Sensacyjne doniesienia "Super Expressu". Prokuratura ma dowody na kontakty brata Mirosława Drzewieckiego - Dariusza - z łódzką "ośmiornicą". Obciąża go były wspólnik, który zeznał, że brat polityka pożyczał pieniądze od bossa mafii.
Dariusz Drzewiecki ma kolejny problem. Po ujawnieniu przez "Dziennik Gazetę Prawną" informacji, że brat byłego ministra sportu miał oferować austriackiej firmie Alpine Bau załatwienie rządowych kontraktów na budowę stadionów na Euro 2012, na jaw wychodzą następne niewygodne doniesienia z jego przeszłości.
"Super Express" dotarł do treści zeznań jego byłego wspólnika. Paweł J. zeznał, że Dariusz Drzewiecki, by zdobyć fundusze na remont dyskoteki, pożyczył w latach 90. kilkadziesiąt tysięcy marek od bossa mafii, Tadeusza M., pseudonim Tata. Później zaś odsprzedał mu swoje udziały w lokalu, doprowadzając wspólnika do ruiny finansowej. Paweł J. musiał bowiem oddać dług, oczywiście z ogromnymi, naliczanymi przez gangsterów, odsetkami.
"Darek nie poczuwał się, by spłacić pożyczkę" - skarżył się Paweł J.
To jednak nie koniec kontaktów brata ministra z gangsterami - twierdzi "Super Express". Powołując się na akta ze śledztwa gazeta podaje, że w maju 1999 roku Dariusz Drzewiecki pożyczył 400 milionów starych złotych od innego członka "ośmiornicy" - Andrzeja M., pseudonim Mikser. Pieniądze miały pójść na budowę restauracji "Marhaba" w Zduńskiej Woli. Dług został zwrócony po 10 dniach.
Mniej więcej w tym samym czasie - jak ustalili dziennikarze "Super Expressu" - żona Mirosława Drzewieckiego, Janina, prowadziła ekskluzywną kawiarnię "Wiedeńska", którą upodobali sobie łódzccy gangsterzy. Lokal był częstym miejscem ich spotkań. Drzewieccy zamknęli go, gdy prasa zaczęła się o tym rozpisywać.
"Super Express"
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2010/01/26
2010/01/25
Ratusz wyjątkowo chętnie wspiera fundację posłanki PO
- To, że przyjaźnię się z prezydent Warszawy, w ogóle nie pomaga przy załatwianiu spraw mojej fundacji w ratuszu. A nawet przeszkadza - utrzymuje posłanka PO Joanna Fabisiak, choć jej Świat na Tak cieszy się wyjątkowym wsparciem urzędu miasta i podlegających mu spółek.
Ratusz na tak dla fundacji posłanki PO
- To, że przyjaźnię się z prezydent Warszawy, w ogóle nie pomaga przy załatwianiu spraw mojej fundacji w ratuszu. A nawet przeszkadza - utrzymuje posłanka PO Joanna Fabisiak, choć jej "Świat na Tak" cieszy się wyjątkowym wsparciem urzędu miasta i podlegających mu spółek
W sobotę odbył się coroczny bal karnawałowy fundacji Świat na Tak. Jednym ze sponsorów były warszawskie Wodociągi, które dotują to stowarzyszenie od wyborczego zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w 2006 r. Patronat honorowy nad imprezą objęła Hanna Gronkiewicz-Waltz.
- Tym razem bawiliśmy się w klimacie muzyki lat 60. Uczestnicy dostali gadżety ufundowane przez wodociągi i Pałac Kultury [to też miejska spółka] - relacjonuje Elżbieta Kubik ze Świata na Tak.
Fundację stworzyła i prowadzi Joanna Fabisiak, warszawska posłanka PO, a prywatnie wieloletnia przyjaciółka Hanny Gronkiewicz-Waltz. W ciągu ostatnich dwóch lat ratusz dał tej organizacji przeszło pół miliona złotych. Powierzył jej akcję promowania zdrowego stylu życia wśród młodzieży, sponsorował samorządowy konkurs nastolatków Ośmiu Wspaniałych, w którym nagradzane są postawy prospołeczne. Ofertę fundacji Świat na Tak skierowaną wcześniej głównie do ludzi młodych dzięki dotacji ratusza poszerzono o aktywizację osób w podeszłym wieku.
Zabrakło podpisu
Nie wszystkie organizacje pozarządowe mogą się cieszyć w ratuszu tak przychylnym nastawieniem. - Przez bezduszność urzędników ratusza najpewniej będziemy musieli zamknąć dwa ośrodki rehabilitacji dla osób z niepełnosprawnością intelektualną - alarmuje Anna Machalica, prezes stowarzyszenia Otwarte Drzwi.
Pierwszy przy Białobrzeskiej na Ochocie istnieje od dziesięciu lat, z jego pomocy korzysta 30 osób. Drugi to ośrodek wsparcia Partner na Woli. Od trzech lat niepełnosprawni mogą tam korzystać z fachowych porad i zajęć.
Żeby dostać pieniądze na prowadzenie swoich ośrodków, Otwarte Drzwi muszą stawać w konkursach ratusza. - Pod koniec roku nasz wniosek odrzucono z powodów formalnych - mówi Anna Machalica. - Urzędnicy zakwestionowali źle odbitą pieczątkę na jednym z pism.
- Brakowało podpisu na załączniku. Dlatego Otwarte Drzwi nie dostały dotacji - przyznaje Marcin Wojdat, szef miejskiego biura komunikacji społecznej. Prezes Machalica miała nadzieję, że urzędnicy konkurs powtórzą i ośrodki uda się uratować. - Ale ratusz nic nie robi. Zaczynamy protest. Nasi podopieczni pojadą do biura polityki społecznej i złożą oficjalne pisma z prośbą o pomoc - zapowiada prezes stowarzyszenia Otwarte Drzwi.
Metoda wychowawcza
Takich kłopotów nie ma fundacja posłanki Fabisiak. Jak ustaliliśmy, Świat na Tak korzysta nawet z cichego wsparcia miejskich urzędników. - Jeden z przełożonych nakazał nam poprawiać po godzinach źle wypełnione wnioski o dotacje dla fundacji Świat na Tak. Wiedzieliśmy, że to niesprawiedliwe wobec innych organizacji, ale nikt nie odważył się odmówić - mówi szeregowy pracownik ratusza, prosząc o zachowanie anonimowości.
- Gdy przed laty tworzyłam nowatorską metodę wychowania przez wolontariat, śmiano się ze mnie. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że to doskonała forma kształtowania młodych charakterów - przekonuje tymczasem Joanna Fabisiak.
Jeden z kluczowych tekstów ilustrujących cele i metody Świata na Tak to opublikowana na stronie internetowej "Metoda wychowawcza Joanny Fabisiak". - Człowiek chce być kochany, każdy chce mieć kogoś bliskiego, dla kogo jest najważniejszy - pisze posłanka. Potem zauważa, że postawy egocentryczne niszczą przyjaźnie i rozbijają rodziny. Dlatego powołując się na słowa Jana Pawła II, Joanna Fabisiak wywodzi, jak przez kreowanie postaw społecznych "układać człowieka".
- Nie kryje bliskich związków z Kościołem katolickim. Często występuje jako stróż moralności. Potrafi interweniować, gdy jakiś urzędnik łamie w swoim życiu katolickie zasady. Jednego bezpardonowo skrytykowała, gdy doszły do niej słuchy, że bierze rozwód - mówi nam jeden z polityków Platformy.
Pomagają nawet wodociągi
Gdy ponad trzy lata temu Hanna Gronkiewicz-Waltz wprowadzała się do ratusza, wieszczono, że Joanna Fabisiak zostanie wiceprezydentem. Obie panie znały się od dawna i darzyły pełnym zaufaniem. Szefowa fundacji Świat na Tak miała za sobą staż radnej: zaczynała w międzyparafialnych komitetach wyborczych, potem przeszła do AWS. Przyjaźń scementowały wybory prezydenckie w 1995 r. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz jako żelazna dama i szefowa NBP walczyła bez powodzenia o najwyższy urząd w państwie, Fabisiak szefowała w jej sztabie.
Dziesięć lat później Hanna Gronkiewicz-Waltz dostała od władz PO misję rozprawy z działaczami skupionymi wokół Pawła Piskorskiego. W jej imieniu Joanna Fabisiak jeździła na zebrania kół dzielnicowych tej partii, aby pilnować, czy wszystko idzie zgodnie z instrukcjami. Nie zdecydowała się jednak na urząd wiceprezydenta. Została w Sejmie.
Dla ludzi skupionych wokół Joanny Fabisiak wyborcze zwycięstwo Platformy oznaczało karierę w urzędach i spółkach zależnych od prezydent Warszawy. Zbigniew Dubiel, którego posłanka znała jeszcze z czasów działalności w komitetach międzyparafialnych, został namaszczony na urząd burmistrza Bielan. A liczni działacze koła PO w tej dzielnicy dowodzonego formalnie przez Joannę Fabisiak wzięli posady w miejskich spółkach. - Mogłam dać więcej posad swoim ludziom, a nawet załatwić coś dla siebie - komentowała wtedy posłanka PO.
Najbardziej spektakularne kariery robią w ratuszu byli pracownicy fundacji Świat na Tak. Jarosław Jóźwiak został formalnie wiceszefem gabinetu prezydenta, faktycznie jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej wpływowych ludzi w urzędzie miasta. Z kolei Karolina Malczyk pełni funkcję pełnomocnika prezydenta Warszawy ds. społecznych. Następna osoba w tym gronie to Tomasz Mencina. Na początku kadencji Platforma powierzyła mu stanowisko burmistrza Ursynowa. W zeszłym roku musiał jednak odejść ze stanowiska w atmosferze skandalu. Jak ujawniliśmy w "Gazecie", jego urzędnicy przegapili terminy sądowe i miasto nie dostanie dziesiątek milionów złotych odszkodowania od wykonawcy za dwuletnie spóźnienie budowy hali widowiskowo-sportowej.
Mimo to kilka miesięcy później dostał pracę z należących do miasta wodociągach. Tak się złożyło, że wodociągowa spółka postanowiła wspomóc fundację Świat na Tak. Trzykrotnie przyznała jej 10 tys. zł na organizację balu dla niepełnosprawnych. - Nic mi o tym nie wiadomo. O tym decyduje zarząd - twierdzi Tomasz Mencina, który odpowiada za strategię i promocję wodociągów.
Po prostu zazdrość
Pomocną dłoń do fundacji Joanny Fabisiak wyciąga też komunikacja miejska. Jak podaje Igor Krajnow, rzecznik ZTM, spółka Miejskie Zakłady Autobusowe za darmo udostępnia fundacji Świat na Tak powierzchnie reklamowe w środkach komunikacji miejskiej. W tym roku zgodziła się na ekspozycję 700 plakatów w autobusach należących do MZA. Właśnie zawisły na ich szybach.
Opozycja nie ma wątpliwości. - Świat na Tak to ulubione stowarzyszenie pani prezydent. Z imprez sponsorowanych przez ratusz splendor spływa na szefową fundacji poseł Fabisiak - twierdzi radny Michał Grodzki (PiS). Andrzej Golimont, radny SLD: - Dotowanie fundacji i stowarzyszeń przez spółki miejskie to obejście przepisów. Pieniądze wodociągów czy spółki autobusowej to też pieniądze miejskie.
- Po prostu radni zazdroszczą mi, że tak wiele robię dla wolontariatu - mówi na to Joanna Fabisiak.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Ratusz na tak dla fundacji posłanki PO
- To, że przyjaźnię się z prezydent Warszawy, w ogóle nie pomaga przy załatwianiu spraw mojej fundacji w ratuszu. A nawet przeszkadza - utrzymuje posłanka PO Joanna Fabisiak, choć jej "Świat na Tak" cieszy się wyjątkowym wsparciem urzędu miasta i podlegających mu spółek
W sobotę odbył się coroczny bal karnawałowy fundacji Świat na Tak. Jednym ze sponsorów były warszawskie Wodociągi, które dotują to stowarzyszenie od wyborczego zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w 2006 r. Patronat honorowy nad imprezą objęła Hanna Gronkiewicz-Waltz.
- Tym razem bawiliśmy się w klimacie muzyki lat 60. Uczestnicy dostali gadżety ufundowane przez wodociągi i Pałac Kultury [to też miejska spółka] - relacjonuje Elżbieta Kubik ze Świata na Tak.
Fundację stworzyła i prowadzi Joanna Fabisiak, warszawska posłanka PO, a prywatnie wieloletnia przyjaciółka Hanny Gronkiewicz-Waltz. W ciągu ostatnich dwóch lat ratusz dał tej organizacji przeszło pół miliona złotych. Powierzył jej akcję promowania zdrowego stylu życia wśród młodzieży, sponsorował samorządowy konkurs nastolatków Ośmiu Wspaniałych, w którym nagradzane są postawy prospołeczne. Ofertę fundacji Świat na Tak skierowaną wcześniej głównie do ludzi młodych dzięki dotacji ratusza poszerzono o aktywizację osób w podeszłym wieku.
Zabrakło podpisu
Nie wszystkie organizacje pozarządowe mogą się cieszyć w ratuszu tak przychylnym nastawieniem. - Przez bezduszność urzędników ratusza najpewniej będziemy musieli zamknąć dwa ośrodki rehabilitacji dla osób z niepełnosprawnością intelektualną - alarmuje Anna Machalica, prezes stowarzyszenia Otwarte Drzwi.
Pierwszy przy Białobrzeskiej na Ochocie istnieje od dziesięciu lat, z jego pomocy korzysta 30 osób. Drugi to ośrodek wsparcia Partner na Woli. Od trzech lat niepełnosprawni mogą tam korzystać z fachowych porad i zajęć.
Żeby dostać pieniądze na prowadzenie swoich ośrodków, Otwarte Drzwi muszą stawać w konkursach ratusza. - Pod koniec roku nasz wniosek odrzucono z powodów formalnych - mówi Anna Machalica. - Urzędnicy zakwestionowali źle odbitą pieczątkę na jednym z pism.
- Brakowało podpisu na załączniku. Dlatego Otwarte Drzwi nie dostały dotacji - przyznaje Marcin Wojdat, szef miejskiego biura komunikacji społecznej. Prezes Machalica miała nadzieję, że urzędnicy konkurs powtórzą i ośrodki uda się uratować. - Ale ratusz nic nie robi. Zaczynamy protest. Nasi podopieczni pojadą do biura polityki społecznej i złożą oficjalne pisma z prośbą o pomoc - zapowiada prezes stowarzyszenia Otwarte Drzwi.
Metoda wychowawcza
Takich kłopotów nie ma fundacja posłanki Fabisiak. Jak ustaliliśmy, Świat na Tak korzysta nawet z cichego wsparcia miejskich urzędników. - Jeden z przełożonych nakazał nam poprawiać po godzinach źle wypełnione wnioski o dotacje dla fundacji Świat na Tak. Wiedzieliśmy, że to niesprawiedliwe wobec innych organizacji, ale nikt nie odważył się odmówić - mówi szeregowy pracownik ratusza, prosząc o zachowanie anonimowości.
- Gdy przed laty tworzyłam nowatorską metodę wychowania przez wolontariat, śmiano się ze mnie. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że to doskonała forma kształtowania młodych charakterów - przekonuje tymczasem Joanna Fabisiak.
Jeden z kluczowych tekstów ilustrujących cele i metody Świata na Tak to opublikowana na stronie internetowej "Metoda wychowawcza Joanny Fabisiak". - Człowiek chce być kochany, każdy chce mieć kogoś bliskiego, dla kogo jest najważniejszy - pisze posłanka. Potem zauważa, że postawy egocentryczne niszczą przyjaźnie i rozbijają rodziny. Dlatego powołując się na słowa Jana Pawła II, Joanna Fabisiak wywodzi, jak przez kreowanie postaw społecznych "układać człowieka".
- Nie kryje bliskich związków z Kościołem katolickim. Często występuje jako stróż moralności. Potrafi interweniować, gdy jakiś urzędnik łamie w swoim życiu katolickie zasady. Jednego bezpardonowo skrytykowała, gdy doszły do niej słuchy, że bierze rozwód - mówi nam jeden z polityków Platformy.
