I wszystko jasne. I już wiadomo, dlaczego trzy dni po spotkaniu Magdaleny Sobiesiak z Marcinem Rosołem w „Pędzącym Króliku” Ryszard Sobiesiak mówi Janowi Koskowi: Wycofałem Magdę, bo tam KGB, CBA... – jak się spotkamy, to ci powiem – donosów było tyle, że k... wiesz... ze względu na mnie oczywiście.
Skrzyżowanie KGB z CBA to nie żadna nowa służba. To określenie, które stworzył Marcin Rosół, opisując w prokuraturze Marka Przybyłowicza i to, co o nim powiedział Magdalenie Sobiesiak. Mimo, że spotkanie było krótkie (trwało około pięciu minut, a Magdalena Sobiesiak nie zdążyła dopić wody) i treściwe (zakończyło się konstatacją, że Totalizator to nie jest dobry dla niej pomysł), Sobiesiak nie zapamiętała skrótu CBA. Co więcej, była pewna, że słowo CBA podczas tej rozmowy nie padło. Ma prawo nie pamiętać. Choć trzeba przyznać, że to dziwne, bo „skrzyżowanie KGB z CBA” to wyrażenie, którego nie używa się na co dzień. Zapamiętać łatwiej niż trudniej.
ANI ŹRÓDŁO ANI ELEMENT
Przeciek? Nie było. Teza Kamińskiego? Całkowicie chybiona. Marcin Rosół przekonywał komisję, że nie był ani źródłem ani elementem łańcucha, o którym mówił były szef CBA: Oświadczam, że nie mogłem informować pani Sobiesiak o operacji specjalnej prowadzonej wobec jej ojca przez CBA z tego oczywistego powodu, że tego nie wiedziałem.
O akcji dowiedział się z "Rzeczpospolitej”. Jak wszyscy zeznający przed komisją. Oprócz Premiera i ministra Cichockiego. Rosół mówił: Nie mam żadnych dowodów swojej niewinności. Nie nagrałem rozmowy z panią Sobiesiak, nie mam także bezspornego dowodu, że nie wiedziałem o sprawie. Ale w demokratycznym państwie prawa to nie ja mam dostarczyć dowody swojej niewinności. To pan Kamiński na poparcie swojej niezachwianej pewności powinien był przedstawić dowody, czego do dzisiaj nie zrobił. Faktem jest, że komisja ma ciągle tylko poszlaki.
Skoro Marcin Rosół o akcji CBA nie wiedział, to nie mógł użyć nazwy CBA w innym niż mówił kontekście. Może jednak zastanawiać, że akurat taka przedziwna konstrukcja przyszła mu do głowy, kiedy pomyślał o Marku Przybyłowiczu...
PĘDZĄCY KRÓLIK I DONOSY
Spotkanie, podczas którego – według CBA – miało dojść do przecieku, miało się rozpocząć kilka godzin wcześniej. Ale – jak zeznał Marcin Rosół – Magdalena Sobiesiak się spóźniła. Do 16:00 czekał w resorcie, potem wyszedł na lunch. W „Pędzącym Króliku” czekał półtorej godziny. Poseł Stefaniuk dziwił się, że tak długo czekał, by jej poradzić, żeby się z konkursu wycofała: Jeśli pan nic nie wiedział o CBA, to dlaczego pan tego telefonicznie nie załatwił, tylko godzinami w gabinecie pan czekał, potem w restauracji, czy nie można było po prostu zadzwonić, skoro nie ma się świadomości, że jest się podsłuchiwanym?
Rosół tłumaczył, że skoro to on zachęcał ją do startu w konkursie, to kultura osobista tego wymagała, by się z nią spotkał i przekazał je to, co ma do powiedzenia osobiście.
Co więc przekazał? Że nie ma przeszkód merytorycznych i formalnoprawnych, aby kandydowała (…), ale lepiej by było, gdyby aplikację wycofała, bo jeśli wygra konkurs, to pan Przybyłowicz swoimi pismami będzie zatruwał życie jej, jej ojcu, ministrowi Drzewieckiemu i mnie.
Marcin Rosół zeznał, że chodziło mu o donosy, o których usłyszał na przełomie lipca i sierpnia 2009 roku. Donosy miały dotyczyć nepotyzmu. A mówił mu o nich wicedyrektor Centralnego Ośrodka Sportu Andrzej Kawa: poinformował mnie, że pan Marek Przybyłowicz, były pracownik Totalizatora Sportowego, a także działacz Związku Tenisa Stołowego pisze do różnych instytucji donosy i zwraca uwagę na zjawisko nepotyzmu w Totalizatorze Sportowym, mającego polegać na próbie przejęcia wpływów przez tzw. mafię łódzką w ministerstwie sportu.
Rosół uznał informację za – cytuję - idiotyczną i nieprawdziwą. Ale na wszelki wypadek, o rozmowie z dyrektorem Kawą w połowie sierpnia powiedział dyrektor Rolnik. Tej samej, która z nadania ministerstwa sportu trafiła do rady nadzorczej TS. Tej samej, która – według Kawy – za Przybyłowiczem – miała razem z ministrem Drzewieckim należeć do „łódzkiej mafii”. Wtedy też okazało się, że Monika Rolnik też dostała pismo do Przybyłowicza. 10 lipca. O tych pismach już pisałam:
http://www.tvn24.pl/1404244,47,,,,,brygida-grysiak,kto-i-co-doniosl-rosolowi,blog.html
W piśmie do Moniki Rolnik nie ma mowy o nepotyzmie, jest za to mowa o tym, że Mirosław Drzewiecki pod wpływem lobby wycofał się z dopłat. Ale to nie wzbudziło podejrzeń ani Rolnik ani Rosoła. A gdyby wzbudziło, to może błąd urzędnika wykryliby wcześniej niż na spotkaniu z ministrem Drzewieckim 19 sierpnia? O nepotyzmie i upolitycznieniu Marek Przybyłowicz pisał do Premiera. 14 lipca. Potem 17 lipca kopie tego pisma dostała Monika Rolnik. Dostała od Marka Przybyłowicza.
Rosół zeznał, że przekazał Sobiesiak informacje o donosach. I że zasugerował, by wycofała aplikację. Ale zaprzecza, by żądał wycofania aplikacji: Nie żądałem wycofania się z konkursu. Opisałem ryzyka, związane z ewentualnymi działaniami wrogo nastawionych osób. Decyzja należała do pani Sobiesiak.
Mówił przed komisją, że o ile pamięta mógł w rozmowie użyć sformułowania KGB, CBA. Przypomniał, że w prokuraturze określił Marka Przybyłowicza mianem skrzyżowania KGB z CBA. Trzy dni później w rozmowie z Janem Koskiem Ryszard Sobiesiak mówił: Wycofałem Magdę, bo tam KGB, CBA - jak się spotkamy to ci powiem - donosów było tyle.
ROSÓŁ IDZIE DO MINISTRA
17 albo 18 sierpnia. Idzie z informacją o donosach i refleksją, że w tej sytuacji kandydatura Magdaleny Sobiesiak do zarządu TS nie jest najlepszym pomysłem. Jak zeznał Marcin Rosół, minister się z nim zgadza i prosi o przekazanie tego córce Sobiesiaka. Najpierw zeznał, że nie miał wtedy wiedzy, że Magdalena Sobiesiak złożyła już aplikację. Mówił: Fakt, że złoży aplikację nie był mi znany nawet 17 sierpnia. O tym, że złożyła aplikację miał się dowiedzieć później, w rozmowie telefonicznej.
WERSJA DRZEWIECKIEGO
Mirosław Drzewiecki zeznał coś zupełnie innego. Że podczas tego spotkania Marcin Rosół powiedział mu, że Sobiesiak złożyła aplikację. Co on uznał za zły pomysł:
(…) jak zostałem poinformowany, że pani Magdalena Sobiesiak złożyła aplikację w konkursie Totalizatora Sportowego, to moja odpowiedź była taka, że to jest głupi pomysł i, dlatego że tam jest przedstawiciel ministerstwa sportu w radzie nadzorczej, nie wchodzi w grę, żeby tam startowała, nie powinna tam startować. I to była moja ocena podejścia do tej sprawy. A poza tym zawsze uważałem, że te rzeczy muszą być jasne po prostu.
Poseł Sławomir Neumann:
A kiedy to było? Czy rozmawiał pan z panem Rosołem wtedy?
Pan Mirosław Drzewiecki:
To był 17–18 sierpień, zaraz po tym, jak pani Sobiesiak złożyła aplikację
w konkursie. Zaraz po tym.
Poseł Sławomir Neumann:
Ale dowiedział się pan od pana Rosoła o tym?
Pan Mirosław Drzewiecki:
Od pana Rosoła.
Potem była krótka przerwa. W tej przerwie Marcin Rosół musiał usłyszeć, że mówimy o tej właśnie rozbieżności. Bo kiedy wrócił na salę, tłumaczył, że może to za sprawą złego nagłośnienia albo tego, że niewyraźnie mówi. I sprostował, że 17-18 sierpnia powiedział Drzewieckiemu, że złoży albo już złożyła. A minister miał odpowiedzieć, że jeśli złożyła, to niech wycofa. Co i tak stoi w sprzeczności z tym, co powiedział Drzewiecki.
W październiku, kiedy Marcin Rosół rozmawiał z dziennikarzami „Dziennika”, podawał z kolei różne daty tego spotkania:
„Dziennik Gazeta Prawna” (08.10.2009):
Czy Rosół rozmawiał o tej sytuacji z Mirosławem Drzewieckim? Czy to minister kazał mu wycofać Sobiesiakównę? Rosół podaje nam dwie wersje. Sprzeczne: kiedy rozmawialiśmy z nim 4 października twierdził, że rozmawiał z Drzewieckim o posadzie dla córki biznesmena w Totalizatorze. A potem - około 23 sierpnia - o wycofaniu jej z konkursu. Minister miał powiedzieć: "Jakbyś mógł to ją wycofaj jakoś". To ważne, bo Drzewiecki był właśnie po rozmowie z Donaldem Tuskiem, który pytał go o ustawę hazardową.
Wczoraj Rosół przedstawił inną wersję: "Drzewiecki kazał mi ją wycofać około 17 sierpnia. Wcześniej w ogóle nie wiedział, że córka Sobiesiaka startuje. Forsowałem ją na własną rękę. Nie chciałem w nic wrabiać Drzewieckiego".
„JEST KONKURS, NIECH DZIEWCZYNA STARTUJE”
Cofnijmy się w czasie. Maricin Rosół dowiaduj się, że w Totalizatorze Sportowym idą zmiany. Jak zeznał, dowiedział się o tym do wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza. Był prawdopodobnie maj 2009. Musiał to być maj i to początek, bo 9 maja w stenogramach czytamy, jak Marcin Rosół mówi Ryszardowi Sobiesiakowi, że ma już pomysł, tylko Mirek musi mu to przyklepać. Dopytywany przed komisją przyznał, że chodziło mu już wtedy o posadę w Totalizatorze Sportowym.
Wiedział dużo wcześniej niż inni, bo ogłoszenia w prasie pojawiły się 23 lipca. Ale pomijając. Wiceminister skarbu zaproponował, żeby resort sportu, który dostaje od TS pieniądze na Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej, oddelegował swojego człowieka do rady nadzorczej. Rosół powiedział o tym Drzewieckiemu, który wskazał dyrektor generalną resortu sportu Monikę Rolnik. Która to Monika Rolnik do rady nadzorczej 30 czerwca 2009 trafiła.
