługi hotelu, która pracowała w dniu tej imprezy. – To była suta kolacja. Deska ryb za 2 tys. zł, taka sama deska mięs, pięć rodzajów krewetek, do tego najdroższe alkohole. Pierwszy raz w życiu widziałem taką ucztę – słyszę. Podobną relację przedstawiła pół roku temu kelnerka, która obsługiwała Burego i jego kolegów. Fragment jej wywiadu dla kozienickiego tygodnika „Oko”: „Cenowo to była najwyższa półka. Szczególnie, jeśli chodzi o owoce morza. Serwowane były wódka,wino, bourbon, whisky. Do tego pod stołem stała jedna lub dwie butelki przywiezione przez uczestników. Odkąd pamiętam, to był największy deal w historii hotelu. Kierownictwo gratulowało mi tego utargu przez tydzień”.
Gdy sprawa kolacji przedostała się do mediów, Elektrownia Kozienice wydała komunikat, że w Kazimierzu odbyło się „wyjazdowe posiedzenie zarządu spółki połączone ze spotkaniem z przedstawicielami lokalnych władz samorządowych”. Jacy to samorządowcy? Nie wiadomo. A jeśli rzeczywiście było to posiedzenie zarządu, to co tam robił minister i jego przyjaciel od makaronów? I czy władze spółki zawsze obradują przy desce ryb za 2 tys. zł i flaszce stojącej pod stołem?
– Posiedzenie zarządu odbywało się w sali konferencyjnej. Daniłowskiego na nim nie było. Może siedział w restauracji, może spacerował, nie wiem. Później była kolacja, w której uczestniczyliśmy już obaj – tłumaczy Bury.
Kelnerka twierdzi co innego, w wywiadzie dla tygodnika „Oko” mówiła, że goście z Kozienic z żadnej sali konferencyjnej nie korzystali: „Panowie byli w ten wieczór jedynymi gośćmi w hotelu, ich zamówienie dotyczyło właśnie kolacji i noclegów”. Imprezy takie jak ta w Kazimierzu to nic nadzwyczajnego. Jak opowiada jeden z ludzi znających rytm pracy elektrowni, w zakładzie wszyscy wiedzą, że minister Bury porywa kozienickich prezesów dwa razy w tygodniu: zazwyczaj we wtorek i w czwartek.
Piwoński: – Zborowski żalił mi się kiedyś, że już nie może: „Ja już mam dosyć, a ten otwiera następną butelkę”. Mówił, że jak Bury nie patrzy, to wylewa wódkę do kwiatków. Marek Suski, poseł PiS (Bury wytoczył mu proces za wypowiedź z trybuny sejmowej o tym, że minister „chlał w hotelu za publiczne pieniądze”): – Sprawę oczywiście wygrałem, ale najciekawsze było co innego. W trakcie rozprawy sędzia spytała o ilość alkoholu wypitego w Kazimierzu. Bury odpowiedział, że to ilość normalna, bo, jak stwierdził, na każdych dożynkach się tyle pije – opowiada Suski. Po wyjściu z sądu zwołał konferencję prasową, na której zaapelował do premiera Donalda Tuska o dymisję Burego. W trosce o wątrobę ministra.
Nasze małe „danke schőn” 

Siedzę z Piwońskimi w jednej z warszawskich kawiarni. Oglądamy zdjęcia z wakacji na Balearach, które trzy lata temu spędzili razem ze Zborowskim i jego żoną. – Zafundowaliśmy im ten urlop, wymuszono to na mnie. Mamy z mężem przyjaciół na Majorce i latamy tam kilka razy w roku. Kiedy Zborowski się o tym dowiedział, natychmiast zażądał, by go tam zabrać. Bałam się, że jeśli odmówię, to zostanę wyrzucona z pracy – opowiada Piwońska. Jej mąż, który ma podwójne obywatelstwo – polskie i niemieckie – dodaje: – To miało być nasze małe „danke schön” za to, że Ela może pracować w elektrowni.
Na potwierdzenie tej historii otrzymuję opłacony przez Piwońską rachunek za przelot liniami Germanwings. Wszystko się zgadza. Wylot z Warszawy, przesiadka w Kolonii, miejsce docelowe: Palma de Mallorca. Na dokumencie widnieją cztery nazwiska, wśród nich „Herr Krzysztof Zborowski” i „Frau Irena Zborowska”. Kilka linijek niżej łączny koszt podróży: 1131,04 euro.
Obrazy na rachunek elektrowni 