Pomagają nawet wodociągi
Gdy ponad trzy lata temu Hanna Gronkiewicz-Waltz wprowadzała się do ratusza, wieszczono, że Joanna Fabisiak zostanie wiceprezydentem. Obie panie znały się od dawna i darzyły pełnym zaufaniem. Szefowa fundacji Świat na Tak miała za sobą staż radnej: zaczynała w międzyparafialnych komitetach wyborczych, potem przeszła do AWS. Przyjaźń scementowały wybory prezydenckie w 1995 r. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz jako żelazna dama i szefowa NBP walczyła bez powodzenia o najwyższy urząd w państwie, Fabisiak szefowała w jej sztabie.
Dziesięć lat później Hanna Gronkiewicz-Waltz dostała od władz PO misję rozprawy z działaczami skupionymi wokół Pawła Piskorskiego. W jej imieniu Joanna Fabisiak jeździła na zebrania kół dzielnicowych tej partii, aby pilnować, czy wszystko idzie zgodnie z instrukcjami. Nie zdecydowała się jednak na urząd wiceprezydenta. Została w Sejmie.
Dla ludzi skupionych wokół Joanny Fabisiak wyborcze zwycięstwo Platformy oznaczało karierę w urzędach i spółkach zależnych od prezydent Warszawy. Zbigniew Dubiel, którego posłanka znała jeszcze z czasów działalności w komitetach międzyparafialnych, został namaszczony na urząd burmistrza Bielan. A liczni działacze koła PO w tej dzielnicy dowodzonego formalnie przez Joannę Fabisiak wzięli posady w miejskich spółkach. - Mogłam dać więcej posad swoim ludziom, a nawet załatwić coś dla siebie - komentowała wtedy posłanka PO.
Najbardziej spektakularne kariery robią w ratuszu byli pracownicy fundacji Świat na Tak. Jarosław Jóźwiak został formalnie wiceszefem gabinetu prezydenta, faktycznie jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej wpływowych ludzi w urzędzie miasta. Z kolei Karolina Malczyk pełni funkcję pełnomocnika prezydenta Warszawy ds. społecznych. Następna osoba w tym gronie to Tomasz Mencina. Na początku kadencji Platforma powierzyła mu stanowisko burmistrza Ursynowa. W zeszłym roku musiał jednak odejść ze stanowiska w atmosferze skandalu. Jak ujawniliśmy w "Gazecie", jego urzędnicy przegapili terminy sądowe i miasto nie dostanie dziesiątek milionów złotych odszkodowania od wykonawcy za dwuletnie spóźnienie budowy hali widowiskowo-sportowej.
Mimo to kilka miesięcy później dostał pracę z należących do miasta wodociągach. Tak się złożyło, że wodociągowa spółka postanowiła wspomóc fundację Świat na Tak. Trzykrotnie przyznała jej 10 tys. zł na organizację balu dla niepełnosprawnych. - Nic mi o tym nie wiadomo. O tym decyduje zarząd - twierdzi Tomasz Mencina, który odpowiada za strategię i promocję wodociągów.
Po prostu zazdrość
Pomocną dłoń do fundacji Joanny Fabisiak wyciąga też komunikacja miejska. Jak podaje Igor Krajnow, rzecznik ZTM, spółka Miejskie Zakłady Autobusowe za darmo udostępnia fundacji Świat na Tak powierzchnie reklamowe w środkach komunikacji miejskiej. W tym roku zgodziła się na ekspozycję 700 plakatów w autobusach należących do MZA. Właśnie zawisły na ich szybach.
Opozycja nie ma wątpliwości. - Świat na Tak to ulubione stowarzyszenie pani prezydent. Z imprez sponsorowanych przez ratusz splendor spływa na szefową fundacji poseł Fabisiak - twierdzi radny Michał Grodzki (PiS). Andrzej Golimont, radny SLD: - Dotowanie fundacji i stowarzyszeń przez spółki miejskie to obejście przepisów. Pieniądze wodociągów czy spółki autobusowej to też pieniądze miejskie.
- Po prostu radni zazdroszczą mi, że tak wiele robię dla wolontariatu - mówi na to Joanna Fabisiak.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
2010/01/23
"Ta komisja może zabić PO i Tuska"
Platformę czeka trzęsienie ziemi. Niezależnie od tego, czy Donald Tusk wystartuje w wyborach prezydenckich, czy też nie, w jego partii dojdzie do przetasowań. Z partii niemal na pewno wylecą bohaterowie afery hazardowej. "Ta komisja może nas zabić" - przyznaje polityk PO.
Z naszych informacji wynika, że prawdopodobnie z Platformy zostaną wyrzuceni bohaterowie afery hazardowej - Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki. Na razie jednak, trzy miesiące od wybuchu afery, Platforma nadal nie potrafi wyjść z poślizgu, w jakim się wtedy znalazła.
Powtórka z rozrywki?
Kluczowe dla sytuacji w PO jest to, co dzieje się w komisji. W czwartek 21 stycznia staje przed nią były przewodniczący klubu PO Zbigniew Chlebowski. To od jego kontaktów z Ryszardem Sobiesiakiem, biznesmenem z branży hazardowej, wszystko się zaczęło. Ale Chlebowski nie widzi niczego złego w swoim zachowaniu. Co najwyżej nie podoba mu się niezbyt kulturalny język tych rozmów. Przekonuje, że w swojej pracy poselskiej zawsze kierował się "uczciwością i dbaniem o interesy ojczyzny". Co więcej, twierdzi, że żadnej afery hazardowej nie było.
Przesłuchanie Chlebowskiego odbywa się w Sali Kolumnowej, tej samej, w której siedem lat temu śledczy wyjaśniali aferę Rywina. Sejm świeci pustkami. Po korytarzach błąkają się pojedynczy politycy. Debacie, która się odbywa na sali plenarnej, przysłuchuje się garstka posłów. Reszta siedzi w klubowych pokoikach przed telewizorami i śledzi relację. Dokładnie tak samo Sejm wyglądał dzień wcześniej, gdy przed śledczymi stanął sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki, a także gdy zeznawał były szef CBA Mariusz Kamiński. To on oskarża premiera, że odwołał go w zemście za wykrycie afery hazardowej i uprzedził Mirosława Drzewieckiego o akcji CBA.
Strzelba na ścianie
"Ta komisja może nas zabić" - przyznaje jeden z polityków Platformy. "Może zabić i nas, i Tuska jako kandydata na prezydenta. Dlatego kluczowe będzie jego przesłuchanie. Jeśli Donald tego nie wyprzedzi, rozjadą go i z marzeń o prezydenturze będą nici, a przy okazji nasze sondaże zaczną spadać" - dodaje nasz rozmówca.
Dlatego w PO można usłyszeć, że cały plan działania jest już szczegółowo rozpisany. Tusk wystartuje, a swoją decyzję ogłosi dzień przed przesłuchaniem przez komisję śledczą. Zdaniem naszego rozmówcy premier zdecyduje się także przeprowadzić wewnętrzną rewolucję w partii. "Przed przesłuchaniem musi zabić podejrzenia, które na niego padają, dlatego należy się spodziewać ostrych działań, nie tylko personalnych" - mówi nasz informator. Tusk prawdopodobnie ostatecznie wyrzuci z Platformy Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego (pierwszy jest jedynie zawieszony, drugi nie poniósł żadnych partyjnych konsekwencji). Poza tym w końcu ma zostać wprowadzony w życie kodeks etyki PO, niewykluczony jest również jakiś zewnętrzny audyt.
Na razie nie wiadomo, kiedy premier będzie odpowiadał na pytania sejmowych śledczych. Stanie się to jednak niedługo - wymieniana jest data 8 lutego.
By trochę odpocząć i nabrać dystansu do tego, co się dzieje, Tusk spędził cały zeszły tydzień w górach. Tuż po powrocie spotkał się z Grzegorzem Schetyną. Rozmawiali kilka godzin. Według szefa klubu jeszcze nie wiadomo, jakie decyzje podejmie premier. "Donald może startować i wie, że wygra. Ale po tym, co się dzieje na komisji śledczej, rozumie też, że po jego przeprowadzce do Pałacu Prezydenckiego szanse na wyborcze zwycięstwo może stracić cała partia. Musi teraz wybrać, czy walczy o siebie, czy o całą Platformę" - twierdzi prominentny polityk PO.
Komisja hazardowa daje Tuskowi pretekst, by nie zmieniać miejsca pracy. Pytany o to jeden z posłów PO na chwilę milknie, po czym sięga po pilota do telewizora i włącza go. Na ekranie zeznający przed komisją Mariusz Kamiński. "Lepszego pretekstu pan nie znajdzie" - odzywa się nasz rozmówca.
Tusk może mianowicie ogłosić, że rezygnuje z walki o prezydenturę, by "wyczyścić i wypalić partię do cna ze wszystkiego co złe". "A przy okazji jako premier może zacząć wprowadzać poważne reformy. Dzięki temu ocali nie tylko siebie, ale doprowadzi do zwycięstwa innego kandydata PO w wyborach prezydenckich i za dwa lata zwycięstwa całej partii" - twierdzi polityk Platformy.
Za takim scenariuszem przemawia też to, że Tuskowi podoba się stanowisko szefa rządu. Zdał sobie sprawę, że realna władza jest w kancelarii premiera, a funkcja prezydenta jest czysto fasadowa. Co więcej, podobno boi się, że może powtórzyć los Aleksandra Kwaśniewskiego, który w wieku 41 lat został prezydentem, stracił kontrolę nad swoją partią, zerwał bliskie kontakty z partyjnymi towarzyszami, a po odejściu z Pałacu Prezydenckiego stał się młodym emerytem, który nie bardzo potrafi odnaleźć się w bieżącej polityce.
"Ten strach jest szczególnie widoczny teraz, po zerwaniu tandemu, jaki tworzył z Grzegorzem Schetyną. Tusk wie, że odchodząc do Pałacu Prezydenckiego, zostawia partię, a potem gdzie wróci?" - zastanawia się jeden z naszych rozmówców. Gdyby nie udało mu się doprowadzić do reelekcji, za pięć lat może wylądować - podobnie jak Kwaśniewski - na politycznym marginesie, bez możliwości powrotu do bieżącej polityki.
Odchodząc do Pałacu Prezydenckiego, Tusk będzie musiał porzucić funkcję przewodniczącego Platformy, co rozpocznie w partii walkę o przywództwo. Wycinając po kolei potencjalnych rywali, premierowi udało się skupić w jednym ręku wszystkie partyjne sznurki. "Oczywiście zamiast jednego przewodniczącego partią będzie mogło kierować jakieś kolegium" - twierdzi jeden polityków PO. Pytanie, jak pogodzić w takim kolegium konserwatystę Jarosława Gowina z ekstrawaganckim Januszem Palikotem. Dopóki jest Tusk, większego problemu nie ma. "Co więc z tego, że Tusk zostanie prezydentem, jeśli jego partia przegra wybory parlamentarne?" - zastanawia się nasz rozmówca. Inny mówi: "Wojna poszczególnych frakcji o wpływy w partii, o fotel przewodniczącego oraz o funkcję premiera może nas zniszczyć".
Otoczenie Tuska w sprawie jego startu jest podzielone. Część polityków, wśród nich Michał Boni, Jan Krzysztof Bielecki, Włodzimierz Cimoszewicz, a także Lech Wałęsa, uważa, że premier powinien zostać tu, gdzie jest. Także zdaniem wiceszefowej PO i prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz nie stałoby się nic złego, gdyby Tusk nie wystartował w wyborach prezydenckich. "Z punktu widzenia rządu i partii lepiej byłoby, gdyby nie kandydował, tak abyśmy mieli pewną kontynuację" - mówiła ona kilka dni temu w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej.
Z drugiej strony są Grzegorz Schetyna, Sławomir Nowak, Rafał Grupiński i Radosław Sikorski, którzy namawiają Tuska do walki o prezydenturę. "Startu Tuska chcą ci, którzy mogą na tym coś zyskać, i on zdaje sobie z tego sprawę" - twierdzi jeden z posłów PO.
Kilka dni temu Schetyna mówił w Radiu ZET, że Tusk jest naturalnym kandydatem na prezydenta i jeżeli nie zdecyduje się na start, będzie musiał to bardzo dobrze uzasadnić, tak by przekonać opinię publiczną. Co więcej, były wicepremier uważa, że start Tuska w wyborach i jego ewentualny sukces nie stworzy jakiejś nadzwyczajnej sytuacji w Platformie. "To byłaby Platforma bez Tuska, zupełnie inaczej skrojona personalnie, z innymi władzami, ale ja się tego nie boję, bo Platforma ma dziewięć lat historii i po okresie dziecięctwa musi się przekształcić w nową formę. Musi mieć przed sobą nowe wyzwanie. To są wybory zarówno prezydenckie, jak i parlamentarne oraz samorządowe, i potrzebni są też nowi ludzie" - oświadczył.
Rola Schetyny przy nowym rozdawaniu stanowisk może się okazać olbrzymia. Przestał być wicepremierem i szefem MSWiA, ale wciąż pozostaje sekretarzem generalnym partii. A zdaniem byłego posła Platformy Pawła Śpiewaka przy obecnym zaangażowaniu Tuska w prace rządowe tak naprawdę realną władzę w partii sprawuje Schetyna. Zapewne to on będzie układał listy kandydatów w jesiennych wyborach samorządowych. "Nie jestem w polityce po to, żeby być w jakichś łaskach u kogokolwiek. Jestem szefem klubu, sekretarzem generalnym, i dobrze się z tym czuję" - mówił kilka dni temu pytany o to, czy teraz musi starać się o powrót do łask Donalda Tuska.
Walki frakcyjne wewnątrz PO to niejedyny problem. "Skoro przez dwa lata Tusk mówił, że nie możemy podejmować trudnych, społecznie kosztownych reform, bo mogą mu zaszkodzić w wyborach prezydenckich, to niby jak teraz mamy tłumaczyć to, że z tych wyborów zrezygnował i dlaczego tych reform nie robiliśmy? Przecież wszystkiego nie da się wytłumaczyć niechętnym nam prezydentem Lechem Kaczyńskim" - nie kryje irytacji jeden z naszych rozmówców.
Tajemnica wąsów marszałka
Niejasną pozycję w całej sytuacji zajmuje marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. To on jest wymieniany jako najpoważniejszy kandydat PO w wyborach prezydenckich, o ile Tusk zrezygnuje. Od kilku miesięcy marszałek dystansuje się od niektórych decyzji rządu, zachęca premiera, by wzorem Jerzego Buzka zabrał się za poważne reformy, nawet jeśli musiałby zapłacić za to utratą poparcia. Wielkim zwolennikiem startu Komorowskiego w wyborach jest Janusz Palikot. "Rozmawiałem z nim o tym. Jestem przekonany, że choć nie jest to łatwe, choć to decyzja trudna dla członków jego rodziny i wymagająca od nich wielkiego wysiłku, Bronisław Komorowski jest zdecydowany kandydować, jeśli taką decyzję podejmie Donald Tusk" - mówił w RMF FM.
Po tym jak w zeszłym tygodniu marszałek Komorowski zgolił wąsy, w Platformie niemal od razu pojawiły się niewybredne żarty, że to znak, iż "Bronek chce być prezydentem". Dlaczego? Z różnych badań opinii publicznej wynika, że Polacy nie za bardzo ufają wąsaczom. A skoro Komorowski po kilkudziesięciu latach zdecydował się pozbyć zarostu, oznacza to, że chce być bardziej wiarygodny. Polityków PO prowadzi to do wniosku, że bardziej wiarygodny chce być tylko po to, by zachęcić do swojej kandydatury wyborców. "To prosty mechanizm. Od kilku dni rozmawiamy o tym z kolegami z partii i innego wyjścia nie ma, zwłaszcza że gdy kilka lat temu ktoś mu powiedział, by się tych wąsisk pozbył, oburzony stwierdził, że zwariowaliśmy" - opowiada nam jeden z polityków PO.
Start marszałka Sejmu mógłby być na rękę Tuskowi. "Komorowski nie ma ambicji partyjnych. Nie wykorzystywałby funkcji prezydenta do zbudowania swojej pozycji. Fotel prezydenta jest mu bardziej potrzebny do zaspokojenia własnego ego" - uważa jeden z naszych rozmówców.
Komu ufa premier?