Marcin Rosół zeznał, że Leszkiewicz powiedział mu przy tym o konkursie na członka zarządu TS. I poprosił, że jeśli zna kogoś, kto szuka pracy, a ma kwalifikacje, to żeby zachęcił go do startu w konkursie. Jak mówił Rosół, to wszystko zbiegło się w czasie z rozmowami z Ryszardem Sobiesiakiem, którego córka chciała odejść z rodzinnego biznesu. Sobiesiak opowiadał, że jest świetnie wykształcona. Kilkakrotnie dzwonił w jej sprawie. Pojawił się pomysł pracy w Centralnym Ośrodku Sportu w Szczyrku. Ale to było najwyraźniej za mało. Co ciekawe, jak zeznał Rosół, Sobiesiak któregoś razu miał zapytać, czy ten wie coś o konkursach. I wtedy Rosół powiedział, że będzie konkurs w Totalizatorze Sportowym: Jest konkurs. Niech dziewczyna startuje.
To było coś. Magdalenie Sobiesiak pomysł się podobno spodobał. A Rosół zeznał, że poprosił Sobiesiaka o jej CV. I to CV dostał.
WERSJA DRZEWIECKIEGO
Mirosław Drzewiecki zeznał tymczasem, że to jemu Sobiesiak przekazał CV córki, a on przekazał je Rosołowi i dalej sprawą się nie interesował: to CV przekazałem panu Rosołowi i w zasadzie ja tą sprawą się w ogóle już nie interesowałem.
Ze stenogramów wynika jednak, że miał mówić Sobiesiakowi, że pilotuje sprawę i że wszystko pójdzie po ich myśli.
Rosół wyjaśnił, że Drzewiecki mówił mu wcześniej, że Sobiesiak przekazał mu CV córki, ale jego zdaniem, minister się nie bardzo tym przejął: Mówiąc językiem młodzieżowym minister Drzewiecki kompletnie olał sprawę i powiedział: jak coś będziesz wiedział, to poinformuj o konkursie. Ja to tak odebrałem, a nie tak: proszę masz to pilotować.
AKCJA REKOMENDACJA
26 czerwca 2009 roku Marcin Rosół przesyła CV Magdaleny Sobiesiak ministrowi Leszkiewiczowi. Z adnotacją, że to osoba rekomendowana przez ministerstwo sportu. Ale Rosół tłumaczy, że nie o rekomendowanie mu chodziło. Przytaczał definicję ze słownika języka polskiego. Mówił na przykład o pochwale. Bo uważał, że ma dobre papiery. I o tym, że mail miał być zapytaniem, czy Magdalena Sobiesiak ma odpowiednie kwalifikacje, żeby trafić do zarządu TS. Trzeba przyznać, że to bardzo ciekawa forma zapytania. Z czego sam Marcin Rosół zdał sobie sprawę:
Jedyną rzeczą, która jest kompletnie bez sensu w tym mailu, jest powoływanie się w tej mojej rekomendacji na Ministerstwo Sportu i Turystki.
Dopytywany, czy w sprawie kilku tysięcy innych osób, które są bez pracy i tej pracy szukają też wysyłał maile do ministrów. Z rekomendacją resortu sportu, odpowiedział: Że parę tysięcy innych osób szuka pracy wiem. Te parę tysięcy osób pisało do mnie maile. Namierzało mnie na przykład przez Naszą Klasę, koledzy z podstawówki, z Zabrza, z innych miejscowości i wysyłali do mnie maile. Z rozbrajającą szczerością przyznał, że ich CV nie posyłał dalej, bo nie wszyscy z nich mieli tak świetne kwalifikacje jak córka Sobiesiaka.
Posłowie dopytywali, gdzie w regulaminie ministerstwa jest zapis, który upoważniał go do interweniowania w sprawach prywatnych przedsiębiorców. Marcin Rosół ze spokojem tłumaczył, że Drzewiecki zatrudniając go prosił, by był dostępny dla interesantów i obywateli: Żałuję, że nie mam takiej mentalności, która spowodowałaby, że po przyjęciu na szefa gabinetu politycznego zamknąłbym się i wyłączył telefon i powiedział wszystkim: idźcie do diabła.
Rosół zeznał, że minister Leszkiewicz docenił kwalifikacje córki Sobiesiaka: Uznał, że powinna startować w konkursie. Wtedy Rosół przekazał te informacje Sobiesiakowi.
Z Magdaleną Sobiesiak spotkał się na początku sierpnia. O to spotkanie prosił jej ojciec. Sobiesiak pokazała mu swoje dokumenty, poprosiła, żeby sprawdził, czy są kompletne: Powiedziałem jej, że skoro ma wszytko zgromadzone, niech je składa. Na tym skończyła się moja rola. Przestałem się tą sprawą interesować (…) Z nikim z komisji konkursowej nigdy się nie kontaktowałem i nie wpływałem na jej prace.
Rosół zapewniał (tak jak wszyscy inni świadkowie pytani w tej sprawie), że nie było żadnego pomysłu usadowienia Magdaleny Sobiesiak w Totalizatorze Sportowym. Że to teza Mariusza Kamińskiego, którą - niestety - część opinii publicznej podziela.
Mariusz Kamiński zeznał przed komisją tak:
26 czerwca Marcin Rosół oficjalnie wysyła wiceministrowi skarbu Adamowi
Leszkiewiczowi CV Magdaleny Sobiesiak z informacją, że jest to osoba, którą
ministerstwo sportu rekomenduje do Zarządu Totalizatora Sportowego. 2 sierpnia po
raz kolejny w domu Mirosława Drzewieckiego Ryszard Sobiesiak spotyka się
z ministrem sportu. Po tym spotkaniu informuje swoich kolegów z branży, że
wszystko jest ustawione, konkurs jest ustawiony, 2 września jego córka zostanieczłonkiem Zarządu Totalizatora Sportowego.
Mirosław Drzewiecki zeznał, że sprawdził i że nie ma żadnego potwierdzenia, by takie spotkanie się odbyło. Nie wykluczył, że Mariusz Kamiński mógł pomylić fakty.
Odsyłam do wpisu o zeznaniach Magdaleny Sobiesiak i cytatu ze Sławomira Sykuckiego o podziale rynku, jeśli Magda będzie się trochę słuchać.
http://www.tvn24.pl/1404253,47,,,,,brygida-grysiak,pani-z-ogloszenia,blog.html
Z LESZKIEWICZEM W INNEJ SPRAWIE
Marcin Rosół zeznał, że 25 sierpnia, czyli dzień po spotkaniu w „Pędzącym Króliku” spotkał się z ministrem Leszkiewiczem. Ale uwaga, nie w sprawie Magdaleny Sobiesiak. Tłumaczył, że w tamtym okresie bardzo blisko współpracowali nad przejęciem w trwały zarząd terenów spółki skarbu państwa dla zakopiańskiego Centralnego Ośrodka Sportu. I że prawdopodobnie to był powód spotkania: Jeżeli prześledzicie państwo dokumenty w Ministerstwie Skarbu, w delegaturze MSP w Krakowie, w spółce Polskie Tatry S.A., w COS w Warszawie i Zakopanem, to znajdziecie państwo odpowiedź, dlaczego akurat w tym terminie chciałem się spotkać - wcale nie pilnie, wcale nie nerwowo, wcale nie histerycznie - z ministrem Leszkiewiczem.
Ale – żeby nie było wątpliwości - Rosół dopuszcza taką oto możliwość, że podczas tego samego spotkania wspomniał Leszkiewiczowi, że jego zdaniem Magdalena Sobiesiak prawdopodobnie nie weźmie udziału w konkursie na członka zarządu TS. Mówił prawdopodobnie, bo wcześniej powiedział, że decyzję zostawił Magdalenie Sobiesiak. Odniósł jedynie wrażenie, że się wycofa: Powiem więcej - wyczytałem to w jej oczach.
Pytanie, co Marcin Rosół wyczytał w oczach ministra Drzewieckiego 19 sierpnia, skoro już na drugi dzień próbował się dodzwonić do ministra Leszkiewicza, który był na urlopie.
Mariusz Kamiński zeznał:
Marcin Rosół podejmuje histeryczne ruchy w celu nawiązania kontaktu z ministrem, wiceministrem skarbu państwa – Leszkiewiczem. Wiemy, jaki był cel tych poszukiwań, tego kontaktu, gdyż dwudziestego piątego, ponieważ minister jest za granicą, spotykają się panowie w pierwszym możliwym terminie i Marcin Rosół informuje ministra Leszkiewicza, że chce wycofać córkę Sobiesiaka, nie podając żadnych powodów. Rozstrzygnięcie miało nastąpić dwudziestego szóstego.
Marcin Rosół stanowczo zaprzecza. Żadnej histerii nie było. Mówi o dwóch nieodebranych połączeniach i telefonie do sekretariatu, żeby umówić się z ministrem na po urlopie. Znowu odwołam się do publikacji „Dziennika”:
„Dziennik Gazeta Prawna” (08.10.2009):
W dniach 20 - 24 sierpnia - Marcin Rosół wielokrotnie dzwoni do wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza. Po co? "Chciałem wycofać Magdalenę Sobiesiak" - przyznaje były szef gabinetu ministra.
Leszkiewicz: "Byłem za granicą nie odbierałem. Rosół dzwonił wiele razy, a ja zapamiętuję tych, którzy przeszkadzają mi w wakacjach".
24 sierpnia - w sekretariacie Leszkiewicza potwierdziliśmy, że tego dnia telefonuje Rosół. Współpracownik Drzewickiego, chce umówić się z wiceministrem na pierwszy termin po jego powrocie z wakacji.
Leszkiewicz przyznaje, że Rosół dzwonił wiele razy. Rosół przyznaje, że dzwonił po to, żeby wycofać Magdalenę Sobiesiak.Kiedy mówił prawdę? Wtedy, czy przed komisją? W tej sytuacji ważne będą zeznania samego Leszkiewicza. Już 4 marca.
MECZ, NIE GADANIE
Zostawiamy Totalizator Sportowy. I „Pędzącego Królika”. Po ośmiu ponad godzinach przesłuchania, po niewinnym pytaniu o popołudnie 19 sierpnia 2009, Rosół opowiedział komisji o meczu. Dla komisji ważnym, bo na samym politycznym szczycie. Bo kilka godzin wcześniej Premier – o problemach z ustawą hazardową – rozmawiał z Mirosławem Drzewieckim. Później – także z Grzegorzem Schetyną. Choć w tej części – jak zeznają świadkowie – była mowa już tylko o pieniądzach na Stadion Narodowy.
To był mocny skład. Na pewno politycznie. Donald Tusk – kapitan (atak), Grzegorz Schetyna – pomocnik, Cezary Kucharski (były reprezentant Polski) – pomoc, Tomasz Arabski – obrona, Sławomir Nowak – prawa obrona, Marcin Rosół – obrona, bramkarz – lotny. Mirosława Drzewieckiego – na milion procent – jak mówi Rosół – nie było.
O czym rozmawiali? Rosół mówi: to był mecz, a nie spotkanie: przed meczem rozmawialiśmy o tym, że damy radę. W trakcie – podaj, jak grasz, ofermo. Do kogo ofermo? Do mnie – odpowiada Rosół. Po meczu rozmawialiśmy o tym, że świetny wynik. Było 2:2.
Z kim grali? Z żołnierzami. Jakimi? Wojska Polskiego.
