Funkcjonariusze CBA weszli do mieszkania Marcina Rosoła, szefa gabinetu byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego - donosi "Rzeczpospolita".
W efekcie przeszukania zabezpieczono dokumenty i komputery Rosoła. - Śledczy sprawdzą, czy pisano na nich ustawę hazardową - podała "Rzeczpospolita" na swoich stronach internetowych.
18 lutego Rosół ma stanąć przed komisją śledczą ds. wyjaśnienia tzw. afery hazardowej. Jak zeznał przed komisją były szef CBA Mariusz Kamiński, wszystko wskazuje na to, że to rozmowa Rosoła z córką Ryszarda Sobiesiaka Magdaleną była momentem przecieku o działaniach CBA prowadzonych wobec jej ojca, a związanych z jego kontaktami z politykami PO. Miało się to stać na spotkaniu Rosoła z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia 2009 r. w kawiarni "Pędzący królik".
Śledztwo ws. tzw. afery hazardowej Prokuratura okręgowa w Warszawie prowadzi od października 2009 r. Obejmuje ono trzy wątki: niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych w czasie prac nad ustawą o grach i zakładach wzajemnych; podejmowania się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w ramach prac nad tą ustawą oraz udzielenia lub obietnicy udzielenia korzyści majątkowej lub osobistej w zamian za takie pośrednictwo.
jaś/ola
tvn24
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2010/02/04
CBA w mieszkaniu Rosoła
Agenci CBA przeszukali mieszkanie Marcina Rosoła – byłego szefa gabinetu byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego – ustaliła "Rz".
Robili to w ramach śledztwa w sprawie afery hazardowej, które prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie. – Zleciliśmy przeszukanie – mówi jej rzecznik Mateusz Martyniuk.
– We wtorek funkcjonariusze przeszukali lokal i zabezpieczyli dokumenty – dodaje Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA.
Z informacji "Rz" wynika, że CBA zabrało oprócz dokumentów także komputery Rosoła. Śledczy sprawdzą, czy pisano na nich ustawę hazardową.
Rosół to kluczowa postać dla wyjaśnienia udziału Drzewieckiego w aferze.
Prowadził rozmowy z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem, lobbującym o korzystne dla branży hazardowej rozwiązania, i na zlecenie Drzewieckiego szukał posady dla jego córki.
Rzeczpospolita OnLine
Robili to w ramach śledztwa w sprawie afery hazardowej, które prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie. – Zleciliśmy przeszukanie – mówi jej rzecznik Mateusz Martyniuk.
– We wtorek funkcjonariusze przeszukali lokal i zabezpieczyli dokumenty – dodaje Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA.
Z informacji "Rz" wynika, że CBA zabrało oprócz dokumentów także komputery Rosoła. Śledczy sprawdzą, czy pisano na nich ustawę hazardową.
Rosół to kluczowa postać dla wyjaśnienia udziału Drzewieckiego w aferze.
Prowadził rozmowy z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem, lobbującym o korzystne dla branży hazardowej rozwiązania, i na zlecenie Drzewieckiego szukał posady dla jego córki.
Rzeczpospolita OnLine
2010/02/03
Pieniądze z promów zboczyły z kursu?
Prokuratura sprawdza, czy szefowa Terminalu Promowego Świnoujście płaciła za nigdy niezrealizowane usługi. Wśród kontrahentów są osoby związane z Platformą i PSL.
Chodzi o transakcje zawarte pomiędzy marcem a październikiem 2009 roku. To cały okres prezesury Agnieszki Szewczyk-Jurczyk. Wcześniej pracowała ona w portowej spółce Port-Hol, w której była kolejno główną księgową, prokurentem i dyrektorem ekonomicznym. W lipcu, już po objęciu stanowiska, zapisała się do Platformy. Partię i terminal opuściła, gdy w październiku lokalny "Nowy Wyspiarz" opisał jedną z zawartych przez nią umów.
Spółki pełne działaczy
Terminal Promowy Świnoujście zajmuje się obsługą przewozów między Polską i Skandynawią. Jego bezpośrednim właścicielem jest spółka Polskie Terminale, którą kieruje Bartłomiej Pachis, szef polickiej PO. Z kolei Polskie Terminale należą do Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście (prezesem jest działacz PO Jarosław Siergiej), w którym skarb państwa ma 86 proc. udziałów.
Działania Szewczyk-Jurczyk skontrolowała po publikacjach rada nadzorcza terminalu, której członkiem jest m.in. Karol Wasilewski - skarbnik szczecińskiej PO. 29 października rada zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezes.
- Sprawdzamy, co działo się z pieniędzmi z zawieranych umów - potwierdza szef Prokuratury Rejonowej w Kamieniu Pomorskim Jarosław Przewoźny.
Krótko przedtem szczeciński oddział "Gazety" opisał szczegóły jednej z transakcji, którymi teraz zajmują się śledczy.
Pieniądze płyną na jeziora
Chodziło o umowę na ponad 500 tys. zł zawartą z Danielem Dziwulskim, wieloletnim współorganizatorem kampanii wyborczych poseł PO Magdaleny Kochan. Tę kwotę 35-letni przedsiębiorca miał dostać za świadczenie przez trzy lata usług marketingowych. Co miesiąc terminal miał mu wypłacać 15,9 tys. zł. Umowa została podpisana 30 kwietnia, ale już kilka dni później biznesmen zainkasował 140 tys. zł. Ze znajdującego się w spółce protokołu wynika, że reklamował terminal na jeziorach mazurskich. Gdzie konkretnie, w jaki sposób, kiedy - tego dokumenty nie precyzują. Nie znalazła ich w każdym razie rada nadzorcza. Wiadomo za to, że w budżecie terminalu nie było pieniędzy zaplanowanych na promocję, a swoją działalność Dziwulski zarejestrował trzy miesiące przed podpisaniem kontraktu.
Członkowie rady nadzorczej znaleźli też faktury, które zostały zapłacone, mimo że brak dowodów na to, iż zleceniobiorcy wykonali prace. Według informacji "Gazety" chodziło m.in. o remont rękawa pasażerskiego. Inny rachunek, na 30 tys. zł, wystawiony jest na firmę zajmującą się czarterowaniem jachtów. Czy terminal korzystał z jachtów? Też nie wiadomo.
Jedną z umów Agnieszka Szewczyk-Jurczyk podpisała ze swoim mężem. To Włodzimierz Jurczyk, działacz PSL ze Świnoujścia. Kierowanej przez niego firmie A&W&A (ona była współwłaścicielką) terminal zapłacił za umycie okien i uszczelnianie galerii pasażerskiej.
Biznesmen: Usłyszałem, że to kasa dla posła
Gdy nowe szefostwo terminalu zażądało wyjaśnień, Włodzimierz Jurczyk 13 stycznia br. złożył oświadczenie. Czytamy w nim m.in.: "Pieniądze w kwocie 50 000,00 PLN (pięćdziesiąt tysięcy złotych) gotówką zostały przekazane Panu Jarosławowi Siergiej - Prezesowi Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście SA, co było z nim uzgodnione. Według jego słów kwota ta zasiliła budżet wyborczy Pana Sławomira Nitrasa".
Jurczyk nie przedstawił na to żadnych dowodów. Z dziennikarzami unika kontaktu.
- To pomówienie - mówi Siergiej. Złożył pozew o naruszenie dóbr osobistych, wytoczył też Jurczykowi sprawę karną. Podkreśla, że Jurczyka widział raz - w 2008 roku.
Europoseł PO Sławomir Nitras: - Moja kampania była finansowana zgodnie z informacją, jaka została przekazana do Państwowej Komisji Wyborczej, oraz zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa.
Dodaje, że wcześniej nawet nie wiedział o istnieniu Włodzimierza Jurczyka.
- Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś rzuca takie oskarżenie - mówi poseł Sebastian Karpiniuk, szef zachodniopomorskiej PO. - Cieszę się, że sprawę wyjaśnia prokuratura.
Włodzimierz Jurczyk w sprawie rzekomego finansowania kampanii nie był jeszcze przesłuchiwany.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Jolanta Kowalewska
Chodzi o transakcje zawarte pomiędzy marcem a październikiem 2009 roku. To cały okres prezesury Agnieszki Szewczyk-Jurczyk. Wcześniej pracowała ona w portowej spółce Port-Hol, w której była kolejno główną księgową, prokurentem i dyrektorem ekonomicznym. W lipcu, już po objęciu stanowiska, zapisała się do Platformy. Partię i terminal opuściła, gdy w październiku lokalny "Nowy Wyspiarz" opisał jedną z zawartych przez nią umów.
Spółki pełne działaczy
Terminal Promowy Świnoujście zajmuje się obsługą przewozów między Polską i Skandynawią. Jego bezpośrednim właścicielem jest spółka Polskie Terminale, którą kieruje Bartłomiej Pachis, szef polickiej PO. Z kolei Polskie Terminale należą do Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście (prezesem jest działacz PO Jarosław Siergiej), w którym skarb państwa ma 86 proc. udziałów.
Działania Szewczyk-Jurczyk skontrolowała po publikacjach rada nadzorcza terminalu, której członkiem jest m.in. Karol Wasilewski - skarbnik szczecińskiej PO. 29 października rada zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezes.
- Sprawdzamy, co działo się z pieniędzmi z zawieranych umów - potwierdza szef Prokuratury Rejonowej w Kamieniu Pomorskim Jarosław Przewoźny.
Krótko przedtem szczeciński oddział "Gazety" opisał szczegóły jednej z transakcji, którymi teraz zajmują się śledczy.
Pieniądze płyną na jeziora
Chodziło o umowę na ponad 500 tys. zł zawartą z Danielem Dziwulskim, wieloletnim współorganizatorem kampanii wyborczych poseł PO Magdaleny Kochan. Tę kwotę 35-letni przedsiębiorca miał dostać za świadczenie przez trzy lata usług marketingowych. Co miesiąc terminal miał mu wypłacać 15,9 tys. zł. Umowa została podpisana 30 kwietnia, ale już kilka dni później biznesmen zainkasował 140 tys. zł. Ze znajdującego się w spółce protokołu wynika, że reklamował terminal na jeziorach mazurskich. Gdzie konkretnie, w jaki sposób, kiedy - tego dokumenty nie precyzują. Nie znalazła ich w każdym razie rada nadzorcza. Wiadomo za to, że w budżecie terminalu nie było pieniędzy zaplanowanych na promocję, a swoją działalność Dziwulski zarejestrował trzy miesiące przed podpisaniem kontraktu.
Członkowie rady nadzorczej znaleźli też faktury, które zostały zapłacone, mimo że brak dowodów na to, iż zleceniobiorcy wykonali prace. Według informacji "Gazety" chodziło m.in. o remont rękawa pasażerskiego. Inny rachunek, na 30 tys. zł, wystawiony jest na firmę zajmującą się czarterowaniem jachtów. Czy terminal korzystał z jachtów? Też nie wiadomo.
Jedną z umów Agnieszka Szewczyk-Jurczyk podpisała ze swoim mężem. To Włodzimierz Jurczyk, działacz PSL ze Świnoujścia. Kierowanej przez niego firmie A&W&A (ona była współwłaścicielką) terminal zapłacił za umycie okien i uszczelnianie galerii pasażerskiej.
Biznesmen: Usłyszałem, że to kasa dla posła
Gdy nowe szefostwo terminalu zażądało wyjaśnień, Włodzimierz Jurczyk 13 stycznia br. złożył oświadczenie. Czytamy w nim m.in.: "Pieniądze w kwocie 50 000,00 PLN (pięćdziesiąt tysięcy złotych) gotówką zostały przekazane Panu Jarosławowi Siergiej - Prezesowi Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście SA, co było z nim uzgodnione. Według jego słów kwota ta zasiliła budżet wyborczy Pana Sławomira Nitrasa".
Jurczyk nie przedstawił na to żadnych dowodów. Z dziennikarzami unika kontaktu.
- To pomówienie - mówi Siergiej. Złożył pozew o naruszenie dóbr osobistych, wytoczył też Jurczykowi sprawę karną. Podkreśla, że Jurczyka widział raz - w 2008 roku.
Europoseł PO Sławomir Nitras: - Moja kampania była finansowana zgodnie z informacją, jaka została przekazana do Państwowej Komisji Wyborczej, oraz zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa.
Dodaje, że wcześniej nawet nie wiedział o istnieniu Włodzimierza Jurczyka.
- Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś rzuca takie oskarżenie - mówi poseł Sebastian Karpiniuk, szef zachodniopomorskiej PO. - Cieszę się, że sprawę wyjaśnia prokuratura.
Włodzimierz Jurczyk w sprawie rzekomego finansowania kampanii nie był jeszcze przesłuchiwany.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Jolanta Kowalewska
2010/02/01
Urzędnicy znowu nawalili: nici z ekologicznego projektu
Mieli nowatorski pomysł: za pieniądze unijne chcieli wybudować zakład utylizujący sklepowe torebki foliowe. Przez niekompetencję urzędników marszałka Struzika ich projekt zawisł na włosku.
- Szukałem pomysłu na biznes, który jednocześnie chroni środowisko. W końcu postawiłem na przetwarzanie tworzyw sztucznych - opowiada pan Andrzej. Dziś jednorazowe torebki foliowe to prawdziwa zmora. Każdego roku sklepy rozdają na Mazowszu miliony jednorazówek, które trafiają na przepełnione wysypiska. Są szczególnie szkodliwe dla środowiska, bo rozkładają się przez ponad 100 lat.
Pan Andrzej postanowił wybudować w Grójcu zakład utylizujący takie torebki, styropiany oraz nakrętki od butelek. Tzw. destylarki miały "przerabiać" folię w olej popirolityczny, czyli rodzaj parafiny wykorzystywanej do produkcji oleju opałowego, odmrażaczy do zamków, zniczy, zapałek.
Wysoko oceniony polski wynalazek
Pan Andrzej założył spółkę i opracował biznesplan. Namówił do współpracy wynalazcę inż. Marka Pilawskiego, który stworzył i opatentował maszyny do przetwarzania folii. - Stworzyłem ósmą generację tych maszyn - podkreśla z dumą Pilawski, wieloletni pracownik Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej. Dzięki jego patentowi zakład miał przerabiać nawet 415 ton folii miesięcznie. Koszt inwestycji to 5 mln zł.
W październiku 2008 r. pan Andrzej złożył wniosek o 2,5-milionową dotację w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych, która podlega marszałkowi Adamowi Struzikowi (PSL). Zakład miał wystartować w połowie zeszłego roku.
Okazało się to jednak nierealne, bo urzędnicy zażądali dziesiątek szczegółowych dokumentów, m.in. zaświadczenia o braku zaległości w opłatach za korzystanie ze środowiska, choć firma pana Andrzeja jeszcze nie działała. Wreszcie w sierpniu 2009 r. mazowiecka jednostka ogłosiła, że dostanie on dotację z funduszu "Rozwój przedsiębiorczości".
- Projekt zebrał dobre oceny niezależnych ekspertów, w efekcie uzyskał 80 proc. możliwych do uzyskania punktów - dowiadujemy się w zespole prasowym mazowieckiej jednostki.
Wtedy pan Andrzej zaczął działać szybko. Wydzierżawił ziemię, załatwił kredyt w banku. Zdobył komplet zezwoleń. Projekt zaakceptowały Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska i władze Grójca. - Wszystko było zapięte na ostatni guzik, chcieliśmy jak najszybciej ruszyć z budową. Czekaliśmy na pieniądze. Mijały miesiące i nic - mówi nasz czytelnik.