Ostatni tydzień wyciszył konflikt między Tuskiem a Schetyną. Wcześniej przewodniczący klubu publicznie krytykował premiera za zbyt niską karę dla prezesa NFZ. Po odejściu z rządu były wicepremier konsekwentnie próbuje budować swoją pozycję, odcinając się od premiera. "Został zdradzony przez Tuska, ale jest wobec niego lojalny" - takie opinie można usłyszeć o przewodniczącym klubu PO.
Wciąż aktualne są jego słowa z jesieni zeszłego roku. "Skończyło się wspólne robienie polityki emocjonalnej, opartej na bliskich, osobistych relacjach. Byliśmy ekipą, która razem robiła politykę i wiele innych rzeczy. Spędzaliśmy czas, lubiliśmy ze sobą być, przebywać tutaj w Warszawie" - mówił w wywiadzie dla Polski The Times. Tak więc, jak tłumaczy nam jeden z bliskich współpracowników Tuska, w Platformie obowiązuje nowy sposób działania. "Jesteśmy jak U2, spotykamy się rzadko i potem każdy rozchodzi się do swoich zadań" - mówi, nawiązując do głośnej wypowiedzi Schetyny.
Konflikt na linii Tusk - Schetyna w samej Platformie odbierany jest raczej jako zdrowa konkurencja i próba odróżniania się od siebie. Zdaniem naszych rozmówców nowy przewodniczący klubu PO buduje swoją pozycję w warunkach walki o przywództwo w partii i dlatego zdarza mu się publicznie nie zgadzać z premierem, ale relacje między nimi są wciąż dobre. Ma o tym świadczyć choćby to, że po powrocie z urlopu to właśnie ze Schetyną Tusk konsultował swoje najbliższe posunięcia. Nasi rozmówcy mówią, że różnica polega wyłącznie na tym, że wcześniej Schetyna był jedynym, któremu Tusk ufał, teraz zaś szef rządu równie często konsultuje się z Michałem Bonim i Janem Krzysztofem Bieleckim.
Marcin Graczyk, Agnieszka Sopińska
Dziennik
Z naszych informacji wynika, że prawdopodobnie z Platformy zostaną wyrzuceni bohaterowie afery hazardowej - Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki. Na razie jednak, trzy miesiące od wybuchu afery, Platforma nadal nie potrafi wyjść z poślizgu, w jakim się wtedy znalazła.
Powtórka z rozrywki?
Kluczowe dla sytuacji w PO jest to, co dzieje się w komisji. W czwartek 21 stycznia staje przed nią były przewodniczący klubu PO Zbigniew Chlebowski. To od jego kontaktów z Ryszardem Sobiesiakiem, biznesmenem z branży hazardowej, wszystko się zaczęło. Ale Chlebowski nie widzi niczego złego w swoim zachowaniu. Co najwyżej nie podoba mu się niezbyt kulturalny język tych rozmów. Przekonuje, że w swojej pracy poselskiej zawsze kierował się "uczciwością i dbaniem o interesy ojczyzny". Co więcej, twierdzi, że żadnej afery hazardowej nie było.
Przesłuchanie Chlebowskiego odbywa się w Sali Kolumnowej, tej samej, w której siedem lat temu śledczy wyjaśniali aferę Rywina. Sejm świeci pustkami. Po korytarzach błąkają się pojedynczy politycy. Debacie, która się odbywa na sali plenarnej, przysłuchuje się garstka posłów. Reszta siedzi w klubowych pokoikach przed telewizorami i śledzi relację. Dokładnie tak samo Sejm wyglądał dzień wcześniej, gdy przed śledczymi stanął sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki, a także gdy zeznawał były szef CBA Mariusz Kamiński. To on oskarża premiera, że odwołał go w zemście za wykrycie afery hazardowej i uprzedził Mirosława Drzewieckiego o akcji CBA.
Strzelba na ścianie
"Ta komisja może nas zabić" - przyznaje jeden z polityków Platformy. "Może zabić i nas, i Tuska jako kandydata na prezydenta. Dlatego kluczowe będzie jego przesłuchanie. Jeśli Donald tego nie wyprzedzi, rozjadą go i z marzeń o prezydenturze będą nici, a przy okazji nasze sondaże zaczną spadać" - dodaje nasz rozmówca.
Dlatego w PO można usłyszeć, że cały plan działania jest już szczegółowo rozpisany. Tusk wystartuje, a swoją decyzję ogłosi dzień przed przesłuchaniem przez komisję śledczą. Zdaniem naszego rozmówcy premier zdecyduje się także przeprowadzić wewnętrzną rewolucję w partii. "Przed przesłuchaniem musi zabić podejrzenia, które na niego padają, dlatego należy się spodziewać ostrych działań, nie tylko personalnych" - mówi nasz informator. Tusk prawdopodobnie ostatecznie wyrzuci z Platformy Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego (pierwszy jest jedynie zawieszony, drugi nie poniósł żadnych partyjnych konsekwencji). Poza tym w końcu ma zostać wprowadzony w życie kodeks etyki PO, niewykluczony jest również jakiś zewnętrzny audyt.
Na razie nie wiadomo, kiedy premier będzie odpowiadał na pytania sejmowych śledczych. Stanie się to jednak niedługo - wymieniana jest data 8 lutego.
By trochę odpocząć i nabrać dystansu do tego, co się dzieje, Tusk spędził cały zeszły tydzień w górach. Tuż po powrocie spotkał się z Grzegorzem Schetyną. Rozmawiali kilka godzin. Według szefa klubu jeszcze nie wiadomo, jakie decyzje podejmie premier. "Donald może startować i wie, że wygra. Ale po tym, co się dzieje na komisji śledczej, rozumie też, że po jego przeprowadzce do Pałacu Prezydenckiego szanse na wyborcze zwycięstwo może stracić cała partia. Musi teraz wybrać, czy walczy o siebie, czy o całą Platformę" - twierdzi prominentny polityk PO.
Komisja hazardowa daje Tuskowi pretekst, by nie zmieniać miejsca pracy. Pytany o to jeden z posłów PO na chwilę milknie, po czym sięga po pilota do telewizora i włącza go. Na ekranie zeznający przed komisją Mariusz Kamiński. "Lepszego pretekstu pan nie znajdzie" - odzywa się nasz rozmówca.
Tusk może mianowicie ogłosić, że rezygnuje z walki o prezydenturę, by "wyczyścić i wypalić partię do cna ze wszystkiego co złe". "A przy okazji jako premier może zacząć wprowadzać poważne reformy. Dzięki temu ocali nie tylko siebie, ale doprowadzi do zwycięstwa innego kandydata PO w wyborach prezydenckich i za dwa lata zwycięstwa całej partii" - twierdzi polityk Platformy.
Za takim scenariuszem przemawia też to, że Tuskowi podoba się stanowisko szefa rządu. Zdał sobie sprawę, że realna władza jest w kancelarii premiera, a funkcja prezydenta jest czysto fasadowa. Co więcej, podobno boi się, że może powtórzyć los Aleksandra Kwaśniewskiego, który w wieku 41 lat został prezydentem, stracił kontrolę nad swoją partią, zerwał bliskie kontakty z partyjnymi towarzyszami, a po odejściu z Pałacu Prezydenckiego stał się młodym emerytem, który nie bardzo potrafi odnaleźć się w bieżącej polityce.
"Ten strach jest szczególnie widoczny teraz, po zerwaniu tandemu, jaki tworzył z Grzegorzem Schetyną. Tusk wie, że odchodząc do Pałacu Prezydenckiego, zostawia partię, a potem gdzie wróci?" - zastanawia się jeden z naszych rozmówców. Gdyby nie udało mu się doprowadzić do reelekcji, za pięć lat może wylądować - podobnie jak Kwaśniewski - na politycznym marginesie, bez możliwości powrotu do bieżącej polityki.
Odchodząc do Pałacu Prezydenckiego, Tusk będzie musiał porzucić funkcję przewodniczącego Platformy, co rozpocznie w partii walkę o przywództwo. Wycinając po kolei potencjalnych rywali, premierowi udało się skupić w jednym ręku wszystkie partyjne sznurki. "Oczywiście zamiast jednego przewodniczącego partią będzie mogło kierować jakieś kolegium" - twierdzi jeden polityków PO. Pytanie, jak pogodzić w takim kolegium konserwatystę Jarosława Gowina z ekstrawaganckim Januszem Palikotem. Dopóki jest Tusk, większego problemu nie ma. "Co więc z tego, że Tusk zostanie prezydentem, jeśli jego partia przegra wybory parlamentarne?" - zastanawia się nasz rozmówca. Inny mówi: "Wojna poszczególnych frakcji o wpływy w partii, o fotel przewodniczącego oraz o funkcję premiera może nas zniszczyć".
Otoczenie Tuska w sprawie jego startu jest podzielone. Część polityków, wśród nich Michał Boni, Jan Krzysztof Bielecki, Włodzimierz Cimoszewicz, a także Lech Wałęsa, uważa, że premier powinien zostać tu, gdzie jest. Także zdaniem wiceszefowej PO i prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz nie stałoby się nic złego, gdyby Tusk nie wystartował w wyborach prezydenckich. "Z punktu widzenia rządu i partii lepiej byłoby, gdyby nie kandydował, tak abyśmy mieli pewną kontynuację" - mówiła ona kilka dni temu w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej.
Z drugiej strony są Grzegorz Schetyna, Sławomir Nowak, Rafał Grupiński i Radosław Sikorski, którzy namawiają Tuska do walki o prezydenturę. "Startu Tuska chcą ci, którzy mogą na tym coś zyskać, i on zdaje sobie z tego sprawę" - twierdzi jeden z posłów PO.
Kilka dni temu Schetyna mówił w Radiu ZET, że Tusk jest naturalnym kandydatem na prezydenta i jeżeli nie zdecyduje się na start, będzie musiał to bardzo dobrze uzasadnić, tak by przekonać opinię publiczną. Co więcej, były wicepremier uważa, że start Tuska w wyborach i jego ewentualny sukces nie stworzy jakiejś nadzwyczajnej sytuacji w Platformie. "To byłaby Platforma bez Tuska, zupełnie inaczej skrojona personalnie, z innymi władzami, ale ja się tego nie boję, bo Platforma ma dziewięć lat historii i po okresie dziecięctwa musi się przekształcić w nową formę. Musi mieć przed sobą nowe wyzwanie. To są wybory zarówno prezydenckie, jak i parlamentarne oraz samorządowe, i potrzebni są też nowi ludzie" - oświadczył.
Rola Schetyny przy nowym rozdawaniu stanowisk może się okazać olbrzymia. Przestał być wicepremierem i szefem MSWiA, ale wciąż pozostaje sekretarzem generalnym partii. A zdaniem byłego posła Platformy Pawła Śpiewaka przy obecnym zaangażowaniu Tuska w prace rządowe tak naprawdę realną władzę w partii sprawuje Schetyna. Zapewne to on będzie układał listy kandydatów w jesiennych wyborach samorządowych. "Nie jestem w polityce po to, żeby być w jakichś łaskach u kogokolwiek. Jestem szefem klubu, sekretarzem generalnym, i dobrze się z tym czuję" - mówił kilka dni temu pytany o to, czy teraz musi starać się o powrót do łask Donalda Tuska.
Walki frakcyjne wewnątrz PO to niejedyny problem. "Skoro przez dwa lata Tusk mówił, że nie możemy podejmować trudnych, społecznie kosztownych reform, bo mogą mu zaszkodzić w wyborach prezydenckich, to niby jak teraz mamy tłumaczyć to, że z tych wyborów zrezygnował i dlaczego tych reform nie robiliśmy? Przecież wszystkiego nie da się wytłumaczyć niechętnym nam prezydentem Lechem Kaczyńskim" - nie kryje irytacji jeden z naszych rozmówców.
Tajemnica wąsów marszałka
Niejasną pozycję w całej sytuacji zajmuje marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. To on jest wymieniany jako najpoważniejszy kandydat PO w wyborach prezydenckich, o ile Tusk zrezygnuje. Od kilku miesięcy marszałek dystansuje się od niektórych decyzji rządu, zachęca premiera, by wzorem Jerzego Buzka zabrał się za poważne reformy, nawet jeśli musiałby zapłacić za to utratą poparcia. Wielkim zwolennikiem startu Komorowskiego w wyborach jest Janusz Palikot. "Rozmawiałem z nim o tym. Jestem przekonany, że choć nie jest to łatwe, choć to decyzja trudna dla członków jego rodziny i wymagająca od nich wielkiego wysiłku, Bronisław Komorowski jest zdecydowany kandydować, jeśli taką decyzję podejmie Donald Tusk" - mówił w RMF FM.
Po tym jak w zeszłym tygodniu marszałek Komorowski zgolił wąsy, w Platformie niemal od razu pojawiły się niewybredne żarty, że to znak, iż "Bronek chce być prezydentem". Dlaczego? Z różnych badań opinii publicznej wynika, że Polacy nie za bardzo ufają wąsaczom. A skoro Komorowski po kilkudziesięciu latach zdecydował się pozbyć zarostu, oznacza to, że chce być bardziej wiarygodny. Polityków PO prowadzi to do wniosku, że bardziej wiarygodny chce być tylko po to, by zachęcić do swojej kandydatury wyborców. "To prosty mechanizm. Od kilku dni rozmawiamy o tym z kolegami z partii i innego wyjścia nie ma, zwłaszcza że gdy kilka lat temu ktoś mu powiedział, by się tych wąsisk pozbył, oburzony stwierdził, że zwariowaliśmy" - opowiada nam jeden z polityków PO.
Start marszałka Sejmu mógłby być na rękę Tuskowi. "Komorowski nie ma ambicji partyjnych. Nie wykorzystywałby funkcji prezydenta do zbudowania swojej pozycji. Fotel prezydenta jest mu bardziej potrzebny do zaspokojenia własnego ego" - uważa jeden z naszych rozmówców.
Komu ufa premier?
Ostatni tydzień wyciszył konflikt między Tuskiem a Schetyną. Wcześniej przewodniczący klubu publicznie krytykował premiera za zbyt niską karę dla prezesa NFZ. Po odejściu z rządu były wicepremier konsekwentnie próbuje budować swoją pozycję, odcinając się od premiera. "Został zdradzony przez Tuska, ale jest wobec niego lojalny" - takie opinie można usłyszeć o przewodniczącym klubu PO.
Wciąż aktualne są jego słowa z jesieni zeszłego roku. "Skończyło się wspólne robienie polityki emocjonalnej, opartej na bliskich, osobistych relacjach. Byliśmy ekipą, która razem robiła politykę i wiele innych rzeczy. Spędzaliśmy czas, lubiliśmy ze sobą być, przebywać tutaj w Warszawie" - mówił w wywiadzie dla Polski The Times. Tak więc, jak tłumaczy nam jeden z bliskich współpracowników Tuska, w Platformie obowiązuje nowy sposób działania. "Jesteśmy jak U2, spotykamy się rzadko i potem każdy rozchodzi się do swoich zadań" - mówi, nawiązując do głośnej wypowiedzi Schetyny.
Konflikt na linii Tusk - Schetyna w samej Platformie odbierany jest raczej jako zdrowa konkurencja i próba odróżniania się od siebie. Zdaniem naszych rozmówców nowy przewodniczący klubu PO buduje swoją pozycję w warunkach walki o przywództwo w partii i dlatego zdarza mu się publicznie nie zgadzać z premierem, ale relacje między nimi są wciąż dobre. Ma o tym świadczyć choćby to, że po powrocie z urlopu to właśnie ze Schetyną Tusk konsultował swoje najbliższe posunięcia. Nasi rozmówcy mówią, że różnica polega wyłącznie na tym, że wcześniej Schetyna był jedynym, któremu Tusk ufał, teraz zaś szef rządu równie często konsultuje się z Michałem Bonim i Janem Krzysztofem Bieleckim.
Marcin Graczyk, Agnieszka Sopińska
Dziennik
Brat to osobisty pech Drzewieckiego
Kiedy Mirosław Drzewiecki zostawał ministrem, tygodnik "Polityka" napisał: "Ma pecha do ludzi. W cokolwiek się zaangażował, zawsze w jego najbliższym otoczeniu znalazł się ktoś, kto ściągał na siebie i na niego jakieś kłopoty". Osobisty pech ministra Drzewieckiego to młodszy brat, Dariusz.
Kim jest człowiek, który austriackiej firmie proponował rządowe kontrakty za ciężkie pieniądze? Jego biografia obfituje w niespodziewane zwroty i całkiem spodziewane tarapaty. A przecież to wciąż ten sam, dobrze znany w Łodzi restaurator.