Nie było mowy ani o ustawie ani o spotkaniu u Premiera. To było wydarzenie sportowe – powtarzał Rosół. Po wybuchu afery hazardowej w takich wydarzeniach – jak mówił – już nie uczestniczył. Chyba były dla niego ważne. Bo na pytanie o rozmowy przed sierpniowym meczem odpowiedział jeszcze: byłem pochłonięty faktem, że idę na mecz.
Gra w piłkę tego właśnie wieczora już się pojawiła. Podczas przesłuchania Grzegorza Schetyny. Ale bez składu, bez szczegółów:
Poseł Bartosz Arłukowicz:
Panie ministrze, czy pamięta pan, co pan robił wieczorem 19 sierpnia?
Pan Grzegorz Schetyna:
A pan?
Poseł Bartosz Arłukowicz:
Co ja robiłem?
Pan Grzegorz Schetyna:
Mhm.
Poseł Bartosz Arłukowicz:
Nie pamiętam.
Pan Grzegorz Schetyna:
Dziękuję.
Poseł Bartosz Arłukowicz:
A pan pamięta?
Pan Grzegorz Schetyna:
Ja pamiętam.
Poseł Bartosz Arłukowicz:
A co?
Pan Grzegorz Schetyna:
Grałem w piłkę nożną.
Grzegorz Schetyna nie był dopytywany o okoliczności. Był dopytywany o Mirosława Drzewieckiego. Powiedział tylko, że wtedy ministra sportu raczej nie było.
Marcin Rosół zeznał, że podczas meczu nie zauważył, żeby ministrowie, czy wicepremier Schetyna, czy premier Tusk, czy minister Nowak - nie wiem czy był też minister Tomasz Arabski - czy inne osoby jakieś podenerwowanie wykazały. Wprost przeciwnie - wykazały raczej zdeterminowaną wolę, by wygrać ten mecz. Na szczęście udało się zremisować. Po meczu rozjechaliśmy się.
Na kolejne pytania posłanki Kempy o to, o czym rozmawiali, odpowiedział: Graliśmy jedenastu na jedenastu i w składzie dwudziestodwuosobowym nie rozmawialiśmy o aferze przeciekowej ani o aferze hazardowej. Po meczu rozjechaliśmy się każdy w swoim towarzystwie i tyle tej sensacji.
KOLEGA SOBIESIAK
Marcin Rosół jest jedynym świadkiem, który przyznał przed komisją, że nie tylko jest z Ryszardem Sobiesiakiem na ty, ale są nawet kolegami. Mimo różnicy wieku. Wprawdzie nie odwiedzali się i nie rozmawiali przez telefon o swoich problemach, ale kolegami mogą się nazywać. Tak mówił Marcin Rosół. To o tyle ciekawe, że poznał go lata później niż Mirosław Drzewiecki, Grzegorz Schetyna, czy Zbigniew Chlebowski.
Poznali się we wrześniu 2008. W Krakowie. Marcin Rosół opowiada o tym spotkaniu tak: otwieraliśmy Orliki w Gdowie. Dwa, może trzy dni wcześniej dostałem informacje od asystenta ministra Drzewieckiego, że znajomy ministra chce tam przyjechać. Pytał, gdzie będziemy spali. Powiedziałem, w którym hotelu. To był hotel Royal. Jak zeznał Marcin Rosół, Ryszard Sobiesiak już na nich czekał. W restauracji.
Sobiesiak przedstawił się, że jest z branży hotelowo – turystycznej. Rozmowa była krótka. Tematy różne. Trochę o golfie, trochę o pracy. Ale była też prośba. O interwencję w sprawie Zieleńca. Sobiesiak miał się pożalić, że wyciąg nie może ruszyć z powodu opieszałych urzędników. Rosół zeznał, że był przekonany, iż sprawa utknęła w ministerstwie sportu. Dał wizytówkę. Poprosił o telefon. Jak mówił, potraktował Sobiesiaka jak każdego innego petenta. Zanim o sprawie…
WERSJA DRZEWIECKIEGO
Mirosław Drzewiecki mówił o tym spotkaniu, że Ryszard Sobiesiak chciał zobaczyć Orliki, dlatego przyjechał (Sobiesiak zeznał, że Orlików nie oglądał) i że go nie zapraszał, a na otwarcie mógł przyjść każdy. Rosół zeznał, że Sobiesiak zapowiedział się kilka dni wcześniej. I wreszcie, już o samym spotkaniu przy kolacji, Mirosław Drzewiecki nie pamiętał tematu rozmowy: nie mam pojęcia, czy, czy rozmawiałem o golfie, czy rozmawialiśmy np. o Lidze Mistrzów. Dopytywany, czy była mowa o jakiś interesach Sobiesiaka mówił: Nie przypominam sobie, dlatego że to było ponad rok temu, ponad rok temu. To była krótka, krótkie spotkanie, które trwało kilkadziesiąt minut i być może, nie mam pojęcia, o czym rozmawialiśmy. Rosół zeznał, że Drzewieckiego przy tym fragmencie rozmowy mogło nie być.
WERSJA SOBIESIAKA
Sobiesiak zeznał, że Orlika w Gdowie nie oglądał. Co więcej, inaczej z kolei niż Marcin Rosół, mówił, że jechał wtedy chyba do Zakopanego: może jechałem do Zakopanego, no nie wiem. Jechałem w tą stronę i dzwoniłem do pana Drzewieckiego. Jest. No to rozmawiałem z nim. Ale nie wiem o czym, po co i na co (…) pewnie było tak. Dzwonię: Gdzie śpicie? Tu. Dzwonię do hotelu: Są miejsca? Są. No to śpię w tym samym hotelu. Rozumiem, że dzwonił z drogi, którą – jak sugerował w innym momencie przesłuchania – mógł pomylić. Co mu się podobno często zdarza. Czyli, że nie zapowiadał się wcześniej?
Ryszard Sobiesiak zapytany, czy prosił Marcina Rosoła wtedy o pomoc, odpowiedział: Wtedy na pewno nie. Była jedyna sytuacja wtedy, kiedy rąbałem ten las, no. Wszystko było pozałatwiane. Ja, szkoda, że ja nie wziąłem tych papierów. Nie wiem, czy to by państwu by się przydało. A jednak prosił.
TYLKO JEDEN FAX
Rosół był przekonany, że sprawa utknęła w ich resorcie. Okazało się, że zgoda leżała w resorcie środowiska: Pan Sobiesiak poprosił mnie, czy mógłbym grzecznościowo przefaksować mu ten dokument. Dokument przefaksowałem. Nie znałem i do dziś nie znam treści tego dokumentu. Nie załatwiałem żadnej decyzji w ministerstwie środowiska. Potem tłumaczył, że to była kopia dokumentu. Czyli – tak zrozumiałam – ktoś przefaksował jemu, a on przefaksował dalej.
Rosół nie pamiętał, kto mu dał ten dokument. Mówił, że nie pamięta z ręką na sercu. Fax wysłał 22 września 2008. Jak mówił poseł Wassermann, z billingów wynika, że między 17 a 22 września właśnie Sobiesiak rozmawiał z Rosołem osiem razy. Dlaczego tak często? Rosół nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Fakt, było to dawno. Pytanie o billingi było w nawiązaniu do pytania, czy Rosół tylko wysłał faks, czy może coś jednak załatwiał?
Rosół zaprzecza. Mariusz Kamiński zeznał przed komisją, że Rosół miał załatwić w ministerstwie środowiska zezwolenie na trwałe wylesienie gruntów, na których firma Sobiesiaka budowała wyciąg narciarski w Zieleńcu. W kontekście tej sprawy „Rzeczpospolita” opublikowała stenogramy, w których czytamy, jak Marcin Rosół mówi do Ryszarda Sobiesiaka: My załatwiliśmy ci wycinkę, ale śniegu ci nie załatwimy.
Sobiesiak prosił Rosoła jeszcze w innej sprawie. Dotyczącej kontroli z ministerstwa infrastruktury, która miała potwierdzić konserwację i dopuszczenie do użytku wyciągu: Decyzja czekała do odbioru. Przekierowałem pana Sobiesiaka do Ministerstwa Infrastruktury.
TYLKO JEDEN TELEFON
Sobiesiak prosił Marcina Rosoła w jeszcze innej sprawie. Tym razem przetargu na lokal na Żoliborzu. Jak zeznał Rosół, w kwietniu lub w maju 2009 roku Sobiesiak poprosił o sprawdzenie, czy to prawda, że przetarg, w którym chce się ubiegać o lokal przy ulicy Mickiewicza w Warszawie, może być ustawiony pod jakiegoś oferenta.
Rosół się zdziwił: Zdziwiłem się tą informacją, bo wszystkie przetargi ogłaszane są na stronach internetowych publicznych serwerów.
Ale zadzwonił: Niemniej wykonałem do przewodniczącego rady dzielnicy jeden telefon z pytaniem, czy przetarg na lokal przy ulicy Mickiewicza jest już ogłoszony i czy wszystko jest w porządku, ponieważ mam sygnał, że są jakieś nieprawidłowości.
Okazało się, że przetarg dopiero będzie ogłoszony, a informacja będzie dostępna w Internecie. I jeszcze, że wszystkie procedury będą dochowane. Rosół musiał się chyba zdenerwować, bo – jak zeznał - powiedział Sobiesiakowi, żeby zainwestował w człowieka, którego posadzi przed komputerem i który przypilnuje terminu ogłoszenia przetargu i samego przetargu.
Zaprzecza, jakoby pomagał przetarg ustawić. W analizie CBA jest taki cytat ze stenogramu, z którego wynika, że 24 sierpnia (przed spotkaniem w „Pędzącym Króliku”) Ryszard Sobiesiak prosi córkę, żeby zapytała Rosoła o lokal na Mickiewicza, bo miał pilotować, a tam jest nowy przetarg.
Rosół tłumaczył, że Sobiesiak ten przetarg przegrał: Gdybym, jako osoba związana z rządzącą partią, chciał coś załatwić, to, przyjmując rozumowanie Kamińskiego, powinienem być skuteczny. Czy jeden grzecznościowy telefon na przestrzeni pięciu miesięcy można nazwać załatwianiem, pilotowaniem? Absurd.
Coś bardzo podobnego mówił przed komisją Zbigniew Chlebowski. Że gdyby tylko chciał, to by mógł. A że nie mógł, to znaczy, że nie chciał. Taka logika. Ciekawa.
TYLKO TRZY MINUTY
29 września 2009 roku z kolei. Kolejna prośba. Tym razem dotycząca słynnych gondoli. Po tej informacji dziennikarze na sali westchnęli: Jezu, przy gondolach też mu pomagał… Spokojnie, nie pomagał. Ryszard Sobiesiak prosił. Umówił się na spotkanie. Ale Rosół nie miał czasu. Wypili szybką kawę. Tym razem, nie pięć, ale trzy minuty. Tym razem nie w „Pędzącym Króliku”, ale w kawiarni obok „Pędzącego Królika”. Wszystko w sąsiedztwie ministerstwa sportu.
Sobiesiak miał zapytać: czy mógłbyś przyjąć inwestora, który jest z Austrii i chciałby przedstawić pomysł z gondolami. I usłyszeć: Wybacz, ale nie dam rady. Ale i tak nic z tego by nie było.
Panowie się rozstali. Marcin Rosół mówił, że nie wiedział, czego będzie dotyczyło spotkanie, bo przez telefon Sobiesiak nie mówił, o co chodzi.
