2009/01/22

Ferie radnych kontra 74 mln złotych

Czy radni PO są w Dolomitach? – pytali rajcy PiS, czekając na rozpoczęcie nadzwyczajnej sesji Rady Warszawy. Nie odbyła się, bo PO i większość Lewicy zbojkotowały obrady.
Sesję zwołano na wniosek PiS. Opozycyjni radni domagali się od władz miasta wyjaśnień w sprawie afery na Ursynowie. Chodzi o 74 mln zł kar, które powinien dzielnicy zapłacić Mostostal-Export za blisko dwuletnie opóźnienia w budowie hali przy ul. Pileckiego. Ale nie zapłacił, bo sąd uznał, że sprawa się przedawniła.
– Chcemy wiedzieć, czy to efekt niegospodarności i zaniedbań urzędników. Ale PO próbuje nam zamknąć usta, żeby chronić burmistrza Ursynowa, jednego z zaufanych ludzi pani prezydent. Burmistrz musi odejść! – grzmią radni PiS.
Platforma już wcześniej, na sesji Ursynowa, nie dopuściła do dyskusji na ten temat. Odmówiła jej też na ubiegłotygodniowej sesji Rady Warszawy. – Dlatego zażądaliśmy sesji nadzwyczajnej – stwierdza Marek Makuch, szef PiS w radzie miasta.
Ale to nie pomogło. Z 60-osobowej rady na sesję przyszło 20 rajców PiS, dwóch z Lewicy i jedna radna z PO. – Są ferie. Radni mają dzieci i mają prawo jechać na narty – tłumaczyła szefowa rady Ewa Malinowska-Grupińska (jedyna reprezentantka PO).
– Gdy jest kryzys w Polsce, premier jest w Dolomitach. Gdy jest kryzys na Ursynowie, radni Platformy też uciekają w góry i nas olewają – ironizował radny Maciej Maciejowski (PiS).
– Pan też w Dolomitach? – spytaliśmy szefa klubu PO w radzie Marcina Kierwińskiego. – Nie. Ja w pracy – odpowiedział. I wyjaśnił, że radni PO nie przyszli na sesję, bo PiS nie uzgodniło wcześniej, że chce rozmawiać o Ursynowie.
– My też chcemy usłyszeć informacje na ten temat, ale nie jest do tego potrzebna polityczna szopka, tylko kulturalne uzgodnienie porządku obrad normalnej sesji. Na następnej, w lutym, wprowadzimy ten punkt pod obrady – zapowiada.
– Nie wyobrażam sobie, by miasto udzielało wyjaśnień w sprawie Ursynowa, zanim zakończy się kontrola – stwierdza radna Malinowska-Grupińska. Aferą ursynowską oprócz Biura Kontroli z ratusza zajmą się też prokuratura i CBA. – Nie mam sobie nic do zarzucenia – mówił wczoraj dziennikarzom burmistrz Ursynowa Tomasz Mencina. Tłumaczył, że cała awantura wzięła się stąd, że sąd nagle zakwalifikował sprawę odszkodowania od Mostostalu jako gospodarczą (przedawnia się po roku). Wcześniej prowadził ją jako cywilną (trzy lata na przedawnienie). – Złożyliśmy zażalenie na wyrok sądu. I ja wierzę, że te pieniądze, może nawet 74 mln zł, prędzej czy później wpłyną do budżetu dzielnicy.
Życie Warszawy
Iza Kraj

Warszawa/ Na dzielnicowe gazety miasto wyda w br. około 2 mln zł

22.1.Warszawa(PAP) - Ok. dwóch milionów złotych zapłacą w 2009 r. warszawskie urzędy dzielnic za wydawanie samorządowych gazetek. To pieniądze wyrzucone w błoto - oznajmiło na czwartkowej konferencji prasowej stowarzyszenie Obywatele dla Warszawy.
Jak dowiedziało się stowarzyszenie, tylko pięć z osiemnastu dzielnic (Mokotów, obydwie Pragi, Ursynów i Wesoła) nie wydają własnych gazetek lokalnych. W pozostałych funkcjonują czasopisma, tworzone przez pracowników dzielnicowych ratuszów lub przez firmy zewnętrzne, na zlecenie urzędów.
"Te gazety to pieniądze wyrzucone w błoto. Nie ma tam rzetelnych materiałów, lecz jedynie radni i burmistrzowie chwalący się swoimi dokonaniami" - powiedział wiceprzewodniczący stowarzyszenia Sławomir Potapowicz.
Według danych stowarzyszenia, co miesiąc do mieszkańców Warszawy trafia ok. 200 tys. egzemplarzy gazet wydawanych przez dzielnice. Prym wiodą tu: Bemowo (50 tys. egz.) i Wola (24 tys. egz.) "Zamiast zalewać mieszkańców propagandą urzędników, można by np. dofinansować boiska dla dzieci" - denerwował się Potapowicz.
Innego zdanie są przedstawiciele urzędów dzielnic.
"W naszej gazecie burmistrz pojawia się bardzo rzadko, skupiamy się na problemach mieszkańców naszej dzielnicy. To ich powinno się zapytać, czy gazeta powinna wychodzić, czy nie" - powiedział PAP rzecznik Bemowa Krzysztof Zygrzak.
Zygrzak przytoczył wyniki badania opinii publicznej wykonanego na grupie 600 respondentów z Bemowa przez firmę Lokalne Badania Społeczne w grudniu 2008 r. Mówią one, że 92 proc. czytelników dzielnicowego miesięcznika "Bemowo News" ma o nim pozytywnie zdanie, a żaden z respondentów nie uznał gazety za zbędną. 73 proc. osób uważa miesięcznik za wiarygodny i obiektywny. (PAP)

Spór o urzędowe gazety: władze promują się za nasze pieniądze?