Nawet z przyjaciółmi Dariusza Drzewieckiego jest kłopot. Ci, którzy jeszcze latem popijali z nim przy jednym stoliku przy Piotrkowskiej, dziś mówią: "Nie odbiera komórki. Nie widzieliśmy się. Nie wiem, gdzie go szukać. Do widzenia".
Z sąsiadami z ulicy Jaracza to samo. Zrujnowana kamienica, krata przed wejściem, domofon z wizytówkami pożółkłymi ze starości. Niby wszystko się zgadza - "Tu się zameldował, o tam, na drugim piętrze kamienicy, w mieszkaniu matki". "Dawno go pani widziała?". Wzruszenie ramion. "Bywa tu?". "Kto go tam wie".
Od dawna, czyli od czasów, gdy przestał prowadzić dyskotekę Studio, Dariusz Drzewiecki nie pcha się przed obiektywy. Unika publicznych imprez. Kiedy pytam kilku łódzkich fotografów o jego zdjęcia, słyszę ten sam tekst: ciężka sprawa.
Dariusz Drzewiecki zostawia po sobie inne ślady: rozproszone po szafach sądów i prokuratur zeznania, dziesiątki stron akt, w których pojawia się jako świadek, podejrzany lub oskarżony.
Gastronomia i tańce
Lata 90., Łódź. Mirosław Drzewiecki, z wykształcenia prawnik, z przekonań liberał, zarabia poważne pieniądze.
Rok 1995. O restauracji Wiedeńska huczy cała Łódź. Knajpę w dobrym punkcie przy Piotrkowskiej, visa-vis Grand Hotelu, prowadzi Nina, żona Mirosława. Prasa donosi, że gośćmi bywają bandyci, w tym "Tato" i "Gruby Irek". Władze miasta kręcą nosem, a Drzewieccy likwidują lokal z powodu niebezpiecznych klientów.
Mirosław Drzewiecki zbija majątek na szyciu ubrań, produkuje guziki, sprowadza tkaniny z Azji, kupuje lokalną gazetę. W najlepszych latach jego firmy zatrudniają kilkuset pracowników. Jest zamożny, znany i ma brata, któremu brakuje tych przymiotów. Dariusz, młodszy o sześć lat, prowadzi dyskotekę Studio. Idzie mu tak sobie. Właściwie beznadziejnie. "Mirek zawsze pomagał bratu, wyciągał go z kłopotów, pożyczał pieniądze, spłacał długi. Jak trzeba było wejść w interes, Mirek go wspierał" - opowiada jeden z najbliższych współpracowników Jerzego Kropiwnickiego, byłego już prezydenta Łodzi. "Darek jest z innej planety. Nawet studiów nie skończył".
Spotykam się z drobnym biznesmenem, który zetknął się z Drzewieckimi w burzliwych latach 90. ("Pan mnie nie cytuje pod nazwiskiem, oni wciąż są mocni"): "Widywali się po kilkanaście razy dziennie. Darek był facetem od czarnej roboty, a Mirek nigdy nie chciał być oficjalnie zamieszany w to, co robi młodszy brat. Choć bywało różnie. W pewnym momencie Mirek zorganizował prezentację w Teatrze Muzycznym w Łodzi i nie zapłacił za salę. Teatr zaczyna go ścigać i co się okazuje? Imprezę formalnie organizował Darek, a od niego wyciągnąć pieniądze to już sztuka".
Darek działa też na własną rękę. Promuje dyskotekę, jak umie, co miesiąc organizuje wybory miss mokrego podkoszulka. Po Łodzi krąży opowieść, że ma problem z narkotykami. "Darek bał się żony. Nie wierzę w te opowieści o narkotykach. Na własne oczy widziałem, jak wpadła na niego w knajpie:. I Darek potulnie człapie wyprosić dilera" - opowiada jeden z byłych działaczy "Solidarności".
Drzewiecki przedstawia "Tatę"
Pod koniec czerwca 1999 roku komisarz Andrzej Szczepański z Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną Komendy Głównej Policji przesłuchuje 38-letniego Pawła Jankowskiego. Za dwa lata, w procesie łódzkiej ośmiornicy, Jankowski będzie jednym z najważniejszych świadków: pokrzywdzonym i oskarżycielem posiłkowym w procesie ośmiornicy.
Na razie Jankowski opowiada, w jaki sposób stał się znajomym gangsterów i jak popadł w długi. W latach 90. prowadzi dyskotekę Studio razem z Dariuszem Drzewieckim, który postanawia wyremontować lokal za pożyczone 30 tys. marek. Pieniądze pożycza Tadeusz Matera "Tato", jeden z bossów ośmiornicy. Z zeznania Jankowskiego: "Drzewiecki przedstawił mi Tadeusza Materę jako znanego w Łodzi biznesmena, który dysponuje dużą gotówką i może być potencjalnym inwestorem, ewentualnie udziałowcem czy pożyczkodawcą na wyremontowanie. Drzewiecki po prostu podjął decyzję o remoncie, a mówiąc krótko, zmusił mnie do tej decyzji i ja na nią przystałem, nie chcąc konfliktować się ze wspólnikiem".
Potem za 100 tys. dolarów "Tato" odkupuje udziały od Drzewieckiego i staje się cichym wspólnikiem dyskoteki. Jankowski nie chce ani pożyczki, ani nowego wspólnika. Wpada w tarapaty, bo żołnierze bossa chcą, by to on spłacał wysoko oprocentowaną pożyczkę. Jankowski spłaca, ale gangsterom wciąż jest mało. Biznesmen zaczyna się ukrywać.
Z zeznań Jankowskiego: "Jak wiem od Drzewieckiego, on o wszystkich przedsięwzięciach informował swojego brata Mirosława Drzewieckiego, który, jak mi jest wiadomo, zna bardzo dobrze Tadeusza Materę. Ja mówię tutaj o Mirosławie Drzewieckim dlatego, ponieważ mój wspólnik Dariusz Drzewiecki, gdy nie chciałem wyrazić zgody na proponowane przez niego przedsięwzięcia, cały czas straszył mnie, że wykorzysta możliwości i znajomości swojego brata do tego, aby zmusić mnie do tego, abym robił tak, jak on chce. Jak się później okazało, te obietnice mojego byłego wspólnika musiały być chyba zrealizowane, gdyż w późniejszym okresie, już po naszym rozstaniu, miałem wiele różnych kłopotów ze strony organów skarbowych, które były wywołane według mojej oceny interwencją Mirosława Drzewieckiego, wykorzystującego w tych sytuacjach zajmowaną pozycję polityczną".
W 2001 r., dwa lata po przesłuchaniu przez policjanta z KGP, Paweł Jankowski niemal dosłownie to samo powtarza na procesie. Mówi powoli, głośno i dobitnie. Lokalna Gazeta Wyborcza odnotuje, że nie spuszcza wzroku z ławy oskarżonych - tak jakby chciał pokazać, że się nie boi. Zza szyby pancernej przyglądają mu się ci, o których opowiada. Uśmiechają się.
Po remoncie dyskoteki Studio, który na kilka lat wpędzi w kłopoty Pawła Jankowskiego, Dariusz Drzewiecki wychodzi z interesu. Wtedy na Piotrkowskiej powstaje restauracja Marhaba: arabska kuchnia, falafel i kofta, ale bez tłustego smrodu, w jakim gotują się zwykłe kebaby. Pomysł chwyta. Wkrótce w całej Polsce powstanie kilka lokali o tej samej nazwie. Spółkę oficjalnie zakładają nastoletni syn Mirosława Mateusz (jeszcze przed maturą) i Dariusz. Do tego uruchamiają popularną w Łodzi knajpę Madero. Jak pisze tygodnik Polityka, to Mirosław Drzewiecki namówił syna do założenia spółki z bratem, chciał w ten sposób mu pomóc. Potem jeszcze kilkakrotnie spłacał długi po różnych biznesach. "Ponieważ raz, drugi, trzeci nie przyniosło to skutku i popełniał te same błędy, zrezygnowałem z tej formy ratowania go" - zapewniał minister.
Dziś gastronomiczną spółkę prowadzi syn ministra Drzewieckiego. Oficjalnie Dariusz nie ma z nią nic wspólnego. Wciąż jednak ciągnie go do egzotycznej kuchni. Kiedy za kilka lat będzie go szukała policja i wynajęci detektywi, pół Łodzi będzie plotkować, że Darek przeczekuje zły czas przy Piotrkowskiej w arabskiej knajpie przyjaciela Azada Hamada.
Jedyny ślad tego, że Dariusz Drzewiecki miał w ciągu ośmiu ostatnich lat związki z czymkolwiek, co rejestruje się i składa sprawozdania finansowe, to akta łódzkiej spółki W&J. Zakłada ją w 2002 roku razem z Jerzym Idczakiem, znanym dilerem samochodowym (rodzina Idczaków m.in. sponsoruje piłkarski klub ŁKS). Mają handlować samochodami i prowadzić "pożyczki poza systemem bankowym". Darek sprzedaje udziały po dwóch miesiącach.
Sprzedał, choć nie miał
Grudzień 2008 roku. Policja poszukuje Dariusza Drzewieckiego, porozmawiać z nim chciałoby co najmniej trzech łódzkich prokuratorów. Każdy w innej sprawie. "Darek po prostu ma taki styl" - mówi łódzki biznesmen, który zna obu Drzewieckich jeszcze z lat 80. "Nawet średnio rozgarnięty nastolatek wie, że numery, które wycina, mają krótkie nogi. Darek wymyślił, że będzie sprzedawał samochody już wzięte w leasing."
Zaczęło się jesienią 2004 r. od śledztwa w sprawie sprzedawania przez Dariusza Drzewieckiego leasingowanych samochodów. Policja podejrzewa, że sprzedał trzy auta, których nie miał, w sumie za ok. 70 tys. zł. Jak donosiła lokalna prasa, sprawa wyszła na jaw, gdy kupcy pojechali do Katowic odebrać auta. Aut nie było.
Komisariat policji w Ozorkowie szuka brata ministra. "Miejsce jego pobytu nie jest znane. Zachodzi zatem uzasadnione przypuszczenie, iż ukrywa się przed organami ścigania celem uniknięcia odpowiedzialności prawnej" - pisze w 2005 r. policja w postanowieniu o zawieszeniu śledztwa.
Wkrótce policja w całym kraju, na polecenie łódzkiej prokuratury, zaczyna jednak poszukiwać Dariusza. Tęskni za nim też prokuratura w Zgierzu, bo podając się za pełnomocnika firmy swojej żony, w 2004 r. sprzedał za 63 tys. zł znanemu dilerowi samochodów dwa auta wzięte w leasing.
Policja nie spieszy się z ustaleniem miejsca pobytu brata ministra sportu. Dariusz Drzewiecki paraduje po Piotrkowskiej. Diler do odzyskania pieniędzy wynajmuje więc detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Ten 30 grudnia 2008 r. w asyście policji prawie go dopada w Wiśle w hotelu Gołębiewski. Drzewieckiemu udaje się uciec kuchennymi drzwiami, ale czuje, że pętla się zaciska. Za pośrednictwem adwokata zwraca dilerowi pieniądze, prokuratura umarza śledztwo.
Z kolejnego śledztwa brat ministra też wychodzi obronną ręką. Prokuratura Łódź-Widzew stawia mu zarzuty przywłaszczenia wyleasingowanych urządzeń do wentylacji w knajpie w Kaliszu. Ktoś jednak postanawia spłacić jego długi. Wtedy prokuratura w sierpniu 2009 r. umarza sprawę. Jako podstawę decyzji wskazuje "niepopełnienie przez podejrzanego zarzuconego mu przestępstwa".
W styczniu 2009 r. jedna z łódzkich prokuratur kieruje jednak do sądu akt oskarżenia. Drzewieckiemu zarzuca cztery przestępstwa: trzy oszustwa (sprzedaż trzech samochodów, których nie miał) i sfałszowanie faktury. Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi: "Ponieważ Dariusz D. zadeklarował chęć dobrowolnego poddania się karze, wraz z aktem oskarżenia skierowany został wniosek o wydanie wyroku skazującego i kary łącznej 1 roku 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania na okres 3 lat".
W lutym tego roku Dariusz Drzewiecki zostaje skazany. W zawieszeniu na 3 lata.
Wojciech Cieśla
Dziennik
Kim jest człowiek, który austriackiej firmie proponował rządowe kontrakty za ciężkie pieniądze? Jego biografia obfituje w niespodziewane zwroty i całkiem spodziewane tarapaty. A przecież to wciąż ten sam, dobrze znany w Łodzi restaurator.
Nawet z przyjaciółmi Dariusza Drzewieckiego jest kłopot. Ci, którzy jeszcze latem popijali z nim przy jednym stoliku przy Piotrkowskiej, dziś mówią: "Nie odbiera komórki. Nie widzieliśmy się. Nie wiem, gdzie go szukać. Do widzenia".
Z sąsiadami z ulicy Jaracza to samo. Zrujnowana kamienica, krata przed wejściem, domofon z wizytówkami pożółkłymi ze starości. Niby wszystko się zgadza - "Tu się zameldował, o tam, na drugim piętrze kamienicy, w mieszkaniu matki". "Dawno go pani widziała?". Wzruszenie ramion. "Bywa tu?". "Kto go tam wie".
Od dawna, czyli od czasów, gdy przestał prowadzić dyskotekę Studio, Dariusz Drzewiecki nie pcha się przed obiektywy. Unika publicznych imprez. Kiedy pytam kilku łódzkich fotografów o jego zdjęcia, słyszę ten sam tekst: ciężka sprawa.
Dariusz Drzewiecki zostawia po sobie inne ślady: rozproszone po szafach sądów i prokuratur zeznania, dziesiątki stron akt, w których pojawia się jako świadek, podejrzany lub oskarżony.
Gastronomia i tańce
Lata 90., Łódź. Mirosław Drzewiecki, z wykształcenia prawnik, z przekonań liberał, zarabia poważne pieniądze.
Rok 1995. O restauracji Wiedeńska huczy cała Łódź. Knajpę w dobrym punkcie przy Piotrkowskiej, visa-vis Grand Hotelu, prowadzi Nina, żona Mirosława. Prasa donosi, że gośćmi bywają bandyci, w tym "Tato" i "Gruby Irek". Władze miasta kręcą nosem, a Drzewieccy likwidują lokal z powodu niebezpiecznych klientów.
Mirosław Drzewiecki zbija majątek na szyciu ubrań, produkuje guziki, sprowadza tkaniny z Azji, kupuje lokalną gazetę. W najlepszych latach jego firmy zatrudniają kilkuset pracowników. Jest zamożny, znany i ma brata, któremu brakuje tych przymiotów. Dariusz, młodszy o sześć lat, prowadzi dyskotekę Studio. Idzie mu tak sobie. Właściwie beznadziejnie. "Mirek zawsze pomagał bratu, wyciągał go z kłopotów, pożyczał pieniądze, spłacał długi. Jak trzeba było wejść w interes, Mirek go wspierał" - opowiada jeden z najbliższych współpracowników Jerzego Kropiwnickiego, byłego już prezydenta Łodzi. "Darek jest z innej planety. Nawet studiów nie skończył".
Spotykam się z drobnym biznesmenem, który zetknął się z Drzewieckimi w burzliwych latach 90. ("Pan mnie nie cytuje pod nazwiskiem, oni wciąż są mocni"): "Widywali się po kilkanaście razy dziennie. Darek był facetem od czarnej roboty, a Mirek nigdy nie chciał być oficjalnie zamieszany w to, co robi młodszy brat. Choć bywało różnie. W pewnym momencie Mirek zorganizował prezentację w Teatrze Muzycznym w Łodzi i nie zapłacił za salę. Teatr zaczyna go ścigać i co się okazuje? Imprezę formalnie organizował Darek, a od niego wyciągnąć pieniądze to już sztuka".
Darek działa też na własną rękę. Promuje dyskotekę, jak umie, co miesiąc organizuje wybory miss mokrego podkoszulka. Po Łodzi krąży opowieść, że ma problem z narkotykami. "Darek bał się żony. Nie wierzę w te opowieści o narkotykach. Na własne oczy widziałem, jak wpadła na niego w knajpie:
Drzewiecki przedstawia "Tatę"
Pod koniec czerwca 1999 roku komisarz Andrzej Szczepański z Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną Komendy Głównej Policji przesłuchuje 38-letniego Pawła Jankowskiego. Za dwa lata, w procesie łódzkiej ośmiornicy, Jankowski będzie jednym z najważniejszych świadków: pokrzywdzonym i oskarżycielem posiłkowym w procesie ośmiornicy.