Pan Andrzej stracił cierpliwość
Urzędnicy marszałka Struzika kilkadziesiąt razy żądali od pana Andrzeja kolejnych zaświadczeń i wciąż przesuwali termin podpisania umowy. Na urzędową korespondencję poszło mnóstwo papieru.
Na początku tego roku pojawił się kolejny problem. Teraz unijne pieniądze muszą przejść przez konto Banku Gospodarstwa Krajowego. Dlatego zarząd województwa musi opracować nowy wzór umów. Dotąd tego nie zrobił. A nowe umowy to warunek wypłaty pieniędzy.
Urzędnicy w piśmie do "Gazety" zapewniają, że wszystkie umowy na "Rozwój przedsiębiorczości" będą podpisane do końca marca. Jednak pan Andrzej stracił cierpliwość. - Zakład miał działać już od kilku miesięcy, a my wciąż nie zaczęliśmy nawet budowy - żali się. - Jestem na granicy wytrzymałości. Mam dość użerania się z urzędnikami. Myślę o sprzedaży firmy.
To nie pierwszy przypadek opieszałej działalności urzędników marszałka Struzika odpowiedzialnych za unijne dotacje. W "Gazecie" pisaliśmy o dramacie przedsiębiorców z Szydłowca, którym urząd pod pozorem formalnych braków w dokumentacji wstrzymał unijną pomoc. Podobny los spotkał społeczników zakładających wiejskie przedszkola wokół Warszawy.
Nasz region wydał najwięcej na stworzenie specjalnej unijnej instytucji dzielącej brukselskie euro. Jednak zatrudnieni w niej z politycznego klucza pracownicy nie radzą sobie z zadaniami i pod względem wykorzystania unijnej pomocy Mazowsze jest na końcu krajowych statystyk.
*Imię pana Andrzeja na jego prośbę zostało zmienione.
KOMENTARZ
To nie tylko marszałek Struzik
Mazowiecka Jednostka Wdrażania Projektów Unijnych to nasz ulubiony bohater. Dzisiaj kolejna opowieść o nieudolności jej urzędników. Wszystko jak grochem o ścianę. Wiadomo, nie można liczyć na to, że instytucja podległa sejmikowi coś załatwi. Przecież to gospodarstwo marszałka Struzika, a marszałek nie jest od załatwiania czegokolwiek, tylko od przecinania wstęg i tak w ogóle od reprezentacji. Marszałek Struzik załatwić to może coś dla Płocka, bo tam go wybierają.
Nie mam zamiaru go bronić, ale zasłanianie się nim bez końca nie ma sensu. Sejmikiem Mazowsza rządzi w koalicji z PSL Platforma Obywatelska i ma w nim najwięcej radnych. Jednostką od niewypłacania unijnych pieniędzy kieruje zaś Wiesław Raboszuk, nominat PO. Platforma jest więc współodpowiedzialna za rozdęcie tej instytucji, za zatrudnianie tam niekompetentnych urzędników, za ich złą pracę. I w Warszawie to Platformę, a nie Struzika rozliczą za to wyborcy.
Seweryn Blumsztajn
Gazeta Stołeczna
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
- Szukałem pomysłu na biznes, który jednocześnie chroni środowisko. W końcu postawiłem na przetwarzanie tworzyw sztucznych - opowiada pan Andrzej. Dziś jednorazowe torebki foliowe to prawdziwa zmora. Każdego roku sklepy rozdają na Mazowszu miliony jednorazówek, które trafiają na przepełnione wysypiska. Są szczególnie szkodliwe dla środowiska, bo rozkładają się przez ponad 100 lat.
Pan Andrzej postanowił wybudować w Grójcu zakład utylizujący takie torebki, styropiany oraz nakrętki od butelek. Tzw. destylarki miały "przerabiać" folię w olej popirolityczny, czyli rodzaj parafiny wykorzystywanej do produkcji oleju opałowego, odmrażaczy do zamków, zniczy, zapałek.
Wysoko oceniony polski wynalazek
Pan Andrzej założył spółkę i opracował biznesplan. Namówił do współpracy wynalazcę inż. Marka Pilawskiego, który stworzył i opatentował maszyny do przetwarzania folii. - Stworzyłem ósmą generację tych maszyn - podkreśla z dumą Pilawski, wieloletni pracownik Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej. Dzięki jego patentowi zakład miał przerabiać nawet 415 ton folii miesięcznie. Koszt inwestycji to 5 mln zł.
W październiku 2008 r. pan Andrzej złożył wniosek o 2,5-milionową dotację w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych, która podlega marszałkowi Adamowi Struzikowi (PSL). Zakład miał wystartować w połowie zeszłego roku.
Okazało się to jednak nierealne, bo urzędnicy zażądali dziesiątek szczegółowych dokumentów, m.in. zaświadczenia o braku zaległości w opłatach za korzystanie ze środowiska, choć firma pana Andrzeja jeszcze nie działała. Wreszcie w sierpniu 2009 r. mazowiecka jednostka ogłosiła, że dostanie on dotację z funduszu "Rozwój przedsiębiorczości".
- Projekt zebrał dobre oceny niezależnych ekspertów, w efekcie uzyskał 80 proc. możliwych do uzyskania punktów - dowiadujemy się w zespole prasowym mazowieckiej jednostki.
Wtedy pan Andrzej zaczął działać szybko. Wydzierżawił ziemię, załatwił kredyt w banku. Zdobył komplet zezwoleń. Projekt zaakceptowały Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska i władze Grójca. - Wszystko było zapięte na ostatni guzik, chcieliśmy jak najszybciej ruszyć z budową. Czekaliśmy na pieniądze. Mijały miesiące i nic - mówi nasz czytelnik.
Pan Andrzej stracił cierpliwość
Urzędnicy marszałka Struzika kilkadziesiąt razy żądali od pana Andrzeja kolejnych zaświadczeń i wciąż przesuwali termin podpisania umowy. Na urzędową korespondencję poszło mnóstwo papieru.
Na początku tego roku pojawił się kolejny problem. Teraz unijne pieniądze muszą przejść przez konto Banku Gospodarstwa Krajowego. Dlatego zarząd województwa musi opracować nowy wzór umów. Dotąd tego nie zrobił. A nowe umowy to warunek wypłaty pieniędzy.
Urzędnicy w piśmie do "Gazety" zapewniają, że wszystkie umowy na "Rozwój przedsiębiorczości" będą podpisane do końca marca. Jednak pan Andrzej stracił cierpliwość. - Zakład miał działać już od kilku miesięcy, a my wciąż nie zaczęliśmy nawet budowy - żali się. - Jestem na granicy wytrzymałości. Mam dość użerania się z urzędnikami. Myślę o sprzedaży firmy.
To nie pierwszy przypadek opieszałej działalności urzędników marszałka Struzika odpowiedzialnych za unijne dotacje. W "Gazecie" pisaliśmy o dramacie przedsiębiorców z Szydłowca, którym urząd pod pozorem formalnych braków w dokumentacji wstrzymał unijną pomoc. Podobny los spotkał społeczników zakładających wiejskie przedszkola wokół Warszawy.
Nasz region wydał najwięcej na stworzenie specjalnej unijnej instytucji dzielącej brukselskie euro. Jednak zatrudnieni w niej z politycznego klucza pracownicy nie radzą sobie z zadaniami i pod względem wykorzystania unijnej pomocy Mazowsze jest na końcu krajowych statystyk.
*Imię pana Andrzeja na jego prośbę zostało zmienione.
KOMENTARZ
To nie tylko marszałek Struzik
Mazowiecka Jednostka Wdrażania Projektów Unijnych to nasz ulubiony bohater. Dzisiaj kolejna opowieść o nieudolności jej urzędników. Wszystko jak grochem o ścianę. Wiadomo, nie można liczyć na to, że instytucja podległa sejmikowi coś załatwi. Przecież to gospodarstwo marszałka Struzika, a marszałek nie jest od załatwiania czegokolwiek, tylko od przecinania wstęg i tak w ogóle od reprezentacji. Marszałek Struzik załatwić to może coś dla Płocka, bo tam go wybierają.
Nie mam zamiaru go bronić, ale zasłanianie się nim bez końca nie ma sensu. Sejmikiem Mazowsza rządzi w koalicji z PSL Platforma Obywatelska i ma w nim najwięcej radnych. Jednostką od niewypłacania unijnych pieniędzy kieruje zaś Wiesław Raboszuk, nominat PO. Platforma jest więc współodpowiedzialna za rozdęcie tej instytucji, za zatrudnianie tam niekompetentnych urzędników, za ich złą pracę. I w Warszawie to Platformę, a nie Struzika rozliczą za to wyborcy.
Seweryn Blumsztajn
Gazeta Stołeczna
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
2010/01/29
Nowi bohaterowie komisji śledczej
Rosół i Wawrzynowicz mogą przynieść komisji więcej emocji niż Chlebowski i Drzewiecki
Marcin Rosół i Piotr Wawrzynowicz – ich nazwiska coraz częściej pojawiają sie w zeznaniach kolejnych świadków hazardowej komisji śledczej. I to zawsze w negatywnym kontekście. Zwłaszcza Rosół, z racji swej osławionej już rozmowy z Magdaleną Sobiesiak w warszawskiej kawiarni Pędzący Królik. Opozycyjni członkowie komisji hazardowej wiele sobie obiecują po ich przesłuchaniach.
Afera słupowa
Rosół i Wawrzynowicz mają dziś zaledwie po 31 lat. Do wybuchu afery hazardowej znali ich tylko pilni czytelnicy gazet. Formalnie bowiem byli jedynie skromnymi pracownikami centralnych struktur Platformy Obywatelskiej. Jednak faktycznie – bardzo bliskimi współpracownikami najważniejszych ludzi w PO: Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny.
Na jakiś czas musieli zniknąć z życia partii po tzw. aferze słupowej. Według oskarżeń medialnych – które obaj całkowicie odrzucają – wyprowadzali z Platformy pieniądze. Śledztwo w tej sprawie prowadziła prokuratura, jednak zostało umorzone. Nawet jeśli są całkowicie niewinni, rozgłosem wokół siebie boleśnie zaszkodzili wizerunkowi PO.
Do wybuchu afery hazardowej Rosół był dyrektorem gabinetu politycznego ministra sportu. Po dymisji Mirosława Drzewieckiego założył własną firmę. Boi się wezwania przed komisję hazardową. Jak mówił znajomym: „sam nie utonie”.
Unika też kontaktu z mediami. Dziennikarzowi jednego z tygodników odpowiedział, że nie będzie rozmawiał, „bo media wydały już na niego wyrok”. Szybko jednak dodał, że w sprawie przecieku z akcji CBA jest całkowicie niewinny. Bo gdyby o operacji wiedział, prędzej zacząłby wycofywanie CV Magdaleny Sobiesiak z Totalizatora Sportowego, w którego zarządzie starał się dla niej o posadę. A on – jak tłumaczył – był jeszcze wtedy na urlopie. Wiadomo natomiast, że odwoływanie kandydatury córki Sobiesiaka zaczął 20 sierpnia 2009 r., czyli dzień po spotkaniu jego przełożonego z premierem Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną.
– Kto panu rekomendował Rosoła? – wypytywał wczoraj Drzewieckiego Zbigniew Wassermann (PiS). – Nikt. To była moja decyzja – odpowiedział Drzewiecki.
Czy pytanie Wassermanna miało związek z kilkoma publikacjami w mediach, według których szefów gabinetów politycznych ministrów w rządzie PO typował Grzegorz Schetyna? Pytany o to przez „Rz” Wassermann odpowiedział jedynie uśmiechem.
Miłośnik sportu
Mniej znany kolega Rosoła Piotr Wawrzynowicz też otrzymał w ostatnich latach odpowiedzialne stanowiska. Pracuje w Polskim Komitecie Olimpijskim. Drzewiecki zapytany wczoraj przez Bartosza Arłukowicza o to, jak Wawrzynowicz tam trafił. odpowiedział rozbrajająco: – Chyba dlatego, że interesuje się sportem.
Wawrzynowicz ma też zasiadać w kilku innych miejscach, które wymieniał Arłukowicz. Według naszych informacji kolekcja stanowisk 31-letniego byłego zastępcy skarbnika PO (czyli Mirosława Drzewieckiego) imponuje: jest przewodniczącym rady nadzorczej spółki Gaz Stal w Zielonej Górze i spółki ELWO w Pszczynie, głównym doradcą ds. public relations w Elektrim-Volt i doradcą przewodniczącego rady nadzorczej w Towarowej Giełdzie Energii oraz członkiem rady nadzorczej Rafako.
Od wolontariusza...
Rosół i Wawrzynowicz zaczynali jako wolontariusze w młodzieżówce Platformy. Pierwszy został zauważony Rosół, uważany za inteligentniejszego od Wawrzynowicza. Szli jednak do przodu razem. Głośno zrobiło się o nich, gdy tygodnik „Newsweek” opisał rzekome wyciąganie przez nich pieniędzy partyjnych w czasie kampanii wyborczych: do europarlamentu w 2004 r., parlamentarnej i prezydenckiej w 2005 r. Według tygodnika byli odpowiedzialni za „Dojenie Platformy”, jak zatytułował to „Newsweek”. Proceder polegał na zawieraniu umów za wykonanie fikcyjnych zadań dla sztabu wyborczego. Na konta „słupów” wpływało po 3 – 5 tys. zł, czasem nawet 10 tys. Następnie mieli oddawać pieniądze Rosołowi.
Gdy sprawa wyszła na jaw, politycy PO odcięli się od obu panów. Jednak już w lutym 2007 (pół roku po publikacji „Newsweeka”) Rosół znalazł pracę w zarządzie Agencji Rozwoju Mazowsza, którym kierowali wówczas działacze Platformy. Jesienią 2008 r. trafił do Ministerstwa Sportu.
Rzeczpospolita
Michał Szułdrzyński , Piotr Gursztyn
Marcin Rosół i Piotr Wawrzynowicz – ich nazwiska coraz częściej pojawiają sie w zeznaniach kolejnych świadków hazardowej komisji śledczej. I to zawsze w negatywnym kontekście. Zwłaszcza Rosół, z racji swej osławionej już rozmowy z Magdaleną Sobiesiak w warszawskiej kawiarni Pędzący Królik. Opozycyjni członkowie komisji hazardowej wiele sobie obiecują po ich przesłuchaniach.
Afera słupowa
Rosół i Wawrzynowicz mają dziś zaledwie po 31 lat. Do wybuchu afery hazardowej znali ich tylko pilni czytelnicy gazet. Formalnie bowiem byli jedynie skromnymi pracownikami centralnych struktur Platformy Obywatelskiej. Jednak faktycznie – bardzo bliskimi współpracownikami najważniejszych ludzi w PO: Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny.
Na jakiś czas musieli zniknąć z życia partii po tzw. aferze słupowej. Według oskarżeń medialnych – które obaj całkowicie odrzucają – wyprowadzali z Platformy pieniądze. Śledztwo w tej sprawie prowadziła prokuratura, jednak zostało umorzone. Nawet jeśli są całkowicie niewinni, rozgłosem wokół siebie boleśnie zaszkodzili wizerunkowi PO.
Do wybuchu afery hazardowej Rosół był dyrektorem gabinetu politycznego ministra sportu. Po dymisji Mirosława Drzewieckiego założył własną firmę. Boi się wezwania przed komisję hazardową. Jak mówił znajomym: „sam nie utonie”.