Państwo prezesostwo spędzili na Majorce pięć dni. Mieszkali u Waldemara Kondratowskiego, działacza polonijnego i malarza zaprzyjaźnionego z Piwońskimi. Jeździli kabrioletem Piwońskich, wyspę zwiedzili wzdłuż i wszerz. Zborowski był wniebowzięty i rozpływał się, że to jego najlepsze wakacje w życiu. To wtedy, w przypływie śródziemnomorskich upałów, miał też snuć wizje ekspansji Kozienic na Balearach. Pomysł jednak ostatecznie upadł. Dlaczego? – Atmosfera między nami się pogorszyła – odpowiada Kondratowski.
Piwoński wyjaśnia: – Było tak. Leżymy któregoś wieczoru w jacuzzi, otwieramy kolejnego szampana, Krzysiu mówi o jednym z obrazów Waldka: „Pomyśl, Irenka. Taki widoczek. U nas w salonie, vis-à-vis telewizora. Pasowałby? Tak? No to świetnie. Hombre, za ile byś nam taki namalował?”.Uzgodnili cenę, 13 tys. euro, Kondratowski obraz wysłał do Polski, a pieniędzy nie dostał do dziś.
Nie spisaliśmy umowy, ale mam sześciu świadków na to, że Zborowski zaakceptował cenę.Zapewniał mnie, żeby nie martwić się o pieniądze, bo on już kiedyś kupował w Kazimierzu Dolnym obrazy na elektrownię. Z tego co wiem, powiesił mój „Pejzaż Majorki” w domu, w salonie. Podobno nawet został ładnie obramowany i pięknie się prezentuje, ale marne to pocieszenie, bo zamiast pieniędzy dostałem z elektrowni pismo z informacją, że spółka nie zamawiała żadnego obrazu. Jak tak dalej pójdzie, to skieruję sprawę do sądu – zapewnia Kondratowski.
Człowiek z elektrowni: – Wie pan, co jest u naszych prezesów najgorsze? Siedzą w kilku zarządach jednocześnie, zarabiają tyle, ile normalnemu człowiekowi nawet się nie śni. A jak przychodzi co do czego, to idą do restauracji z własną wódką i łaszą się na śmieszne kwoty. To tak, jakby ktoś wygrał w kasynie sto tysięcy dolarów, poszedł do pokoju i zwędził ręcznik. Prezes Zborowski mimo kilku próśb nie chciał ze mną rozmawiać. Jego biuro prasowe wysłało mi jedynie pismo ze stwierdzeniem, że Elżbieta Piwońska została dyscyplinarnie zwolniona z pracy, a wszystkie przekazywane przez nią informacje są nieprawdziwe.
PS: W piątek wieczorem Ministerstwo Skarbu Państwa poinformowało, że Jan Bury zrezygnował z pełnienia funkcji wiceministra.
Newsweek.pl, Michał Krzymowski








2012/07/24

47 działaczy PO i ich krewni obsadziło unijną agencję na Mazowszu

We wczorajszej "Gazecie" podałem informację o kilku żonach polityków PO pracujących w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych. Udało nam się dotrzeć do pełniejszej listy zatrudnionych tu osób. Są na niej:
1. Justyna Adamek - radna PO na Pradze-Południu.

2. Łukasz Augustyniak - członek koła PO Warszawa-Bielany.

3. Roman Błocki - członek koła PO Warszawa-Targówek.

4. Łukasz Bogudał - członek koła PO Warszawa-Targówek.

5. Bogdan Buczyński - członek koła PO Warszawa-Wawer.

6. Anna Cichoń - członek PO w Ostrołęce.

7. Patryk Czarniecki - członek koła PO Warszawa-Targówek.

8. Rafał Dworacki - członek koła PO Warszawa-Targówek.

9. Katarzyna Dziuba-Kubicka - wcześniej pracownik Klubu Parlamentarnego PO.

10. Krzysztof Frąckiewicz - członek koła PO Warszawa-Targówek.

11. Iga Isańska-Rosół - żona Marcina Rosoła, do afery hazardowej szefa gabinetu politycznego ministra sportu. 

12. Michał Jamiński - radny PO na Targówku.

13. Katarzyna Jędruszczak - członek PO w Ciechanowie.

14. Rafał Kaniewski - były radny PO w dzielnicy Włochy (wcześniej w PiS, z którego został wyrzucony, gdy prokuratura postawiła mu zarzut posługiwania się dokumentami wyborczymi z podrobionymi podpisami). 