Na razie Jankowski opowiada, w jaki sposób stał się znajomym gangsterów i jak popadł w długi. W latach 90. prowadzi dyskotekę Studio razem z Dariuszem Drzewieckim, który postanawia wyremontować lokal za pożyczone 30 tys. marek. Pieniądze pożycza Tadeusz Matera "Tato", jeden z bossów ośmiornicy. Z zeznania Jankowskiego: "Drzewiecki przedstawił mi Tadeusza Materę jako znanego w Łodzi biznesmena, który dysponuje dużą gotówką i może być potencjalnym inwestorem, ewentualnie udziałowcem czy pożyczkodawcą na wyremontowanie. Drzewiecki po prostu podjął decyzję o remoncie, a mówiąc krótko, zmusił mnie do tej decyzji i ja na nią przystałem, nie chcąc konfliktować się ze wspólnikiem".
Potem za 100 tys. dolarów "Tato" odkupuje udziały od Drzewieckiego i staje się cichym wspólnikiem dyskoteki. Jankowski nie chce ani pożyczki, ani nowego wspólnika. Wpada w tarapaty, bo żołnierze bossa chcą, by to on spłacał wysoko oprocentowaną pożyczkę. Jankowski spłaca, ale gangsterom wciąż jest mało. Biznesmen zaczyna się ukrywać.
Z zeznań Jankowskiego: "Jak wiem od Drzewieckiego, on o wszystkich przedsięwzięciach informował swojego brata Mirosława Drzewieckiego, który, jak mi jest wiadomo, zna bardzo dobrze Tadeusza Materę. Ja mówię tutaj o Mirosławie Drzewieckim dlatego, ponieważ mój wspólnik Dariusz Drzewiecki, gdy nie chciałem wyrazić zgody na proponowane przez niego przedsięwzięcia, cały czas straszył mnie, że wykorzysta możliwości i znajomości swojego brata do tego, aby zmusić mnie do tego, abym robił tak, jak on chce. Jak się później okazało, te obietnice mojego byłego wspólnika musiały być chyba zrealizowane, gdyż w późniejszym okresie, już po naszym rozstaniu, miałem wiele różnych kłopotów ze strony organów skarbowych, które były wywołane według mojej oceny interwencją Mirosława Drzewieckiego, wykorzystującego w tych sytuacjach zajmowaną pozycję polityczną".
W 2001 r., dwa lata po przesłuchaniu przez policjanta z KGP, Paweł Jankowski niemal dosłownie to samo powtarza na procesie. Mówi powoli, głośno i dobitnie. Lokalna Gazeta Wyborcza odnotuje, że nie spuszcza wzroku z ławy oskarżonych - tak jakby chciał pokazać, że się nie boi. Zza szyby pancernej przyglądają mu się ci, o których opowiada. Uśmiechają się.
Po remoncie dyskoteki Studio, który na kilka lat wpędzi w kłopoty Pawła Jankowskiego, Dariusz Drzewiecki wychodzi z interesu. Wtedy na Piotrkowskiej powstaje restauracja Marhaba: arabska kuchnia, falafel i kofta, ale bez tłustego smrodu, w jakim gotują się zwykłe kebaby. Pomysł chwyta. Wkrótce w całej Polsce powstanie kilka lokali o tej samej nazwie. Spółkę oficjalnie zakładają nastoletni syn Mirosława Mateusz (jeszcze przed maturą) i Dariusz. Do tego uruchamiają popularną w Łodzi knajpę Madero. Jak pisze tygodnik Polityka, to Mirosław Drzewiecki namówił syna do założenia spółki z bratem, chciał w ten sposób mu pomóc. Potem jeszcze kilkakrotnie spłacał długi po różnych biznesach. "Ponieważ raz, drugi, trzeci nie przyniosło to skutku i popełniał te same błędy, zrezygnowałem z tej formy ratowania go" - zapewniał minister.
Dziś gastronomiczną spółkę prowadzi syn ministra Drzewieckiego. Oficjalnie Dariusz nie ma z nią nic wspólnego. Wciąż jednak ciągnie go do egzotycznej kuchni. Kiedy za kilka lat będzie go szukała policja i wynajęci detektywi, pół Łodzi będzie plotkować, że Darek przeczekuje zły czas przy Piotrkowskiej w arabskiej knajpie przyjaciela Azada Hamada.
Jedyny ślad tego, że Dariusz Drzewiecki miał w ciągu ośmiu ostatnich lat związki z czymkolwiek, co rejestruje się i składa sprawozdania finansowe, to akta łódzkiej spółki W&J. Zakłada ją w 2002 roku razem z Jerzym Idczakiem, znanym dilerem samochodowym (rodzina Idczaków m.in. sponsoruje piłkarski klub ŁKS). Mają handlować samochodami i prowadzić "pożyczki poza systemem bankowym". Darek sprzedaje udziały po dwóch miesiącach.
Sprzedał, choć nie miał
Grudzień 2008 roku. Policja poszukuje Dariusza Drzewieckiego, porozmawiać z nim chciałoby co najmniej trzech łódzkich prokuratorów. Każdy w innej sprawie. "Darek po prostu ma taki styl" - mówi łódzki biznesmen, który zna obu Drzewieckich jeszcze z lat 80. "Nawet średnio rozgarnięty nastolatek wie, że numery, które wycina, mają krótkie nogi. Darek wymyślił, że będzie sprzedawał samochody już wzięte w leasing."
Zaczęło się jesienią 2004 r. od śledztwa w sprawie sprzedawania przez Dariusza Drzewieckiego leasingowanych samochodów. Policja podejrzewa, że sprzedał trzy auta, których nie miał, w sumie za ok. 70 tys. zł. Jak donosiła lokalna prasa, sprawa wyszła na jaw, gdy kupcy pojechali do Katowic odebrać auta. Aut nie było.
Komisariat policji w Ozorkowie szuka brata ministra. "Miejsce jego pobytu nie jest znane. Zachodzi zatem uzasadnione przypuszczenie, iż ukrywa się przed organami ścigania celem uniknięcia odpowiedzialności prawnej" - pisze w 2005 r. policja w postanowieniu o zawieszeniu śledztwa.
Wkrótce policja w całym kraju, na polecenie łódzkiej prokuratury, zaczyna jednak poszukiwać Dariusza. Tęskni za nim też prokuratura w Zgierzu, bo podając się za pełnomocnika firmy swojej żony, w 2004 r. sprzedał za 63 tys. zł znanemu dilerowi samochodów dwa auta wzięte w leasing.
Policja nie spieszy się z ustaleniem miejsca pobytu brata ministra sportu. Dariusz Drzewiecki paraduje po Piotrkowskiej. Diler do odzyskania pieniędzy wynajmuje więc detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Ten 30 grudnia 2008 r. w asyście policji prawie go dopada w Wiśle w hotelu Gołębiewski. Drzewieckiemu udaje się uciec kuchennymi drzwiami, ale czuje, że pętla się zaciska. Za pośrednictwem adwokata zwraca dilerowi pieniądze, prokuratura umarza śledztwo.
Z kolejnego śledztwa brat ministra też wychodzi obronną ręką. Prokuratura Łódź-Widzew stawia mu zarzuty przywłaszczenia wyleasingowanych urządzeń do wentylacji w knajpie w Kaliszu. Ktoś jednak postanawia spłacić jego długi. Wtedy prokuratura w sierpniu 2009 r. umarza sprawę. Jako podstawę decyzji wskazuje "niepopełnienie przez podejrzanego zarzuconego mu przestępstwa".
W styczniu 2009 r. jedna z łódzkich prokuratur kieruje jednak do sądu akt oskarżenia. Drzewieckiemu zarzuca cztery przestępstwa: trzy oszustwa (sprzedaż trzech samochodów, których nie miał) i sfałszowanie faktury. Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi: "Ponieważ Dariusz D. zadeklarował chęć dobrowolnego poddania się karze, wraz z aktem oskarżenia skierowany został wniosek o wydanie wyroku skazującego i kary łącznej 1 roku 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania na okres 3 lat".
W lutym tego roku Dariusz Drzewiecki zostaje skazany. W zawieszeniu na 3 lata.
Wojciech Cieśla
Dziennik
Drzewiecki choruje, a Rosół zapadł się pod ziemię
Obolałe gardło - taktyczny unik czy też strach przed pytaniami śledczych? Mirosław Drzewiecki nie stanął w piątek przed Sejmową Komisją Hazardową. Zasłonił się złym stanem zdrowia i złożył wniosek o zmianę terminu przesłuchania.
Jak ustalił "Super Express", pod ziemię zapadł się też inny z ważnych świadków w aferze Marcin Rosół, asystent Mirosława Drzewieckiego. Według Mariusza Kamińskiego, obaj panowie byli kluczowymi elementami łańcuszka przecieku, który dotarł do Ryszarda Sobiesiaka i ostrzegł biznesmena przed akcją CBA.
"W ostatnich dniach nasiliły się moje problemy zdrowotne związane z uciążliwym bólem gardła, które uniemożliwiają mi swobodnego, wielogodzinne złożenie zeznań przed komisją"- napisał były minister sportu. Nie pofatygował się przed komisję. Wniosek w jego imieniu szefowi klubu Mirosławowi Sekule przekazał sekretarz klubu PO Sebastian Karpiniuk.
To strach, a nie gardło
- Obleciał go strach - skrytykował Drzewieckiego Bartosz Arłukowicz z Lewicy. Jego zdaniem były minister sportu chce przeczytać stenogramy Zbigniewa Chlebowskiego (zeznawał w czwartek), żeby mówić to samo, co on oraz wyjaśnić aferę swojego brata (według "Dziennika" Dariusz Drzewiecki miał proponować załatwianie umów na inwestycje, które znajdowały się pod nadzorem jego brata ministra). Dostało się też Sekule, którego Arłukowicz nazwał adwokatem Drzewieckiego i doręczycielem. - To nie jest ujma być listonoszem, w swoim życiu byłem nawet kelnerem - odpowiedział szef komisji.
Wszystko wyśpiewa
Były minister sportu zostanie przesłuchany w czwartek. Wciąż natomiast nie wiadomo, kiedy w Sejmie pojawi się Marcin Rosół. Według wersji Kamińskiego, to on powiedział o akcji CBA córce Sobiesiaka - Magdalenie. Do ich spotkania doszło 24 sierpnia w warszawskiej kawiarni "Pędzący Królik" (Rosół miał mieć informacje od Drzewieckiego, ten zaś od Tuska).
Nieoficjalnie mówi się, że zeznania Rosoła mogą być w sprawie tzw. przecieku kluczowe.
- Marcin to gorąca głowa. Śledczy mogą to wykorzystać - mówi nam jeden z wieloletnich znajomych Rosoła. Przyznaje jednocześnie, że asystent Drzewieckiego ma wiele do stracenia i przed komisją zezna całą prawdę. Zresztą swoim znajomym miał już powiedzieć, że sam tonąć nie będzie. - Stawał już przed prokuratorem i wie, co wtedy przeżył. Moim zdaniem powie prawdę nawet za cenę bezpowrotnego odejścia z wielkiej polityki - dodaje nasz informator.
Kasa i fura od Drzewieckiego
W 2006 roku "Newsweek" oskarżył Rosoła i jego partyjnego kolegę Piotra Wawrzynowicza o wyprowadzanie pieniędzy podczas kampanii. Władze PO zawiesiły Rosoła w partyjnych obowiązkach. Prokuratura umorzyła jednak postępowanie. No i Rosół szybko wrócił do wielkiej polityki. Najpierw znalazł zatrudnienie w Agencji Rozwoju Mazowsza. Potem został szefem gabinetu politycznego Drzewieckiego. Za wykonywanie swoich obowiązków (pilnowanie kalendarza) minister hojnie wynagradzał młodego polityka Platformy. Zarabiał on ok. 8 tys. zł miesięcznie, miał do dyspozycji swój gabinet oraz co ciekawe, samochód BMW serii 7 z kierowcą (takim samym poruszał się Drzewiecki). Za kilka miesięcy swojej pracy otrzymał sowitą nagrodę w wysokości 37 tys. zł i poleciał w służbową podróż (28 lutego - 6 marca 2009) do Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej i Kataru. Oczywiście razem z ministrem Drzewieckim.
Własny biznes
Po dymisji ministra Drzewieckiego Rosół również odszedł z resortu. Na osłodę otrzymał miesięczną odprawę. Szybko się okazało, że nie zamierza siedzieć z założonymi rękoma.
Kiedy Drzewiecki przebywał na urlopie (19 października - 6 listopada), Rosół zakładał już działalność gospodarczą. 20 października zaczęła funkcjonować jego firma "Marcin Rosół Doradztwo Związane z Zarządzaniem". Zajmuje się m.in. public relations, komunikacją i doradztwem w prowadzeniu działalności gospodarczej. Chcieliśmy porozmawiać z Rosołem o jego nowej pracy i różnych wątkach afery hazardowej - m.in. o spotkaniu z Magdaleną Sobiesiak i o urlopie, jaki spędził w ośrodku Ryszarda Sobiesiaka. Niestety, nie udało nam się z nim skontaktować. Nie zastaliśmy go też pod warszawskim adresem, pod którym widnieje firma Rosoła. A jak zachowa się Rosół przed komisją śledczą? Zacznie mówić, zagotuje się czy nabierze wody w usta?
Sylwester Ruszkiewicz , Tomasz Sygut
Superexpress
Jak ustalił "Super Express", pod ziemię zapadł się też inny z ważnych świadków w aferze Marcin Rosół, asystent Mirosława Drzewieckiego. Według Mariusza Kamińskiego, obaj panowie byli kluczowymi elementami łańcuszka przecieku, który dotarł do Ryszarda Sobiesiaka i ostrzegł biznesmena przed akcją CBA.
"W ostatnich dniach nasiliły się moje problemy zdrowotne związane z uciążliwym bólem gardła, które uniemożliwiają mi swobodnego, wielogodzinne złożenie zeznań przed komisją"- napisał były minister sportu. Nie pofatygował się przed komisję. Wniosek w jego imieniu szefowi klubu Mirosławowi Sekule przekazał sekretarz klubu PO Sebastian Karpiniuk.
To strach, a nie gardło
- Obleciał go strach - skrytykował Drzewieckiego Bartosz Arłukowicz z Lewicy. Jego zdaniem były minister sportu chce przeczytać stenogramy Zbigniewa Chlebowskiego (zeznawał w czwartek), żeby mówić to samo, co on oraz wyjaśnić aferę swojego brata (według "Dziennika" Dariusz Drzewiecki miał proponować załatwianie umów na inwestycje, które znajdowały się pod nadzorem jego brata ministra). Dostało się też Sekule, którego Arłukowicz nazwał adwokatem Drzewieckiego i doręczycielem. - To nie jest ujma być listonoszem, w swoim życiu byłem nawet kelnerem - odpowiedział szef komisji.
Wszystko wyśpiewa
Były minister sportu zostanie przesłuchany w czwartek. Wciąż natomiast nie wiadomo, kiedy w Sejmie pojawi się Marcin Rosół. Według wersji Kamińskiego, to on powiedział o akcji CBA córce Sobiesiaka - Magdalenie. Do ich spotkania doszło 24 sierpnia w warszawskiej kawiarni "Pędzący Królik" (Rosół miał mieć informacje od Drzewieckiego, ten zaś od Tuska).
Nieoficjalnie mówi się, że zeznania Rosoła mogą być w sprawie tzw. przecieku kluczowe.
- Marcin to gorąca głowa. Śledczy mogą to wykorzystać - mówi nam jeden z wieloletnich znajomych Rosoła. Przyznaje jednocześnie, że asystent Drzewieckiego ma wiele do stracenia i przed komisją zezna całą prawdę. Zresztą swoim znajomym miał już powiedzieć, że sam tonąć nie będzie. - Stawał już przed prokuratorem i wie, co wtedy przeżył. Moim zdaniem powie prawdę nawet za cenę bezpowrotnego odejścia z wielkiej polityki - dodaje nasz informator.