Unika też kontaktu z mediami. Dziennikarzowi jednego z tygodników odpowiedział, że nie będzie rozmawiał, „bo media wydały już na niego wyrok”. Szybko jednak dodał, że w sprawie przecieku z akcji CBA jest całkowicie niewinny. Bo gdyby o operacji wiedział, prędzej zacząłby wycofywanie CV Magdaleny Sobiesiak z Totalizatora Sportowego, w którego zarządzie starał się dla niej o posadę. A on – jak tłumaczył – był jeszcze wtedy na urlopie. Wiadomo natomiast, że odwoływanie kandydatury córki Sobiesiaka zaczął 20 sierpnia 2009 r., czyli dzień po spotkaniu jego przełożonego z premierem Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną.
– Kto panu rekomendował Rosoła? – wypytywał wczoraj Drzewieckiego Zbigniew Wassermann (PiS). – Nikt. To była moja decyzja – odpowiedział Drzewiecki.
Czy pytanie Wassermanna miało związek z kilkoma publikacjami w mediach, według których szefów gabinetów politycznych ministrów w rządzie PO typował Grzegorz Schetyna? Pytany o to przez „Rz” Wassermann odpowiedział jedynie uśmiechem.
Miłośnik sportu
Mniej znany kolega Rosoła Piotr Wawrzynowicz też otrzymał w ostatnich latach odpowiedzialne stanowiska. Pracuje w Polskim Komitecie Olimpijskim. Drzewiecki zapytany wczoraj przez Bartosza Arłukowicza o to, jak Wawrzynowicz tam trafił. odpowiedział rozbrajająco: – Chyba dlatego, że interesuje się sportem.
Wawrzynowicz ma też zasiadać w kilku innych miejscach, które wymieniał Arłukowicz. Według naszych informacji kolekcja stanowisk 31-letniego byłego zastępcy skarbnika PO (czyli Mirosława Drzewieckiego) imponuje: jest przewodniczącym rady nadzorczej spółki Gaz Stal w Zielonej Górze i spółki ELWO w Pszczynie, głównym doradcą ds. public relations w Elektrim-Volt i doradcą przewodniczącego rady nadzorczej w Towarowej Giełdzie Energii oraz członkiem rady nadzorczej Rafako.
Od wolontariusza...
Rosół i Wawrzynowicz zaczynali jako wolontariusze w młodzieżówce Platformy. Pierwszy został zauważony Rosół, uważany za inteligentniejszego od Wawrzynowicza. Szli jednak do przodu razem. Głośno zrobiło się o nich, gdy tygodnik „Newsweek” opisał rzekome wyciąganie przez nich pieniędzy partyjnych w czasie kampanii wyborczych: do europarlamentu w 2004 r., parlamentarnej i prezydenckiej w 2005 r. Według tygodnika byli odpowiedzialni za „Dojenie Platformy”, jak zatytułował to „Newsweek”. Proceder polegał na zawieraniu umów za wykonanie fikcyjnych zadań dla sztabu wyborczego. Na konta „słupów” wpływało po 3 – 5 tys. zł, czasem nawet 10 tys. Następnie mieli oddawać pieniądze Rosołowi.
Gdy sprawa wyszła na jaw, politycy PO odcięli się od obu panów. Jednak już w lutym 2007 (pół roku po publikacji „Newsweeka”) Rosół znalazł pracę w zarządzie Agencji Rozwoju Mazowsza, którym kierowali wówczas działacze Platformy. Jesienią 2008 r. trafił do Ministerstwa Sportu.
Rzeczpospolita
Michał Szułdrzyński , Piotr Gursztyn
2010/01/28
Tajemnica ostatniego spotkania Mira i Rycha
Mirosław Drzewiecki przed hazardową komisją śledczą sporo opowiadał o swoim ostatnim spotkaniu z Ryszardem Sobiesiakiem. Doszło do niego 22 września. Były minister mówił, że był wtedy namawiany do udziału w turnieju golfowym. Okazuje się jednak, że takiego turnieju nie było i być nie mogło.
Nie znam, nie załatwiałem, lubię golfa
To, co mówi o mnie były szef CBA, to insynuacje. Nie lobbowałem i niczego nie załatwiałem - grzmiał przed komisją śledczą były minister sportu. A potem długo tłumaczył, że Ryszarda Sobiesiaka zna bardzo słabo.
Drzewiecki trzymał się tej samej poetyki co Zbigniew Chlebowski. Aferę hazardową nazwał wyssaną z palca mistyfikacją, a byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego - człowiekiem "chorobliwie ambitnym i niebezpiecznym, fanatycznie oddanym partii".
Był świetnie przygotowany. Prezentował nawet kolorową tablicę, na której opisał proces legislacyjny ustawy hazardowej i inwestycje w Euro 2012. Długo mówił o swoich dokonaniach. Zaprzeczył, że był źródłem przecieku z akcji CBA. Przyznał się do znajomości z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem. Ale według niego była to znajomość incydentalna. Bo z ludźmi, z którymi się przyjaźni, Drzewiecki widuje się niemal codziennie. Tymczasem Sobiesiaka spotykał jedynie na zawodach golfa i 2-4 razy gościł w domu. I nigdy nie rozmawiał z nim o biznesie i hazardzie. Zanim posłowie zaczęli zadawać Drzewieckiemu pytania, przewodniczący Mirosław Sekuła przerwał przesłuchanie. "Z uwagi inne ważniejsze wydarzenia" - argumentował. Chodziło o oświadczenie premiera.
A po przerwie członkowie komisji dopytywali Drzewieckiego o dopłaty. Według CBA Sobiesiakowi zależało na tym, by nie został rozszerzony katalog gier objętych dopłatami. A dochody z nich miały być przeznaczone na inwestycje sportowe, m.in. przygotowania do Euro 2012. W tej sprawie Drzewiecki jako minister sportu wysłał cztery pisma do resortu finansów. Raz stwierdzał niecelowość rozszerzenia katalogu, raz opowiadał się za takim rozwiązaniem. 30 czerwca 2009 r. podpisał trzecie pismo, w którym zaproponował wykreślenie dopłat z projektu. W czwartek tłumaczył, że wycofał się z dopłat, bo w tym czasie zrezygnowano z budowy drugiego etapu Narodowego Centrum Sportu, więc pieniądze z dopłat nie były potrzebne. "Nie mogło wpłynąć na ustawę" - podkreślił.
W sierpniu 2009 r. o pismo z 30 czerwca Drzewieckiego spytał premier. Były minister zeznał, że 18 sierpnia 2009 r. Donald Tusk kazał mu przygotować informację na temat toku prac w resorcie sportu nad projektem ustawy o grach losowych. Dzień później zwołał urzędników odpowiedzialnych za prowadzenie nowelizacji. Ci pokazali mu szczegółowe kalendarium prac nad projektem, a także tryb przygotowania pisma z 30 czerwca. Te dane i kalendarium Drzewiecki przekazał premierowi, uznając sprawę za zakończoną.
Czy był zaniepokojony zainteresowaniem premiera? Czy mógł być źródłem przecieku? Były minister twierdzi, że ani podczas spotkania 19 sierpnia, ani później premier nie informował go o akcji CBA. I nie odniósł wtedy wrażenia, że coś złego dzieje się wokół ustawy. Tyle że zupełnie inną wersję przedstawiał nam w październiku jego asystent Marcin Rosół: "Minister zarządził śledztwo w sprawie pisma. Wszystkie osoby, które miały kontakt z dokumentem, musiały napisać obszerne wyjaśnienia. Sam napisałem kilkadziesiąt stron na ten temat. Wtedy już było jasne, że wokół pisma jest zamieszanie, ale nie wiedzieliśmy, o co chodzi".
Drzewiecki sporo opowiadał posłom o swoim ostatnim spotkaniu z Sobiesiakiem. W październiku nie przyznał dziennikarzom, że doszło do niego 22 września w warszawskim hotelu Radisson. Krótko po tym spotkaniu Drzewiecki zadzwonił do żony, mówiąc, że szykowana jest jakaś intryga. W czwartek przekonywał, że spotykał się z kim innym, a Sobiesiak dołączył na chwilę, i to przypadkiem. Znajomy ministra Michał Goli, który zaprosił Sobiesiaka, był sponsorem turnieju golfowego mającego się odbyć następnego dnia i miał nadzieję, że z Sobiesiakiem namówią Drzewieckiego do wzięcia w nim udziału. Mieli mówić, że "obecność ministra sportu podniesie rangę zawodów".
Turniej miał się odbyć na polu golfowym w Jabłonnie. Zadzwoniliśmy tam w czwartek. Usłyszeliśmy, że takiego turnieju nie było i być nie mogło. 23 września to była środa, a turnieje nie są urządzane w środku tygodnia.
Wojciech Cieśla
Dziennik
Nie znam, nie załatwiałem, lubię golfa
To, co mówi o mnie były szef CBA, to insynuacje. Nie lobbowałem i niczego nie załatwiałem - grzmiał przed komisją śledczą były minister sportu. A potem długo tłumaczył, że Ryszarda Sobiesiaka zna bardzo słabo.
Drzewiecki trzymał się tej samej poetyki co Zbigniew Chlebowski. Aferę hazardową nazwał wyssaną z palca mistyfikacją, a byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego - człowiekiem "chorobliwie ambitnym i niebezpiecznym, fanatycznie oddanym partii".
Był świetnie przygotowany. Prezentował nawet kolorową tablicę, na której opisał proces legislacyjny ustawy hazardowej i inwestycje w Euro 2012. Długo mówił o swoich dokonaniach. Zaprzeczył, że był źródłem przecieku z akcji CBA. Przyznał się do znajomości z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem. Ale według niego była to znajomość incydentalna. Bo z ludźmi, z którymi się przyjaźni, Drzewiecki widuje się niemal codziennie. Tymczasem Sobiesiaka spotykał jedynie na zawodach golfa i 2-4 razy gościł w domu. I nigdy nie rozmawiał z nim o biznesie i hazardzie. Zanim posłowie zaczęli zadawać Drzewieckiemu pytania, przewodniczący Mirosław Sekuła przerwał przesłuchanie. "Z uwagi inne ważniejsze wydarzenia" - argumentował. Chodziło o oświadczenie premiera.
A po przerwie członkowie komisji dopytywali Drzewieckiego o dopłaty. Według CBA Sobiesiakowi zależało na tym, by nie został rozszerzony katalog gier objętych dopłatami. A dochody z nich miały być przeznaczone na inwestycje sportowe, m.in. przygotowania do Euro 2012. W tej sprawie Drzewiecki jako minister sportu wysłał cztery pisma do resortu finansów. Raz stwierdzał niecelowość rozszerzenia katalogu, raz opowiadał się za takim rozwiązaniem. 30 czerwca 2009 r. podpisał trzecie pismo, w którym zaproponował wykreślenie dopłat z projektu. W czwartek tłumaczył, że wycofał się z dopłat, bo w tym czasie zrezygnowano z budowy drugiego etapu Narodowego Centrum Sportu, więc pieniądze z dopłat nie były potrzebne. "Nie mogło wpłynąć na ustawę" - podkreślił.
W sierpniu 2009 r. o pismo z 30 czerwca Drzewieckiego spytał premier. Były minister zeznał, że 18 sierpnia 2009 r. Donald Tusk kazał mu przygotować informację na temat toku prac w resorcie sportu nad projektem ustawy o grach losowych. Dzień później zwołał urzędników odpowiedzialnych za prowadzenie nowelizacji. Ci pokazali mu szczegółowe kalendarium prac nad projektem, a także tryb przygotowania pisma z 30 czerwca. Te dane i kalendarium Drzewiecki przekazał premierowi, uznając sprawę za zakończoną.
Czy był zaniepokojony zainteresowaniem premiera? Czy mógł być źródłem przecieku? Były minister twierdzi, że ani podczas spotkania 19 sierpnia, ani później premier nie informował go o akcji CBA. I nie odniósł wtedy wrażenia, że coś złego dzieje się wokół ustawy. Tyle że zupełnie inną wersję przedstawiał nam w październiku jego asystent Marcin Rosół: "Minister zarządził śledztwo w sprawie pisma. Wszystkie osoby, które miały kontakt z dokumentem, musiały napisać obszerne wyjaśnienia. Sam napisałem kilkadziesiąt stron na ten temat. Wtedy już było jasne, że wokół pisma jest zamieszanie, ale nie wiedzieliśmy, o co chodzi".
Drzewiecki sporo opowiadał posłom o swoim ostatnim spotkaniu z Sobiesiakiem. W październiku nie przyznał dziennikarzom, że doszło do niego 22 września w warszawskim hotelu Radisson. Krótko po tym spotkaniu Drzewiecki zadzwonił do żony, mówiąc, że szykowana jest jakaś intryga. W czwartek przekonywał, że spotykał się z kim innym, a Sobiesiak dołączył na chwilę, i to przypadkiem. Znajomy ministra Michał Goli, który zaprosił Sobiesiaka, był sponsorem turnieju golfowego mającego się odbyć następnego dnia i miał nadzieję, że z Sobiesiakiem namówią Drzewieckiego do wzięcia w nim udziału. Mieli mówić, że "obecność ministra sportu podniesie rangę zawodów".
Turniej miał się odbyć na polu golfowym w Jabłonnie. Zadzwoniliśmy tam w czwartek. Usłyszeliśmy, że takiego turnieju nie było i być nie mogło. 23 września to była środa, a turnieje nie są urządzane w środku tygodnia.
Wojciech Cieśla
Dziennik
Drzewiecki: nie lobbowałem za zmianami
Były minister sportu Mirosław Drzewiecki oświadczył przed hazardową komisją śledczą, że nie jest sprawcą tzw. afery hazardowej i wbrew twierdzeniu byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego, nie był "załatwiaczem" ani lobbystą w pracach przy projekcie zmian w ustawie hazardowej.
Oświadczył też, że nie był źródłem przecieku o działaniach CBA. Zarzucił natomiast Kamińskiemu, że wykorzystał Biuro do "prowokacji politycznej". - Z moim udziałem na pewno afery hazardowej nie było - mówił polityk
Drzewiecki opisał swoje działania związane z kwestią dopłat do gier w trakcie prac w latach 2008-2009 r. nad zmianami w ustawie hazardowej. - Nie było nigdy takiej sytuacji, że nie chciałem dopłat - powiedział b. minister sportu.
Według materiałów CBA, biznesmenom z branży hazardowej zależało wtedy na tym, by nie rozszerzać katalogu gier objętych dopłatami o gry spoza monopolu państwa, a więc te prowadzone w kasynach i salonach gier. W tej sprawie mieli - według materiałów CBA - kontaktować się wtedy z politykami PO - Zbigniewem Chlebowskim i właśnie z Drzewieckim. Środki z dopłat do gier nie trafiają do budżetu państwa tylko, w przeważającej części, do Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, którym zarządza minister sportu.
Drzewiecki podkreślił, że jego najważniejszym zadaniem jako ministra sportu było zabezpieczenie finansowania przygotowań do Euro 2012. Jak mówił, aby skutecznie zrealizować to zadanie, skupił się "na zagwarantowaniu pewnego, bezpiecznego i stabilnego finansowania inwestycji, bez których nie byłoby Euro 2012 w Polsce", czyli stadionów.
W jego ocenie pewnym źródłem finansowania tych inwestycji mógł być tylko budżet państwa. Takim źródłem - według niego - nie mogły być dochody z dopłat zapisanych w projektowanej dopiero noweli ustawy hazardowej. Drzewiecki podkreślał, że nie mógłby liczyć na pieniądze z dopłat m.in. dlatego, że nikt nie był w stanie wskazać wiarygodnych wyliczeń, jakiej wysokości byłyby wpływy z dopłat.