15. Aleksandra Kodym - członek koła PO Warszawa-Praga-Południe.

16. Tomasz Kowalski - członek koła PO Warszawa-Targówek.

17. Dorota Krall - członek koła PO Warszawa-Praga-Południe.

18. Jacek Lachert - członek PO w Ząbkach.

19. Małgorzata Laskus - radna PO na Mokotowie.

20. Agnieszka Łopieńska - członek koła PO Warszawa-Śródmieście.

21. Sylwia Maksim-Wójcicka - członek PO w Łomiankach. 

22. Justyna Markowska - członek PO w Kozienicach.

23. Maciej Martyniak - członek koła PO Warszawa-Praga-Południe.

24. Anna Mierzejewska - córka Jerzego Mierzejewskiego, byłego radnego PO w Radzie Powiatu Warszawskiego Zachodniego.

25. Karolina Mioduszewska - radna PO na Ursynowie, żona wiceprzewodniczącego Rady Dzielnicy Ursynów Michała Matejki.

26. Krzysztof Miszewski - radny PO na Targówku.

27. Anna Neska - synowa Elżbiety Neski, radnej PO na Bielanach. 

28. Dorota Obzejta-Żbikowska - żona Piotra Żbikowskiego, wiceburmistrza Ochoty.

29. Klaudiusz Ostrowski - członek PO w Ostrołęce.

30. Urszula Pawlak - była przewodnicząca PO w powiecie sochaczewskim.

31. Adam Pleczeluk - członek koła PO Warszawa-Bielany.

32. Mariusz Popławski - członek koła PO Warszawa-Bielany.

33. Maria Porębowicz - radna PO na Pradze-Południu.

34. Aleksandra Ruszczyk - rodzina Leszka Ruszczyka, wicemarszałka województwa mazowieckiego (PO).

35. Aleksandra Ryng - członkini koła PO Warszawa-Mokotów.

36. Joanna Sadowska - członkini koła PO Warszawa-Targówek.

37. Iwona Smolińska - członkini koła PO Warszawa-Praga-Południe.

38. Ilona Soja-Kozłowska - radna PO na Bielanach.

39. Michał Suliborski - radny PO na Pradze-Południu.

40. Krzysztof Szymański - członek koła PO Warszawa-Mokotów.

41. Jacek Tarasiewicz - członek koła PO Warszawa-Bielany.

42. Joanna Tracz-Łaptaszyńska - radna PO na Woli, żona Krzysztofa Łaptaszyńskiego, zastępcy dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego.

43. Wojciech Tyfel-Łączkowski - członek PO w kole Warszawa-Śródmieście.

44. Maria Wiro-Kiro - członkini PO na Bielanach.

45. Krystyna Wituska - członkini koła PO Warszawa-Bielany.

46. Aleksandra Wosztyl - córka Dariusza Wosztyla, byłego wiceburmistrza Ursynowa z PO (protegowanego Ewy Kopacz z Radomia).

47. Robert Wróbel - radny PO na Bielanach.

Nieścisła była natomiast informacja o tym, że żona ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego pracuje w Ministerstwie Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej (MTBiGM). Jak poinformował mnie rzecznik ministerstwa, Anna Budzanowska nie została dyrektorem biura ministra w MTBiGM, choć ubiegała się o to stanowisko i wygrała konkurs. Minister Sławomir Nowak uznał, że skoro mężem pani Budzanowskiej jest minister skarbu państwa, jej praca w MTBiGM jest niewskazana i taka sytuacja nie spełniałaby wysokich standardów, które minister Nowak wprowadza w resorcie. 

Obu panów ministrów i panią Annę Budzanowską przepraszam. 

Gazeta Wyborcza, Witold Gadomski

2012/07/20

"Wielka rodzina" ludowców. W agencjach rolnych i nie tylko


Niebotyczne wynagrodzenia i zatrudnianie rodzin - tak wygląda rzeczywistość w rolniczych spółkach skarbu państwa. Bohater "taśm PSL", wiceprezes Elewarru Andrzej Śmietanko, zarabia przykładowo 29 tys. zł miesięcznie. W Elewarze pracują też m.in. brat posła Eugeniusza Kłopotka i syn Stanisława Żelichowskiego, w podległej mu spółce-córce - brat Jarosława Kalinowskiego.