Kasa i fura od Drzewieckiego
W 2006 roku "Newsweek" oskarżył Rosoła i jego partyjnego kolegę Piotra Wawrzynowicza o wyprowadzanie pieniędzy podczas kampanii. Władze PO zawiesiły Rosoła w partyjnych obowiązkach. Prokuratura umorzyła jednak postępowanie. No i Rosół szybko wrócił do wielkiej polityki. Najpierw znalazł zatrudnienie w Agencji Rozwoju Mazowsza. Potem został szefem gabinetu politycznego Drzewieckiego. Za wykonywanie swoich obowiązków (pilnowanie kalendarza) minister hojnie wynagradzał młodego polityka Platformy. Zarabiał on ok. 8 tys. zł miesięcznie, miał do dyspozycji swój gabinet oraz co ciekawe, samochód BMW serii 7 z kierowcą (takim samym poruszał się Drzewiecki). Za kilka miesięcy swojej pracy otrzymał sowitą nagrodę w wysokości 37 tys. zł i poleciał w służbową podróż (28 lutego - 6 marca 2009) do Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej i Kataru. Oczywiście razem z ministrem Drzewieckim.
Własny biznes
Po dymisji ministra Drzewieckiego Rosół również odszedł z resortu. Na osłodę otrzymał miesięczną odprawę. Szybko się okazało, że nie zamierza siedzieć z założonymi rękoma.
Kiedy Drzewiecki przebywał na urlopie (19 października - 6 listopada), Rosół zakładał już działalność gospodarczą. 20 października zaczęła funkcjonować jego firma "Marcin Rosół Doradztwo Związane z Zarządzaniem". Zajmuje się m.in. public relations, komunikacją i doradztwem w prowadzeniu działalności gospodarczej. Chcieliśmy porozmawiać z Rosołem o jego nowej pracy i różnych wątkach afery hazardowej - m.in. o spotkaniu z Magdaleną Sobiesiak i o urlopie, jaki spędził w ośrodku Ryszarda Sobiesiaka. Niestety, nie udało nam się z nim skontaktować. Nie zastaliśmy go też pod warszawskim adresem, pod którym widnieje firma Rosoła. A jak zachowa się Rosół przed komisją śledczą? Zacznie mówić, zagotuje się czy nabierze wody w usta?
Sylwester Ruszkiewicz , Tomasz Sygut
Superexpress
2010/01/21
Prokurator sprawdza, co obiecywał brat "Mira"
Łódzka prokuratura bada doniesienia medialne dotyczące Dariusza Drzewieckiego, brata byłego ministra sportu. Według "Dziennika Gazety Prawnej" proponował on załatwianie umów na inwestycje, które znajdowały się pod nadzorem byłego ministra. Brat b. ministra zaprzecza: - Nigdy nie zgłaszałem jakiejkolwiek gotowości pomocy w załatwieniu kontraktów, czy zleceń przy budowie "Orlików", autostrad i stadionów - oświadcza.
- Ustalamy, czy są podstawy do wszczęcia postępowania, zwłaszcza w zakresie dotyczącym płatnej protekcji. Prokuratura możliwie jak najszybciej, a najpóźniej w ciągu miesiąca, podejmie decyzję, czy wszczęte zostanie postępowanie w tej sprawie - powiedział rzecznik łódzkiej Prokuratury Okręgowej Krzysztof Kopania.
W ciągu miesiąca śledczy z Prokuratury Okręgowej w Łodzi muszą zdecydować, czy wszczęte zostanie postępowanie w sprawie Dariusza Drzewieckiego.
Propozycje brata?
Jak napisał czwartkowy "Dziennik Gazeta Prawna" brat byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego w kwietniu 2009 roku miał złożyć austriackiej spółce Alpine Bau propozycję załatwienia rządowych kontraktów.
Z relacji dziennikarzy gazety wynika, że dwaj menedżerowie Alpine Bau spotkali się z bratem byłego ministra sportu na początku kwietnia - dokładnie 8. - Drzewiecki zapewniał, że może załatwić te kontrakty. Że wszystko zorganizuje. Ma znajomości na wysokim szczeblu. Już nawet wynajął willę w Łodzi, by stamtąd dowodzić projektami. (...) - powiedział w rozmowie z "DGP" menedżer Alpine Bau, Uwe Meyer. - Do spotkania doszło z inicjatywy Drzewieckiego. Razem z nim był obecny jego wspólnik, a także dwóch Austriaków. Zaproponowano nam - Alpinie - współpracę przy budowie stadionów na Euro 2012 oraz odcinka autostrady A2 - dodał.
- Drzewiecki powiedział nam, że ma kontakty i może nam pomóc we wszystkim, może zorganizować dla nas dużą pomoc. Odmówiliśmy współpracy, mówiąc, że nie jesteśmy nią zainteresowani, gdyż pracujemy dla Alpine i realizujemy jej inwestycje. Na kolejne zaproponowane przez niego spotkanie nie poszliśmy - zaznaczył Uwa Meyer.
Meyer twierdzi, że Dariusz Drzewiecki opowiadał, że ma pod kontrolą urzędników. Jakich? Tego nie zdradził. Drzewiecki miał przekonywać także austriacką firmę, że może ona liczyć na ekstra zarobek za dodatkowe, nieplanowane prace. Czy to była propozycja korupcyjna? - Bez komentarza - powiedział Meyer.
Brat byłego ministra zaprzecza
Sam Dariusz Drzewiecki zaprzecza tym doniesieniom. - Nigdy nie brałem udziału w spotkaniach z przedstawicielami Alpine Bau w Polsce. Nigdy nie zgłaszałem jakiejkolwiek gotowości pomocy w załatwieniu kontraktów, czy zleceń przy budowie "Orlików", autostrad i stadionów - napisał oświadczeniu przesłanym dziennikarzom.
Informacje opublikowane przez "DGP" nazwał kłamliwymi. Poinformował, że w związku z tym, że treść artykułu "pomawia jego dobre imię, a przede wszystkim narusza godność i uczciwość jego rodziny", rozważa skierowanie sprawy przeciwko autorowi na "ścieżkę sądową".
Meyer pytany o to, czy Drzewiecki kłamie w swoim oświadczeniu, odparł: "oczywiście, że tak". - Był tam ze mną mój kolega i jeszcze dwóch austriackich mężczyzn. Nie znałem wcześniej Drzewieckiego, nie wiedziałem kim jest i to on nas zaprosił - powiedział.
GDDKiA kontra Alpine Bau
Jak podkreśla "Dziennik Gazeta Prawna" nie jest jasne, dlaczego ws. oferty brata b. szefa resortu sportu, Alpine Bau nie zgłosiła się na policję, do prokuratury, czy CBA. Gazeta ustaliła, że zarząd austriackiej spółki o propozycji Drzewieckiego dowiedział się kilka miesięcy temu.
W połowie grudnia GDDKiA zerwała z Alpine Bau umowę na budowę 18-kilometrowego odcinka autostrady A1 od Świerklan na Śląsku do granicy z Czechami. Jak argumentowano, austriacka firma nie wykonywała prac na czas, a zatrudnione przy budowie osoby nie miały pozwoleń na obsługę specjalistycznego sprzętu.
Austriacy jednak nie przyznają się do winy i twierdzą, że zerwanie kontraktu przez GDDKiA jest nieuzasadnione. Ich zdaniem, poszło o projekt mostu, który - w ich ocenie - jest niewłaściwy i to ten problem - według wykonawcy - był powodem opóźnień prac.
ŁOs,kj, ŁUD//kwj/kdj
TVN24
- Ustalamy, czy są podstawy do wszczęcia postępowania, zwłaszcza w zakresie dotyczącym płatnej protekcji. Prokuratura możliwie jak najszybciej, a najpóźniej w ciągu miesiąca, podejmie decyzję, czy wszczęte zostanie postępowanie w tej sprawie - powiedział rzecznik łódzkiej Prokuratury Okręgowej Krzysztof Kopania.
W ciągu miesiąca śledczy z Prokuratury Okręgowej w Łodzi muszą zdecydować, czy wszczęte zostanie postępowanie w sprawie Dariusza Drzewieckiego.
Propozycje brata?
Jak napisał czwartkowy "Dziennik Gazeta Prawna" brat byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego w kwietniu 2009 roku miał złożyć austriackiej spółce Alpine Bau propozycję załatwienia rządowych kontraktów.
Z relacji dziennikarzy gazety wynika, że dwaj menedżerowie Alpine Bau spotkali się z bratem byłego ministra sportu na początku kwietnia - dokładnie 8. - Drzewiecki zapewniał, że może załatwić te kontrakty. Że wszystko zorganizuje. Ma znajomości na wysokim szczeblu. Już nawet wynajął willę w Łodzi, by stamtąd dowodzić projektami. (...) - powiedział w rozmowie z "DGP" menedżer Alpine Bau, Uwe Meyer. - Do spotkania doszło z inicjatywy Drzewieckiego. Razem z nim był obecny jego wspólnik, a także dwóch Austriaków. Zaproponowano nam - Alpinie - współpracę przy budowie stadionów na Euro 2012 oraz odcinka autostrady A2 - dodał.
- Drzewiecki powiedział nam, że ma kontakty i może nam pomóc we wszystkim, może zorganizować dla nas dużą pomoc. Odmówiliśmy współpracy, mówiąc, że nie jesteśmy nią zainteresowani, gdyż pracujemy dla Alpine i realizujemy jej inwestycje. Na kolejne zaproponowane przez niego spotkanie nie poszliśmy - zaznaczył Uwa Meyer.
Meyer twierdzi, że Dariusz Drzewiecki opowiadał, że ma pod kontrolą urzędników. Jakich? Tego nie zdradził. Drzewiecki miał przekonywać także austriacką firmę, że może ona liczyć na ekstra zarobek za dodatkowe, nieplanowane prace. Czy to była propozycja korupcyjna? - Bez komentarza - powiedział Meyer.
Brat byłego ministra zaprzecza
Sam Dariusz Drzewiecki zaprzecza tym doniesieniom. - Nigdy nie brałem udziału w spotkaniach z przedstawicielami Alpine Bau w Polsce. Nigdy nie zgłaszałem jakiejkolwiek gotowości pomocy w załatwieniu kontraktów, czy zleceń przy budowie "Orlików", autostrad i stadionów - napisał oświadczeniu przesłanym dziennikarzom.
Informacje opublikowane przez "DGP" nazwał kłamliwymi. Poinformował, że w związku z tym, że treść artykułu "pomawia jego dobre imię, a przede wszystkim narusza godność i uczciwość jego rodziny", rozważa skierowanie sprawy przeciwko autorowi na "ścieżkę sądową".
Meyer pytany o to, czy Drzewiecki kłamie w swoim oświadczeniu, odparł: "oczywiście, że tak". - Był tam ze mną mój kolega i jeszcze dwóch austriackich mężczyzn. Nie znałem wcześniej Drzewieckiego, nie wiedziałem kim jest i to on nas zaprosił - powiedział.
GDDKiA kontra Alpine Bau
Jak podkreśla "Dziennik Gazeta Prawna" nie jest jasne, dlaczego ws. oferty brata b. szefa resortu sportu, Alpine Bau nie zgłosiła się na policję, do prokuratury, czy CBA. Gazeta ustaliła, że zarząd austriackiej spółki o propozycji Drzewieckiego dowiedział się kilka miesięcy temu.
W połowie grudnia GDDKiA zerwała z Alpine Bau umowę na budowę 18-kilometrowego odcinka autostrady A1 od Świerklan na Śląsku do granicy z Czechami. Jak argumentowano, austriacka firma nie wykonywała prac na czas, a zatrudnione przy budowie osoby nie miały pozwoleń na obsługę specjalistycznego sprzętu.
Austriacy jednak nie przyznają się do winy i twierdzą, że zerwanie kontraktu przez GDDKiA jest nieuzasadnione. Ich zdaniem, poszło o projekt mostu, który - w ich ocenie - jest niewłaściwy i to ten problem - według wykonawcy - był powodem opóźnień prac.
ŁOs,kj, ŁUD//kwj/kdj
TVN24
Kariera platformerskiego człowieka cienia
Kiedyś był pełnomocnikiem finansowym Platformy, dzisiaj - chcąc, a zapewne nie chcąc - występuje w roli głównego bohatera spotkania w kawiarni Pędzący królik.
To właśnie Marcin Rosół, asystent Mirosława Drzewieckiego, a wcześniej również Grzegorza Schetyny i samego Donalda Tuska, wyrasta na kluczowego świadka w aferze hazardowej. Bo to on - wedle słów byłego szefa CBA - mógł być ostatnim ogniwem przecieku z kancelarii premiera. I to właśnie na jego przesłuchanie czekam z największą niecierpliwością.
Nie tylko po to, by usłyszeć odpowiedź na pytanie, dlaczego w takim pośpiechu wycofywał kandydaturę Magdaleny Sobiesiak z Totalizatora Sportowego. Czekam w napięciu, aby Marcin Rosół mógł nam wszystkim, a zwłaszcza rówieśnikom, "sprzedać" przepis na zrobienie tak błyskotliwej kariery
Być powiernikiem tajemnic liderów, zostać dyrektorem klubu parlamentarnego w takim wieku (a jest mężczyzną tuż po trzydziestce) to nie lada wyczyn. I, jak się domyślam, źródło zgryzoty niejednego zazdrośnika. Równie, a może jeszcze bardziej interesujące jest to, jak wspaniale poradził sobie z przeszkodami, które rzucał mu pod nogi los.
Zwłaszcza z oskarżeniem o nielegalne wyprowadzanie partyjnych pieniędzy, za co został nawet zawieszony w prawach członka PO. Kwarantanna była bolesna, ale krótka i szybko powrócił na partyjne łono.
Owszem, prokuratura śledztwo w tej sprawie umorzyła, jednak proces z "Newsweekiem", który zarzucił mu "dojenie Platformy", przegrał. Jako człowiek cienia Marcin Rosół sprawdzał się doskonale.
Czy równie dobrze wypadnie w świetle jupiterów? Wszystko w rękach "siedmiu wspaniałych" z komisji śledczych. A ci, choć wolno, to jednak się rozkręcają.
POLSKA
Bogdan Rymanowski
To właśnie Marcin Rosół, asystent Mirosława Drzewieckiego, a wcześniej również Grzegorza Schetyny i samego Donalda Tuska, wyrasta na kluczowego świadka w aferze hazardowej. Bo to on - wedle słów byłego szefa CBA - mógł być ostatnim ogniwem przecieku z kancelarii premiera. I to właśnie na jego przesłuchanie czekam z największą niecierpliwością.
Nie tylko po to, by usłyszeć odpowiedź na pytanie, dlaczego w takim pośpiechu wycofywał kandydaturę Magdaleny Sobiesiak z Totalizatora Sportowego. Czekam w napięciu, aby Marcin Rosół mógł nam wszystkim, a zwłaszcza rówieśnikom, "sprzedać" przepis na zrobienie tak błyskotliwej kariery
Być powiernikiem tajemnic liderów, zostać dyrektorem klubu parlamentarnego w takim wieku (a jest mężczyzną tuż po trzydziestce) to nie lada wyczyn. I, jak się domyślam, źródło zgryzoty niejednego zazdrośnika. Równie, a może jeszcze bardziej interesujące jest to, jak wspaniale poradził sobie z przeszkodami, które rzucał mu pod nogi los.
Zwłaszcza z oskarżeniem o nielegalne wyprowadzanie partyjnych pieniędzy, za co został nawet zawieszony w prawach członka PO. Kwarantanna była bolesna, ale krótka i szybko powrócił na partyjne łono.
Owszem, prokuratura śledztwo w tej sprawie umorzyła, jednak proces z "Newsweekiem", który zarzucił mu "dojenie Platformy", przegrał. Jako człowiek cienia Marcin Rosół sprawdzał się doskonale.
Czy równie dobrze wypadnie w świetle jupiterów? Wszystko w rękach "siedmiu wspaniałych" z komisji śledczych. A ci, choć wolno, to jednak się rozkręcają.
POLSKA
Bogdan Rymanowski
Brat ministra załatwi wszystko
Brat ministra sportu Mirosława Drzewieckiego skazany za trzy oszustwa, podrobienie dokumentu i podejrzany o przywłaszczenie maszyn z leasingu proponował austriackiej firmie załatwienie rządowych kontraktów. Jak zaczęły się kontakty Dariusza Drzewieckiego z Alpine Bau?