CZORSZTYN
Z tzw. sprawą czorsztyńską – jak zeznał Marcin Rosół – nie miał nic wspólnego: Nigdy się tym nie zajmowałem, nie znam pana Lecha Janczego, absolutnie nic w tej sprawie nie wiem.
Niektóre media podawały, że Rosół miał być aktywny także i w tej sprawie.
„RAFAŁ, ALE TY WYKREŚLIŁEŚ CAŁY PRZEPIS!”
Marcin Rosół mówił dużo o spotkaniach w resorcie sportu - 19 i 20 sierpnia 2009 roku. Spotkania dotyczyły pisma z 30 czerwca 2009 roku, którym to pismem resort – niechcący – informował, że nie chce dopłat.
19 sierpnia rano, przed spotkaniem ministra sportu z Premierem, minister Drzewiecki wezwał do swojego gabinetu jego, Monikę Rolnik, dyrektor departamentu ekonomiczno-finansowego Bożenę Pleczeluk i dyrektora departamentu prawno-kontrolnego Rafała Wosika.
Jak zeznał Rosół, minister miał prosić o przedstawienie harmonogramu prac nad nowelizacją ustawy o grach i zakładach wzajemnych w kontekście prac na zabezpieczeniem finansowania Euro 2012. Miał prosić także o informacje, kto i na jakim etapie przygotowywał stanowisko resortu sportu. Oczywiście chodziło głównie o pismo z 30 czerwca.
O tym, jak tłumaczyli się urzędnicy już pisałam:
http://www.tvn24.pl/1404240,47,,,,,brygida-grysiak,blad-urzednika,blog.html
Według Rosoła, w pewnym momencie Rafał Wosik (autor pisma) odczytał pismo na głos. I po tym, zarówno minister jak i dyrektor Rolnik stwierdzili, że pismo ewidentnie wskazuje na rezygnację z dopłat, a nie na konieczność zmiany uzasadnienia.
Monika Rolnik miała nawet powiedzieć: Rafał, ale ty wykreśliłeś cały przepis! Zapominając chyba, że zanim Rafał ten przepis wykreślił, konsultował z nią tekst pisma. Ona sama w swoim piśmie wyjaśniającym tłumaczyła (wpis powyżej), że nie znała szczegółów ustawy, dlatego tekst pisma zaakceptowała.
Podczas spotkania Wosik miał się upierać, że pismo można różnie interpretować. Ale żeby nie było niedomówień, zaproponował, że napisze pismo wyjaśniające do resortu finansów. Jak mówił Rosół, minister Drzewiecki uznał jednak, że skoro pismo ma tylko informacyjną wartość i nie ma skutków finansowych, to takie wyjaśnienie nie jest potrzebne.
Czyli: błąd urzędnika. Dość osobliwie ten błąd Marcin Rosół tłumaczył: Wtedy odnieśliśmy wrażenie, że jest to pomyłka, która stała się pretekstem dla Ministerstwa Finansów do braku zgody na nowelizację Wieloletniego Planu Inwestycyjnego. Byliśmy przekonani, że jest to intryga Ministerstwa Finansów, które nie chce dać pieniędzy na stadion. Czyli: nie tyle błąd urzędnika, co intryga ministra finansów. Bardzo, bardzo ciekawe. Ciekawe co na to minister finansów.
I jeszcze raz. Żeby było jasne. Intencją resortu sportu była – jak przekonuje także Marcin Rosół – zmiana uzasadnienia, a nie przepisu. Monika Rolnik miała tłumaczyć, że w związku z rezygnacją z II etapu budowy NCS proponowane w projekcie rozwiązania przestają mieć cel: Trzeba więc poinformować ministra finansów, że wprowadza podatek celowy i uzasadnia to celem, którego nie ma.
Jak zeznał Marcin Rosół, minister Drzewiecki poprosił urzędników o przygotowanie kalendarium prac nad ustawą, prac nad finansowaniem przedsięwzięć Euro 2012, prac nad WPI (Wieloletni Plan Inwestycyjny). Właśnie z tymi dokumentami minister pojechał do Premiera.
MINISTER JEDZIE DO PREMIERA
Marcin Rosół traktował wyjazd ministra Drzewieckiego do Premiera jako walkę o pieniądze na Stadion Narodowy. Bo – jak mówił - w WPI na lata 2010-2011 brakowało 700 mln złotych: Odebrałem to jako: panie, panowie jadę, do Premiera walczyć o 700 mln a wy mi tu robicie taki głupi błąd.
Dzień później - 20 sierpnia – Marcin Rosół miał zapytać ministra, czy kwestia nowelizacji Wieloletniego Planu Inwestycyjnego oraz zwiększenie środków na Stadion Narodowy została rozstrzygnięta po myśli ministerstwa sportu. Minister odpowiedział, że tak. I to – według Rosoła – była jedyna informacja, jaką po spotkaniu z Premierem przekazał mu minister. Poprosił przy tym, by zwracał jeszcze większą uwagę na wszystkie dokumenty, które przygotowują urzędnicy i dają do podpisu ministrowi.
Marcin Rosół nie ma wątpliwości, że przyczyną całego zamieszania jest nie tyle błąd urzędników ministerstwa spotu, co ewidentny błąd ministra finansów. Jak tłumaczył, minister finansów nie mógł nie wiedzieć, że całość inwestycji związanych z Euro 2012 musi być finansowana z budżetu państwa, bo taka była uchwała Rady Ministrów z czerwca 2008 roku. Polecam wpis:
http://www.tvn24.pl/1404238,47,0,0,1,,brygida-grysiak,doplaty-nie-dla-euro-2012,blog.html
Zarzucił także resortowi finansów albo brak wiedzy albo… złą wolę. Najkrócej mówiąc, chodzi o to, że w uzasadnieniu ustawy był zapis, że pieniądze z ustawy (czyli także z dopłat) mają iść na Euro 2012. Rozumiem, że ministerstwo finansów traktowało to, co miało powstać wokół stadionu jako element Euro 2012. Minister Drzewiecki tłumaczył, że z Euro 2012 nie miało to nic wspólnego.
BUTY Z NÓG
I na koniec zabawna, choć także zastanawiająca historia o tym, jak CBA przyszło do Marcina Rosoła. Dzwoniąc wcześniej i pytając, czy jest w domu. Był. Zapowiedzieli, że przyjadą za pół godziny: Zapytałem się, czy idą mnie aresztować. Funkcjonariusze powiedzieli, że wszystkiego dowiem się z postanowienia prokuratury.
I jeszcze: Po tym telefonie powiedziałem żonie, żeby wstała, zajęła się dzieckiem. Różne rzeczy się robi w stresie, a ja umyłem podłogę. Goście mieli przyjść do domu, więc umyłem podłogę. Przyszli funkcjonariusze, poprosiłem żeby zdjęli buty i weszli.
Ta historia rozbawiała nie tylko śledczych. Już w mieszkaniu funkcjonariusze CBA przedstawili Rosołowi postanowienie prokuratury dotyczące wydania twardych dysków komputerów i innych elektronicznych nośników danych. I zabrali sprzęt. Rosół zeznał, że kiedy ten sprzęt pakowali, zaproponował kawę.
Pytanie, czy to nie jest dziwne, że CBA dzwoni do kogoś i uprzedza, że wpadnie za pół godziny. Pół godziny wystarczy, żeby zniszczyć coś, co CBA mogłoby się przydać. Nie twierdzę, że Marcin Rosół to zrobił. Zastanawia mnie procedura. Nie mam wiedzy o służbach specjalnych, ale takie sytuacje chyba nie zdarzają się często?
NIE PAMIĘTAŁ
29 października 2009 roku był przesłuchiwany przez agentów CBA. Przyznał, że niektóre wydarzenia źle umiejscowił w czasie. Niektórych nie pamiętał. Jak zeznał przed komisją, nie pamiętał kompletnie na przykład tego, że na prośbę Ryszarda Sobiesiaka wysłał faks w sprawie wyciągu w Zieleńcu. Tłumaczył, że dzięki publikacjom prasowym miał okazję zweryfikować i odświeżyć swoją wiedzę. I dziś już wie. I sobie przypomina. Wcześniejsze zeznania jednak podtrzymał. Nie umiał jednak powiedzieć, o czym jeszcze wtedy zapomniał. A co przypomniał sobie dziś.
Redakcja TVN 24.pl
Brygida Grysiak
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2012/06/13
2012/05/13
Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała 2 mln na wojaże urzędników!
Stany Zjednoczone, Izrael, Brazylia, Tajlandia, Japonia, Bruksela, Ateny, Tallin, Berlin, Frankfurt i Genua - to tylko niektóre z miejsc, jakie odwiedzili stołeczni urzędnicy za pieniądze podatników. Zagraniczne wojaże prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz (60 l.) i jej świty kosztowały nas w 2011 roku aż 2 miliony złotych!
Za nieco ponad miesiąc prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz (60 l.) stanie przed radnymi, by wytłumaczyć się z ubiegłorocznych wydatków miasta. Interesujące będą na pewno tłumaczenia związane z kwotami, które z naszych podatków poszły na urzędnicze podróże. Choćby dlatego, że są one wyjątkowo duże. Na wojaże pracowników urzędu miasta i rozmaitych miejskich jednostek poszło w tym roku ponad 2 mln zł, czyli o blisko 200 tys. zł więcej niż rok temu. Dodać do tego trzeba ponad 425 tys. zł, które Ratusz przeznacza na ryczałty samochodowe dla swoich pracowników.
W 2011 roku najwięcej pochłonęły krajowe objazdy po Polsce, które urządzali sobie pracownicy urzędu miasta. Poszło na nie przeszło 771 tys. zł. Nieco mniej, bo ponad 697 tys. zł, wylatali i wyjeździli pociągami prezydent Gronkiewicz-Waltz z najbliższymi współpracownikami i szefami biur. Wśród podróży zagranicznych organizowanych przez gabinet prezydenta były wizyty w Brukseli czy na targach w Cannes, gdzie prócz szefowej Ratusza udała się też szefowa biura promocji Katarzyna Ratajczyk (46 l.) i dyrektor biura obsługi inwestorów Paweł Pawłowski.
Sporo wycieczek mają na koncie rozmaite jednostki organizacyjne podległe Ratuszowi oraz miejskie spółki. Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta wyjeździł kwotę 115 tys. zł, a Zarząd Oczyszczania Miasta ponad 47 tys. Z kolei Zarząd Transportu Miejskiego uszczuplił budżet o 61 tys. zł za wyjazdy krajowe i o ponad 88 tys. zł za wojaże zagraniczne.
Opozycyjni radni miasta nie mogą się już doczekać oficjalnego wystąpienia prezydent podczas głosowania nad absolutorium. - Mimo kryzysu gospodarczego widać, że turystyka wśród miejskich urzędników za publiczne pieniądze ma się jeszcze lepiej niż w ubiegłym roku - komentuje radny PiS Jarosław Krajewski (30 l.).
Źródło: Superexpress
2012/04/12
Ujawniamy tajne umowy stołecznego ratusza
Stołeczny ratusz i warszawskie dzielnice tylko w marcu podpisały umowy zlecenia oraz umowy o dzieło na prawie 2 mln zł - ustalił reporter RMF FM Piotr Glinkowski. Między innymi po naszych interwencjach urzędnicy w końcu zgodzili się ujawnić, z kim podpisują dokumenty. Wcześniej zasłaniano się ustawą o ochronie danych osobowych. Najwięcej kontrowersji wzbudzają ogromne kwoty wydawane ratusz na zewnętrzną pomoc prawną, choć miasto dysponuje prawdziwą armią swoich prawników.