Jak powiedział, w notatkach CBA jest mowa o kwocie 469 mln złotych (zdaniem CBA tyle miało stracić państwo, gdyby zapisu o dopłatach nie było w noweli ustawy hazardowej), ale - jak dodał - CBA opierało się w tej sprawie na materiałach prasowych. - Jak na raport specjalistycznej służby, materiał prasowy to mało miarodajne źródło - ocenił Drzewiecki.
Podkreślił, że wtedy, gdy CBA poinformowało premiera, iż w wyniku nieprawidłowości przy pracach nad zmianą ustawy hazardową Polsce grozi utrata prawie 0,5 mld zł na inwestycje związane z Euro 2012, inwestycje te od ponad roku były w 100 proc. gwarantowane w budżecie państwa. - W mojej ocenie mogło to być świadome przygotowanie gruntu do ataku na rząd i premiera Donalda Tuska - powiedział.
Drzewiecki przypomniał, że w styczniu 2008 r. przedstawił na posiedzeniu rządu swoje stanowisko, że budowa Stadionu Narodowego powinna być w 100 proc. finansowana ze środków z budżetu państwa oraz powinno być wsparcie z budżetu dla pozostałych inwestycji stadionowych w miastach ubiegających się o status miast-gospodarzy turnieju. Jak wyjaśnił, wartość dofinansowania przedsięwzięć na Euro 2012 zł z budżetu państwa w latach 2008-2012 wyniosła 1 mld 752 mln 900 tys. zł. Zaznaczył, że 24 czerwca 2008 r. została przyjęta przez rząd nowa uchwała w tej sprawie.
- Od tego dnia twierdzenie, że jakiekolwiek prace nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych, w tym tzw. dopłaty, mają służyć finansowaniu Euro, jest nieprawdą - oświadczył Drzewiecki. - Nie zmienią tego kłamstwa powtarzane przez pana Kamińskiego - dodał.
Drzewiecki zaznaczył, że gospodarzem projektu zmian w ustawie hazardowej i inicjatorem wprowadzenia dopłat do gier od początku było Ministerstwo Finansów, a nie resort sportu. Zeznał, że 8 maja 2008 r. w trakcie debaty nad założeniami budżetu państwa na 2009 rok na prośbę ministra finansów Jacka Rostowskiego odbyło się spotkanie w resorcie finansów. Wzięli w nim udział, oprócz niego i Rostowskiego, m.in. ówczesny szef gabinetu politycznego ministra sportu Adam Giersz (obecnie minister sportu - PAP) oraz wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska.
- Rozmawialiśmy głównie o finansowaniu inwestycji związanych z Euro 2012. Minister finansów przekonywał mój resort do zmiany stanowiska, to znaczy do poparcia koncepcji finansowania tych inwestycji z dopłat do gier. My stanowczo podtrzymywaliśmy nasze stanowisko, że w grę wchodzi jedynie finansowanie budżetowe, jeżeli projekt Euro 2012 ma być zrealizowany na czas - powiedział Drzewiecki.
Podczas dyskusji minister Rostowski zaakceptował konieczność finansowania inwestycji stadionowych Euro 2012 z budżetu państwa. - Wspólnie ustaliliśmy, że środki z dopłat do gier gromadzone w Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej będą przeznaczone na inwestycje sportowe wokół Stadionu Narodowego (m.in. hali sportowej i pływalni - red.) - relacjonował.
Drzewiecki dodał, że wysłał do Ministerstwa Finansów pismo z potwierdzeniem tych ustaleń. Podkreślał, że planowane inwestycje wokół Stadionu Narodowego - tzw. II etap budowy Narodowego Centrum Sportu - nie były związane z Euro 2012. Zaznaczył, że jego resort chciał wydłużenia czasu obowiązywania rozszerzonego katalogu gier objętych dopłatami, aby zabezpieczyć II etap budowy NCS. Jak przekonywał, było to działanie wbrew interesom branży hazardowej.
Drzewiecki dodał, że uwagę na temat wydłużenia z 2012 do 2015 roku czasu obowiązywania rozszerzonego katalogu gier objętych dopłatami przekazał podsekretarz stanu w Ministerstwie Sportu 8 lipca 2008 r. w związku z planowanym posiedzeniem Komitetu Stałego Rady Ministrów. Jak dodał, uwaga ta została uwzględniona przez resort finansów i była to "jedyna zmiana w projekcie zmian w ustawie hazardowej, zainicjowana przez Ministerstwo Sportu".
Przypomniał, że 18 września 2008 roku projekt zmian w ustawie o grach i zakładach wzajemnych został rekomendowany rządowi przez Komitet Stały. - Nie wiem, co się działo później, i nie interesowało mnie to, bo gospodarzem ustawy było Ministerstwo Finansów - zaznaczył Drzewiecki.
Tłumaczył też kwestię pisma z 30 czerwca 2009 r., które podpisał jako minister sportu, a w którym znalazł się zapis o rezygnacji z zapisu dotyczącego dopłat w projekcie noweli ustawy hazardowej.
Drzewiecki mówił, że 18 sierpnia 2009 r., po posiedzeniu rządu, premier polecił mu przygotowanie informacji na temat toku prac w resorcie sportu nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Jak mówił, 19 sierpnia rano odbyło się spotkanie, w którym poza nim uczestniczyli dyrektor generalna resortu sportu Monika Rolnik, dyrektor departamentu ekonomiczno-finansowego Bożena Pleczeluk, dyrektor departamentu prawno-kontrolnego Rafał Wosik oraz szef gabinetu politycznego ministra sportu Marcin Rosół.
Drzewiecki relacjonował, że podczas tego spotkania urzędnicy przedstawili mu szczegółowe kalendarium prac nad projektem, a także tryb przygotowania pisma z 30 czerwca. Jak powiedział treść tego pisma była wynikiem nieporozumienia pomiędzy urzędnikami ministerstwa sportu oraz "zwykłego ludzkiego błędu". Według niego, urzędnik, który przygotował pismo, napisał jedno zdanie za dużo. Zaznaczył przy tym, że na szczęście pismo nie wywołało żadnego skutku.
- To pismo, które stało się przyczynkiem do tego, żeby stawiać mi jakiekolwiek zarzuty jest dokumentem, który w standardowy sposób jest przygotowywany przez pracowników ministerstwa. Tak jest nie tylko w ministerstwie sportu, ale we wszystkich ministerstwach. Nie ja miałem inicjatywę, nie ja prosiłem o to pismo, nie ja sygnalizowałem. W związku z tym w żaden sposób nie mogę poczuć współodpowiedzialności - oświadczył były minister.
Podkreślił, że jego intencją nie było wykreślenie z projektu zapisu dotyczącego dopłat, a w piśmie miano jedynie zwrócić uwagę, że w związku z rezygnacją z realizacji II etapu budowy NCS - na co miały iść środki z dopłat - konieczna jest zmiana uzasadnienia dla rozszerzenia katalogu gier objętych dopłatami.
Drzewiecki zaznaczył, że II etap NCS był błędnie utożsamiany z inwestycjami związanymi z przygotowaniem do Euro 2012. Podkreślił, że w uzasadnieniu do projektu nowelizacji ustawy o grach drugi etap budowy NSC był wskazany jako cel, na który miały być przeznaczone wpływy z dopłat.
Z tego względu - jak przekonywał - gdy zrezygnowano z II etapu budowy NCS (m.in. dlatego, że okazało się to "nierealne finansowo" oraz dlatego, że UEFA zdecydował, że trzeba "zabezpieczyć dużą powierzchnię wokół stadionu narodowego na potrzeby obsługi Euro 2012"), dyrektor generalna w jego resorcie Monika Rolnik uznała za konieczne poinformowanie o tym fakcie wiceministra finansów Jacka Kapicy jako odpowiedzialnego za projekt zmian w ustawie hazardowej.
Drzewiecki zaznaczył, że polecił jej przygotowanie stosownego pisma i nie ingerował w jego treść; z kolei Rolnik zleciła przygotowanie pisma dyrektorowi departamentu prawno-kontrolnemu w resorcie sportu Rafałowi Wosikowi. Zdaniem Drzewieckiego intencją Rolnik było to, aby pismo do Kapicy dotyczyło zmiany uzasadnienia, ale Wosik nie do końca zrozumiał intencję, co spowodowało, że piśmie znalazły się sformułowania, których konsekwencją byłaby rezygnacja z dopłat.
Drzewiecki zaznaczył, że szczegółowy opis trybu przygotowania pisma do Kapicy z 30 czerwca znalazł się w pismach skierowanych przez Rolnik i Wosika do szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego 6 października. Podkreślił, że pismo z 30 czerwca było wadliwe, nie miało żadnych skutków prawnych, ani legislacyjnych.
Były minister sportu wyjaśniał także intencje drugiego pisma do Kapicy 2 września 2009 roku (w którym wycofywał się z uwag z 30 czerwca i decyzję w sprawie dopłat pozostawiał resortowi finansów). Drzewiecki przekonywał, że pismo z 2 września miało związek z pracami nad budżetem na 2010 roku, a nie z nowelizacją ustawy hazardowej.
Wyjaśnił, że 7 sierpnia otrzymał z resortu finansów założenia budżetu na rok 2010 z mniejszymi nakładami na sport. - Równocześnie 11 sierpnia skierowaliśmy do uzgodnień międzyresortowych projekt wieloletniego planu inwestycyjnego przewidujący zwiększenie finansowania budowy Stadionu Narodowego o ponad 441 mln zł w roku 2010 - zaznaczył. Dodał, że po analizie budżetu na rok 2010 zgodził się z sugestią Moniki Rolnik, żeby poinformować resort finansów o chęci pozyskania środków z ewentualnych dopłat do gier "na inne cele sportowe niż związane z II etapem NCS".
Drzewiecki dodał, że 19 sierpnia kalendarium oraz wszelkie ustalenia i dane otrzymane od urzędników przekazał premierowi. Jak mówił, premier przyjął jego sprawozdanie do wiadomości, a on tę sprawę uznał za zakończoną.
Jak podkreślił, jego spotkanie z premierem składało się z dwóch części, a ówczesny wicepremier i szef MSWiA Grzegorz Schetyna uczestniczył tylko w drugiej. Drzewiecki relacjonował, że spotkanie z premierem rozpoczęło się około godz. 16 i odbyło się w gabinecie szefa rządu. - Zostałem poproszony przez pana premiera. Pan premier był sam w gabinecie i poprosił mnie o przedstawienie, co się dzieje z ustawą o grach i zakładach wzajemnych - powiedział były szef resortu sportu.
Jak zeznał, później do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przyjechał wicepremier Grzegorz Schetyna i gdy premier dostał informacje o tym, poprosił wicepremiera na spotkanie. "W drugiej części rozmawialiśmy o dofinansowaniu stadionu narodowego" - powiedział Drzewiecki.
Drzewiecki zeznał, że podczas obu części spotkania premier nie wspominał o swojej rozmowie z szefem CBA Mariuszem Kamińskim 14 sierpnia; nie informował też o działaniach operacyjnych CBA związanych z nieprawidłowościami dotyczącymi prac nad nowelizacją tzw. ustawy hazardowej. Jak mówił, nie rozmawiali też na temat Ryszarda Sobiesiaka. Drzewiecki podkreślił, że z materiałem CBA, który Kamiński przekazał premierowi 12 sierpnia, on zapoznał się dopiero za pośrednictwem mediów.
Odpowiadając na pytania śledczych, Drzewiecki oświadczył, że nie był źródłem przecieku o działaniach CBA w tzw. aferze hazardowej. Jego zdaniem były szef CBA Mariusz Kamiński "barwnie i sugestywnie przedstawił komisji śledczej scenariusz wymyślonych wydarzeń". - Problem w tym, że działy się one jedynie w jego głowie. Uczynił to, nie mając cienia dowodów, bo też nie ma żadnych dowodów - ocenił były minister sportu, odnosząc się do wersji dotyczącej przecieku w tzw. aferze hazardowej, przedstawionej przez Kamińskiego podczas przesłuchania przed komisją.
Drzewiecki uznał, że "cały wywód Kamińskiego w sprawie przecieku to jedno wielkie kłamstwo i mistyfikacja, potrzebne, aby uderzyć w rząd". "Nie byłem źródłem przecieku" - zapewnił. Jak dodał, ani podczas spotkania 19 sierpnia 2009 roku, ani później premier nie informował go o toczącym się postępowaniu CBA.
- Charakter rozmowy i pytania dotyczyły jedynie prac ministerstwa i nie wskazywały na żadne nadzwyczajne okoliczności. (...) Pytania dotyczące procesu legislacyjnego jednej z ustaw (zmian w ustawie hazardowej) oraz roli, jaką odgrywało Ministerstwo Sportu, nie wzbudziły mojego zdziwienia. Również prośba o przekazanie pełnych informacji na temat prowadzonych przez ministerstwo działań nie odbiegała od standardowej procedury - mówił Drzewiecki.
Drzewiecki zarzucił Kamińskiemu, że wykorzystał Biuro do "przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej". Dowodem tego - zdaniem Drzewieckiego - jest to, że on sam był podsłuchiwany.
Drzewiecki przywołał artykuł w "Rzeczpospolitej" z 20 listopada 2009, w którym - jak mówił - pojawiła się informacja o treści jego rozmowy telefonicznej z żoną, jaką odbył tuż po spotkaniu 22 września w hotelu Radisson (spotkanie z udziałem Ryszarda Sobiesiaka). - Oznacza to, że albo mnie, albo mojej żonie założono podsłuch, w tym czasie byłem nie tylko posłem, ale też konstytucyjnym ministrem. Fakt, że byłem podsłuchiwany nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, że Mariusz Kamiński wykorzystał CBA do przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej - powiedział Drzewiecki.
O Kamińskim mówił, że "jest fanatycznie oddany partii i obsesyjnie nienawidzący przeciwników politycznych, chorobliwie ambitny i niebezpieczny". Ocenił też, że Kamiński "dostał rozkaz" przeprowadzenia przecieku o działaniach CBA w sprawie nieprawidłowości przy pracach nad zmianami w ustawie hazardowej. Mówił, że Kamiński "wiedział, że musi zaaranżować przeciek sam", bo "panowie z CBA nie mieli żadnych atutów".
- Ponieważ pan premier zachował tajemnicę, CBA samo przekazało informację o trwającym postępowaniu, proponując możliwość rzucenia oskarżeń pod adresem premiera i nie tylko. Wiedzieli, że będzie można bezkarnie formułować oskarżenia, które choć nie zamienią się w zarzuty karne, oznaczają faktyczną śmierć polityczną - mówił.
Dodał, że ma nadzieję, iż komisja wyjaśni, czy Kamiński mógł być źródłem przecieku, choć jednocześnie - zastrzegł - że jego wersja przecieku "jest absurdalna, tak samo jak wersja przedstawiona przez Kamińskiego, nie opiera się o żadne dowody, a jedynie o przekonania".
Były minister sportu powiedział też, że mimo iż na podstawie stenogramów rozmów podsłuchanych przez CBA jego znajomość z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem może sprawiać wrażenie "dużej zażyłości", naprawdę sprowadzała się do spotkań na turniejach golfa i innych imprezach sportowych. Zaznaczył, że nie bywał u Sobiesiaka w domu ani w jego pensjonacie. - Nie rozmawialiśmy na temat jego interesów, także tych związanych z hazardem. Nie pomagałem mu w sprawach związanych z jego działalnością gospodarczą - powiedział.