Ok. dwóch milionów złotych zapłacą w 2009 r. warszawskie urzędy dzielnic za wydawanie samorządowych gazetek. - To promocja władz dzielnicy za pieniądze podatników - oskarża stowarzyszenie Obywatele dla Warszawy.
Jak dowiedziało się stowarzyszenie, tylko pięć z osiemnastu dzielnic (Mokotów, obydwie Pragi, Ursynów i Wesoła) nie wydaje własnych gazetek lokalnych. W pozostałych funkcjonują czasopisma, tworzone przez pracowników dzielnicowych urzędów lub przez firmy zewnętrzne.- Te gazety to pieniądze wyrzucone w błoto. Nie ma tam rzetelnych materiałów, lecz jedynie radni i burmistrzowie chwalący się swoimi dokonaniami - powiedział wiceprzewodniczący stowarzyszenia Sławomir Potapowicz.
Bemowo i Wola wydają najwięcej
Według danych zebranych przez stowarzyszenie, co miesiąc do mieszkańców Warszawy trafia ok. 200 tys. egzemplarzy gazet wydawanych przez dzielnice. Prym wiodą: Bemowo (50 tys. egz.) i Wola (24 tys. egz.).W budżecie na 2009 rok władze zaplanowały 470 tys. zł na bemowski miesięcznik. Roczny koszt druku "Kuriera Wolskiego" to kwota 291 tys. 930 zł. Pozostałe dzielnice zaplanowały średnio 100 tys. zł.
- Zamiast zalewać mieszkańców propagandą urzędników, można by np. dofinansować boiska dla dzieci - radził się Potapowicz.
Mieszkańcy chcą urzędowej gazety?
Innego zdanie są przedstawiciele urzędów dzielnic. - W naszej gazecie burmistrz pojawia się bardzo rzadko, skupiamy się na problemach mieszkańców naszej dzielnicy. To ich powinno się zapytać, czy gazeta powinna wychodzić, czy nie - powiedział PAP rzecznik Bemowa Krzysztof Zygrzak.
Zygrzak przytoczył wyniki badania opinii publicznej wykonanego na grupie 600 respondentów z Bemowa przez firmę Lokalne Badania Społeczne w grudniu 2008 r. Mówią one, że 92 proc. czytelników dzielnicowego miesięcznika "Bemowo News" ma o nim pozytywnie zdanie, a żaden z respondentów nie uznał gazety za zbędną. 73 proc. osób uważa miesięcznik za wiarygodny i obiektywny.
Urzędowe gazety kontra niezależna prasa
W dzielnicach wydawane są także prywatne gazety lokalne, np. "Informator Żolborza" na Żoliborzu, "Echo Białołęckie" na Białołęce, "Mieszkaniec" na Pradze Południe, czy "Passa" i "Pasmo" na Ursynowie.
- Nie ma żadnego uzasadnienia dla wydawania publicznych pieniędzy na gazety urzędowe, z których większość to promocja władz dzielnicy - skomentował dla TVN Warszawa Krzysztof Katner, wydawca siedmiu lokalnych gazet lokalnych "Echo", które ukazują się w stolicy i najbliższych okolicach. - Każda dzielnica ma niezależną prasę lokalną, gazety ogólnopolskie wydają stołeczne dodatki, są dwie warszawskie telewizje. Urzędnicy mogą docierać do mieszkańców także za pomocą stron internetowych.
- Wydawanie takich gazet to oprócz oficjalnych kosztów, także ukryte pieniądze przeznaczone na dodatkowe etaty w biurach promocji. Rzecznicy zamiast udzielać informacji prasie, zajmują się tworzeniem urzędowych gazet - tłumaczy Katner.mz
tvnwarszawa.pl

2009/01/21

Rada Warszawy nie zajęła się sprawą nieprawidłowości na Ursynowie

21.1.Warszawa (PAP) - Wbrew zapowiedziom Rada Warszawy nie zajęła się w środę domniemanymi zaniedbaniami władz dzielnicy Ursynów, przez które dzielnica straciła szanse na wielomilionowe odszkodowanie od firmy budującej halę sportową przy ul. Pileckiego.
Zwołana na wniosek opozycyjnego klubu radnych PiS nadzwyczajna sesja rady miasta nie odbyła się ponieważ na sali nie było kworum (co najmniej połowy z 60 radnych) - nieobecni byli samorządowcy z PO oraz część radnych Lewicy i PiS. Przewodnicząca miejskiej radny Ewa Malinowska-Grupińska powiedziała, że część radnych wyjechała na ferie zimowe bądź jest chora.
Radni PiS chcieli, aby prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz złożyła informację na temat przyczyn odstąpienia od dochodzenia ponad 70 mln zł należności za nieterminowe wybudowanie hali widowiskowo-sportowej przy ul. Pileckiego. Wykonawcą tej inwestycji był Mostostal-Export.
Sprawa został skierowana do prokuratury oraz Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Na początku stycznia stołeczna "Gazeta Wyborcza" podała, że miasto straciło szanse na wyegzekwowanie kar umownych od Mostostalu-Export, ponieważ urzędnicy zbyt późno złożyli pisma procesowe i sprawa przedawniła się.
Umowę na budowę hali władze Ursynowa podpisały z firmą w 2000 roku; hala miała być gotowa pod koniec 2003 r. Budowa opóźniła się o blisko dwa lata. Pod koniec 2006 r. władze Ursynowa wystąpiły do sądu z żądaniem wypłaty prawie 74 mln zł. Jednak kilka miesięcy później zdecydowano o zawieszeniu postępowania - informował lokalne media.
Samorządowcy z Ursynowa złożyli stosowny wniosek dopiero w połowie 2008 r. Sąd uznał wówczas, że to sprawa gospodarcza a nie cywilna i w związku z tym, zgodnie z przepisami uległa przedawnieniu.
Burmistrz Ursynowa Tomasz Mencina (PO) powiedział dziennikarzom, że złożył odwołanie od decyzji sądu. "Toczy się postępowanie przed sądem, nie ma w tej sprawie żadnego prawomocnego rozstrzygnięcia, zostało złożone zażalenie na postanowienie sądu, przedstawiliśmy szereg argumentów prawnych i czekamy na ostateczne rozstrzygnięcie przez sąd apelacyjny" - powiedział.
Burmistrz poinformował, że w tej sprawie na jego wniosek prowadzona jest kontrola przez urząd miasta, która ma się zakończyć w ciągu kilku dni. "Nie czuje się winny tej sytuacji" - powiedział Mencina.
Przewodniczący klubu radnych PiS Marek Makuch uważa, że mieszkańcy Warszawy powinni otrzymać pełną informację "na temat tego jak ta sprawa wygląda, jakie są potencjalne zagrożenia, czy rzeczywiście miasto straciło te pieniądze i kto doprowadził do zaniechań". "Niestety, ku naszemu rozczarowaniu Platforma Obywatelska się na tej sesji nie pojawiła" - powiedział Makuch.
Zdaniem jednego z wnioskodawców zwołania sesji radnego Macieja Maciejowskiego (PiS) fakt, że sesja się nie odbyła oznacza, że "wyborcom odmawia się prawa do informacji".
W połowie stycznia szef stołecznego PiS i poseł tej partii Mariusz Błaszczak zapowiedział złożenie wniosku do Centralnego Biura Antykorupcyjnego w tej sprawie. Zdaniem Błaszczaka CBA powinno wyjaśnić, "jakie były powody braku działań administracji Platformy Obywatelskiej" i administracji urzędu miasta. (PAP)