Tylko w marcu stołeczny ratusz podpisał 77 umów o dzieło lub umów zleceń. Zapłacił za nie blisko 700 tys. złotych. Wydana kwota może być jednak jeszcze wyższa o ponad 300 tys. złotych. Wynika to z kontraktów zawartych z kancelariami prawnymi.
Jeszcze bardziej rozrzutne były dzielnice. Te w marcu podpisały 278 umów na prawie 900 tys. złotych. Mimo złożonego wniosku o udzielenie informacji publicznej, do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od urzędów dzielnicy na Ochocie i Żoliborzu. Nie wiadomo więc, ile umów tam podpisano.
Wśród wydziałów urzędu miasta na pierwszym miejscu pod względem liczby podpisanych umów jest Centrum Komunikacji Społecznej, które zawarło w sumie 22 umowy na ponad 160 tys. złotych. Co ciekawe, mimo takiego obowiązku, nie podano nazwisk osób, z którymi podpisano trzy kontrakty. Na drugim miejscu jest Gabinet Prezydenta Warszawy z 20 umowami. To jednak nie ilość, a jakość zawieranych umów budzi największe wątpliwości.
Smaczków jest sporo. Na przykład Biuro Nadzoru Właścicielskiego zawarło jedną umowę, ale za to jaką! Zapłaciło prawie 50 tys. zł prywatnej kancelarii za zbywanie akcji lub udziałów w miejskich spółkach. Niewiele mniej, bo prawie 40 tys. zł wydało Biuro Kultury na przeprowadzenie w miejskich instytucjach kultury audytu dostępności tych instytucji dla osób niepełnosprawnych.
Wśród dzielnic niekwestionowanym rekordzistą jest urząd dzielnicy Śródmieście. W marcu zawarł 60 umów za 130 tys. złotych. Ciekawostką może być na przykład przeprowadzenie zajęć na basenie dla drugich klas za 17 tys. złotych. Najwięcej wydano jednak na Targówku - aż 270 tys. złotych. Zapłacono na przykład 26 tys. zł za wprowadzanie danych do komputerów. Najciekawiej wyglądają jednak wydatki w Ursusie. W marcu to 146 tys. zł, w tym 7,2 tys. zł na pomoc przy zabezpieczaniu w materiały eksploatacyjne oraz utrzymanie stałej sprawności urządzeń (np. drukarek). Tę umowę podpisano zaledwie na 2 miesiące.
Ratusz prawnikami stoi
Ponad 190 radców prawnych na etatach i 90-osobowe biuro prawne - ta urzędnicza armia dla władz Warszawy to za mało. Jak wynika z ujawnionych przez naszego reportera umów zawieranych przez ratusz, tylko w marcu na zewnętrzną pomoc prawną wydano już prawie 170 tysięcy złotych. Kwota może jednak wzrosnąć do pół miliona - wynika to z umów zleceń zawartych z kancelariami.
Zapłacono już 70 tys. złotych za pomoc prawną dla Biura Konserwatora Zabytków. Spółka prawnicza Leżański, Pankiewicz jest zobowiązana między innymi do orzekania w trudnych administracyjnych sprawach i opiniowania umów zawieranych w ramach zadań biura konserwatora.
20 tysięcy złotych mniej do końca roku dostanie profesor Krzysztof Rączka, który ma przygotowywać opinie prawne, ekspertyzy i porady prawne. Ma również interpretować zasady stosowania prawa. W podpisanej umowie zlecenie zastrzeżono jednak, że miesięcznie nie może pracować więcej niż 15 godzin. Również blisko 50 tys. zł ratusz zapłaci kancelarii Domański Zakrzewski Palinka za udzielanie wsparcia przy wnoszeniu, cofaniu i zbywaniu akcji lub udziałów w spółkach z udziałem miasta stołecznego Warszawy. Ta sama kancelaria może zarobić jeszcze 80 tys. zł za reprezentowanie władz Warszawy w sądzie apelacyjnym. Za godzinę pracy należą się... 492 złote. Chodzi o postępowanie apelacyjne wytoczone przez Theta Investments.
Jeszcze więcej, bo niespełna 250 tys. zł może zarobić inna kancelaria prawna - Romanowski i Wspólnicy. W marcu podpisano z nią cztery umowy na obsługę prawną i reprezentowanie w sądzie. Chodzi między innymi o sprawy przeciwko Mostostalowi oraz Wolf Immobilen. Za godzinę pracy prawnicy skasuję od 492 do 799 złotych.
Stołeczni urzędnicy nie mają sobie nic do zarzucenia
"Miasto musi być reprezentowane przez prawników, którzy są najlepsi" - w ten sposób rzecznik warszawskiego ratusza broni wydawania wielkich sum na zewnętrzną pomoc prawną. Bartosz Milczarczyk twierdzi, że miasto musi płacić kancelariom, bo postępowań w sądzie jest bardzo dużo - w 2011 roku było ich ponad 3 tysiące.
Reprezentujemy interesy mieszkańców i chcemy, by reprezentowali nas najlepsi prawnicy. Specjalizacji jest sporo - podkreśla Milczarczyk. Jednocześnie rzecznik ratusza twierdzi, że zarówno 452 jak i 799 złotych za godzinę pracy prawnika to - w zależności od złożoności sprawy - cena rynkowa.
Zwolnień wśród radców i w 90-osobowym Biurze Prawnym nie będzie, bo - jak twierdzi rzecznik - byłoby to ze szkodą dla miasta. By ograniczyć wydatki, może jednak warto poszukać prawników, którzy mają nieco niższe wymagania finansowe, a nie cały czas zapewniać pracę tym samym.
Sprawa ujawnienia umów ciągnie się od kilku miesięcy
Temat tajnych umów pojawił się kilka miesięcy temu. Wówczas opozycyjny radny Jarosław Krajewski domagał się pokazania dokumentów podpisanych w 2010 roku. Opiewały one w sumie na kwotę ponad 31 mln złotych. Ratusz odmówił. Rajca Prawa i Sprawiedliwości skierował sprawę do sądu i... wygrał. Prawomocny wyrok zapadł pod koniec ubiegłego roku. W jego uzasadnieniu czytamy, że treść umów zlecenie to informacje publiczne, a utajnianie ich uniemożliwia sprawdzenie, jak wydawane są publiczne pieniądze. Od orzeczenia Sądu Okręgowego ratusz nie mógł się odwoływać. Mimo to warszawskie władze dokumentów do dziś nie pokazały. Wniosły o kasację wyroku do Naczelnego Sadu Administracyjnego.
Między innymi po naszych naciskach, ratusz zdecydował się podpisywać od marca nowe umowy z klauzulą umożliwiającą upublicznianie dokumentów. Mimo to, gdy w połowie marca reporter RMF FM chciał zobaczyć umowy, został poproszony o złożenie wniosku o udostępnienie informacji publicznej. Wniosek złożyliśmy i czekaliśmy ponad dwa tygodnie. W końcu ratusz pokazał nam umowy.
POLSKA
całość TU: http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ujawniamy-tajne-umowy-stolecznego-ratusza,nId,597376
źródło: RMF FM
Radny Platformy zarabia na Stadionie Narodowym
Dzięki pięciu umowom z NCS firma Piotra Kalbarczyka potroiła przychody
Dekoniunktura w branży budowlanej? Piotr Kalbarczyk, warszawski radny Platformy Obywatelskiej (PO), udowadnia, że nie dotyka wszystkich. Z informacji „Pulsu Biznesu” wynika, że należącej do niego firmie budowlanej Aluglass-Realizacja (AR) w 2011 r. udało się zwiększyć przychody prawie trzykrotnie.
Dużą część tego wzrostu AR zawdzięcza pięciu kontraktom z Narodowym Centrum Sportu (NCS), państwową spółką, będącą inwestorem i operatorem Stadionu Narodowego, budowanego na EURO 2012.
Pierwsze i największe zlecenie — na projekt i wykonanie centrum konferencyjnego, klubu kibica i lóż — AR zdobył w marcu 2011 r. Kontrakt wart 41,7 mln zł firma radnego, jako lider, realizowała w konsorcjum z Pro-Al i Elektro AZ (według zapewnień Piotra Kalbarczyka, udział AR wyniósł 1/3 wartości zamówienia).
To zlecenie konsorcjum pozyskało bez przetargu, w trybie negocjacji bez ogłoszenia.
źródło: Puls Biznesu
2012/04/10
Konkursy to fikcja? Jak praca w administracji, to tylko dla samych swoich
Warunki konkursów na urzędnicze stanowiska są ustalane pod konkretne osoby, a dokumenty weryfikowane nierzetelnie - tak zatrudniani są pracownicy administracji publicznej. Problem widać na każdym szczeblu. Nie pomagają ani kolejne kontrole NIK, ani dziennikarskie publikacje.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych szuka osoby, która za kwotę od 4 870 zł do 5 240 zł miesięcznie i dodatek za staż pracy, na etat poprowadzi portal poland.gov.pl. Wymagania? Roczne doświadczenie w PR lub prowadzeniu portalu internetowego, znajomość cms, umiejętność montażu materiałów wideo, znajomość języka angielskiego na poziomie C1.
Podobny przykład opisała w liście do redakcji inna osoba, starająca się o stanowisko w wojewódzkiej instytucji kultury. Przeszła pomyślnie dwa etapy konkursowego postępowania, osiągając wyniki najwyższe ze wszystkich kandydatów. W ostatnim etapie w konkursie znalazła się osoba, której nie było w czasie poprzednich. Odpowiedziała na specjalistyczne pytania i dostała etat na stanowisku.
Rozmowy ustawiane
Rekrutacja na stanowiska w administracji publicznej budzi kontrowersje nie od dziś. Najwyższa Izba Kontroli już w 2008 roku uznała, że co czwarty konkurs, który organizował warszawski Urząd Miasta był przeprowadzony niezgodnie z przepisami. Rzecznik prezydenta musiał na przykład doskonale znać francuski i mieć dyplom nauk politycznych, a osoba odpowiedzialna za koordynowanie kontaktów prezydenta musiała mieć wykształcenie prawnicze, dwa lata stażu pracy oraz pół roku doświadczenia w administracji. Pierwsze wymagania spełniał co do joty Tomasz Andryszczyk, który asystował Hannie Gronkiewicz-Waltz w kampanii, na drugie stanowisko idealnie nadawał się wicedyrektor gabinetu prezydent Jarosław Jóźwiak.
Nie lepiej było podczas kolejnych kontroli NIK. Prowadzone w 2010 roku wykazały np. że w Starostwie Powiatowym w Ostródzie w Wydziale Oświaty, Kultury i Sportu zatrudniono osobę bez doświadczenia zawodowego w tym zakresie. W postępowaniu odpadł kandydat, który spełniał te wymogi. Wicestarosta Ostródy tłumaczył kontrolerom NIK, że nowo zatrudniona urzędniczka dostała pracę, bo "wykazywała aktywność na innych polach".
W naborze na jedno z kierowniczych stanowisk urzędniczych w Starostwie Powiatowym w Prudniku nie wyłoniono zwycięzcy, choć uczestniczyły w nim aż trzy osoby, które spełniały wymogi formalne. "W tym samym dniu powierzono pełnienie obowiązków na tym stanowisku osobie, która nie brała udziału w naborze, uzasadniając to faktem częstego stosowania takiego rozwiązania przez władze poprzedniej kadencji” - napisali w raporcie kontrolerzy NIK.