Jak wyjaśnił, znajomość z Sobiesiakiem miała charakter towarzysko-sportowy, oparty o wspólną pasję do golfa. Na pytanie Sławomira Neumanna (PO) o to, jak częste były to kontakty, odpowiedział, że wtedy, gdy został ministrem sportu, stały się rzadsze. - Dysponowałem (...) czasem w weekendy i wtedy mogłem grać w golfa - powiedział.
Drzewiecki powiedział, że nigdy nie był w żadnym ośrodku należącym do biznesmena. Zeznał też, że Sobiesiak był kilkakrotnie u niego w domu "wracając z golfa albo jadąc na golfa, przejeżdżając przez Łódź". Jak wyjaśnił, gdy został ministrem miał mało wolnego czasu, a soboty spędzał na otwarciach "orlików", dlatego w niedziele - gdy ktoś ze znajomych chciał się z nim spotkać - zapraszał do domu. Powiedział też, że o tym, iż Ryszard Sobiesiak był skazany za korupcję, dowiedział się z mediów w październiku 2009 r.
Odniósł się też do artykułu z 19 listopada 2009 r. w "Rzeczpospolitej", w którym - jak mówił - nazwano go "kłamcą", ponieważ podczas konferencji 3 października 2009 r. podał inną niż faktyczna datę ostatniego spotkania z Sobiesiakiem. Drzewiecki mówił w czwartek, że "prawdą jest, że ostatni raz widział Sobiesiaka 22 września 2009 roku w hotelu Radisson", ale też - jak przekonywał - prawdą jest, że w czasie konferencji jako punkt odniesienia przyjął daty pism wysyłanych do wiceministra finansów Jacka Kapicy, "o które przede wszystkim pytali dziennikarze i na którym przede wszystkim koncentrowała się ich uwaga" i w odniesieniu do tego okresu "próbował błyskawicznie przypomnieć sobie daty spotkań" z Sobiesiakiem. Chodzi o pisma z 30 czerwca 2009 roku i 2 września 2009 roku w sprawie dopłat do gier hazardowych.
Jak wyjaśnił, spotkanie z 22 września było zaplanowane tydzień wcześniej i Sobiesiak nie miał w nim uczestniczyć. - Uczestników było czterech i pan Sobiesiak dołączył dosłownie na kilka minut, zaproszony w trakcie tego spotkania (...) nie przeze mnie, jak skłamał po raz kolejny pan Kamiński - zeznał Drzewiecki. Dodał, że ma czterech świadków na to, że do spotkania z Sobiesiakiem doszło przypadkowo.
Drzewiecki potwierdził, że Sobiesiak zwrócił się do niego, aby pomógł w załatwieniu pracy jego córce - Magdalenie. Powiedział też, że sprawą zajmował się jego asystent Marcin Rosół. Pytany w jakich okolicznościach Sobiesiak zwrócił się do niego o pomoc w sprawie zatrudnienia córki, Drzewiecki odpowiedział, że "w normalnej rozmowie prosił, czy nie warto by pomóc jego córce, bo ona jest dobrze wykształcona, ma bardzo wysokie kwalifikacje". - W pierwszym momencie nawet wziąłem CV i mówię "OK", zakładając od razu, że nie może to być miejsce pracy w podległym mi ministerstwie ani w żadnych instytucjach, gdzie minister sportu ma wpływ na coś - tłumaczył Drzewiecki.
Podkreślił, że CV córki Sobiesiaka przekazał Rosołowi. - W zasadzie się tą sprawą nie interesowałem - zaznaczył. Według Drzewieckiego, prośba Sobiesiaka dotyczyła znalezienia pracy dla jego córki, ale nie konkretnie w Totalizatorze Sportowym. Drzewiecki pytany, czy wie, dlaczego kandydatura Magdaleny Sobiesiak została ostatecznie wycofana z konkursu na stanowisko w zarządzie TS, odpowiedział: - W momencie, kiedy pan Rosół mnie poinformował, że pani Sobiesiakowa złożyła aplikację w konkursie do Totalizatora, to moja odpowiedź była taka, że to jest głupi pomysł.
Pytany, czy wiedział o spotkaniu Rosoła z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia w restauracji Pędzący Królik (według byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego wtedy doszło do przecieku o akcji CBA), Drzewiecki odpowiedział: - Nie wiedziałem, że to spotkanie odbywa się tego dnia i w tym miejscu. Mówił, że wiedział jedynie, iż Rosół po tym, jak powiedział mu, że córka Sobiesiaka nie powinna aplikować do Totalizatora, będzie się z nią kontaktował, aby to przekazać.
Zbigniew Wassermann (PiS) pytał, czy były minister sportu w jakiś sposób protegował Magdalenę Sobiesiak u wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza. - Nigdy nie rozmawiałem z panem Leszkiewiczem na temat pani Magdaleny Sobiesiak - odparł Drzewiecki. Wassermann pytał następnie, czy wie, że w wiadomości e-mail przesłanej Leszkiewiczowi 26 czerwca 2009 była informacja, że Magdalena Sobiesiak jest protegowaną Drzewieckiego. Nie powiedział jednak, kto miałby być autorem tego e-maila. - Nie, nie wiedziałem - odparł b. minister sportu.
Wassermann pytał też, czy wie, że Rosół przebywał w ośrodku w Zieleńcu - należącym do Ryszarda Sobiesiaka - w dniach 30 stycznia do 1 lutego i że za ten pobyt zapłacił syn Sobiesiaka. - Takiej informacji nie znam - odparł Drzewiecki.
Powiedział też, że nigdy nie rozmawiał z byłym szefem klubu PO Zbigniewem Chlebowskim na temat prac nad zmianami w ustawie hazardowej. Jak zaznaczył, w przeciwieństwie do Chlebowskiego, hazard nie interesował go w ogóle od momentu, gdy został posłem.
Podkreślił też, że jest posłem od 1991 roku i od tego czasu "nigdy nie składał żadnych wniosków, interpelacji czy propozycji dotyczących tzw. ustaw hazardowych". - W głosowaniach zawsze zajmowałem stanowisko zgodne ze stanowiskiem mojego klubu. (...) Nie wpływałem na kształt tych ustaw ani w rozmowach, ani w korespondencji, ani podczas spotkań, ani w jakikolwiek inny sposób - powiedział.
- Od 1 października 2009 trwa medialno-polityczne zjawisko pod nazwą afera hazardowa. W myśl propagandowej zasady, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, podjęto próbę uznania mnie za jednego z głównych bohaterów tego widowiska - powiedział Drzewiecki.
PAP, onet.pl
Oświadczył też, że nie był źródłem przecieku o działaniach CBA. Zarzucił natomiast Kamińskiemu, że wykorzystał Biuro do "prowokacji politycznej". - Z moim udziałem na pewno afery hazardowej nie było - mówił polityk
Drzewiecki opisał swoje działania związane z kwestią dopłat do gier w trakcie prac w latach 2008-2009 r. nad zmianami w ustawie hazardowej. - Nie było nigdy takiej sytuacji, że nie chciałem dopłat - powiedział b. minister sportu.
Według materiałów CBA, biznesmenom z branży hazardowej zależało wtedy na tym, by nie rozszerzać katalogu gier objętych dopłatami o gry spoza monopolu państwa, a więc te prowadzone w kasynach i salonach gier. W tej sprawie mieli - według materiałów CBA - kontaktować się wtedy z politykami PO - Zbigniewem Chlebowskim i właśnie z Drzewieckim. Środki z dopłat do gier nie trafiają do budżetu państwa tylko, w przeważającej części, do Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, którym zarządza minister sportu.
Drzewiecki podkreślił, że jego najważniejszym zadaniem jako ministra sportu było zabezpieczenie finansowania przygotowań do Euro 2012. Jak mówił, aby skutecznie zrealizować to zadanie, skupił się "na zagwarantowaniu pewnego, bezpiecznego i stabilnego finansowania inwestycji, bez których nie byłoby Euro 2012 w Polsce", czyli stadionów.
W jego ocenie pewnym źródłem finansowania tych inwestycji mógł być tylko budżet państwa. Takim źródłem - według niego - nie mogły być dochody z dopłat zapisanych w projektowanej dopiero noweli ustawy hazardowej. Drzewiecki podkreślał, że nie mógłby liczyć na pieniądze z dopłat m.in. dlatego, że nikt nie był w stanie wskazać wiarygodnych wyliczeń, jakiej wysokości byłyby wpływy z dopłat.
Jak powiedział, w notatkach CBA jest mowa o kwocie 469 mln złotych (zdaniem CBA tyle miało stracić państwo, gdyby zapisu o dopłatach nie było w noweli ustawy hazardowej), ale - jak dodał - CBA opierało się w tej sprawie na materiałach prasowych. - Jak na raport specjalistycznej służby, materiał prasowy to mało miarodajne źródło - ocenił Drzewiecki.
Podkreślił, że wtedy, gdy CBA poinformowało premiera, iż w wyniku nieprawidłowości przy pracach nad zmianą ustawy hazardową Polsce grozi utrata prawie 0,5 mld zł na inwestycje związane z Euro 2012, inwestycje te od ponad roku były w 100 proc. gwarantowane w budżecie państwa. - W mojej ocenie mogło to być świadome przygotowanie gruntu do ataku na rząd i premiera Donalda Tuska - powiedział.
Drzewiecki przypomniał, że w styczniu 2008 r. przedstawił na posiedzeniu rządu swoje stanowisko, że budowa Stadionu Narodowego powinna być w 100 proc. finansowana ze środków z budżetu państwa oraz powinno być wsparcie z budżetu dla pozostałych inwestycji stadionowych w miastach ubiegających się o status miast-gospodarzy turnieju. Jak wyjaśnił, wartość dofinansowania przedsięwzięć na Euro 2012 zł z budżetu państwa w latach 2008-2012 wyniosła 1 mld 752 mln 900 tys. zł. Zaznaczył, że 24 czerwca 2008 r. została przyjęta przez rząd nowa uchwała w tej sprawie.
- Od tego dnia twierdzenie, że jakiekolwiek prace nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych, w tym tzw. dopłaty, mają służyć finansowaniu Euro, jest nieprawdą - oświadczył Drzewiecki. - Nie zmienią tego kłamstwa powtarzane przez pana Kamińskiego - dodał.
Drzewiecki zaznaczył, że gospodarzem projektu zmian w ustawie hazardowej i inicjatorem wprowadzenia dopłat do gier od początku było Ministerstwo Finansów, a nie resort sportu. Zeznał, że 8 maja 2008 r. w trakcie debaty nad założeniami budżetu państwa na 2009 rok na prośbę ministra finansów Jacka Rostowskiego odbyło się spotkanie w resorcie finansów. Wzięli w nim udział, oprócz niego i Rostowskiego, m.in. ówczesny szef gabinetu politycznego ministra sportu Adam Giersz (obecnie minister sportu - PAP) oraz wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska.
- Rozmawialiśmy głównie o finansowaniu inwestycji związanych z Euro 2012. Minister finansów przekonywał mój resort do zmiany stanowiska, to znaczy do poparcia koncepcji finansowania tych inwestycji z dopłat do gier. My stanowczo podtrzymywaliśmy nasze stanowisko, że w grę wchodzi jedynie finansowanie budżetowe, jeżeli projekt Euro 2012 ma być zrealizowany na czas - powiedział Drzewiecki.
Podczas dyskusji minister Rostowski zaakceptował konieczność finansowania inwestycji stadionowych Euro 2012 z budżetu państwa. - Wspólnie ustaliliśmy, że środki z dopłat do gier gromadzone w Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej będą przeznaczone na inwestycje sportowe wokół Stadionu Narodowego (m.in. hali sportowej i pływalni - red.) - relacjonował.
Drzewiecki dodał, że wysłał do Ministerstwa Finansów pismo z potwierdzeniem tych ustaleń. Podkreślał, że planowane inwestycje wokół Stadionu Narodowego - tzw. II etap budowy Narodowego Centrum Sportu - nie były związane z Euro 2012. Zaznaczył, że jego resort chciał wydłużenia czasu obowiązywania rozszerzonego katalogu gier objętych dopłatami, aby zabezpieczyć II etap budowy NCS. Jak przekonywał, było to działanie wbrew interesom branży hazardowej.
Drzewiecki dodał, że uwagę na temat wydłużenia z 2012 do 2015 roku czasu obowiązywania rozszerzonego katalogu gier objętych dopłatami przekazał podsekretarz stanu w Ministerstwie Sportu 8 lipca 2008 r. w związku z planowanym posiedzeniem Komitetu Stałego Rady Ministrów. Jak dodał, uwaga ta została uwzględniona przez resort finansów i była to "jedyna zmiana w projekcie zmian w ustawie hazardowej, zainicjowana przez Ministerstwo Sportu".
Przypomniał, że 18 września 2008 roku projekt zmian w ustawie o grach i zakładach wzajemnych został rekomendowany rządowi przez Komitet Stały. - Nie wiem, co się działo później, i nie interesowało mnie to, bo gospodarzem ustawy było Ministerstwo Finansów - zaznaczył Drzewiecki.
Tłumaczył też kwestię pisma z 30 czerwca 2009 r., które podpisał jako minister sportu, a w którym znalazł się zapis o rezygnacji z zapisu dotyczącego dopłat w projekcie noweli ustawy hazardowej.
Drzewiecki mówił, że 18 sierpnia 2009 r., po posiedzeniu rządu, premier polecił mu przygotowanie informacji na temat toku prac w resorcie sportu nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Jak mówił, 19 sierpnia rano odbyło się spotkanie, w którym poza nim uczestniczyli dyrektor generalna resortu sportu Monika Rolnik, dyrektor departamentu ekonomiczno-finansowego Bożena Pleczeluk, dyrektor departamentu prawno-kontrolnego Rafał Wosik oraz szef gabinetu politycznego ministra sportu Marcin Rosół.
Drzewiecki relacjonował, że podczas tego spotkania urzędnicy przedstawili mu szczegółowe kalendarium prac nad projektem, a także tryb przygotowania pisma z 30 czerwca. Jak powiedział treść tego pisma była wynikiem nieporozumienia pomiędzy urzędnikami ministerstwa sportu oraz "zwykłego ludzkiego błędu". Według niego, urzędnik, który przygotował pismo, napisał jedno zdanie za dużo. Zaznaczył przy tym, że na szczęście pismo nie wywołało żadnego skutku.
- To pismo, które stało się przyczynkiem do tego, żeby stawiać mi jakiekolwiek zarzuty jest dokumentem, który w standardowy sposób jest przygotowywany przez pracowników ministerstwa. Tak jest nie tylko w ministerstwie sportu, ale we wszystkich ministerstwach. Nie ja miałem inicjatywę, nie ja prosiłem o to pismo, nie ja sygnalizowałem. W związku z tym w żaden sposób nie mogę poczuć współodpowiedzialności - oświadczył były minister.
Podkreślił, że jego intencją nie było wykreślenie z projektu zapisu dotyczącego dopłat, a w piśmie miano jedynie zwrócić uwagę, że w związku z rezygnacją z realizacji II etapu budowy NCS - na co miały iść środki z dopłat - konieczna jest zmiana uzasadnienia dla rozszerzenia katalogu gier objętych dopłatami.
Drzewiecki zaznaczył, że II etap NCS był błędnie utożsamiany z inwestycjami związanymi z przygotowaniem do Euro 2012. Podkreślił, że w uzasadnieniu do projektu nowelizacji ustawy o grach drugi etap budowy NSC był wskazany jako cel, na który miały być przeznaczone wpływy z dopłat.