Burmistrz Ursynowa nie złożył wyjaśnień

Ważą się losy burmistrza Ursynowa. Opozycja żąda jego dymisji za to, że dzielnicy przeszło koło nosa ponad 70 mln złotych odszkodowania, za opóźnienie w budowie hali sportowej. W środę na specjalnej sesji rady miasta burmistrz miał złożyć wyjaśnienia. Ostatecznie jednak sesję odwołano, ponieważ radni z Platformy nie pojawili się na sesji.
- Dzielnica niczego nie straciła. Postępowanie jest w toku. Nie zapadło żadne prawomocne orzeczenie - broni się Tomasz Mencina, burmistrz Ursynowa.
Burmistrz tłumaczy, że proces o odszkodowanie od Mostostalu-Eksport, który spóźnił się z budową hali, musiał być przerwany w 2007 roku. Opozycja kwestionowała bowiem ważność mandatu prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, a to w jej imieniu miasto mogło się procesować.
"Musimy się przygotować"
Innego zdania jest część radnych z Ursynowa. - Burmistrz nie tylko mijał się z prawdą, ale po prostu kłamał. Oszukał opinię publiczną, oszukał panią prezydent, oszukał nas, radnych - mówi zbulwersowany Piotr Guział, szef klubu "Nasz Ursynów".
Burmistrz miał się wytłumaczyć na nadzwyczajnej sesji rady miasta. Rada jednak się nie odbyła, bo część radnych z Platformy Obywatelskiej wyjechała na ferie.
- To jest ważna sprawa. Tym bardziej musimy być do niej przygotowani. Nie wyobrażam sobie, żeby ratusz wypowiadał się w sprawie, jeżeli nie jest zakończona kontrola, którą sam powołał - twierdzi Ewa Malinowska - Grupińska, przewodniczące Rady Miasta.
Dostaną odszkodowanie, ale mniejsze
Radni opozycji nie mają wątpliwości. Burmistrz musi odejść.- Do momentu wyjaśnienia spraw powinien się po prostu podać do dymisji po to aby nie istniało podejrzenie, że na siłę trzyma się stołka - uważa Marek Makuch, radny PiS.
Według Zdzisława Pietrzyka, pełnomocnika miasta, sprawa jest jeszcze do wygrania. Nie liczy jednak na pełne odszkodowanie. - Nie znam przypadku w praktyce żeby wysokość kary wielokrotnie przekraczała wartość inwestycji - mówi.
W najlepszym wypadku miasto może otrzymać kilka milionów zamiast kilkudziesięciu.
Andrzej Rudnickimwap/par
TVN