"Trzy czwarte samorządów źle przeprowadza nabory urzędników. Ustalenia Najwyższej Izby Kontroli wskazują, że większość robi to celowo – świadomie majstruje przy procedurach konkursowych i manipuluje wynikami – tak, by stanowiska dostawali sami swoi”.
Prawo nie pomoże
Zdaniem profesora Jerzego Regulskiego, społecznego doradcy Prezydenta RP ds. samorządu, trudno byłoby skonstruować przepisy tak, by wykluczyć przypadki zatrudniania w urzędach znajomych. - Ludzka pomysłowość jest zawsze bardzo duża, pewnych spraw po prostu nie da się uregulować - uważa profesor.
Co zatem zrobić, by stanowiska w urzędach obsadzano fachowcami, a nie znajomymi? Zdaniem prof. Regulskiego najważniejsza jest jawność i publikowanie wyników postępowań. - Ponadto urzędników należy oceniać już po efektach pracy, a jeśli są one nieodpowiednie, społeczeństwo powinno mówić o tym głośno.
źródło: natemat.pl
Ministerstwo Spraw Zagranicznych szuka osoby, która za kwotę od 4 870 zł do 5 240 zł miesięcznie i dodatek za staż pracy, na etat poprowadzi portal poland.gov.pl. Wymagania? Roczne doświadczenie w PR lub prowadzeniu portalu internetowego, znajomość cms, umiejętność montażu materiałów wideo, znajomość języka angielskiego na poziomie C1.
W ministerstwie i województwie
Do konkursu stanęła nasza czytelniczka - redaktorka z kilkuletnim doświadczeniem w mediach drukowanych i elektronicznych, spełniająca wszystkie postawione warunki bazowe i dodatkowe. Wkrótce po tym, jak wysłała do MSZ plik dokumentów, dostała e-mail, w którym poinformowano ją, że aplikacja została odrzucona. Urzędniczka odpowiedzialna za rekrutację w wyjaśnieniu podała jednak stanowisko inne niż to, na które aplikowała nasza czytelniczka. Co więcej, termin nadsyłania zgłoszeń w chwili, gdy dostała ona odmowę, jeszcze nie minął.
Jak twierdzi w liście do redakcji naTemat, nasza czytelniczka ma w MSZ znajomych, którzy poinformowali ją, że pracę przy portalu dostanie "kobieta w wieku 24 lat, której jedynym doświadczeniem zawodowym jest praca w MSZ podczas polskiej prezydencji w UE". Tą wiedzą podzieliła się z odpowiedzialną za rekrutację urzędniczką. Po krótkiej wymianie e-maili okazało się nagle, że aplikacja naszej czytelniczki nie trafiła tam gdzie powinna z powodu złego numeru na kopercie. Urzędniczka zaprosiła ją do dalszego postępowania konkursowego. Rekrutacja trwa. Podobny przykład opisała w liście do redakcji inna osoba, starająca się o stanowisko w wojewódzkiej instytucji kultury. Przeszła pomyślnie dwa etapy konkursowego postępowania, osiągając wyniki najwyższe ze wszystkich kandydatów. W ostatnim etapie w konkursie znalazła się osoba, której nie było w czasie poprzednich. Odpowiedziała na specjalistyczne pytania i dostała etat na stanowisku.
Rozmowy ustawiane
Rekrutacja na stanowiska w administracji publicznej budzi kontrowersje nie od dziś. Najwyższa Izba Kontroli już w 2008 roku uznała, że co czwarty konkurs, który organizował warszawski Urząd Miasta był przeprowadzony niezgodnie z przepisami. Rzecznik prezydenta musiał na przykład doskonale znać francuski i mieć dyplom nauk politycznych, a osoba odpowiedzialna za koordynowanie kontaktów prezydenta musiała mieć wykształcenie prawnicze, dwa lata stażu pracy oraz pół roku doświadczenia w administracji. Pierwsze wymagania spełniał co do joty Tomasz Andryszczyk, który asystował Hannie Gronkiewicz-Waltz w kampanii, na drugie stanowisko idealnie nadawał się wicedyrektor gabinetu prezydent Jarosław Jóźwiak.
Nie lepiej było podczas kolejnych kontroli NIK. Prowadzone w 2010 roku wykazały np. że w Starostwie Powiatowym w Ostródzie w Wydziale Oświaty, Kultury i Sportu zatrudniono osobę bez doświadczenia zawodowego w tym zakresie. W postępowaniu odpadł kandydat, który spełniał te wymogi. Wicestarosta Ostródy tłumaczył kontrolerom NIK, że nowo zatrudniona urzędniczka dostała pracę, bo "wykazywała aktywność na innych polach".
W naborze na jedno z kierowniczych stanowisk urzędniczych w Starostwie Powiatowym w Prudniku nie wyłoniono zwycięzcy, choć uczestniczyły w nim aż trzy osoby, które spełniały wymogi formalne. "W tym samym dniu powierzono pełnienie obowiązków na tym stanowisku osobie, która nie brała udziału w naborze, uzasadniając to faktem częstego stosowania takiego rozwiązania przez władze poprzedniej kadencji” - napisali w raporcie kontrolerzy NIK.
"Trzy czwarte samorządów źle przeprowadza nabory urzędników. Ustalenia Najwyższej Izby Kontroli wskazują, że większość robi to celowo – świadomie majstruje przy procedurach konkursowych i manipuluje wynikami – tak, by stanowiska dostawali sami swoi”.
Prawo nie pomoże
Zdaniem profesora Jerzego Regulskiego, społecznego doradcy Prezydenta RP ds. samorządu, trudno byłoby skonstruować przepisy tak, by wykluczyć przypadki zatrudniania w urzędach znajomych. - Ludzka pomysłowość jest zawsze bardzo duża, pewnych spraw po prostu nie da się uregulować - uważa profesor.
Co zatem zrobić, by stanowiska w urzędach obsadzano fachowcami, a nie znajomymi? Zdaniem prof. Regulskiego najważniejsza jest jawność i publikowanie wyników postępowań. - Ponadto urzędników należy oceniać już po efektach pracy, a jeśli są one nieodpowiednie, społeczeństwo powinno mówić o tym głośno.
źródło: natemat.pl
2012/04/02
Nowak oglądał A2, więc przebierali robotników, żeby "się działo"
W dzisiejszym "Wproście" obszerny reportaż z odcinka C autostrady A2, jeśli w ogóle te 20 km można nazwać autostradą. W artykule Michała Majewskiego i Piotra Reszki mamy obszerny przegląd absurdów, których na budowie nie brakuje.
Jak wyjawia jeden z podwykonawców, który jeszcze do niedawna pracował przy budowie feralnego odcinka gospodarska wizyta nowego ministra transportu Sławomira Nowaka przypominała podróże sekretarzy Komitetu Centralnego.
Rozmowa dziennikarzy "Wprost" z pracownikiem budowy A2
- Z wizytą Nowaka to był kabaret. Przed przyjazdem ministra było "malowanie trawy na zielono". Robotnicy dostali nowe kamizelki.
- Serio?
- Żeby było zabawniej, to tych samych robotników minister oglądał po kilka razy. Wozili ich z miejsca na miejsce, żeby Nowak myślał, że robota idzie pełną parą.
- Jaja pan sobie robi?
- Pełna powaga. W telewizji wyglądało, jakby uwijały się tu setki ludzi.
Groteskowo wyglądają też prace nad ustawą, która ma dopuścić ruch samochodów na newralgicznych odcinkach, które - jak zapewniał w kampanii wyborczej Donald Tusk - będą przed Euro 2012 "przejezdne". Problem w tym, że taki termin w polskim prawie nie funkcjonuje, bo jeśli budowa nie jest ukończona to po prostu nie można jej użytkować. Naprędce więc powstaje ustawa, która ma zmienić ten stan rzeczy. Tu jednak kolejny problem - aż trzy ministerstwa zgłosiły zastrzeżenia, do projektu "szytego na miarę" - warunkowe oddanie drogi do użytku ma być możliwe tylko do końca mistrzostwa a budowę trzeba dokończyć w przeciągu dziewięciu miesięcy. Bardziej niż ustawę, którą ma przyjąć Sejm przypomina to rozporządzenie wójta w sprawie lokalnej dróżki, którą trzeba skończyć przed wizytą wojewody.
Ręcznego sterowania jest przy budowie A2 więcej: na męża opatrznościowego wyrósł czeski przedsiębiorca Josef Krysl, którego słowa są brane za najbardziej wiarygodne informacje o postępach prac. Urzędnicy ministerstwa transportu jak mantrę powtarzają "Krysl przyrzekł, Krysl zapewnił, Krysl powiedział, że to sprawa honoru". Jak widać konkretów w tym mało, ale gdy w kampanii wyborczej zapewnia się nieosiągalne cele, teraz trzeba się chwycić brzytwy. Niestety nie jest pewne czy chociaż ona pomoże.
źródło: natemat.pl
2012/03/26
Pitera kosztowała nas 1,5 mln złotych!
Zlikwidowane ministerstwo do spraw wykluczonych, na które wydaliśmy 300 tys. zł, to małe piwo. Po czterech latach kabaretowej działalności pełnomocnika rządu do spraw korupcji, czyli polonistki Julii Pitery (59 l.), premier ogłosił: Centralne Biuro Antykorupcyjne wystarczy! I zlikwidował jej urząd, który kosztował podatnika co najmniej półtora miliona złotych.
Według naszych szacunków, urząd Pitery pochłaniał miesięcznie około 30 tysięcy złotych. I to tylko na pensje. Pitera miała co miesiąc około 12 tysięcy złotych. Zatrudniała też dwie sekretarki i dwóch kierowców. Ujawnione przez rząd wydatki za okres od listopada 2007 do marca 2011 roku wyglądają tak: 497 tys. zł dla pani minister, 161 tys. dla sekretarek i aż 425 tys. dla kierowców.
A Pitera zajmowała ministerialny stołek jeszcze przez pół roku. W sumie wyjdzie więc z półtora miliona na same pensje. I to bez kosztów np. prawniczych ekspertyz, które zlecał urząd Pitery, opłat za telefony czy wydatków na benzynę.
Superexpress
2012/03/20
WARSZAWA: Przekręt za 4 mln?
Stołeczna policja prowadzi dochodzenie w sprawie przekrętów, jakich dopuścili się przy naliczaniu opłat za użytkowanie wieczyste byli włodarze Ursynowa. Według ratusza, dzielnica straciła przez nich ponad 4 milionów złotych! Co gorsza, ci urzędnicy nadal zajmują odpowiedzialne stanowiska!
Urszula Kierzkowska (45 l.), burmistrz Ursynowa w poprzedniej kadencji a dziś burmistrz Woli, oraz Ryszard Zięciak, (62 l.) niegdyś jej zastępca a obecnie radny i dyrektor Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości, to główni bohaterowie afery w warszawskim samorządzie. Ratusz badając, jak w latach 2004-2010 aktualizowano opłaty wieczyste na Ursynowie, odkrył, że urzędnicy dopuścili się rażących nieprawidłowości. Dotyczą one m.in. sprawy 2,2 mln zł kary dla firmy Pergranso, która nie dotrzymała umowy i podanych w niej terminów zagospodarowania wydzierżawionego terenu. Zdanie, w którym mowa o nałożeniu na nią kary, zamieszczone przez urzędników w projekcie pisma do ratusza dziwnym trafem zniknęło z gotowego dokumentu podpisanego przez wiceburmistrza Zięciaka. Efekt? Utrata ponad 2,1 mln zł za opłaty oraz 2,2 mln zł z tytułu nienaliczonej kary - w sumie ponad 4 mln zł! Nic dziwnego, że sprawą zajęła się policja.