Z tego względu - jak przekonywał - gdy zrezygnowano z II etapu budowy NCS (m.in. dlatego, że okazało się to "nierealne finansowo" oraz dlatego, że UEFA zdecydował, że trzeba "zabezpieczyć dużą powierzchnię wokół stadionu narodowego na potrzeby obsługi Euro 2012"), dyrektor generalna w jego resorcie Monika Rolnik uznała za konieczne poinformowanie o tym fakcie wiceministra finansów Jacka Kapicy jako odpowiedzialnego za projekt zmian w ustawie hazardowej.
Drzewiecki zaznaczył, że polecił jej przygotowanie stosownego pisma i nie ingerował w jego treść; z kolei Rolnik zleciła przygotowanie pisma dyrektorowi departamentu prawno-kontrolnemu w resorcie sportu Rafałowi Wosikowi. Zdaniem Drzewieckiego intencją Rolnik było to, aby pismo do Kapicy dotyczyło zmiany uzasadnienia, ale Wosik nie do końca zrozumiał intencję, co spowodowało, że piśmie znalazły się sformułowania, których konsekwencją byłaby rezygnacja z dopłat.
Drzewiecki zaznaczył, że szczegółowy opis trybu przygotowania pisma do Kapicy z 30 czerwca znalazł się w pismach skierowanych przez Rolnik i Wosika do szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego 6 października. Podkreślił, że pismo z 30 czerwca było wadliwe, nie miało żadnych skutków prawnych, ani legislacyjnych.
Były minister sportu wyjaśniał także intencje drugiego pisma do Kapicy 2 września 2009 roku (w którym wycofywał się z uwag z 30 czerwca i decyzję w sprawie dopłat pozostawiał resortowi finansów). Drzewiecki przekonywał, że pismo z 2 września miało związek z pracami nad budżetem na 2010 roku, a nie z nowelizacją ustawy hazardowej.
Wyjaśnił, że 7 sierpnia otrzymał z resortu finansów założenia budżetu na rok 2010 z mniejszymi nakładami na sport. - Równocześnie 11 sierpnia skierowaliśmy do uzgodnień międzyresortowych projekt wieloletniego planu inwestycyjnego przewidujący zwiększenie finansowania budowy Stadionu Narodowego o ponad 441 mln zł w roku 2010 - zaznaczył. Dodał, że po analizie budżetu na rok 2010 zgodził się z sugestią Moniki Rolnik, żeby poinformować resort finansów o chęci pozyskania środków z ewentualnych dopłat do gier "na inne cele sportowe niż związane z II etapem NCS".
Drzewiecki dodał, że 19 sierpnia kalendarium oraz wszelkie ustalenia i dane otrzymane od urzędników przekazał premierowi. Jak mówił, premier przyjął jego sprawozdanie do wiadomości, a on tę sprawę uznał za zakończoną.
Jak podkreślił, jego spotkanie z premierem składało się z dwóch części, a ówczesny wicepremier i szef MSWiA Grzegorz Schetyna uczestniczył tylko w drugiej. Drzewiecki relacjonował, że spotkanie z premierem rozpoczęło się około godz. 16 i odbyło się w gabinecie szefa rządu. - Zostałem poproszony przez pana premiera. Pan premier był sam w gabinecie i poprosił mnie o przedstawienie, co się dzieje z ustawą o grach i zakładach wzajemnych - powiedział były szef resortu sportu.
Jak zeznał, później do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przyjechał wicepremier Grzegorz Schetyna i gdy premier dostał informacje o tym, poprosił wicepremiera na spotkanie. "W drugiej części rozmawialiśmy o dofinansowaniu stadionu narodowego" - powiedział Drzewiecki.
Drzewiecki zeznał, że podczas obu części spotkania premier nie wspominał o swojej rozmowie z szefem CBA Mariuszem Kamińskim 14 sierpnia; nie informował też o działaniach operacyjnych CBA związanych z nieprawidłowościami dotyczącymi prac nad nowelizacją tzw. ustawy hazardowej. Jak mówił, nie rozmawiali też na temat Ryszarda Sobiesiaka. Drzewiecki podkreślił, że z materiałem CBA, który Kamiński przekazał premierowi 12 sierpnia, on zapoznał się dopiero za pośrednictwem mediów.
Odpowiadając na pytania śledczych, Drzewiecki oświadczył, że nie był źródłem przecieku o działaniach CBA w tzw. aferze hazardowej. Jego zdaniem były szef CBA Mariusz Kamiński "barwnie i sugestywnie przedstawił komisji śledczej scenariusz wymyślonych wydarzeń". - Problem w tym, że działy się one jedynie w jego głowie. Uczynił to, nie mając cienia dowodów, bo też nie ma żadnych dowodów - ocenił były minister sportu, odnosząc się do wersji dotyczącej przecieku w tzw. aferze hazardowej, przedstawionej przez Kamińskiego podczas przesłuchania przed komisją.
Drzewiecki uznał, że "cały wywód Kamińskiego w sprawie przecieku to jedno wielkie kłamstwo i mistyfikacja, potrzebne, aby uderzyć w rząd". "Nie byłem źródłem przecieku" - zapewnił. Jak dodał, ani podczas spotkania 19 sierpnia 2009 roku, ani później premier nie informował go o toczącym się postępowaniu CBA.
- Charakter rozmowy i pytania dotyczyły jedynie prac ministerstwa i nie wskazywały na żadne nadzwyczajne okoliczności. (...) Pytania dotyczące procesu legislacyjnego jednej z ustaw (zmian w ustawie hazardowej) oraz roli, jaką odgrywało Ministerstwo Sportu, nie wzbudziły mojego zdziwienia. Również prośba o przekazanie pełnych informacji na temat prowadzonych przez ministerstwo działań nie odbiegała od standardowej procedury - mówił Drzewiecki.
Drzewiecki zarzucił Kamińskiemu, że wykorzystał Biuro do "przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej". Dowodem tego - zdaniem Drzewieckiego - jest to, że on sam był podsłuchiwany.
Drzewiecki przywołał artykuł w "Rzeczpospolitej" z 20 listopada 2009, w którym - jak mówił - pojawiła się informacja o treści jego rozmowy telefonicznej z żoną, jaką odbył tuż po spotkaniu 22 września w hotelu Radisson (spotkanie z udziałem Ryszarda Sobiesiaka). - Oznacza to, że albo mnie, albo mojej żonie założono podsłuch, w tym czasie byłem nie tylko posłem, ale też konstytucyjnym ministrem. Fakt, że byłem podsłuchiwany nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, że Mariusz Kamiński wykorzystał CBA do przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej - powiedział Drzewiecki.
O Kamińskim mówił, że "jest fanatycznie oddany partii i obsesyjnie nienawidzący przeciwników politycznych, chorobliwie ambitny i niebezpieczny". Ocenił też, że Kamiński "dostał rozkaz" przeprowadzenia przecieku o działaniach CBA w sprawie nieprawidłowości przy pracach nad zmianami w ustawie hazardowej. Mówił, że Kamiński "wiedział, że musi zaaranżować przeciek sam", bo "panowie z CBA nie mieli żadnych atutów".
- Ponieważ pan premier zachował tajemnicę, CBA samo przekazało informację o trwającym postępowaniu, proponując możliwość rzucenia oskarżeń pod adresem premiera i nie tylko. Wiedzieli, że będzie można bezkarnie formułować oskarżenia, które choć nie zamienią się w zarzuty karne, oznaczają faktyczną śmierć polityczną - mówił.
Dodał, że ma nadzieję, iż komisja wyjaśni, czy Kamiński mógł być źródłem przecieku, choć jednocześnie - zastrzegł - że jego wersja przecieku "jest absurdalna, tak samo jak wersja przedstawiona przez Kamińskiego, nie opiera się o żadne dowody, a jedynie o przekonania".
Były minister sportu powiedział też, że mimo iż na podstawie stenogramów rozmów podsłuchanych przez CBA jego znajomość z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem może sprawiać wrażenie "dużej zażyłości", naprawdę sprowadzała się do spotkań na turniejach golfa i innych imprezach sportowych. Zaznaczył, że nie bywał u Sobiesiaka w domu ani w jego pensjonacie. - Nie rozmawialiśmy na temat jego interesów, także tych związanych z hazardem. Nie pomagałem mu w sprawach związanych z jego działalnością gospodarczą - powiedział.
Jak wyjaśnił, znajomość z Sobiesiakiem miała charakter towarzysko-sportowy, oparty o wspólną pasję do golfa. Na pytanie Sławomira Neumanna (PO) o to, jak częste były to kontakty, odpowiedział, że wtedy, gdy został ministrem sportu, stały się rzadsze. - Dysponowałem (...) czasem w weekendy i wtedy mogłem grać w golfa - powiedział.
Drzewiecki powiedział, że nigdy nie był w żadnym ośrodku należącym do biznesmena. Zeznał też, że Sobiesiak był kilkakrotnie u niego w domu "wracając z golfa albo jadąc na golfa, przejeżdżając przez Łódź". Jak wyjaśnił, gdy został ministrem miał mało wolnego czasu, a soboty spędzał na otwarciach "orlików", dlatego w niedziele - gdy ktoś ze znajomych chciał się z nim spotkać - zapraszał do domu. Powiedział też, że o tym, iż Ryszard Sobiesiak był skazany za korupcję, dowiedział się z mediów w październiku 2009 r.
Odniósł się też do artykułu z 19 listopada 2009 r. w "Rzeczpospolitej", w którym - jak mówił - nazwano go "kłamcą", ponieważ podczas konferencji 3 października 2009 r. podał inną niż faktyczna datę ostatniego spotkania z Sobiesiakiem. Drzewiecki mówił w czwartek, że "prawdą jest, że ostatni raz widział Sobiesiaka 22 września 2009 roku w hotelu Radisson", ale też - jak przekonywał - prawdą jest, że w czasie konferencji jako punkt odniesienia przyjął daty pism wysyłanych do wiceministra finansów Jacka Kapicy, "o które przede wszystkim pytali dziennikarze i na którym przede wszystkim koncentrowała się ich uwaga" i w odniesieniu do tego okresu "próbował błyskawicznie przypomnieć sobie daty spotkań" z Sobiesiakiem. Chodzi o pisma z 30 czerwca 2009 roku i 2 września 2009 roku w sprawie dopłat do gier hazardowych.
Jak wyjaśnił, spotkanie z 22 września było zaplanowane tydzień wcześniej i Sobiesiak nie miał w nim uczestniczyć. - Uczestników było czterech i pan Sobiesiak dołączył dosłownie na kilka minut, zaproszony w trakcie tego spotkania (...) nie przeze mnie, jak skłamał po raz kolejny pan Kamiński - zeznał Drzewiecki. Dodał, że ma czterech świadków na to, że do spotkania z Sobiesiakiem doszło przypadkowo.
Drzewiecki potwierdził, że Sobiesiak zwrócił się do niego, aby pomógł w załatwieniu pracy jego córce - Magdalenie. Powiedział też, że sprawą zajmował się jego asystent Marcin Rosół. Pytany w jakich okolicznościach Sobiesiak zwrócił się do niego o pomoc w sprawie zatrudnienia córki, Drzewiecki odpowiedział, że "w normalnej rozmowie prosił, czy nie warto by pomóc jego córce, bo ona jest dobrze wykształcona, ma bardzo wysokie kwalifikacje". - W pierwszym momencie nawet wziąłem CV i mówię "OK", zakładając od razu, że nie może to być miejsce pracy w podległym mi ministerstwie ani w żadnych instytucjach, gdzie minister sportu ma wpływ na coś - tłumaczył Drzewiecki.
Podkreślił, że CV córki Sobiesiaka przekazał Rosołowi. - W zasadzie się tą sprawą nie interesowałem - zaznaczył. Według Drzewieckiego, prośba Sobiesiaka dotyczyła znalezienia pracy dla jego córki, ale nie konkretnie w Totalizatorze Sportowym. Drzewiecki pytany, czy wie, dlaczego kandydatura Magdaleny Sobiesiak została ostatecznie wycofana z konkursu na stanowisko w zarządzie TS, odpowiedział: - W momencie, kiedy pan Rosół mnie poinformował, że pani Sobiesiakowa złożyła aplikację w konkursie do Totalizatora, to moja odpowiedź była taka, że to jest głupi pomysł.
Pytany, czy wiedział o spotkaniu Rosoła z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia w restauracji Pędzący Królik (według byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego wtedy doszło do przecieku o akcji CBA), Drzewiecki odpowiedział: - Nie wiedziałem, że to spotkanie odbywa się tego dnia i w tym miejscu. Mówił, że wiedział jedynie, iż Rosół po tym, jak powiedział mu, że córka Sobiesiaka nie powinna aplikować do Totalizatora, będzie się z nią kontaktował, aby to przekazać.
Zbigniew Wassermann (PiS) pytał, czy były minister sportu w jakiś sposób protegował Magdalenę Sobiesiak u wiceministra skarbu Adama Leszkiewicza. - Nigdy nie rozmawiałem z panem Leszkiewiczem na temat pani Magdaleny Sobiesiak - odparł Drzewiecki. Wassermann pytał następnie, czy wie, że w wiadomości e-mail przesłanej Leszkiewiczowi 26 czerwca 2009 była informacja, że Magdalena Sobiesiak jest protegowaną Drzewieckiego. Nie powiedział jednak, kto miałby być autorem tego e-maila. - Nie, nie wiedziałem - odparł b. minister sportu.
Wassermann pytał też, czy wie, że Rosół przebywał w ośrodku w Zieleńcu - należącym do Ryszarda Sobiesiaka - w dniach 30 stycznia do 1 lutego i że za ten pobyt zapłacił syn Sobiesiaka. - Takiej informacji nie znam - odparł Drzewiecki.
Powiedział też, że nigdy nie rozmawiał z byłym szefem klubu PO Zbigniewem Chlebowskim na temat prac nad zmianami w ustawie hazardowej. Jak zaznaczył, w przeciwieństwie do Chlebowskiego, hazard nie interesował go w ogóle od momentu, gdy został posłem.
Podkreślił też, że jest posłem od 1991 roku i od tego czasu "nigdy nie składał żadnych wniosków, interpelacji czy propozycji dotyczących tzw. ustaw hazardowych". - W głosowaniach zawsze zajmowałem stanowisko zgodne ze stanowiskiem mojego klubu. (...) Nie wpływałem na kształt tych ustaw ani w rozmowach, ani w korespondencji, ani podczas spotkań, ani w jakikolwiek inny sposób - powiedział.
- Od 1 października 2009 trwa medialno-polityczne zjawisko pod nazwą afera hazardowa. W myśl propagandowej zasady, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, podjęto próbę uznania mnie za jednego z głównych bohaterów tego widowiska - powiedział Drzewiecki.
PAP, onet.pl
Drzewiecki: sprawą pracy dla córki Sobiesiaka zajmował się asystent
Były minister sportu Mirosław Drzewiecki potwierdził w czwartek przed komisją hazardową, że Ryszard Sobiesiak zwrócił się do niego, aby załatwił pracę jego córce. Drzewiecki powiedział też, że sprawą zajmował się jego asystent Marcin Rosół, a on sam szczegółowo się nią nie interesował.
Drzewiecki był pytany w jakich okolicznościach Sobiesiak zwrócił się do niego o pomoc w sprawie zatrudnienia córki. "W normalnej rozmowie prosił mnie, czy nie warto by pomóc jego córce, bo ona jest dobrze wykształcona, ma bardzo wysokie kwalifikacje. (...) W pierwszym momencie nawet wziąłem CV i mówię +OK+, zakładając od razu, że nie może to być miejsce pracy w podległym mi ministerstwie ani w żadnych instytucjach, gdzie minister sportu ma wpływ na coś" - tłumaczył Drzewiecki.