Spółka SPECjalnego znaczenia

Ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz zaparła się. Zamierza doprowadzić do prywatyzacji SPEC, mimo oporu Lewicy i PiS. Ale rajcy PO na razie nie mają ochoty wracać do pomysłu, za który zostali wyzwani od złodziei. Prezydenckim urzędnikom coraz trudniej jest forsować autorskie pomysły na Warszawę .
Potraktujmy to jak pierwsze starcie w meczu bokserskim i trenujemy przed kolejnym wyjściem na ring – mówił jeden z urzędników ratusza zaraz po burzliwej czwartkowej sesji Rady Warszawy, na której Platforma poniosła największą w tej kadencji polityczną porażkę. Zaiskrzyło nie tylko w koalicji PO – Lewica, ale także na linii radni PO – ratusz.
O co poszło? O zgodę na sprzedaż 100 procent udziałów miasta w Stołecznym Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej – to druga po MPWiK najbogatsza i największa miejska spółka. W historii warszawskiego samorządu nie było dotąd tak wielkiej prywatyzacji.
Księgowa wartość tej firmy zajmującej się dostarczaniem ciepła to ponad 720 mln zł. Transakcja miałaby przynieść do kasy miasta, lekko licząc, pół miliarda. Ale rządzącemu stolicą ugrupowaniu zabrakło większości w strategicznym głosowaniu. 26 osób (w 60-osobowej radzie) było za prywatyzacją, 28 – przeciw. Platformie (która przy pełnej frekwencji klubu i poparciu radnej niezależnej może liczyć na 29 głosów) nie udało się przekonać do pomysłu koalicyjnego partnera – Lewicy, ani nawet ściągnąć wszystkich swoich radnych na obrady. Dwie panie – Joanna Sasak i Małgorzata Załęcka – wyjechały poza Warszawę. Strategicznie? Zapewniają, że nie. Trzecia – Mariola Rabczon – rozchorowała się, a mimo to została wezwana na sesję z 40-stopniową gorączką. Poczuła się jednak tak źle, że odesłano ją z powrotem.
Powrót za pół roku?
Przeciwko prywatyzacji SPEC zmobilizowały się SLD, SdPl i opozycyjne PiS przy wtórze tłumu związkowców „Solidarności“. Pod adresem Platformy leciały gwizdy i gromkie okrzyki: „Złodzieje!“. Takiego przyjęcia radni dawno nie słyszeli. Zwłaszcza że „wybuczany“ był każdy indywidualnie – bo na żądanie PiS i przy poparciu Lewicy odbyło się głosowanie imiennie. – To nie było miłe, gdy maszerowaliśmy przez salę do mikrofonu mówić, że jesteśmy „za“, ze świadomością, że przegramy – irytuje się radna PO. – Drugi raz w kanał nie dam się wpuścić!
Platforma ma za złe miejskim urzędnikom, że słabo przygotowali się do tej sesji. Za karygodny uznali błąd w uzasadnieniu, z którego kpiła Lewica. Zamiast 500 mln zł spodziewanych wpływów z prywatyzacji SPEC widniało tam... 500 tys. zł.
Platforma wybaczyła już koalicjantowi głosowanie przeciwko prywatyzacji, ale wciąż jest obrażona za imienne głosowanie. – Może trzeba zwolnić kilku działaczy SLD ze spółek, żeby się uspokoili? – słyszymy groźbę. – Żeby daleko nie szukać, w zarządzie SPEC zasiada były szef mazowieckiego SLD Jacek Pużuk.
Wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak (autor pomysłu prywatyzacji SPEC) o zwolnieniach nie mówi. Ale podchodzi do sprawy ambicjonalnie. – Nie poddam się. Pewne wątpliwości trzeba jeszcze wyjaśnić. Ale do głosowania wrócimy – zapowiada.
– Szansa, że wrócimy, jest spora. Ale nie szybko – zastrzegał wczoraj, gdy emocje po sesji już nieco opadły, szef klubu PO Marcin Kierwiński. Radny Paweł Lech ocenia, że powtórna próba prywatyzacji nastąpi za około pół roku. – Pierwsze podejście do podwyżki czynszów też się nie udało, a kilka miesięcy później wynik był pozytywny – stwierdza. Inni nie są już tak pewni, czy scenariusz SPEC będzie analogiczny.
– Czy oni nie widzą, że my tu samodzielnie nie rządzimy i tych szabel brakuje nawet, gdy będziemy w komplecie?! Jeśli nie zbierzemy 31 głosów, nie ma sensu w tę prywatyzację brnąć – samorządowcy PO nie kryją irytacji na odgórne partyjne decyzje.
Zdobycie dodatkowych dwóch głosów będzie jednak trudne, bo i PiS, i Lewica deklarują, że zdania nie zmienią. Platforma może więc liczyć tylko na słabą frekwencję na sesji.
Skąd ta determinacja
Dlaczego ratusz jest tak bardzo zdeterminowany, że chce pozbyć się dobrze prosperującej spółki, która przynosi rocznie ok. 30 mln zł zysku i ok. 10 mln zł dywidendy do kasy miasta?
Główny argument to pieniądze w budżecie. Do 2012 r. ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz chce na duże budowy wydać jeszcze ok. 4 mld zł. W tym miliard miałby pochodzić z emisji obligacji. Ta operacja jednak, w związku z kryzysem finansowym, stoi pod dużym znakiem zapytania. Prywatyzacja SPEC przynajmniej częściowo załatałaby więc dziurę w miejskiej kasie.
– To jedyny powód czy jest drugie dno? – zastanawiają się samorządowcy. Mają kilka teorii. Jedni sugerują, że to realizacja odgórnych poleceń w Platformie. Na prywatyzacji sektora ciepłowniczego zależy bowiem biznesowemu lobby tej partii.
Inna wątpliwość dotyczy nowego właściciela SPEC. Głównym kandydatem do nabycia udziałów miasta wydaje się dziś Vattenfall (spółka o państwowym szwedzkim kapitale, w Warszawie właściciel m.in. Elektrociepłowni Siekierki). Radny Bartosz Dominiak (SdPl) zażądał od miasta kompletu korespondencji wpływającej do miasta w sprawie SPEC. Chce sprawdzić, czy ratusz miał już jakieś sygnały od zainteresowanych tą spółką inwestorów. – Nic nie wiem o jakichkolwiek pytaniach naszej spółki o SPEC – stwierdza Ewa Pfutzner z Vattenfalla. Ale nie wyklucza zainteresowania w przyszłości, gdy Warszawa przygotuje już ofertę prywatyzacji. – Tylko dlaczego mamy miejską własność zamieniać na państwowo-szwedzką? – pyta radny Tomasz Zdzikot (PiS).
Obiekcje wzbudza też sposób, w jaki ratusz chce sprzedawać miejskiego giganta. Zakłada on, że radni, godząc się na prywatyzację, dadzą urzędnikom carte blanche do negocjacji. Miasto zleca wycenę, ale ta jest tajna, „by nie osłabiać pozycji miasta“ aż do momentu podpisania umowy sprzedaży.
Choć specjaliści od prywatyzacji potwierdzają, że to normalna praktyka, dla radnych taki kredyt zaufania wydaje się nie do zaakceptowania. Jak inaczej ratusz miałby wynegocjować dobrą cenę za SPEC – już nie odpowiadają.
Ratusz nie przekonuje też argumentem, że zmiana właściciela SPEC nie musi oznaczać drastycznych podwyżek za ciepło. Kontrargument: ostatnie podwyżki energii wprowadzone przez RWE (właściciela dawnego STOEN) wbrew Urzędowi Regulacji Energetyki.
Zapomniane porozumienie
Jeszcze dwa lata temu SPEC został wpisany do porozumienia programowego Platformy z Lewicą jako ta spółka, która dla miasta ma (nomen omen) specjalne znaczenie i której prywatyzować nie należy. O tym jednak Platforma... zapomniała.
– Gdy mieliśmy mówić o SPEC, przyszedł radny Dominiak (SdPl), wachlując się odbitką tego porozumienia. I odświeżył pamięć – opowiadają rajcy. – Porozumienie podpisywano, gdy jeszcze nie było szczegółowych analiz i wiedzy o sytuacji warszawskich spółek. Teraz wiadomo, że SPEC jest do prywatyzacji najlepiej przygotowany – usprawiedliwia „zmianę planów“ rzecznik ratusza Tomasz Andryszczyk.
Ratusz przekonuje, że SPEC nie będzie jedyną spółką prywatyzowaną w tej kadencji. Strategia prywatyzacji – dokument, który w tym tygodniu radni mają otrzymać z ratusza – zakłada, że do sprywatyzowania jest dziesięć z 54 miejskich firm.
Ale polityczne realia mogą nie pozwolić Platformie na realizację planów. Im bliżej wyborów samorządowych, tym trudniej będzie uzyskać poparcie w radzie. – Już teraz trudno porozumieć się z Lewicą, która zaczyna walczyć o elektorat na wybory w 2010 r. Za rok będziemy się różnić jeszcze bardziej – ocenia polityk PO.
Te różnice ujawnią się znów, prawdopodobnie za trzy tygodnie, jeśli ratusz zdecyduje się wprowadzić na sesję sprawę restrukturyzacji w stołecznej służbie zdrowia. To kolejny autorski pomysł wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka.
– SPEC to był tylko trening przed meczem. Sprywatyzować szpitali nie damy, choćbyśmy mieli zrywać sesje, boksować się i kłaść się Rejtanem – zapowiada szef warszawskiego SLD Tomasz Sybilski.
Życie Warszawy
Izabela Kraj