Ustaliliśmy, że pod koniec marca albo na początku kwietnia 2009 r. do szefostwa austriackiej firmy Alpine Bau zgłosiło się dwóch pośredników. Nie udało nam się ustalić ich nazwisk. Wiemy, że obaj byli Austriakami. Nasi rozmówcy opisują ich jako „ludzi z kontaktami”. Pośrednicy przedstawili propozycję: pomoc w interesach w Polsce. Pomagać ma brat urzędującego ministra sportu.
Obroty na miliard euro
Alpine Bau ma w Polsce sporo pieniędzy do zarobienia – i je zarabia. Jej roczne obroty w Polsce to około miliarda euro. Wiosną 2009 r. już buduje autostradę A1 (kontrakt wygrała w 2007 r.), startuje do konkursu na budowę Stadionu Narodowego, stadionu na Euro 2012 w Gdańsku, stadionów piłkarskich w Poznaniu i Krakowie. W ostatnim czasie było o niej głośno, gdy 15 grudnia 2009 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zerwała z Alpine umowę na budowę autostrady A1. Firma miała wybudować odcinek autostrady do granicy z Czechami w Gorzyczkach, ale według GDDKiA miała zbyt duże opóźnienia i wykonała zaledwie połowę prac.
Brat ministra z Łodzi
Austriaccy pośrednicy, którzy rozmawiają z Alpine, już na początku poinformowali, że działają na zlecenie brata ministra z Łodzi.
Co tajemniczy biznesmen proponuje budowlanej firmie? Pomoc w prowadzeniu projektów. I spotkanie. Alpine się zgadza. Dlaczego? Uwe Meyer, jeden z menedżerów Alpine: – Takich ludzi przychodzi do nas mnóstwo. I zwyczajowo się z nimi spotykamy, bo mogą mieć ciekawe propozycje.
8 kwietnia w słynnym łódzkim Grand Hotelu na ulicy Piotrkowskiej spotyka się sześciu mężczyzn. Alpine reprezentują Uwe Meyer, główny koordynator budowy A1, i Peter Russegger, szef czeskiej odnogi firmy. Po drugiej stronie stolika siadają człowiek przedstawiony jako Dariusz Drzewiecki, brat ministra, i jego dobrze mówiący po niemiecku wspólnik (nie wiemy, kim jest i jak się nazywa). Oprócz nich – dwaj austriaccy pośrednicy.
Spotkanie w Grand Hotelu trwa krótko. Biznesmeni z Łodzi nie chcą tu rozmawiać. Proponują restaurację vis a vis, do której wystarczy przejść przez ulicę – z tradycyjnym polskim jedzeniem. Kilka lat temu w tym miejscu lokal pod nazwą Restauracja Wiedeńska prowadziła żona ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Wtedy Dariusz Drzewiecki – jak twierdzą jego znajomi – bywał tu kilkanaście razy dziennie. Dziś lokal należy do jednego z byłych wspólników Mirosława Drzewieckiego.
Wyrok za oszustwa
Rozmowa (częściowo po polsku, częściowo po niemiecku) jest rzeczowa. Dariusz Drzewiecki nie wspomina, że jeszcze pół roku wcześniej ukrywał się przed wierzycielami, a w lutym 2009 r. został skazany na półtora roku w zawieszeniu za cztery przestępstwa (trzy oszustwa i jedno podrobienie dokumentu). W kwietniu 2009 r. miał też status podejrzanego o przywłaszczenie maszyn, które wziął w leasing dla swojej restauracji.
Kilka lat wcześniej nazwisko Dariusza Drzewieckiego pojawiło się w zeznaniach świadków w sprawie tzw. łódzkiej ośmiornicy. Pod koniec lat 90. miał załatwiać pożyczki od bossów gangu.
Budowa orlików
Drzewiecki powołuje się na swoje wpływy w urzędach. Obiecuje załatwić kontrakty na budowę orlików, stadionów (nadzoruje je jego brat) i autostrady A2. Warunek: Alpine zawiąże z nim spółkę. Firma nie chce współpracy z bratem ministra. Do powstania spółki ostatecznie nie dochodzi.
Alpine Bau (jej odnoga niezwiązana z budową dróg) miesiąc po spotkaniu w Łodzi wygrywa kontrakt na budowę Stadionu Narodowego za 1,2 mld zł.
Przez kilka tygodni próbowaliśmy znaleźć w Łodzi Dariusza Drzewieckiego. Zapadł się pod ziemię. Komórka, której używał rok temu, jest wyłączona. Jego byli adwokaci nie wiedzą, gdzie go szukać. Pod adresem, pod którym jest zameldowany na ulicy Jaracza w Łodzi, od dawna nikt nie bywa. Jego przyjaciel, łódzki restaurator Azade Hamad, jeszcze rok temu spędzał z nim sylwestra. Dziś mówi: – Od pół roku nie wiem, gdzie jest Darek.
Mirosław Drzewiecki, były minister sportu, nie odbiera telefonów od dziennikarzy.
W tej sprawie więcej jest pytań niż odpowiedzi: kim byli austriaccy pośrednicy? Kim był wspólnik Drzewieckiego? Dlaczego Austriacy podjęli się rozmów z nieznanymi w branży biznesmenami? Dlaczego nie zawiadomili o niedwuznacznej propozycji prokuratury, policji czy CBA? Skąd mieli pewność, że rozmawiali z bratem ministra sportu? Czy Dariusz Drzewiecki namówił w końcu kogoś na spółkę joint venture?
Dwa tygodnie temu Uwe Meyer z Alpine Bau zgodził się na spotkanie z reporterem DGP. Nie odpowiedział na większość pytań. Potwierdził jednak dokładnie taki przebieg wypadków, jaki odtworzyliśmy. Potwierdził też, że zarząd Alpine Bau dysponuje służbową notatką sporządzoną po spotkaniu z Dariuszem Drzewieckim.
Alpine kontra GDDKiA
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zerwała umowę z firmą Alpine Bau 15 grudnia 2009 r. Alpina budowała 18-kilometrowy odcinek autostrady A1 do granic z Czechami. GDDKiA zarzuca Austriakom gigantyczne opóźnienia – prace powinny być zaawansowane w 85 proc. (oceniono je na zaledwie 50 proc.). Kontrole stwierdziły, że na placu budowy pracowało zbyt mało ludzi, brakowało sprzętu, a robotnicy nie mieli uprawnień do obsługi maszyn.
Alpine odrzuca zarzuty. Według niej doszło do opóźnień, bo z placu trzeba było usunąć kilkaset niewybuchów, a GDDKiA tak przygotowała projekt jednego z mostów, że zbudowanie go groziło katastrofą. Wyrzucenie wykonawcy z budowy autostrady to wypadek bez precedensu. Sąd Okręgowy w Warszawie kilka dni temu pozwolił Alpine zostać na placu budowy o miesiąc dłużej, niż chciała tego GDDKiA. Alpine wciąż prowadzi rozmowy o powrocie na A1, ale już oficjalnie zapowiada złożenie pozwu przeciwko Generalnej Dyrekcji. Będzie się domagała odszkodowania za bezzasadne zerwanie umowy. Wartość kontraktu opiewała na 273 mln euro. GDDKiA zapowiada z kolei, że Alpine Bau może być obciążone karą umowną w wysokości 15 proc. wartości kontraktu.
Wojciech Cieśla
Dziennik.pl
Ustaliliśmy, że pod koniec marca albo na początku kwietnia 2009 r. do szefostwa austriackiej firmy Alpine Bau zgłosiło się dwóch pośredników. Nie udało nam się ustalić ich nazwisk. Wiemy, że obaj byli Austriakami. Nasi rozmówcy opisują ich jako „ludzi z kontaktami”. Pośrednicy przedstawili propozycję: pomoc w interesach w Polsce. Pomagać ma brat urzędującego ministra sportu.
Obroty na miliard euro
Alpine Bau ma w Polsce sporo pieniędzy do zarobienia – i je zarabia. Jej roczne obroty w Polsce to około miliarda euro. Wiosną 2009 r. już buduje autostradę A1 (kontrakt wygrała w 2007 r.), startuje do konkursu na budowę Stadionu Narodowego, stadionu na Euro 2012 w Gdańsku, stadionów piłkarskich w Poznaniu i Krakowie. W ostatnim czasie było o niej głośno, gdy 15 grudnia 2009 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zerwała z Alpine umowę na budowę autostrady A1. Firma miała wybudować odcinek autostrady do granicy z Czechami w Gorzyczkach, ale według GDDKiA miała zbyt duże opóźnienia i wykonała zaledwie połowę prac.
Brat ministra z Łodzi
Austriaccy pośrednicy, którzy rozmawiają z Alpine, już na początku poinformowali, że działają na zlecenie brata ministra z Łodzi.
Co tajemniczy biznesmen proponuje budowlanej firmie? Pomoc w prowadzeniu projektów. I spotkanie. Alpine się zgadza. Dlaczego? Uwe Meyer, jeden z menedżerów Alpine: – Takich ludzi przychodzi do nas mnóstwo. I zwyczajowo się z nimi spotykamy, bo mogą mieć ciekawe propozycje.
8 kwietnia w słynnym łódzkim Grand Hotelu na ulicy Piotrkowskiej spotyka się sześciu mężczyzn. Alpine reprezentują Uwe Meyer, główny koordynator budowy A1, i Peter Russegger, szef czeskiej odnogi firmy. Po drugiej stronie stolika siadają człowiek przedstawiony jako Dariusz Drzewiecki, brat ministra, i jego dobrze mówiący po niemiecku wspólnik (nie wiemy, kim jest i jak się nazywa). Oprócz nich – dwaj austriaccy pośrednicy.
Spotkanie w Grand Hotelu trwa krótko. Biznesmeni z Łodzi nie chcą tu rozmawiać. Proponują restaurację vis a vis, do której wystarczy przejść przez ulicę – z tradycyjnym polskim jedzeniem. Kilka lat temu w tym miejscu lokal pod nazwą Restauracja Wiedeńska prowadziła żona ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Wtedy Dariusz Drzewiecki – jak twierdzą jego znajomi – bywał tu kilkanaście razy dziennie. Dziś lokal należy do jednego z byłych wspólników Mirosława Drzewieckiego.
Wyrok za oszustwa
Rozmowa (częściowo po polsku, częściowo po niemiecku) jest rzeczowa. Dariusz Drzewiecki nie wspomina, że jeszcze pół roku wcześniej ukrywał się przed wierzycielami, a w lutym 2009 r. został skazany na półtora roku w zawieszeniu za cztery przestępstwa (trzy oszustwa i jedno podrobienie dokumentu). W kwietniu 2009 r. miał też status podejrzanego o przywłaszczenie maszyn, które wziął w leasing dla swojej restauracji.
Kilka lat wcześniej nazwisko Dariusza Drzewieckiego pojawiło się w zeznaniach świadków w sprawie tzw. łódzkiej ośmiornicy. Pod koniec lat 90. miał załatwiać pożyczki od bossów gangu.
Budowa orlików
Drzewiecki powołuje się na swoje wpływy w urzędach. Obiecuje załatwić kontrakty na budowę orlików, stadionów (nadzoruje je jego brat) i autostrady A2. Warunek: Alpine zawiąże z nim spółkę. Firma nie chce współpracy z bratem ministra. Do powstania spółki ostatecznie nie dochodzi.
Alpine Bau (jej odnoga niezwiązana z budową dróg) miesiąc po spotkaniu w Łodzi wygrywa kontrakt na budowę Stadionu Narodowego za 1,2 mld zł.
Przez kilka tygodni próbowaliśmy znaleźć w Łodzi Dariusza Drzewieckiego. Zapadł się pod ziemię. Komórka, której używał rok temu, jest wyłączona. Jego byli adwokaci nie wiedzą, gdzie go szukać. Pod adresem, pod którym jest zameldowany na ulicy Jaracza w Łodzi, od dawna nikt nie bywa. Jego przyjaciel, łódzki restaurator Azade Hamad, jeszcze rok temu spędzał z nim sylwestra. Dziś mówi: – Od pół roku nie wiem, gdzie jest Darek.
Mirosław Drzewiecki, były minister sportu, nie odbiera telefonów od dziennikarzy.
W tej sprawie więcej jest pytań niż odpowiedzi: kim byli austriaccy pośrednicy? Kim był wspólnik Drzewieckiego? Dlaczego Austriacy podjęli się rozmów z nieznanymi w branży biznesmenami? Dlaczego nie zawiadomili o niedwuznacznej propozycji prokuratury, policji czy CBA? Skąd mieli pewność, że rozmawiali z bratem ministra sportu? Czy Dariusz Drzewiecki namówił w końcu kogoś na spółkę joint venture?
Dwa tygodnie temu Uwe Meyer z Alpine Bau zgodził się na spotkanie z reporterem DGP. Nie odpowiedział na większość pytań. Potwierdził jednak dokładnie taki przebieg wypadków, jaki odtworzyliśmy. Potwierdził też, że zarząd Alpine Bau dysponuje służbową notatką sporządzoną po spotkaniu z Dariuszem Drzewieckim.
Alpine kontra GDDKiA
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zerwała umowę z firmą Alpine Bau 15 grudnia 2009 r. Alpina budowała 18-kilometrowy odcinek autostrady A1 do granic z Czechami. GDDKiA zarzuca Austriakom gigantyczne opóźnienia – prace powinny być zaawansowane w 85 proc. (oceniono je na zaledwie 50 proc.). Kontrole stwierdziły, że na placu budowy pracowało zbyt mało ludzi, brakowało sprzętu, a robotnicy nie mieli uprawnień do obsługi maszyn.
Alpine odrzuca zarzuty. Według niej doszło do opóźnień, bo z placu trzeba było usunąć kilkaset niewybuchów, a GDDKiA tak przygotowała projekt jednego z mostów, że zbudowanie go groziło katastrofą. Wyrzucenie wykonawcy z budowy autostrady to wypadek bez precedensu. Sąd Okręgowy w Warszawie kilka dni temu pozwolił Alpine zostać na placu budowy o miesiąc dłużej, niż chciała tego GDDKiA. Alpine wciąż prowadzi rozmowy o powrocie na A1, ale już oficjalnie zapowiada złożenie pozwu przeciwko Generalnej Dyrekcji. Będzie się domagała odszkodowania za bezzasadne zerwanie umowy. Wartość kontraktu opiewała na 273 mln euro. GDDKiA zapowiada z kolei, że Alpine Bau może być obciążone karą umowną w wysokości 15 proc. wartości kontraktu.
Wojciech Cieśla
Dziennik.pl
Zgodę na wylesienie miał załatwić Rosół
Były szef CBA zeznał, że to asystent ministra sportu zdobył w resorcie środowiska zezwolenie kluczowe dla inwestycji Ryszarda Sobiesiaka w Zieleńcu
Podczas przesłuchania przed komisją śledczą Mariusz Kamiński przywołał artykuł, w którym „Rz” ujawniała kulisy powstania wyciągu narciarskiego Winterpolu, firmy należącej do Sobiesiaka i jego rodziny. Pokazaliśmy, jak urzędnicy przymykali oczy na bezprawną wycinkę pół hektara lasu w parku krajobrazowym i samowolę budowlaną w Zieleńcu, a nawet swoimi decyzjami legalizowali działania biznesmena. W efekcie wyciąg ruszył w Wigilię Bożego Narodzenia 2008 r. Gdyby dochowano procedur, Sobiesiak mógłby ubiegać się o pozwolenie na budowę dopiero w marcu 2009 r. Zdaniem byłego szefa CBA mechanizm, który opisała „Rz”, dobrze obrazuje sposób działania biznesmena.
Kamiński dodał do ustaleń „Rz” nowe szczegóły. Ujawnił, że kluczową decyzję – pozwolenie na trwałe wylesienie gruntów, na których Winterpol chciał zlokalizować górną stację wyciągu – załatwiał w resorcie środowiska Marcin Rosół, asystent byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Jak ustaliła „Rz”, oryginał pisma ekspresowo w ciągu jednego dnia dostarczono do regionalnej dyrekcji lasów we Wrocławiu. Z kolei Kamiński opowiadał, że Rosół od razu wysłał decyzję ministerstwa faksem do Sobiesiaka. A ten, według informacji CBA, natychmiast zadzwonił do burmistrza Dusznik, nakazując mu zwołanie rady miejskiej, która miała uchwalić plan zagospodarowania Zieleńca. – Sobiesiak mówił, że w razie czego jego samochody dowiozą radnych na sesję – zeznał Kamiński.