Podkreślił, że CV córki Sobiesiaka przekazał Rosołowi. "W zasadzie się tą sprawą nie interesowałem" - zaznaczył.
"Jak Rosół przeczytał to CV, to powiedział, że takiego człowieka nam trzeba. (...) Moja odpowiedź była natychmiastowa: ponieważ to jest córka mojego znajomego, to tylko z tego tytułu nie wchodzi w grę, żebyśmy mogli zaproponować jej pracę u siebie" - dodał. Drzewiecki. Zauważył, że takich ludzi jak Magdalena Sobiesiak "w ogóle potrzeba", bo - jak mówił - ukończyła ona prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, studiowała prawo w USA i zrobiła studia MBA.
Według Drzewieckiego, prośba Sobiesiaka dotyczyła znalezienia pracy dla jego córki, ale nie konkretnie w Totalizatorze Sportowym.
Drzewiecki pytany czy wie, dlaczego kandydatura Magdaleny Sobiesiak została ostatecznie wycofana z konkursu na stanowisko w zarządzie Totalizatora Sportowego, odpowiedział: "W momencie kiedy pan Rosół mnie poinformował, że pani Sobiesiakowa złożyła aplikację w konkursie do Totalizatora, to moja odpowiedź była taka, że to jest głupi pomysł"
"W Totalizatorze, mimo że to jest kompletnie niezależna od nas spółka skarbu państwa, mamy przedstawiciela w postaci jednego członka rady nadzorczej. W związku z tym uważałem, że nie powinna startować w takim konkursie, bo to by nas stawiało w złym świetle" - dodał.
Drzewiecki podkreślił też, że nie wiedział o tym, aby Sobiesiak chciał przekonać część członków rady nadzorczej TS do kandydatury swojej córki.
Były minister sportu zeznał też, że on sam spotkał Magdalenę Sobiesiak tylko raz, kilka lat temu, gdy ona studiowała w USA, a on przy okazji podróży do Stanów przekazał jej paczkę, prawdopodobnie z lekarstwami.
Pytany, czy wiedział o spotkaniu Rosoła z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia w restauracji "Pędzący królik" (według byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego wtedy doszło do przecieku o akcji CBA), Drzewiecki odpowiedział: "Nie wiedziałem, że to spotkanie odbywa się tego dnia i w tym miejscu". Mówił, że wiedział jedynie, iż Rosół po tym jak powiedział mu, że córka Sobiesiaka nie powinna aplikować do Totalizatora, będzie się z nią kontaktował, aby to przekazać.
Drzewiecki powiedział też, że Rosół nie był przez nikogo rekomendowany do pracy w ministerstwie sportu. Dodał, że ministerstwo szukało "młodych ludzi, którzy mają dużo energii i znają się na robocie", a Rosół spełniał te warunki. Dodał, że znał Rosoła z pracy w klubie parlamentarnym PO. Drzewiecki przyznał, że zatrudniając Rosoła wiedział, iż prokuratura prowadziła postępowanie dotyczące możliwości wyprowadzenia pieniędzy podczas jednej z kampanii wyborczych PO. Według niektórych mediów Rosół miał wyprowadzać pieniądze z kasy PO. "To było postępowanie w sprawie, nie przeciw komukolwiek (...) To postępowanie zostało umorzone, ponieważ nie wykazano żadnego naruszenia prawa z braku dowodów" - podkreślił.
Drzewiecki powiedział też, że wcześniej Rosół pracował jako asystent Grzegorza Schetyny, a także w jakiś sposób współpracował z Donaldem Tuskiem, choć - jak powiedział - nie wie, czy był jego asystentem, czy prowadził jego biuro.(PAP)
Źródło: PAP
Drzewiecki był pytany w jakich okolicznościach Sobiesiak zwrócił się do niego o pomoc w sprawie zatrudnienia córki. "W normalnej rozmowie prosił mnie, czy nie warto by pomóc jego córce, bo ona jest dobrze wykształcona, ma bardzo wysokie kwalifikacje. (...) W pierwszym momencie nawet wziąłem CV i mówię +OK+, zakładając od razu, że nie może to być miejsce pracy w podległym mi ministerstwie ani w żadnych instytucjach, gdzie minister sportu ma wpływ na coś" - tłumaczył Drzewiecki.
Podkreślił, że CV córki Sobiesiaka przekazał Rosołowi. "W zasadzie się tą sprawą nie interesowałem" - zaznaczył.
"Jak Rosół przeczytał to CV, to powiedział, że takiego człowieka nam trzeba. (...) Moja odpowiedź była natychmiastowa: ponieważ to jest córka mojego znajomego, to tylko z tego tytułu nie wchodzi w grę, żebyśmy mogli zaproponować jej pracę u siebie" - dodał. Drzewiecki. Zauważył, że takich ludzi jak Magdalena Sobiesiak "w ogóle potrzeba", bo - jak mówił - ukończyła ona prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, studiowała prawo w USA i zrobiła studia MBA.
Według Drzewieckiego, prośba Sobiesiaka dotyczyła znalezienia pracy dla jego córki, ale nie konkretnie w Totalizatorze Sportowym.
Drzewiecki pytany czy wie, dlaczego kandydatura Magdaleny Sobiesiak została ostatecznie wycofana z konkursu na stanowisko w zarządzie Totalizatora Sportowego, odpowiedział: "W momencie kiedy pan Rosół mnie poinformował, że pani Sobiesiakowa złożyła aplikację w konkursie do Totalizatora, to moja odpowiedź była taka, że to jest głupi pomysł"
"W Totalizatorze, mimo że to jest kompletnie niezależna od nas spółka skarbu państwa, mamy przedstawiciela w postaci jednego członka rady nadzorczej. W związku z tym uważałem, że nie powinna startować w takim konkursie, bo to by nas stawiało w złym świetle" - dodał.
Drzewiecki podkreślił też, że nie wiedział o tym, aby Sobiesiak chciał przekonać część członków rady nadzorczej TS do kandydatury swojej córki.
Były minister sportu zeznał też, że on sam spotkał Magdalenę Sobiesiak tylko raz, kilka lat temu, gdy ona studiowała w USA, a on przy okazji podróży do Stanów przekazał jej paczkę, prawdopodobnie z lekarstwami.
Pytany, czy wiedział o spotkaniu Rosoła z Magdaleną Sobiesiak 24 sierpnia w restauracji "Pędzący królik" (według byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego wtedy doszło do przecieku o akcji CBA), Drzewiecki odpowiedział: "Nie wiedziałem, że to spotkanie odbywa się tego dnia i w tym miejscu". Mówił, że wiedział jedynie, iż Rosół po tym jak powiedział mu, że córka Sobiesiaka nie powinna aplikować do Totalizatora, będzie się z nią kontaktował, aby to przekazać.
Drzewiecki powiedział też, że Rosół nie był przez nikogo rekomendowany do pracy w ministerstwie sportu. Dodał, że ministerstwo szukało "młodych ludzi, którzy mają dużo energii i znają się na robocie", a Rosół spełniał te warunki. Dodał, że znał Rosoła z pracy w klubie parlamentarnym PO. Drzewiecki przyznał, że zatrudniając Rosoła wiedział, iż prokuratura prowadziła postępowanie dotyczące możliwości wyprowadzenia pieniędzy podczas jednej z kampanii wyborczych PO. Według niektórych mediów Rosół miał wyprowadzać pieniądze z kasy PO. "To było postępowanie w sprawie, nie przeciw komukolwiek (...) To postępowanie zostało umorzone, ponieważ nie wykazano żadnego naruszenia prawa z braku dowodów" - podkreślił.
Drzewiecki powiedział też, że wcześniej Rosół pracował jako asystent Grzegorza Schetyny, a także w jakiś sposób współpracował z Donaldem Tuskiem, choć - jak powiedział - nie wie, czy był jego asystentem, czy prowadził jego biuro.(PAP)
Źródło: PAP
Nowy bohater komisji hazardowej?
Znałem Marcina Rosoła z klubu parlamentarnego PO, jako energicznego i młodego chłopaka. Dlatego zatrudniłem go w resorcie sportu - powiedział przed komisją hazardową Mirosław Drzewiecki, pytany o swojego asystenta, który według CBA mógł być jednym z ogniw przecieku z akcji CBA ws. afery hazardowej.
O Rosoła, który był szefem gabinetu politycznego byłego ministra sportu, pytali Drzewieckiego przede wszystkim posłowie: Bartosz Arłukowicz z Lewicy (swoje tury pytań poświęcił głównie Rosołowi) i Zbigniew Wassermann z PiS-u.
- Dlaczego zaczął u pana pracować? - pytał Arłukowicz. - Szukałem młodych ludzi do pracy. Pamiętałem pracowitość i umiejętności organizacyjne pana Rosoła - wyjaśnił Drzewiecki, podkreślając wykształcenie Rosoła, który ma dwa fakultety.
"Potrzebowałem takich ludzi"
- To bardzo ważna postać tej sprawy (afery hazardowej - red.). Kto panu rekomendował go, jako dobrego pracownika? - dociekał Wassermann. - To była moja decyzja, w oparciu o obserwację pracy pana Rosoła w klubie parlamentarnym PO. Wiedziałem, że jest młodym, sprawnym człowiekiem, więc do projektu "Orliki" wniesie dużo energii - powtórzył po raz kolejny Drzewiecki.
Według CBA, Rosół był jednym z ogniw przecieku z akcji Biura, w wyniku którego biznesmen z branży hazardowej Ryszard Sobiesiak "Rysio" został ostrzeżony, iż interesuje się nim CBA. 24 sierpnia 2009 r. po południu spotkał się z córką Sobiesiaka w warszawskiej kawiarni "Pędzący Królik". Tam, według Kamińskiego, zakończył się przeciekowy łańcuszek: Tusk (ewentualnie szef kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki) – Drzewiecki – Rosół – Sobiesiakowie.
- Wiedział pan o spotkaniu Rosoła z Sobiesiak? - pytał Drzewieckiego, poseł Urbaniak. - Nie wiedziałem - zapewnił były minister sportu.
Rosół - według CBA - uczestniczył też w załatwianiu pracy córce Sobiesiaka w zarządzie Totalizatora Sportowego. Drzewiecki - pytany o to przez sejmowych śledczych - stwierdził, że kiedy Rosół zaproponował, by dać pracę córce Sobiesiaka, powiedział że to "głupi pomysł", żeby załatwiać coś znajomym w placówkach związanych z jego ministerstwem lub w spółkach z udziałem Skarbu Państwa.
Rosół u Schetyny i Tuska
Ale nie tylko aktywność Rosoła w resorcie sportu interesowała śledczych. Dopytywali też o jego pracę jako pełnomocnika finansowego kampanii wyborczej PO.
Według "Newsweeka", Rosół oraz blisko z nim współpracujący Piotr Wawrzynowicz wyprowadzili podczas kampanii wyborczych z partyjnej kasy grube pieniądze. Odbywało się to poprzez tzw. słupy, czyli osoby podstawione do przeprowadzania fikcyjnych transakcji. Najpierw podstawieni ludzie podpisywali umowy na wykonanie fikcyjnych zadań dla sztabu wyborczego, potem sztab przelewał na ich konta pieniądze (zwykle kilka tysięcy złotych, choć były i wyższe kwoty). Następnie "słupy" oddawały większość tych sum Marcinowi Rosołowi, sobie zostawiając niewielkie kieszonkowe.
Drzewiecki przyznał, że zatrudniając Rosoła wiedział, iż prokuratura prowadziła postępowanie dotyczące możliwości wyprowadzenia pieniędzy podczas jednej z kampanii wyborczych PO. - To było postępowanie w sprawie, nie przeciw komukolwiek i zostało umorzone, ponieważ nie wykazano żadnego naruszenia prawa z braku dowodów - stwierdził.
Poinformował również, że wcześniej Rosół pracował jako asystent Schetyny, a także w jakiś sposób współpracował z Tuskiem, choć - jak powiedział - nie wie, czy był jego asystentem, czy prowadził jego biuro.
"Dostał pracę, bo kocha sport"
Arłukowicz dopytywał też Drzewieckiego o Wawrzynowicza. - Czy pan go zna? - pytał poseł Lewicy. - Tak, znam go siedem lat. Był moim zastępcą jako skarbnika partii. Był też pełnomocnikiem finansowym kampanii wyborczej PO - powiedział Drzewiecki. - A której? - dociekał Arłukowicz. - Jakbym wiedział (że będę o to pytany - red.), to bym się przygotował. Nie chcę wprowadzać w błąd - odpowiedział Drzewiecki. - A czy wyklucza pan, że był pełnomocnikiem finansowym kampanii prezydenckiej Donalda Tuska w 2005 r.? - nie rezygnował Arłukowicz. - Nie wykluczam - powiedział były minister sportu. Dodał, że wówczas, kiedy za kampanijne finanse odpowiadał Wawrzynowicz, PKW miała uwagi do sprawozdania finansowego, gdyż został przekroczony limit wydatków.
- Czy ma pan informację na temat zawodowych losów Wawrzynowicza po tzw. aferze słupowej? - dociekał Arłukowicz. - Mam nadzieję, że te pytania mają związek z badaną przez nas sprawą - zareagował przewodniczący komisji Mirosław Sekuła z PO. - Chyba pracuje w PKOl-u (Polskim Komitecie Olimpijskim - red.). Dlatego, że kocha sport i ma dużą wiedzę na ten temat - oznajmił Drzewiecki. - Panie ministrze, gdyby w PKOl-u pracowali wszyscy, którzy kochają sport, to by tam pracowało 20 mln ludzi - stwierdził ironicznie Arłukowicz.
A na koniec zapytał, czy Wawrzynowicz był lub jest doradcą Elektrim Volt S.A, doradcą przewodniczącego rady nadzorczej Towarowej Giełdy Energii, przewodniczącym rady nadzorczej Gaz Stal S.A w Zielonej Górze i członkiem rady nadzorczej Rafako S.A.
- Nie mogę potwierdzić, nie mam takiej wiedzy - odpowiedział Arłukowiczowi, Drzewiecki.
mac/tr
tvn24
O Rosoła, który był szefem gabinetu politycznego byłego ministra sportu, pytali Drzewieckiego przede wszystkim posłowie: Bartosz Arłukowicz z Lewicy (swoje tury pytań poświęcił głównie Rosołowi) i Zbigniew Wassermann z PiS-u.
- Dlaczego zaczął u pana pracować? - pytał Arłukowicz. - Szukałem młodych ludzi do pracy. Pamiętałem pracowitość i umiejętności organizacyjne pana Rosoła - wyjaśnił Drzewiecki, podkreślając wykształcenie Rosoła, który ma dwa fakultety.
"Potrzebowałem takich ludzi"
- To bardzo ważna postać tej sprawy (afery hazardowej - red.). Kto panu rekomendował go, jako dobrego pracownika? - dociekał Wassermann. - To była moja decyzja, w oparciu o obserwację pracy pana Rosoła w klubie parlamentarnym PO. Wiedziałem, że jest młodym, sprawnym człowiekiem, więc do projektu "Orliki" wniesie dużo energii - powtórzył po raz kolejny Drzewiecki.