Kto odpowie za niegospodarność na Ursynowie

- Burmistrz mojej dzielnicy Tomasz Mencina (PO) ucieka się do kłamstw, próbując tłumaczyć swoich prawników z opieszałości, przez którą dzielnica straciła dziesiątki milionów złotych. Prezydent Warszawy nie może tolerować takiego stylu - alarmuje Piotr Guział, lider klubu Nasz Ursynów w radzie dzielnicy .
Dziś okoliczności przegranego przez miasto procesu z Mostostalem-Eksport będą próbowali wyjaśnić radni opozycji. Chodzi o opisywaną przez nas w ubiegłym tygodniu sprawę hali sportowej przy zbiegu Hirszfelda i Pileckiego. Firma Mostostal-Eksport SA zbudowała ją z blisko dwuletnim opóźnieniem. Zgodnie z kontraktem powinna zapłacić blisko 74 mln z tytułu tzw. kar umownych.
Pozew do sądu skierował w 2006 r. poprzedni zarząd dzielnicy. Obecny początkowo rozważał ugodowe załatwienie sprawy. Nie udało się, ale zwlekał z wnioskiem o wznowienie postępowania przez półtora roku i sprawa uległa przedawnieniu.
Tomasz Mencina tłumaczy, że sąd zawiesił sprawy w 2007 r., bo wtedy nie było jasne, czy mandat prezydent Warszawy jest ważny (PiS uważał, że Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna odejść z urzędu, bo nie złożyła na czas oświadczeń majątkowych). W aktach tej sprawy, do których dotarliśmy, słowa te nie znajdują potwierdzenia. Wynika z nich, że pełnomocnik Ursynowa przystał na wysuniętą przez Mostostal propozycję ugody, a decyzja sądu była formalnością, nie zaś, jak sugeruje Mencina, wątpliwościami dotyczącymi ważności mandatu prezydent Warszawy.
Jak rozmawiał Mostostal z Ursynowem, nie wiadomo. W aktach nie ma ten temat śladu, a władze dzielnicy mówią, że żadnej próby ugody nie było. - Przez nieudolność urzędników miasto straciło dziesiątki milionów złotych. I to na Ursynowie, mateczniku PO, gdzie ta partia uzyskuje rekordowe wyniki w kraju, a burmistrzem jest jeden z najbliższych współpracowników Hanny Gronkiewicz-Waltz - mówią radni Naszego Ursynowa.
Na dziś zwołano nadzwyczajną sesję rady miasta, podczas której urzędnicy pani prezydent mieli tłumaczyć, dlaczego zaniedbali sprawę o odszkodowanie dla Mostostalu. Obrad jednak najpewniej nie będzie można rozpocząć, bo zabraknie kworum. - Są ferie, radni się porozjeżdżali - mówi Ligia Krajewska (PO), wiceszefowa rady miasta
- No to poczekamy, aż skończą się zimowe wakacje i złożymy kolejny wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej w tej sprawie - zapowiada Adam Kwiatkowski, radny opozycyjnego PiS.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Jan Fusiecki