– Podczas przesłuchania wypłynęło nazwisko asystenta Mirosława Drzewieckiego, ale afera sięga znacznie wyżej – uważa Beata Kempa, posłanka PiS z komisji hazardowej. – Wystarczy odtajnić podsłuchy i billingi.
Byłego szefa CBA zbulwersował fakt, że urzędnicy z Lasów Państwowych nie zawiadomili prokuratury o nielegalnej wycince i samowoli budowlanej.
– Już w październiku 2008 r. pytaliśmy starostę, dlaczego wydał zgodę na budowę, choć tereny nie zostały wylesione. Potraktowaliśmy to jako zawiadomienie o naruszeniu prawa – mówi Grzegorz Pietruńko, wicedyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu.
Kontrowersyjna jest też sprawa kary za nielegalną wycinkę. Jak ustaliła „Rz”, Winterpol ponad pół roku zalegał z zapłatą 220 tys. zł (wpłacił tylko 11 tys. zł), a nikt z dyrekcji Lasów Państwowych nie upominał się o tę kwotę, choć firma wnioskowała o jej rozłożenie na raty. Dopiero w poniedziałek uiściła 360 tys. zł (kara plus odsetki). – Zgodziliśmy się na termin do 15 stycznia, bo wyciąg przynosi sezonowe dochody – wyjaśnia Pietruńko.
Bogdan Malinowski, burmistrz Karpacza, w którym Sobiesiak też chce zbudować wyciąg (tu zdymisjonowano nadleśniczego, który blokował wylesienie), twierdzi, że biznesmen nie próbował go korumpować. – To nie jest najważniejszy inwestor w Karpaczu, a jego zabiegi trwają od kilku lat – mówi Malinowski. – To, że CBA podsłuchiwało nasze rozmowy i że Karpacza nie ma wśród afer, za którymi stoi Sobiesiak, to najlepszy dowód na nasze zgodne z prawem działania.
Rzeczpospolita
Jarosłucki,jj
Podczas przesłuchania przed komisją śledczą Mariusz Kamiński przywołał artykuł, w którym „Rz” ujawniała kulisy powstania wyciągu narciarskiego Winterpolu, firmy należącej do Sobiesiaka i jego rodziny. Pokazaliśmy, jak urzędnicy przymykali oczy na bezprawną wycinkę pół hektara lasu w parku krajobrazowym i samowolę budowlaną w Zieleńcu, a nawet swoimi decyzjami legalizowali działania biznesmena. W efekcie wyciąg ruszył w Wigilię Bożego Narodzenia 2008 r. Gdyby dochowano procedur, Sobiesiak mógłby ubiegać się o pozwolenie na budowę dopiero w marcu 2009 r. Zdaniem byłego szefa CBA mechanizm, który opisała „Rz”, dobrze obrazuje sposób działania biznesmena.
Kamiński dodał do ustaleń „Rz” nowe szczegóły. Ujawnił, że kluczową decyzję – pozwolenie na trwałe wylesienie gruntów, na których Winterpol chciał zlokalizować górną stację wyciągu – załatwiał w resorcie środowiska Marcin Rosół, asystent byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Jak ustaliła „Rz”, oryginał pisma ekspresowo w ciągu jednego dnia dostarczono do regionalnej dyrekcji lasów we Wrocławiu. Z kolei Kamiński opowiadał, że Rosół od razu wysłał decyzję ministerstwa faksem do Sobiesiaka. A ten, według informacji CBA, natychmiast zadzwonił do burmistrza Dusznik, nakazując mu zwołanie rady miejskiej, która miała uchwalić plan zagospodarowania Zieleńca. – Sobiesiak mówił, że w razie czego jego samochody dowiozą radnych na sesję – zeznał Kamiński.
– Podczas przesłuchania wypłynęło nazwisko asystenta Mirosława Drzewieckiego, ale afera sięga znacznie wyżej – uważa Beata Kempa, posłanka PiS z komisji hazardowej. – Wystarczy odtajnić podsłuchy i billingi.
Byłego szefa CBA zbulwersował fakt, że urzędnicy z Lasów Państwowych nie zawiadomili prokuratury o nielegalnej wycince i samowoli budowlanej.
– Już w październiku 2008 r. pytaliśmy starostę, dlaczego wydał zgodę na budowę, choć tereny nie zostały wylesione. Potraktowaliśmy to jako zawiadomienie o naruszeniu prawa – mówi Grzegorz Pietruńko, wicedyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu.
Kontrowersyjna jest też sprawa kary za nielegalną wycinkę. Jak ustaliła „Rz”, Winterpol ponad pół roku zalegał z zapłatą 220 tys. zł (wpłacił tylko 11 tys. zł), a nikt z dyrekcji Lasów Państwowych nie upominał się o tę kwotę, choć firma wnioskowała o jej rozłożenie na raty. Dopiero w poniedziałek uiściła 360 tys. zł (kara plus odsetki). – Zgodziliśmy się na termin do 15 stycznia, bo wyciąg przynosi sezonowe dochody – wyjaśnia Pietruńko.
Bogdan Malinowski, burmistrz Karpacza, w którym Sobiesiak też chce zbudować wyciąg (tu zdymisjonowano nadleśniczego, który blokował wylesienie), twierdzi, że biznesmen nie próbował go korumpować. – To nie jest najważniejszy inwestor w Karpaczu, a jego zabiegi trwają od kilku lat – mówi Malinowski. – To, że CBA podsłuchiwało nasze rozmowy i że Karpacza nie ma wśród afer, za którymi stoi Sobiesiak, to najlepszy dowód na nasze zgodne z prawem działania.
Rzeczpospolita
Jarosłucki,jj
2010/01/18
Jak zdobyć władzę w Miliczu
Czy lokalni działacze Platformy obietnicami i szantażem próbowali swojemu partyjnemu koledze zapewnić rządy w mieście?
Od 29 grudnia 12-tysięcznym podwrocławskim Miliczem rządzi powołany przez premiera komisarz Dariusz Duszyński z PO. Dotychczas urzędnik starostwa powiatowego. Przejął obowiązki po zmarłym lewicowym burmistrzu Ryszardzie Mielochu. Na czas wyboru nowego burmistrza.
Ale ponieważ do terminowych wyborów samorządowych zostało mniej niż 12 miesięcy, komisarz mógłby sprawować urząd do końca kadencji. Wymaga to jednak zgody rady miejskiej. Wniosek zgłosili radni PO. Głosowanie w tej sprawie wyznaczono na 7 stycznia, a jej przedstawiciele zaczęli działać, by wniosek nie przepadł. Mógłby, na 21 radnych PO ma tylko trzech przedstawicieli. Rządzi w koalicji z dwoma lokalnymi komitetami. Platforma szukała więc sojuszników.
Grażyna Głowacz to radna Bezpartyjnej Inicjatywy Milickiej. Jest sprzątaczką w miejscowym gimnazjum. 29 grudnia zjawili się u niej w pracy Duszyński i szefowa powiatowego koła PO Halina Smolińska.
- Byłam zdziwiona, bo wcześniej widywaliśmy się jedynie na sesji. Pytali, jak będę głosować, a potem czy dobrze mi się pracuje i jak pracuje się mojej córce, też zatrudnionej w szkole. Nic nie było powiedziane wprost, ale odebrałam to jako próbę nacisku - opowiada Głowacz.
Zaraz po Nowym Roku komisarz Duszyński zaprosił na spotkanie radnego LPR Ireneusza Wołyniaka. Jego żona do końca roku na umowę-zlecenie pracowała w milickim magistracie. Wołyniak opowiada, że dostał propozycję: poprze wniosek PO, ewentualnie nie pojawi się na sesji, albo żona nie będzie miała przedłużonej umowy. Wołyniak rozmowę nagrywa na dyktafon. Na nagraniu słychać:
Duszyński: - W czwartek jest sesja (...), jeśli podejmie pan kroki takie, jak się umawialiśmy, to ja podpiszę z nią tę umowę.
Wołyniak: - Ale to jest szantaż!
Duszyński: - No... jest szantaż, ale ja po prostu nie mam czasu.
Komisarz nie wypiera się, że spotykał się z radnymi, ale rozmowy pamięta inaczej: - Z radną Głowacz rozmawiałem prywatnie, jeszcze przed oficjalnym powołaniem na komisarza, i sondowałem, na ile głosów w radzie możemy liczyć. Z Wołyniakiem spotkałem się na jego prośbę. Mówił, że ma nóż na gardle, prosił o pomoc. O szantażu nie mogło być mowy.
Po godzinie Duszyński dzwoni do nas. I mówi: - Z podpisaniem umowy z żoną radnego Wołyniaka zwlekałem, bo miałem informacje, że w poprzedniej pracy była oskarżona o przywłaszczenie pieniędzy. Nie chciałem o tym mówić, bo nie zajmuję się plotkami.
Wołyniak odpowiada na to: - Obrzydzenie mnie bierze, kiedy tego słucham. Będzie proces.
O sądzie mówi też Smolińska. Chce pozwać Głowacz o zniesławienie. - Pytałam radną Głowacz, jak będzie głosowała. Stwierdziła, że wybory są niepotrzebne, ale podczas sesji zmieniła zdanie. Ktoś musiał ją w to wszystko wmanewrować, jednak takich oskarżeń nie mogę puścić płazem - mówi Smolińska.
Kolejny radny Arkadiusz Kowol (LPR) pracuje w podlegającym Lasom Państwowym Nadleśnictwie Żmigród. Twierdzi, że też był poddany naciskom, nie chce zdradzić, z kim się spotkał. - Ściągnięto mnie z urlopu. Usłyszałem, że jestem na czarnej liście pracowników do zwolnienia, ale jeśli zagłosuję przeciwko wyborom, to nie muszę się obawiać o pracę.
Dzień przed głosowaniem do Kowola zadzwoniła kadrowa i poinformowała, że 7 stycznia ma przejść szkolenie, 70 km od Milicza. Tego dnia odbywała się sesja. Radny jednak wcześniej wyszedł z zajęć i pojechał zagłosować za przeprowadzeniem wyborów. Cztery dni później otrzymał od przełożonych pismo z żądaniem wyjaśnień, dlaczego oddalił się ze szkolenia.
Kowol: - Dostałem je 11 stycznia, a na odpowiedź dano mi czas do 9 stycznia. 13 stycznia do związków zawodowych trafiła już informacja, że jestem przeznaczony do zwolnienia.
Szef dolnośląskiej PO Jacek Protasiewicz zapowiada, że wyjaśni sprawę. Po rozmowie z "Gazetą" skontaktował się z liderami milickiej PO, którzy zapewniali go, że nacisków nie było, a cała sprawa to prowokacja.
Protasiewicz: - Zapewnili, że wystąpią na drogę sądową. Liczę, że tam sprawa zostanie szybko wyjaśniona.
7 stycznia wniosek PO o nieprzeprowadzanie wyborów upadł. Siedmiu radnych było za, dziesięciu przeciw, czterech się wstrzymało. Wybory odbędą się w marcu.
Gazeta Wyborcza
Jacek Harłukowicz
Od 29 grudnia 12-tysięcznym podwrocławskim Miliczem rządzi powołany przez premiera komisarz Dariusz Duszyński z PO. Dotychczas urzędnik starostwa powiatowego. Przejął obowiązki po zmarłym lewicowym burmistrzu Ryszardzie Mielochu. Na czas wyboru nowego burmistrza.
Ale ponieważ do terminowych wyborów samorządowych zostało mniej niż 12 miesięcy, komisarz mógłby sprawować urząd do końca kadencji. Wymaga to jednak zgody rady miejskiej. Wniosek zgłosili radni PO. Głosowanie w tej sprawie wyznaczono na 7 stycznia, a jej przedstawiciele zaczęli działać, by wniosek nie przepadł. Mógłby, na 21 radnych PO ma tylko trzech przedstawicieli. Rządzi w koalicji z dwoma lokalnymi komitetami. Platforma szukała więc sojuszników.
Grażyna Głowacz to radna Bezpartyjnej Inicjatywy Milickiej. Jest sprzątaczką w miejscowym gimnazjum. 29 grudnia zjawili się u niej w pracy Duszyński i szefowa powiatowego koła PO Halina Smolińska.
- Byłam zdziwiona, bo wcześniej widywaliśmy się jedynie na sesji. Pytali, jak będę głosować, a potem czy dobrze mi się pracuje i jak pracuje się mojej córce, też zatrudnionej w szkole. Nic nie było powiedziane wprost, ale odebrałam to jako próbę nacisku - opowiada Głowacz.
Zaraz po Nowym Roku komisarz Duszyński zaprosił na spotkanie radnego LPR Ireneusza Wołyniaka. Jego żona do końca roku na umowę-zlecenie pracowała w milickim magistracie. Wołyniak opowiada, że dostał propozycję: poprze wniosek PO, ewentualnie nie pojawi się na sesji, albo żona nie będzie miała przedłużonej umowy. Wołyniak rozmowę nagrywa na dyktafon. Na nagraniu słychać:
Duszyński: - W czwartek jest sesja (...), jeśli podejmie pan kroki takie, jak się umawialiśmy, to ja podpiszę z nią tę umowę.
Wołyniak: - Ale to jest szantaż!
Duszyński: - No... jest szantaż, ale ja po prostu nie mam czasu.
Komisarz nie wypiera się, że spotykał się z radnymi, ale rozmowy pamięta inaczej: - Z radną Głowacz rozmawiałem prywatnie, jeszcze przed oficjalnym powołaniem na komisarza, i sondowałem, na ile głosów w radzie możemy liczyć. Z Wołyniakiem spotkałem się na jego prośbę. Mówił, że ma nóż na gardle, prosił o pomoc. O szantażu nie mogło być mowy.
Po godzinie Duszyński dzwoni do nas. I mówi: - Z podpisaniem umowy z żoną radnego Wołyniaka zwlekałem, bo miałem informacje, że w poprzedniej pracy była oskarżona o przywłaszczenie pieniędzy. Nie chciałem o tym mówić, bo nie zajmuję się plotkami.
Wołyniak odpowiada na to: - Obrzydzenie mnie bierze, kiedy tego słucham. Będzie proces.
O sądzie mówi też Smolińska. Chce pozwać Głowacz o zniesławienie. - Pytałam radną Głowacz, jak będzie głosowała. Stwierdziła, że wybory są niepotrzebne, ale podczas sesji zmieniła zdanie. Ktoś musiał ją w to wszystko wmanewrować, jednak takich oskarżeń nie mogę puścić płazem - mówi Smolińska.
Kolejny radny Arkadiusz Kowol (LPR) pracuje w podlegającym Lasom Państwowym Nadleśnictwie Żmigród. Twierdzi, że też był poddany naciskom, nie chce zdradzić, z kim się spotkał. - Ściągnięto mnie z urlopu. Usłyszałem, że jestem na czarnej liście pracowników do zwolnienia, ale jeśli zagłosuję przeciwko wyborom, to nie muszę się obawiać o pracę.
Dzień przed głosowaniem do Kowola zadzwoniła kadrowa i poinformowała, że 7 stycznia ma przejść szkolenie, 70 km od Milicza. Tego dnia odbywała się sesja. Radny jednak wcześniej wyszedł z zajęć i pojechał zagłosować za przeprowadzeniem wyborów. Cztery dni później otrzymał od przełożonych pismo z żądaniem wyjaśnień, dlaczego oddalił się ze szkolenia.
Kowol: - Dostałem je 11 stycznia, a na odpowiedź dano mi czas do 9 stycznia. 13 stycznia do związków zawodowych trafiła już informacja, że jestem przeznaczony do zwolnienia.
Szef dolnośląskiej PO Jacek Protasiewicz zapowiada, że wyjaśni sprawę. Po rozmowie z "Gazetą" skontaktował się z liderami milickiej PO, którzy zapewniali go, że nacisków nie było, a cała sprawa to prowokacja.
Protasiewicz: - Zapewnili, że wystąpią na drogę sądową. Liczę, że tam sprawa zostanie szybko wyjaśniona.
7 stycznia wniosek PO o nieprzeprowadzanie wyborów upadł. Siedmiu radnych było za, dziesięciu przeciw, czterech się wstrzymało. Wybory odbędą się w marcu.
Gazeta Wyborcza
Jacek Harłukowicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)