"Taśmy PSL" upublicznione przez "Puls Biznesu", nie pozostawiają suchej nitki na ludowcach - w rolniczych spółkach większość stanowisk zajmują członkowie PSL, powszechne jest również zatrudnianie w agencjach krewnych. Skala nepotyzmu jest ogromna.
W Elewarrze, spółce podległej Agencji Rynku Rolnego, zajmującej się magazynowaniem zboża, pracuje m.in. Andrzej Kłopotek, brat posła Eugeniusza Kłopotka. Dariusz Żelichowski, syn Stanisława Żelichowskiego jest doradcą w warszawskim oddziale Elewarru. Jak pisze "Polska The Times", jego zarobki wynoszą około 9 tys. zł. Z kolei w Zamojskich Zakładach Zbożowych i Towarowych, spółce-córce Elewarru, pracuje Adam Kalinowski - brat Jarosława Kalinowskiego.
Były polityk PSL, Zbigniew Kuźmiuk, w rozmowie z "Polską" przyznaje, że ludowcy hojnie obsadzali swoimi ludźmi stanowiska w spółkach rolnych. Apogeum przypadło na wejście Polski do UE. - Wtedy nie trzeba było być nawet politykiem, wystarczyło mieć legitymację PSL - mówi.
Oprócz agencji ludowcy obsadzili swoimi ludźmi także resort rolnictwa. Według "Polski", za czasów Sawickiego pracę w ministerstwie, o którą starała się prawie setka kandydatów, dostała córka znanego działacza PSL i znajomego szefa resortu. Zatrudnione zostały także siostry spokrewnione z ministrem, a jeden z konkursów dyrektorskich wygrała córka nauczycielki Sawickiego.
"Wielka rodzina" ludowców
Z kolei "Rzeczpospolita" napisała w piątek, że syn wiceprezesa Elewarru Andrzeja Śmietanki, Jacek, dostał pracę w wydziale promocji handlu i inwestycji przy Ambasadzie Polski w Sztokholmie. Wydział podlega ministrowi gospodarki Waldemarowi Pawlakowi, który zdecydował o zatrudnieniu Śmietanki po rekomendacji komisji kwalifikacyjnej.
Jacek Śmietanko był do tej pory audytorem w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych, która należy do sejmiku województwa mazowieckiego. Marszałkiem jest Adam Struzik, członek PSL.
Jak pisze "Rz", kandydaturę Śmietanki zatwierdził dyrektor generalny resortu gospodarki Ireneusz Niemirka, który jest członkiem rady nadzorczej Elewarru.
Według "Gazety Wyborczej", w radzie nadzorczej Elewaru jest także Magdalena Kosel, szefowa gabinetu politycznego ministra Sawickiego, Przemysław Litwiniuk, były szef gabinetu ministra oraz Józef Kluza, pracownik innej agencji rolnej. Przewodniczącym rady Elewarru jest wiceprezes ARR Lucjan Wolski.
Ile można zarobić?
Ile można zarobić na rządowej posadzie? "Gazeta Wyborcza" pisze o zarobkach Andrzeja Śmietanki jako kwocie 29 tys. zł miesięcznie, plus 3 proc. udziału w zyskach (w ubiegłym roku zyski te wyniosły 5,5 mln zł). "Rzeczpospolita" wyliczyła w czwartek, że Śmietanko dzięki rezygnacji z funkcji prezesa i określania swojego stanowiska nazwą "dyrektor generalny", omija ustawę kominową (ograniczającą wysokość wynagrodzenia prezesów spółek skarbu państwa) i zarabia łącznie ponad 800 tys. zł rocznie.
Członkowie rady nadzorczej w Elewarze według "GW" zarabiają po blisko 4 tys. zł miesięcznie - oprócz podstawowych pensji.
"GW" ujawnia także, że w łódzkiej spółce-córce Elewaru - Arrtrans - pracuje 13 osób, a jej siedmioosobowa rada nadzorcza jest lepiej wynagradzana niż ta w spółce-matce. Członkami rady Arrtransu są: Andrzej Śmietanko (7 tys. zł), Anita Szczykutowicz (pracownica resortu rolnictwa, wynarodzenie 5,2 tys.), Andrzej Łuszczewski (p.o. prezesa ARR, 5,2 tys. zł) i Andrzej Groszek (b.szef gabinetu politycznego Śmietanki, gdy ten był ministrem rolnictwa, 5,2 tys. zł).


Układy i układziki. Nie tylko "ludowe"


Premier po ostatniej aferze taśmowej zapowiada porządki. Ma być dosyć kolesiostwa. W państwowych spółkach i agencjach mają być fachowcy, a nie przyjaciele i znajomi królika. - Przyganiał kocioł garnkowi - mówi opozycja i wytyka podobne układy i układziki PO. Jednak gdyby tak prześledzić partię po partii, takiej która nie ma sobie w tym temacie nic do zarzucenia - próżno szukać.