Odwołany, bo postawił się premierowi

Politycy Platformy Obywatelskiej mają żal do Donalda Tuska za zdymisjonowanie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego. "PiS powinno wysłać Donaldowi kosz kwiatów, bo lepszego prezentu nie mógł im zrobić" - mówią DZIENNIKOWI.
Zamieszanie w Platformie Obywatelskiej po tym jak Donald Tusk iespodziewanie przyjął wczoraj dymisję ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Dla wielu polityków PO ta decyzja premiera była kompletnie niezrozumiała.
"Jak za pół roku jakiś policjant zastrzeli kogoś przez przypadek, to Schetynę też będziemy odwoływać?" - pyta zdziwiony jeden z członków zarządu PO.
Nie tylko on w partii ma takie zdanie. Jednak jak mówią rozmówcy DZIENNIKA, w sprawie dymisji Ćwiąkalskiego i jego najważniejszych urzędników Tusk był głuchy na argumenty. "Decyzje w tej sprawie podejmował osobiście, w porozumieniu tylko ze swoimi najbliższymi współpracownikami" - tłumaczy osoba z władz partii Tuska.
Politycy PO mają żal do premiera przede wszystkim o to, że pozwolił, by przez cały poniedziałek bronili Ćwiąkalskiego. A teraz, po decyzjach Tuska, wychodzą na ludzi niepoważnych. "Podnieśliśmy gardę wysoko i zbudowaliśmy mur, zza którego się ostrzeliwaliśmy, a okazuje się, że mur rozbił nasz własny premier. Przecież to idiotyzm" - nie kryje rozgoryczenia jeden z naszych rozmówców.
Tusk przez cały poniedziałek rzeczywiście milczał. Sytuacja zmieniła się późnym wieczorem. "Siedziałem już w domu, jadłem kanapkę i oglądałem telewizję. Nagle widzę Sławka Nowaka, który mówi o konieczności wyciągnięcia poważnych konsekwencji w tej sprawie. Byłem tak zaskoczony, że się tą kanapką zadławiłem i to dość poważnie" - relacjonuje jeden z prominentnych polityków Platformy.
Skąd tak nagla zmiana stanowiska? Według informacji DZIENNIKA w poniedziałek wieczorem Tusk spotkal się właśnie z Nowakiem, a także Rafalem Grupińskim i Igorem Ostachowiczem, czyli grupą która pracuje nad jego wizerunkiem. To właśnie w czasie tego spotkania postanowiono, by w sprawie Olewnika podjąć bardziej zdecydowane działania, ale dymisja Ćwiąkalskiego nie była jeszcze poważnie brana pod uwagę.
Zaczęła, kiedy Tusk obejrzał "Kropkę nad I". "Premier oczekiwał, że Ćwiąkalski przynajmniej poinformuje o dymisji szefa więziennictwa. Zirytowało go, że minister lekceważy sprawę" - mówi osoba z otoczenia szefa rządu.
Wtedy właśnie poważnie zaczęto myśleć o odwołaniu minsitra sprawiedliwości. Tusk rozmawiał o tym z Grzegorzem Schetyną. Ostatecznej decyzji wciąż nie było. Premier wezwał jednak Ćwiąkalskiego na dywanik.
Według rozmówców DZIENNIKA minister mógł jeszcze uratować głowę. Stało się inaczej. Rano Ćwiąkalski pojawia się w radiu TOK FM. W rozmowie z Janiną Paradowską ponownie mówi, że nie ma sobie nic do zarzucenia.
"Wtedy Tusk się wściekł, to było już kompletne lekceważenie" - twierdzi jeden z naszych rozmówców. Ćwiąkalski jednak o tym nie wie, wchodząc do premiera jest przekonany, że Tusk jego dymisji nie przyjmie. "Wierzył, że złoży ją tylko tak pro forma" - mówi nam jeden ze współpracowników Ćwiąkalskiego.
Premier ją jednak przyjmuje. "Tusk nie powinien mieć pretensji do Ćwiąkalskiego skoro nikt mu wcześniej nie powiedział, jakie są oczekiwania szefa rządu" - mówi polityk PO.
Pierwszy raz Ćwiąkalski usłyszał je dopiero w trakcie spotkania z premierem. Tusk chciał głów osób odpowiedzialnych za zaniedbania. "Zażądał dymisji tych, których potem sam zwolnił. Ćwiąkalski odmówił i sam za to zapłacił" - mówi rozmówca DZIENNIKA z rządu.
"To dymisja wizerunkowa" - oficjalnie skomentował po spotkaniu z Tuskiem minister sprawiedliwości.
Sam premier zabrał głos dopiero po kilku godzinach. "Nie mogę zaakceptować: zaniechań, niechlujstwa i słabości służb, które odpowiadają za to samobójstwo. Odpowiedzialność ponosi za to minister sprawiedliwości, dlatego przyjąłem jego dymisję" - oświadczył.
Wieczorem w TVN24 Ćwiąkalski odpowiadał: "Nie wykryto na razie żadnych zaniedbań w sprawie samobójstwa Roberta Pazika".
Nieoficjalnie politycy PO przyznają, że Ćwiąkalski nie był ulubieńcem premiera i o jego odejściu mówiono od dawna. Ale uważają, że wybrano na nią bardzo zły moment. Ich zdaniem trzeba było to zrobić albo w poniedziałek rano, albo poczekać kilka tygodni.
"PiS powinien teraz Donaldowi wysłać kosz kwiatów z podziękowaniami, bo lepszego prezentu dwa tygodnie przed ich kongresem nie mógł im sprawić?" - ironizuje ważny polityk PO. Inny podsumowuje: "Jazda po bandzie i mega ryzykowny krok. Dla mnie niezrozumiały".
Politycy PO przyznawali, że Platforma nie ma oczywistych następców Ćwiąkalskiego. Jeden z rozmówców DZIENNIKA z rządu przyznawał: "Co do następcy nie było we wtorek rano decyzji. Jednak wczesnym popołudniem Tusk na konferencji mówił, że ma dwóch kandydatów, a na przyszłotygodniowym posiedzeniu rządu będzie już nowy minister sprawiedliwości.
Marcin Graczyk, Anna Gielewska
www.dziennik.pl

2009/01/20

Prawdy trzeba szukać w aktach sądowych. Czy Ursynów straci 73 miliony złotych?