A co na to sami zainteresowani? - To leżało w kompetencji burmistrza Zięciaka - odparowuje w pierwszej chwili Urszula Kierzkowska, ale potem zmienia zdanie. - Kara mogła być naliczona, ale nie musiała. Decyzję i tak podejmowało Biuro Gospodarowania Nieruchomościami - tłumaczy. Ryszard Zięciak zdaje się zupełnie tym nie przejmować. - Policja wyjaśnia? I dobrze! Niech wyjaśniają - stwierdza beztrosko. A co z wyciągnięciem konsekwencji wobec winnych? - Nie zapadły jeszcze żadne inne decyzje - mówi Agnieszka Kłąb ze stołecznego ratusza.
Obecny burmistrz Ursynowa Piotr Guział (37 l.) nie kryje oburzenia. - Ci ludzie wygenerowali realne straty i unikają kary - mówi. Zapowiada, że wystąpi do władz miasta o wyjaśnienie.
źródło:Superexpress2012/03/07
Gdańsk: Rozłam w gdańskiej Platformie Obywatelskiej?
Adamowicz musi odejść? - to pytanie nie jest już zbywane śmiechem w gdańskich kręgach Platformy Obywatelskiej. W klubie radnych PO narastają głosy, że decyzje Pawła Adamowicza regularnie nie są im wyjaśniane. Z kolei samemu prezydentowi coraz częściej puszczają nerwy.
Stwierdził w nim, że wypowiedzi niektórych radnych szkodzą wizerunkowi i jedności partii.
Z kolei niektórzy radni odbijają piłeczkę, wskazując, że nawiązanie porozumienia z prezydentem do łatwych ostatnio nie należy. Zastrzegają jednak anonimowość, twierdząc, że "nie chcą wychodzić przed szereg".
- Nie jest trudno zauważyć, że frustracja w obozie młodych radnych narasta - przyznaje w nieoficjalnej rozmowie jeden z członków PO. - Wszystkie nasze inicjatywy są odrzucane z automatu. Od tych najprostszych, jak prośba o postawienie lampy za parę tysięcy, po te poważniejsze, jak np. przedłużenie linii autobusowej na Morenę.
Ostatnio kością niezgody stał się temat podwyżek cen biletów.
- Po działaniach magistratu w tej kwestii można było odnieść wrażenie, że decyzje zostały już podjęte, a my jesteśmy stawiani pod ścianą - uważa Piotr Skiba, radny, a zarazem sekretarz miejskiego zarządu Platformy Obywatelskiej. - Chcemy mieć pełną świadomość, dlaczego konieczne są podwyżki, bo przecież to na nas będzie ciążyła odpowiedzialność za ich uchwalenie. Nie jesteśmy maszynkami do głosowania.
To stwierdzenie jak mantra pojawia się ostatnio w wypowiedziach polityków partii rządzącej Gdańskiem. W trakcie jednej z sesji radna Beata Dunajewska-Daszczyńska kierowała je nie tylko w stronę prezydenta, ale też i jego podwładnych. Podobnie jak Szymon Moś.
Zamiast merytorycznej dyskusji na linii władze miasta - klub radnych, częściej obie strony piszą do siebie listy.
W ostatnim z nich prezydent Adamowicz w stanowczych słowach domagał się od przewodniczącego Krupy m.in. podania nazwisk radnych, którzy wyszli z inicjatywą głosowania przeciwko planowanym przez władze miasta podwyżkom cen biletów komunikacji.
List był efektem publikacji "Dziennika Bałtyckiego", w której ujawniliśmy, iż mimo że oficjalna decyzja klubu w sprawie podwyżek jeszcze nie zapadła, to w kuluarach trwają już rozmowy z radnymi PiS, by ten pomysł zablokować. Ustalenia potwierdził m.in. jeden z opozycyjnych radnych - Grzegorz Strzelczyk.
Skiba postuluje zorganizowanie spotkania, na którym wyjaśnione zostaną wszelkie wątpliwości.
- Potrzebna jest konkretna rozmowa. Najlepiej, żeby władze Gdańska spotkały się z nami na posiedzeniu klubu - mówi radny.
Jak się bowiem okazuje, mimo że członkowie klubu spotykają się regularnie, to prezydent, choć należy do tej samej partii, bywa tam niezwykle rzadko. Podobnie jak na sesjach Rady Miasta. Nie pomogły nawet upomnienia Agnieszki Pomaskiej, szefowej gdańskiej PO, która już w grudniu zwracała uwagę, że klub i prezydent powinni częściej ze sobą rozmawiać.
Tajemnicą nie jest jednak fakt, że to właśnie rywalizacja między posłanką a prezydentem stanowi coraz widoczniejszą oś podziału między członkami klubu PO.
Pierwszym sygnałem, wskazującym, że wśród radnych formują się dwa obozy, było głosowanie nad uchwałą odbierającą prezydentowi prawo do samodzielnego przekazywania gruntów za 1 proc. wartości kościołom i związkom wyznaniowym. Ta inicjatywa podzieliła klub - poparło ją tylko 12 osób z PO, kolejnych 12 było przeciw, a 2 wstrzymały się od głosu. Podobnie było podczas głosowania w sprawie odstąpienia od przygotowania planu zagospodarowania dla działki, na której abp Sławoj Leszek Głódź zamierza wznieść świątynię.
Oliwy do ognia dolały ostatnie doniesienia o tym, jakoby ludzie z otoczenia Adamowicza rozważali zwrócenie się do Sławomira Nowaka, szefa PO na Pomorzu, o rozwiązanie wewnątrzpartyjnego konfliktu.
- Jeżeli prezydent Paweł Adamowicz nie przemyśli kierunku, w którym chce iść i nie przestanie traktować nas jak wrogów, to niezadowolenie wewnątrz partii będzie narastać - podkreśla jeden z naszych rozmówców z Platformy. - Nie da się rozmawiać z kimś, kto na wszystko odpowiada: nie. I to jest problem.
Co na to wszystko Paweł Adamowicz? Nie wiadomo. Jego rzecznik poinformował nas, że prezydent wyruszył wczoraj w podróż i nie ma czasu na rozmowę z dziennikarzami. Z kolei telefon Macieja Krupy do wieczora był wyłączony.
Stwierdził w nim, że wypowiedzi niektórych radnych szkodzą wizerunkowi i jedności partii.
Z kolei niektórzy radni odbijają piłeczkę, wskazując, że nawiązanie porozumienia z prezydentem do łatwych ostatnio nie należy. Zastrzegają jednak anonimowość, twierdząc, że "nie chcą wychodzić przed szereg".
- Nie jest trudno zauważyć, że frustracja w obozie młodych radnych narasta - przyznaje w nieoficjalnej rozmowie jeden z członków PO. - Wszystkie nasze inicjatywy są odrzucane z automatu. Od tych najprostszych, jak prośba o postawienie lampy za parę tysięcy, po te poważniejsze, jak np. przedłużenie linii autobusowej na Morenę.
Ostatnio kością niezgody stał się temat podwyżek cen biletów.
- Po działaniach magistratu w tej kwestii można było odnieść wrażenie, że
To stwierdzenie jak mantra pojawia się ostatnio w wypowiedziach polityków partii rządzącej Gdańskiem. W trakcie jednej z sesji radna Beata Dunajewska-Daszczyńska kierowała je nie tylko w stronę prezydenta, ale też i jego podwładnych. Podobnie jak Szymon Moś.
Zamiast merytorycznej dyskusji na linii władze miasta - klub radnych, częściej obie strony piszą do siebie listy.
W ostatnim z nich prezydent Adamowicz w stanowczych słowach domagał się od przewodniczącego Krupy m.in. podania nazwisk radnych, którzy wyszli z inicjatywą głosowania przeciwko planowanym przez władze miasta podwyżkom cen biletów komunikacji.
List był efektem publikacji "Dziennika Bałtyckiego", w której ujawniliśmy, iż mimo że oficjalna decyzja klubu w sprawie podwyżek jeszcze nie zapadła, to w kuluarach trwają już rozmowy z radnymi PiS, by ten pomysł zablokować. Ustalenia potwierdził m.in. jeden z opozycyjnych radnych - Grzegorz Strzelczyk.
Skiba postuluje zorganizowanie spotkania, na którym wyjaśnione zostaną wszelkie wątpliwości.
- Potrzebna jest konkretna rozmowa. Najlepiej, żeby władze Gdańska spotkały się z nami na posiedzeniu klubu - mówi radny.
Jak się bowiem okazuje, mimo że członkowie klubu spotykają się regularnie, to prezydent, choć należy do tej samej partii, bywa tam niezwykle rzadko. Podobnie jak na sesjach Rady Miasta. Nie pomogły nawet upomnienia Agnieszki Pomaskiej, szefowej gdańskiej PO, która już w grudniu zwracała uwagę, że klub i prezydent powinni częściej ze sobą rozmawiać.
Tajemnicą nie jest jednak fakt, że to właśnie rywalizacja między posłanką a prezydentem stanowi coraz widoczniejszą oś podziału między członkami klubu PO.
Pierwszym sygnałem, wskazującym, że wśród radnych formują się dwa obozy, było głosowanie nad uchwałą odbierającą prezydentowi prawo do samodzielnego przekazywania gruntów za 1 proc. wartości kościołom i związkom wyznaniowym. Ta inicjatywa podzieliła klub - poparło ją tylko 12 osób z PO, kolejnych 12 było przeciw, a 2 wstrzymały się od głosu. Podobnie było podczas głosowania w sprawie odstąpienia od przygotowania planu zagospodarowania dla działki, na której abp Sławoj Leszek Głódź zamierza wznieść świątynię.
Oliwy do ognia dolały ostatnie doniesienia o tym, jakoby ludzie z otoczenia Adamowicza rozważali zwrócenie się do Sławomira Nowaka, szefa PO na Pomorzu, o rozwiązanie wewnątrzpartyjnego konfliktu.
- Jeżeli prezydent Paweł Adamowicz nie przemyśli kierunku, w którym chce iść i nie przestanie traktować nas jak wrogów, to niezadowolenie wewnątrz partii będzie narastać - podkreśla jeden z naszych rozmówców z Platformy. - Nie da się rozmawiać z kimś, kto na wszystko odpowiada: nie. I to jest problem.
Co na to wszystko Paweł Adamowicz? Nie wiadomo. Jego rzecznik poinformował nas, że prezydent wyruszył wczoraj w podróż i nie ma czasu na rozmowę z dziennikarzami. Z kolei telefon Macieja Krupy do wieczora był wyłączony.
Źródło: Dziennik Bałtycki
2012/03/03
Obwodnica pełna cudów
Budowę obwodnicy Zabierzowa poprzedza seria nadużyć. W tle jest wielki biznes, politycy PO i straty budżetu
Budowa 10-kilometrowej obwodnicy dla 4,5-tysięcznego Zabierzowa pod Krakowem ma kosztować budżet aż 370 mln zł. Przy mizerii finansowej państwa i cięciu inwestycji drogowych ta kwota oszołamia. Dla przykładu: najdroższa budowana obecnie droga, 7–km odcinek trasy szybkiego ruchu z Łodzi do Warszawy, kosztuje 425,5 mln zł.