Ujawnienie "taśm PSL" zwróciło oczy wszystkich na tę partię, za tym poszło prześwietlenie zależności między pracownikami państwowych spółek rolniczych.
Ale nie tylko PSL obsadza stanowiska swoimi ludźmi.W oddziale Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa w Gorzowie dyrektorem jest Tomasz Możejko -  obecnie członek Zarządu Regionu Lubuskiego PO.

Z kolei radny Sejmiku Mazowieckiego PO Krzysztof Skolimowski, historyk z wykształcenia, jest jednocześnie członkiem rady nadzorczej warszawskiej spółki miejskiej Szybka Kolej Miejska.

Do stycznia 2012 roku prezesem spółki skarbu państwa PERN Przyjaźń, właściciela strategicznych ropociągów pompujących ropę do rafinerii w Polsce i w Niemczech. Był szef Robert Soszyński, wcześniej między innymi przewodniczący sejmiku mazowieckiego z ramienia PO.
Bliskie związki z władzą
Szefem Krajowej Spółki Cukrowej, w której prawie 80 proc. udziałów ma skarb państwa był Marcin Kulicki -  działacz mazowieckiej Platformy. Odwołany po upływie trzyletniej kadencji w kwietniu 2012 roku.

Włodzimierz Karpiński do 2005 r. był radnym miasta oraz członkiem zarządu Zakładów Azotowych "Puławy" S.A. Od 2001 jest związany z Platformą Obywatelską. W 2005 roku został wybrany posłem Ziemi Lubelskiej na Sejm V kadencji.
Inni kojarzeni z PO prezesi to m.in. Krzysztof Kilian, prezes Polskiej Grupy Energetycznej czy Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes PGNiG. Z kolei były minister skarbu Aleksander Grad został niedawno prezesem PGE Energia Jądrowa.
Wiele mówiło się też o znajomych Cezarego Grabarczyka, który miał zatrudniać ich w spółkach kolejowych i pocztowych.
Czym jest spółka skarbu państwa?
"Państwowych spółek", czyli takich, które zostały utworzone na mocy ustawy o przedsiębiorstwach państwowych jest w Polsce 25. Jednak wiele dawnych spółek państwowych funkcjonuje dziś jako spółki prawa handlowego. Spośród nich można wyróżnić takie, gdzie udział skarbu państwa jest stuprocentowy (jest ich 236); spółki z większościowym udziałem skarbu państwa (59); oraz spółki z mniejszościowym udziałem skarbu państwa (494). W tych spółkach często państwo jako najważniejszy udziałowiec ma decydujący wpływ na kreowanie rady nadzorczej i zarządu. Wszelkiego rodzaju fundusze inwestycyjne, które są współwłaścicielami zwyczajowo głosują tak jak najważniejszy udziałowiec. Państwo więc de facto podejmuje wszystkie decyzje.

Istnieją też spółki miejskie, należące do gminy. W Polsce jest 2,5 tys. gmin, wiele z nich ma swoje spółki. Poza tym są jeszcze spółki-córki należące do spółek skarbu państwa, które teoretycznie są prywatne, ale w rzeczywistości zarządzane są przez państwową spółkę-matkę.
"Spółek jest dużo za dużo"
- Spółek skarbu państwa jest dużo za dużo – mówi w rozmowie z Sekcją Dokumentacji i Analiz TVN24 ekspert Centrum Adama Smitha, Ireneusz Jabłoński. -To zaszłość poprzedniego systemu. Wszystkie te spółki, z małymi wyjątkami są źle lub bardzo źle zarządzane – dodaje. - W zasadzie do podjęcia każdej decyzji wymagana jest zgoda ministra. Nadzór nad ich funkcjonowaniem jest bardzo ograniczony. W rezultacie, ogromny majątek, jakim zwykle dysponują te spółki, jest marnotrawiony - uważa ekspert. Jabłoński przyznaje, że sam zna przykłady, gdzie przedsiębiorstwa, w których zatrudnionych jest po kilkanaście osób dysponują kilkoma hektarami gruntów.

- Najbardziej nas irytują spółki miejskie – przyznaje z kolei Jeremi Mordasewicz z LEWIATANA. - Są miasta, gdzie nie mają one żadnej konkurencji, trudno więc nawet nazwać je spółkami. Z reguły w ich zarządach lokuje się pupili politycznych, którzy mają wpływ na wybór kontrahentów- dodaje.