Poważnie zakotłowało się w ursynowskim samorządzie. Tym razem sprawa jest nadzwyczaj poważna. Z powodu zaniechania i braku nadzoru miasto i dzielnica Ursynów mogą stracić kilkadziesiąt milionów złotych.
Chodzi o umorzenie przez Sąd Okręgowy XXIV Wydział Cywilny odsetek w wysokości ponad 73 milionów zł, których miasto i dzielnica domagały się od Mostostalu Export za nieterminowe wykonanie hali widowiskowo-sportowej Arena. Mostostal Export, spółka giełdowa, poinformował 30 października ub. r. Komisję Nadzoru Finansowego, że – tu cytat: „podstawą wydania postanowienia, było uznanie przez sąd przedmiotowej sprawy za sprawę gospodarczą, a nie cywilną, co w konsekwencji, wobec zawieszenia postępowania w dniu 7 lutego 2007 roku i niezłożenia w terminie rocznym, wskazanym w art. 479 kpc, w jego brzmieniu sprzed nowelizacji, wniosku o podjęcie postępowania, winno skutkować jego umorzeniem”. Prawdopodobnie urzędnicy dzielnicy Ursynów przegapili termin wyznaczony przez sąd, co może zakończyć się i dla urzędników, i dla mieszkańców dzielnicy bardzo smutno. Gigantyczne odsetki nie były bowiem wzięte z księżyca, zostały precyzyjnie wyliczone na podstawie stosownego punktu umowy, którą zleceniodawca – Mostostal Export – dobrowolnie podpisał. Były to więc prawie pewne pieniądze, które poważnie zasiliłyby budżety miasta i dzielnicy. Wszystko wskazuje na to, że zostały bezpowrotnie stracone.
Zaatakowany przez media zarząd Ursynowa zamieścił na łamach lokalnych gazet dosyć zawiłe wyjaśnienia, z których – niestety – niewiele wynika. Nie zamierzamy się do nich odnosić, zanim nie zapoznamy się z aktami sądowymi. Tam bowiem, i wyłącznie tam, leży prawda. Stosowny wniosek o wgląd do akt jest już na biurku prezes Sądu Okręgowego, sędzi Beaty Waś. Dotychczas ujawnione przez prasę fakty są niekorzystne dla burmistrza Tomasza Menciny (PO). Jeśli instancje odwoławcze zatwierdzą postanowienie wydane przez sędziego z XXIV Wydziału Cywilnego, polityk Platformy Obywatelskiej i jeden z najbardziej zaufanych ludzi prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz może na wiele lat utracić możliwość zajmowania wysokich stanowisk w administracji publicznej. Mimo to nie przyłączymy się do chóru dziennikarzy wietrzących sensację. Sprawa jest zbyt poważna, aby zawczasu ferować wyroki.
Stoimy jednak na stanowisku, że rada dzielnicy Ursynów powinna niezwłocznie złożyć wniosek do Centralnego Biura Antykorupcyjnego lub Centralnego Biura Śledczego o gruntowne zbadanie sprawy i objęcie jej procedurami operacyjnymi. Podkreślamy – cała rada, nie tylko opozycja. Chodzi bowiem o 73 miliony złotych, pieniądze nawet w skali bogatej Warszawy bardzo znaczne. Należy zbadać m.in., czy ktoś nie wykorzystał sytuacji i nie zarobił na nagłej zwyżce akcji Mostostalu Export na giełdzie. Jest niezaprzeczalnym faktem, że przed zawieszeniem obrotu akcje spółki straciły 1,5 proc., po odwieszeniu zdrożały o ponad 16 proc. (Puls Biznesu). Należy także wyjaśnić rolę, jaką mógł pełnić w tej sprawie pewien radny Ursynowa, który w latach 1999-2003 piastując funkcję radnego, pracował jednocześnie na stanowisku doradcy zarządu Mostostal Export. Przede wszystkim jednak, trzeba ustalić, jak urzędnicy dzielnicy Ursynów mogli „zapomnieć” o terminowym złożeniu wniosku w tak kluczowej i mającej ogromną wagę sprawie. Rzetelnie mogą to zrobić wyłącznie instytucje wyposażone w odpowiednie instrumenty – m.in. możliwość prowadzenia działań operacyjnych oraz wglądu w każdy dokument znajdujący się w obiegu w tym państwie. Takimi instytucjami są CBA i CBŚ. Jesienią rada dzielnicy Mokotów wykryła poważne nieprawidłowości w projekcie planu zagospodarowania przestrzennego obszaru Pod Skocznią. Mimo podziałów politycznych radni jak jeden mąż zdecydowali się przekazać sprawę do zbadania właśnie CBA. I była to właściwa decyzja, wszak człowiek niewinny nie powinien się niczego bać. Mamy nadzieję, że podczas czwartkowej sesji ursynowskiej rady, przedstawiciele rządzącej dzielnicą koalicji (PO – Lewica) nie będą blokować wniosku o zbadanie sprawy przez organy ścigania, który ma zamiar złożyć opozycja (Nasz Ursynów, PiS). Utrącenie wniosku opozycji będzie dowodem na to, że interes partyjny jest na Ursynowie ważniejszy niż interes mieszkańców i dotarcie do prawdy.
Tadeusz Porębski
passa.waw.pl

PO znajomości, bez przetargu?