Według CBA, Rosół był jednym z ogniw przecieku z akcji Biura, w wyniku którego biznesmen z branży hazardowej Ryszard Sobiesiak "Rysio" został ostrzeżony, iż interesuje się nim CBA. 24 sierpnia 2009 r. po południu spotkał się z córką Sobiesiaka w warszawskiej kawiarni "Pędzący Królik". Tam, według Kamińskiego, zakończył się przeciekowy łańcuszek: Tusk (ewentualnie szef kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki) – Drzewiecki – Rosół – Sobiesiakowie.
- Wiedział pan o spotkaniu Rosoła z Sobiesiak? - pytał Drzewieckiego, poseł Urbaniak. - Nie wiedziałem - zapewnił były minister sportu.
Rosół - według CBA - uczestniczył też w załatwianiu pracy córce Sobiesiaka w zarządzie Totalizatora Sportowego. Drzewiecki - pytany o to przez sejmowych śledczych - stwierdził, że kiedy Rosół zaproponował, by dać pracę córce Sobiesiaka, powiedział że to "głupi pomysł", żeby załatwiać coś znajomym w placówkach związanych z jego ministerstwem lub w spółkach z udziałem Skarbu Państwa.
Rosół u Schetyny i Tuska
Ale nie tylko aktywność Rosoła w resorcie sportu interesowała śledczych. Dopytywali też o jego pracę jako pełnomocnika finansowego kampanii wyborczej PO.
Według "Newsweeka", Rosół oraz blisko z nim współpracujący Piotr Wawrzynowicz wyprowadzili podczas kampanii wyborczych z partyjnej kasy grube pieniądze. Odbywało się to poprzez tzw. słupy, czyli osoby podstawione do przeprowadzania fikcyjnych transakcji. Najpierw podstawieni ludzie podpisywali umowy na wykonanie fikcyjnych zadań dla sztabu wyborczego, potem sztab przelewał na ich konta pieniądze (zwykle kilka tysięcy złotych, choć były i wyższe kwoty). Następnie "słupy" oddawały większość tych sum Marcinowi Rosołowi, sobie zostawiając niewielkie kieszonkowe.
Drzewiecki przyznał, że zatrudniając Rosoła wiedział, iż prokuratura prowadziła postępowanie dotyczące możliwości wyprowadzenia pieniędzy podczas jednej z kampanii wyborczych PO. - To było postępowanie w sprawie, nie przeciw komukolwiek i zostało umorzone, ponieważ nie wykazano żadnego naruszenia prawa z braku dowodów - stwierdził.
Poinformował również, że wcześniej Rosół pracował jako asystent Schetyny, a także w jakiś sposób współpracował z Tuskiem, choć - jak powiedział - nie wie, czy był jego asystentem, czy prowadził jego biuro.
"Dostał pracę, bo kocha sport"
Arłukowicz dopytywał też Drzewieckiego o Wawrzynowicza. - Czy pan go zna? - pytał poseł Lewicy. - Tak, znam go siedem lat. Był moim zastępcą jako skarbnika partii. Był też pełnomocnikiem finansowym kampanii wyborczej PO - powiedział Drzewiecki. - A której? - dociekał Arłukowicz. - Jakbym wiedział (że będę o to pytany - red.), to bym się przygotował. Nie chcę wprowadzać w błąd - odpowiedział Drzewiecki. - A czy wyklucza pan, że był pełnomocnikiem finansowym kampanii prezydenckiej Donalda Tuska w 2005 r.? - nie rezygnował Arłukowicz. - Nie wykluczam - powiedział były minister sportu. Dodał, że wówczas, kiedy za kampanijne finanse odpowiadał Wawrzynowicz, PKW miała uwagi do sprawozdania finansowego, gdyż został przekroczony limit wydatków.
- Czy ma pan informację na temat zawodowych losów Wawrzynowicza po tzw. aferze słupowej? - dociekał Arłukowicz. - Mam nadzieję, że te pytania mają związek z badaną przez nas sprawą - zareagował przewodniczący komisji Mirosław Sekuła z PO. - Chyba pracuje w PKOl-u (Polskim Komitecie Olimpijskim - red.). Dlatego, że kocha sport i ma dużą wiedzę na ten temat - oznajmił Drzewiecki. - Panie ministrze, gdyby w PKOl-u pracowali wszyscy, którzy kochają sport, to by tam pracowało 20 mln ludzi - stwierdził ironicznie Arłukowicz.
A na koniec zapytał, czy Wawrzynowicz był lub jest doradcą Elektrim Volt S.A, doradcą przewodniczącego rady nadzorczej Towarowej Giełdy Energii, przewodniczącym rady nadzorczej Gaz Stal S.A w Zielonej Górze i członkiem rady nadzorczej Rafako S.A.
- Nie mogę potwierdzić, nie mam takiej wiedzy - odpowiedział Arłukowiczowi, Drzewiecki.
mac/tr
tvn24
Rosół - nielubiany kolega z PO
Na jednego z głównych bohaterów afery hazardowej wyrasta nie tylko Mirosław Drzewiecki, ale i jego asystent Marcin Rosół. Choć sam miał mały wpływ na prace legislacyjne, to działał jako pośrednik między politykami i biznesmenami od hazardu: biegał, umawiał, instruował.
To Rosół miał 26 czerwca wysłać wiceministrowi skarbu Adamowi Leszkiewiczowi CV Magdaleny Sobiesiak z informacją, że to osoba, "którą Ministerstwo Sportu rekomenduje do zarządu Totalizatora Sportowego".
W połowie sierpnia przypomniał Sobiesiakowi, że jego córka musi zbyć udziały w firmie Golden Play, bo "źle by wyglądało, gdyby weszła do zarządu Totalizatora Sportowego, będąc jednocześnie udziałowcem spółki, która jest konkurencją dla Totalizatora". Tydzień później spotkał się z Magdą Sobiesiak w osławionym już Pędzącym Króliku. O czym rozmawiali, nie wiadomo. Ale wiele wskazuje na to, że Rosół mógł powiedzieć kobiecie o akcji CBA, dzień później wycofał jej zgłoszenie do konkursu.
W listopadzie ubiegłego roku wyszło też na jaw, że asystent ministra spędził urlop w ośrodku Sobiesiaka. Rosół nie był w stanie przedstawić dowodu zapłaty za pobyt w pensjonacie Vital & Spa Resort Szarotka.
Choć nie ma jeszcze wyznaczonego terminu przesłuchania, Rosół na pewno stawi się przed komisją i będzie się tłumaczył ze swoich kontaktów z ludźmi od hazardu. - Mam do tego świadka kilka pytań - nie ukrywa Bartosz Arłukowicz, członek komisji, która ma wyjaśnić kulisy afery hazardowej. Jakich? Tego na razie nie chce zdradzić.
Ale politycy PO, a przynajmniej ich spora część, nie mogą się tego przesłuchania doczekać. - Rosół to facet bardzo słaby psychicznie. Łatwo go zirytować, wyprowadzić z równowagi, więc na komisji może być kabaret - cieszy się jeden z nich.
Bo asystent Drzewieckiego nie jest lubiany przez kolegów z PO, zwłaszcza tych z terenu. - Chodził jak paw. Od kiedy wkradł się w łaski Schetyny i Tuska, woda sodowa uderzyła mu do głowy. Wydawało mu się, że jest bardzo ważny - opowiada jeden z nich.
Marcin Rosół, zaledwie 32-latek, przyjechał z Zabrza na studia do Warszawy. - Udzielał się w Młodych Demokratach, i to oni polecili go do biura sejmowego. Tam szybko wszedł w łaski Schetyny - opowiada nam jeden z polityków PO.
Dyskretny, oddany, godny zaufania: szybko stał się asystentem i prawą ręką tego wpływowego polityka Platformy. - Odwalał za niego czarną robotę, bo Schetyna robił wielką politykę, a do tego lubił zobaczyć mecz i napić się dobrego wina - mówi jeden z naszych rozmówców. Rosół często w imieniu szefa jeździł w teren i rozmawiał z lokalnymi działaczami. Wielu z nich, doświadczonych i starszych, traktował niegrzecznie. - Nabrał też nawyków Schetyny: tym, którzy byli mu potrzebni, nieba by uchylił, nieprzydatnych miał za nic - opowiada osoba z kręgu PO.
A Rosół to ponoć człowiek chorobliwie ambitny. - Z naciskiem na chorobliwie - twierdzi Jan Artymowski, kiedyś także działacz Młodych Demokratów, a dziś polityk SD. Rosół przez pewien czas był nawet asystentem Tuska. Polecił go sam Schetyna, by - jak mówią - wiedzieć, co dzieje się w otoczeniu przyszłego premiera.
W latach 2004 i 2005 ambitny asystent polityków Platformy był pełnomocnikiem finansowym PO podczas kampanii wyborczych. Po wyborach w 2005 r. został dyrektorem klubu parlamentarnego PO w Sejmie. I wtedy Marcin Rosół trafił na pierwsze strony gazet.
Jerzy Jachowicz, wtedy dziennikarz "Newsweeka", opisał nadzorowany przez Rosoła proceder wyprowadzania pieniędzy przeznaczonych na kampanię do prywatnych kieszeni za pomocą tzw. słupów.
Rosół musiał usunąć się w cień, zawieszono go w prawach członka PO, ale w zamian dostał ciepłą posadę w Agencji Rozwoju Mazowsza. Nie stracił jednak pewności siebie. Jeden z polityków PO opowiada nam, jak to spotkał się w tym czasie z Rosołem i podczas wymiany wizytówek ten wyciągnął swoją, skreślił na niej "członek zarządu" i napisał długopisem "wiceprezes". - Widocznie nie zdążyli mu zmienić - śmieje się nasz rozmówca.
Rosół wyszedł z cienia, kiedy Platforma doszła do władzy w 2007 r., a prokuratura, która prowadziła sprawę przeciwko niemu, postanowiła ją umorzyć. Wtedy Marcin Rosół został szefem gabinetu Drzewieckiego. Zdaniem polityków PO Rosół wie wiele o finansach partii i zna jej tajemnice. Dlatego dotąd mógł zawsze mógł liczyć na parasol ochronny. Jak będzie teraz?
Dziś Rosół pilnie przygotowuje się do przesłuchań przed komisją. Nie może dać się wyprowadzić z równowagi, a członkowie komisji na pewno będą chcieli wiedzieć, dlaczego tak usilnie załatwiał pracę córce biznesmena Sobiesiaka.
Polska the Times
Dorota Kowalska
To Rosół miał 26 czerwca wysłać wiceministrowi skarbu Adamowi Leszkiewiczowi CV Magdaleny Sobiesiak z informacją, że to osoba, "którą Ministerstwo Sportu rekomenduje do zarządu Totalizatora Sportowego".
W połowie sierpnia przypomniał Sobiesiakowi, że jego córka musi zbyć udziały w firmie Golden Play, bo "źle by wyglądało, gdyby weszła do zarządu Totalizatora Sportowego, będąc jednocześnie udziałowcem spółki, która jest konkurencją dla Totalizatora". Tydzień później spotkał się z Magdą Sobiesiak w osławionym już Pędzącym Króliku. O czym rozmawiali, nie wiadomo. Ale wiele wskazuje na to, że Rosół mógł powiedzieć kobiecie o akcji CBA, dzień później wycofał jej zgłoszenie do konkursu.
W listopadzie ubiegłego roku wyszło też na jaw, że asystent ministra spędził urlop w ośrodku Sobiesiaka. Rosół nie był w stanie przedstawić dowodu zapłaty za pobyt w pensjonacie Vital & Spa Resort Szarotka.
Choć nie ma jeszcze wyznaczonego terminu przesłuchania, Rosół na pewno stawi się przed komisją i będzie się tłumaczył ze swoich kontaktów z ludźmi od hazardu. - Mam do tego świadka kilka pytań - nie ukrywa Bartosz Arłukowicz, członek komisji, która ma wyjaśnić kulisy afery hazardowej. Jakich? Tego na razie nie chce zdradzić.
Ale politycy PO, a przynajmniej ich spora część, nie mogą się tego przesłuchania doczekać. - Rosół to facet bardzo słaby psychicznie. Łatwo go zirytować, wyprowadzić z równowagi, więc na komisji może być kabaret - cieszy się jeden z nich.
Bo asystent Drzewieckiego nie jest lubiany przez kolegów z PO, zwłaszcza tych z terenu. - Chodził jak paw. Od kiedy wkradł się w łaski Schetyny i Tuska, woda sodowa uderzyła mu do głowy. Wydawało mu się, że jest bardzo ważny - opowiada jeden z nich.
Marcin Rosół, zaledwie 32-latek, przyjechał z Zabrza na studia do Warszawy. - Udzielał się w Młodych Demokratach, i to oni polecili go do biura sejmowego. Tam szybko wszedł w łaski Schetyny - opowiada nam jeden z polityków PO.
Dyskretny, oddany, godny zaufania: szybko stał się asystentem i prawą ręką tego wpływowego polityka Platformy. - Odwalał za niego czarną robotę, bo Schetyna robił wielką politykę, a do tego lubił zobaczyć mecz i napić się dobrego wina - mówi jeden z naszych rozmówców. Rosół często w imieniu szefa jeździł w teren i rozmawiał z lokalnymi działaczami. Wielu z nich, doświadczonych i starszych, traktował niegrzecznie. - Nabrał też nawyków Schetyny: tym, którzy byli mu potrzebni, nieba by uchylił, nieprzydatnych miał za nic - opowiada osoba z kręgu PO.
A Rosół to ponoć człowiek chorobliwie ambitny. - Z naciskiem na chorobliwie - twierdzi Jan Artymowski, kiedyś także działacz Młodych Demokratów, a dziś polityk SD. Rosół przez pewien czas był nawet asystentem Tuska. Polecił go sam Schetyna, by - jak mówią - wiedzieć, co dzieje się w otoczeniu przyszłego premiera.
W latach 2004 i 2005 ambitny asystent polityków Platformy był pełnomocnikiem finansowym PO podczas kampanii wyborczych. Po wyborach w 2005 r. został dyrektorem klubu parlamentarnego PO w Sejmie. I wtedy Marcin Rosół trafił na pierwsze strony gazet.
Jerzy Jachowicz, wtedy dziennikarz "Newsweeka", opisał nadzorowany przez Rosoła proceder wyprowadzania pieniędzy przeznaczonych na kampanię do prywatnych kieszeni za pomocą tzw. słupów.
Rosół musiał usunąć się w cień, zawieszono go w prawach członka PO, ale w zamian dostał ciepłą posadę w Agencji Rozwoju Mazowsza. Nie stracił jednak pewności siebie. Jeden z polityków PO opowiada nam, jak to spotkał się w tym czasie z Rosołem i podczas wymiany wizytówek ten wyciągnął swoją, skreślił na niej "członek zarządu" i napisał długopisem "wiceprezes". - Widocznie nie zdążyli mu zmienić - śmieje się nasz rozmówca.
Rosół wyszedł z cienia, kiedy Platforma doszła do władzy w 2007 r., a prokuratura, która prowadziła sprawę przeciwko niemu, postanowiła ją umorzyć. Wtedy Marcin Rosół został szefem gabinetu Drzewieckiego. Zdaniem polityków PO Rosół wie wiele o finansach partii i zna jej tajemnice. Dlatego dotąd mógł zawsze mógł liczyć na parasol ochronny. Jak będzie teraz?
Dziś Rosół pilnie przygotowuje się do przesłuchań przed komisją. Nie może dać się wyprowadzić z równowagi, a członkowie komisji na pewno będą chcieli wiedzieć, dlaczego tak usilnie załatwiał pracę córce biznesmena Sobiesiaka.
Polska the Times
Dorota Kowalska
Subskrybuj:
Posty (Atom)