Inwestor Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad z Krakowa tłumaczy, że wzrost kosztów inwestycji to efekt „analiz prognozowanych natężeń ruchu oraz wynik wniesionych postulatów mieszkańców". Obwodnicę wydłużono z dwóch stron. Co więcej, ma być w części czteropasmowa, biec w tunelach i na estakadach.
Rozmach przestaje dziwić, gdy dowiadujemy się, kto na niej najbardziej zyska. To m.in. Adam Ś., wpływowy biznesmen, na którym ciąży dziś ponad 300 prokuratorskich zarzutów. Jest jednak bliskim znajomym polityków PO, którzy mają decydujący głos przy tej inwestycji.
Obwodnica do centrum
Budowa obwodnicy jest zaplanowana w Programie Budowy Dróg Krajowych na lata 2011 – 2015. Realizacja ma ruszyć po 2013 r. Jak wynika z załącznika nr 3, priorytetem tej inwestycji nie jest już wyprowadzenie ruchu z miejscowości, ale „zapewnienie obsługi specjalnych stref ekonomicznych". Południową część terenów Zabierzowa obejmuje Krakowska Specjalna Strefa Ekonomiczna, do której należy krakowski Business Park (KBP), jego właścicielem jest zaś... Adam Ś.
To ogromne centrum biznesu zbudowane na kształt miasteczka, które ma nawet własną stację kolejową. Kraków Business Park już dziś zachęca nowych najemców dobrym dojazdem, a jego władze przyznają, że obwodnica to „szansa na udrożnienie ruchu w obrębie KBP, gdzie pracuje około 5 tys. ludzi". – A ciągle myślimy o rozwoju centrum biznesowego – przyznaje Stanisław Krzyżak z KBP.
Obwodnica będzie też dojazdem do kolejnego gigantycznego 20-hektarowego centrum logistycznego, jakie powstaje w okolicy Niegoszowic. To dlatego GDDKiA wylicza, że w ciągu dziesięciu lat ruch przez Zabierzów wzrośnie o 100 proc.
Kto ma tu ziemię
O budowie obwodnicy w Zabierzowie mówi się od końca lat 90. Jednak dopiero pięć lat temu, w 2007 r., inwestycja na wniosek miejscowych władz została wpisana do planów
GDDKiA. Podstawą rozpoczęcia prac przygotowawczych była zgoda wydana pod koniec sierpnia 2007 r. przez ministra transportu Jerzego Polaczka.
Dziś obwodnica jest na liście priorytetów drogowych. To zastanawiające, bo np. kilka tygodni temu posłowie nie zgodzili się na zarezerwowanie w budżecie ok. 30 mln zł na wykup gruntów pod nową zakopiankę.
Jak szacuje GDDKiA, wykup nieruchomości w pasie drogowym obwodnicy w Zabierzowie kosztować będzie budżet nawet 76 mln zł. To ogromna suma, zważywszy że ok. 10-kilometrowa obwodnica biegnie w zdecydowanej części przez tereny zielone. One jednak do kogoś należą. I nie jest to gmina.
28 sierpnia 2007 r., a więc dzień przed decyzją ministra Polaczka, Komisja Majątkowa zwracająca Kościołowi majątek zagrabiony w PRL, decyduje o przekazaniu 23 ha gruntów rolnych Towarzystwu dla Bezdomnych im. Brata Alberta w Krakowie. Grunty, na których ma przebiegać obwodnica, znajdują się w Niegoszowicach, a właścicielem jest Agencja Nieruchomości Rolnych. Zgromadzenie Sióstr Albertynek ma w pobliskiej Rząsce siedzibę.
W tym samym czasie od ANR sąsiednie grunty także w Niegoszowicach kupuje Adam Ś. Jest bliskim znajomym Józefa K., wtedy wójta Zabierzowa, obecnie starosty krakowskiego. Co szczególnie bulwersujące, tereny te gmina mogła otrzymać za darmo. Tyle że o to nie wystąpiła, choć władze miały już wtedy świadomość, że zrobiłyby na tym rewelacyjny interes (urzędnicy wiedzieli, którędy pobiegnie obwodnica).
To nie koniec cudów z gruntami. W lipcu 2010 r. w „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy Zabierzów" zmieniono przeznaczenie terenów rolnych należących do albertynek na budowlane (rejon Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego). To niezgodne z programem budowy dróg krajowych, z którego ma być sfinansowana obwodnica – aby nie spekulować gruntami, tereny przyległe do obwodnicy włącza się pod ochronę przed zabudową. Władze Zabierzowa tłumaczą dziś, że nie przyjęły uchwały w sprawie zmiany przeznaczenia tej działki i w ogóle nie wiadomo, w jakiej odległości od gruntu albertynek pobiegnie obwodnica. – Będzie realizowana niezależnie od studium, w ramach tzw. specustawy drogowej – podkreśla Piotr Madej z biura prawnego gminy.
Wydłużona obwodnica, która zaczyna się przy KBP, kończy się nie w Kochanowie, jak planowano pierwotnie, lecz w Rudawie. Tam również rok temu gmina zmieniła przeznaczenie trzech działek na funkcję usługową. Także firma Pro Logis wystąpiła o przekwalifikowanie swoich działek z przeznaczeniem pod centrum produkcyjno-usługowo-biurowe.
Ś. skupuje działki
Adam Ś. – osobiście jako osoba prywatna lub kontrolowane przez niego spółki należące do KBP – to obszarnik. Z akt w sądzie, do których dotarła „Rz", wynika, że do niego lub jego spółek (naliczyliśmy kilkadziesiąt) należy ponad 120 ha gruntów na terenie Zabierzowa. Jest właścicielem lub dzierżawcą gruntów w Rząsce, Więckowicach, Brzeziu i Zabierzowie, które leżą na trasie lub w okolicach planowanej obwodnicy.
Biznesmen nie tylko skupił te grunty, ale też na nich zarabia. Jako rolnik od 2004 r. występował do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o dopłaty unijne do terenów, których nie uprawiał. Rocznie miał z tego ok. 50 tys. zł. Według prokuratury (Adam Ś. jest oskarżony w tej sprawie) wyłudzał dopłaty. Jak ustaliła prokuratura, część gruntów, na które je pobierał, były gruntami inwestycyjnymi (KBP) i zamiast rosnącej kukurydzy znajdował się tam parking, część obejmowała droga do Rząski. Część ziemi uprawiał także inny rolnik.
W 2000 r. spółka Polcon.con należąca do Ś. kupiła od Agencji Nieruchomości Rolnych ponad 110 ha ziemi w Więckowicach na terenie gminy Zabierzów za 1,7 mln zł. Już wtedy wiedziano, że to tereny objęte planem obwodnicy. Ś. na gruncie może zrobić fantastyczny interes (choć w części nie będzie można go przekwalifikować na grunty pod inwestycję ze względu na sięgający tu rezerwat). Jeśli teraz GDDKiA będzie zmuszona odkupić jego część pod obwodnicę, to za jedną piątą tego terenu zapłaci ponad dwa razy tyle.
Ile Ś. lub jego spółki mogą w sumie zarobić na wykupie gruntów pod obwodnicę? – Dane dotyczące właścicieli wykupywanych gruntów nie są udostępniane publicznie – odpowiedziała Iwona Mikrut, rzeczniczka GDDKiA. Pytaliśmy ją, jaką część gruntów, które GDDKiA zamierza wykupić pod planowaną obwodnicę, stanowią działki należące do Polcon.con lub Kraków Bussines Park.
Znajomy wójt
Powodzenie takich interesów Ś. w Zabierzowie nie byłoby możliwe bez sympatii miejscowych włodarzy, którą mimo kłopotów z prawem biznesmen cieszy się do dziś. „Rz" już w 2009 r. opisywała sprawę KBP i jego związków z małopolskimi politykami. Kiedy w 2009 r. Ś. zatrzymała krakowska prokuratura, osobiste poręczenie za niego złożyli przed sądem wójt Zabierzowa Elżbieta Burtan, radny sejmiku województwa małopolskiego Kazimierz Czekaj i starosta krakowski Józef K. Wszyscy są politykami PO (K. od czasu afery z KBP zawiesił członkostwo w partii).
Ś. wpłacił 3 tys. zł na fundusz wyborczy PO podczas wyborów samorządowych w 2006 r. W 2005 r. udostępnił halę w KBP na spotkanie z Donaldem Tuskiem. Kiedy „Rz" zapytała ówczesnego prezesa KBP, czy partia zapłaciła za wynajem, nie potrafił odnaleźć faktur dotyczących tej imprezy. – Przedsiębiorcy mogli zorganizować coś takiego za darmo, ponieważ nie był to okres wyborczy – twierdził wtedy w rozmowie z „Rz" Józef K., wtedy poseł PO.
Przyznaje się do bliskiej znajomości z Ś. – Byłem wójtem Zabierzowa, kiedy KBP powstawało, stąd nasze kontakty – mówił.
Dziś Józef K. ma kłopoty z powodu tej znajomości. W grudniu został oskarżony o zatajenie w oświadczeniu majątkowym, że w jednej ze spółek KBP (Creation) w 2006 r. pracował na umowę-zlecenie.
Nie płacili podatków
Działalność biznesmena prokuratura określa dziś jako zorganizowaną grupę przestępczą o charakterze międzynarodowym i zarzuca jej przestępstwa skarbowe oraz niegospodarność. Spółka KBP miała stracić w ten sposób prawie 65 mln zł, a Skarb Państwa kolejne 4 mln.
Prokuratura Okręgowa w Krakowie od trzech lat prowadzi śledztwo w sprawie nadużyć i malwersacji finansowych, jakich mieli dopuścić się szefowie i udziałowcy spółki KBC, głównie Ś., jego ojciec, brat i kilku wspólników. O podejrzeniu przestępstwa zawiadomili mniejszościowi udziałowcy KBP, którzy mieli stracić kilka milionów euro.
Budowę obwodnicy Zabierzowa poprzedza seria nadużyć. W tle jest wielki biznes, politycy PO i straty budżetu
Według śledczych pieniądze z wynajmu pomieszczeń w biurowcach KBP wyprowadzano do spółek-słupów. Prokuratura podejrzewa, że stamtąd trafiały one na prywatne konta Ś. oraz jego najbliższych współpracowników. Śledztwo nadal trwa.
Przez siedem lat – od 1997 do 2004 r. – spółki KBP i KBP-1 nie płaciły także gminie podatku od nieruchomości i podatku rolnego. Jak to możliwe? Spółki nie złożyły deklaracji podatkowej. Wójtem był wtedy Józef K. Kiedy po kilku latach jeden z pracowników działu podatkowego w gminie odkrył tę lukę, spółkom KBP naliczono zaległy podatek z odsetkami – w sumie ok. 800 tys. zł. Adam Ś. zaskarżył tę decyzję, Józef K. uznał odwołanie i sprawę umorzył. Zdaniem prokuratury nie miał prawa tego robić. Odwołanie powinno rozstrzygnąć Samorządowe Kolegium Odwoławcze.
Zapytaliśmy obecną wójt, jakie KBP i jego spółki płacą dziś gminie podatki. – To tajemnica skarbowa – odpowiedziało biuro prawne gminy.
Źródło: Rzeczpospolita
Subskrybuj:
Posty (Atom)