Założonemu przez Bogdana Klicha, a prowadzonemu przez jego żonę Instytutowi Studiów Strategicznych w Krakowie powierzono organizację konferencji poświęconej kwestiom bezpieczeństwa i dalszego rozwoju NATO. Stało się tak bez procedury przetargowej - dowiedział się "Nasz Dziennik". Organizatorzy zgodnie twierdzą, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Udział w II Forum Euroatlantyckim "NATO przed szczytem jubileuszowym. Czy Sojusz potrzebuje Nowej Koncepcji Strategicznej?" wezmą m.in. Jaap de Hoop Scheffer - sekretarz generalny NATO, Bogdan Klich - minister obrony, Radosław Sikorski - szef MSZ, oraz Robert Gates - sekretarz obrony USA. Oprócz Kwatery Głównej NATO partnerami instytutu w organizacji imprezy są MSZ oraz Konsulat Amerykański w Krakowie. Dofinansowanie imprezy ze strony Paktu Północnoatlantyckiego to około 10 tys. euro. Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie wkład finansowy polskiego MSZ. Budżet imprezy przekracza 20 tys. euro. Instytut Studiów Strategicznych najpierw prowadził obecny minister obrony Bogdan Klich. Kiedy objął ministerialną tekę, zarządzanie placówką przeszło w ręce jego żony Anny Szymańskiej-Klich, która - jak poinformowało nas anonimowe źródło zbliżone do MSZ - blisko współpracuje (również na stopie towarzyskiej) z ambasadorem przy NATO Bogusławem Winidem oraz stałym przedstawicielem Polski w strukturach NATO Robertem Pszczelem. - To krąg towarzyski, który wzajemnie się wspiera - ocenił nasz informator.Robert Pszczel, oficer prasowy Kwatery Głównej NATO, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" odpierał te zarzuty. - Biorąc pod uwagę fakt, że spotkanie ministrów obrony będzie się odbywać w Krakowie, Instytut Studiów Strategicznych jest naszym stałym najpoważniejszym partnerem w tym mieście - tłumaczył. - Za długo się nie zastanawialiśmy. My zaproponowaliśmy, instytut się zgodził - dodał.Cały problem jednak w tym, że nie przeprowadzono żadnej procedury przetargowej w celu wyłonienia organizatora konferencji. Tymczasem mogło się podjąć tego zadania wiele ośrodków, w tym Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Stowarzyszenie Euroatlantyckie czy jakakolwiek inna, kompetentna instytucja. Co zatem zadecydowało o powierzeniu tego żonie ministra Bogdana Klicha? - Myśmy już organizowali wcześniej tego typu konferencje. Instytut od 1995 r. zajmuje się tematyką euroatlantycką. W zeszłym roku było organizowane pierwsze forum bezpieczeństwa euroatlantyckiego. W związku z tym było w zasadzie oczywiste, że również my będziemy organizować drugie - wyjaśniała w rozmowie z nami Ewa Bieńkowska z Instytutu Studiów Strategicznych w Krakowie. - Ministerstwo wiedziało, że mamy odpowiednie kontakty wśród ekspertów. To też nie było bez znaczenia. Połączenie konferencji z tym szczytem wydawało się dość logiczne - skonstatowała.Z kolei odpowiedzialna za koordynację całego projektu dyrektor ISS Paulina Gas argumentowała, że od piętnastu lat, odkąd istnieje instytut, organizuje on konferencje bez względu na to, kto jest prezesem lub dyrektorem fundacji. - Konferencja, którą organizujemy w dniach 19-20 lutego, jest to konferencja, którą zaplanowaliśmy w roku ubiegłym i którą realizujemy. Jest to konferencja ekspercka, typowo naukowa. Jednym z partnerów jest NATO, inni to konsulat amerykański oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych - poinformowała Gas. Prezes Anna Szymańska-Klich nie chciała wypowiadać się w tej sprawie. Paulina Gas dodała, że prezes ISS nie jest zaangażowana w prace nad konferencją, a w czasie jej trwania będzie pełnić obowiązki, zgodnie z protokołem, przewidziane dla żony ministra obrony.Zarówno według ISS, jak i Roberta Pszczela, wszystko odbyło się zgodnie z prawem. - Te pieniądze są przeznaczone na bardzo konkretne cele. NATO ma bardzo rygorystyczne przepisy i procedury dotyczące wydawania pieniędzy - tłumaczył Pszczel. Podkreślił, że powierzenie organizacji tej konferencji ISS było inicjatywą NATO, zatem postępowanie w tej sprawie było zgodne z obowiązującymi w strukturach Paktu Północnoatlantyckiego procedurami. - Procedury przetargowe zaczynają się u nas od dosyć dużych sum - stwierdził. Nie był jednak przy tym w stanie podać konkretnej granicy, od której wymagana jest procedura przetargowa. - To jest standardowa procedura: jak jest jakieś spotkanie ministerialne, zawsze staramy się zorganizować seminaria lub imprezy o charakterze promocyjnym NATO, które poszerzają wiedzę o Sojuszu i stymulują debatę na temat problematyki bezpieczeństwa - podkreślał. Odsunąć prezydenta?Pojawiły się głosy, że zarówno umiejscowienie konferencji, jak i zorganizowanie spotkania ministrów obrony państw NATO w Krakowie jest próbą promowania środowiska PO i odseparowania się od prezydenta. - Wydaje mi się, że specjalnie Klich umiejscowił to w Krakowie. Chce promować swój światek, tam też ściąga premiera. To jest też próba odseparowania prezydenta i tych instytucji, które z prezydentem pracują - ocenił nasz anonimowy rozmówca. Zupełnie inne zdanie w tej materii wyraził Robert Pszczel. - Kraje, które chcą być gospodarzami spotkań NATO, same proponują konkretne miasto czy miejsce, a już jedno spotkanie ministerialne odbyło się w Warszawie w 2002 r. - powiedział. Jednocześnie podkreślił, że ISS to najbardziej prężny i najbardziej znany instytut z siedzibą w Krakowie.
Rzecznik prasowy MSZ Piotr Paszkowski przyznał, że organizacja imprezy w Krakowie niesie za sobą problemy logistyczne, jednakże, według niego, miasto to jest optymalne dla tego typu imprez. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie wypowiedziało się jeszcze oficjalnie w tej sprawie.Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. przeciwdziałania korupcji, odmówiła wydania opinii na temat kwestii organizacji tej konferencji, argumentując, że nie ma pełnej wiedzy w tej materii. "Okoliczności przywołane w zadanych przez Panią pytaniach nie są mi znane. Przed udzieleniem komentarza muszę uzyskać wyjaśnienia z MON. Bez pełnej wiedzy moja opinia byłaby nierzetelna" - napisała w przesłanym do naszej redakcji oświadczeniu.
Wiodącym tematem konferencji "NATO przed szczytem jubileuszowym. Czy Sojusz potrzebuje Nowej Koncepcji Strategicznej?" jest nowa strategia Sojuszu. Nad jej kształtem debatować będą eksperci z krajów członkowskich i aspirujących do NATO. Dyskusja, w której weźmie udział ok. 200 osób, zostanie podzielona na cztery sesje odpowiadające najważniejszym problemom, jakie stoją przed Sojuszem. Pierwszego dnia eksperci wypowiedzą się na temat miejsca NATO w systemie bezpieczeństwa światowego i partnerstwa transatlantyckiego. Na drugi dzień zaplanowana jest debata dotycząca rozszerzenia oraz przyszłości misji NATO. Po każdym panelu odbędzie się otwarta dyskusja. Anna Wiejak
Nasz Dziennik