Przewodniczący rady dzielnicy Targówek przygotowali uchwałę, która pozwoliłaby im za grosze dokupić kilka metrów kwadratowych gruntu do działek. Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL zdemaskował ich zamiary i wytknął im to na sesji.
Wybuchł skandal, po którym pomysłodawcy uchwały - radni Jędrzej Kunowski (35 l., PO), wiceprzewodniczący rady Targówka, i Zbigniew Poczesny (70 l., PO), przewodniczący rady tej dzielnicy - zaczęli wycofywać się ze swojego pomysłu.
Zbigniew Poczesny, przewodniczący rady dzielnicy Targówek, i Jędrzej Kunowski przygotowali projekt "uchwały skrawkowej". Dzięki temu przepisowi można by było wykupić zbędny miastu grunt położony przy posesjach za jeden procent jego wartości. Chodzi o trawniki albo nieużywane fragmenty chodników.
- Okazało się, że proponowany projekt uchwały bezpośrednio dotyczy przewodniczących - mówi radny Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL.
- Gdy zapytałem burmistrza, skąd pomysł takiego prawa, na sali obrad rozpętało się piekło. Kunowski zaczął się nagle wycofywać ze swoich pomysłów i przepraszać, że głosował dla własnej korzyści, a Poczesny długo nie przyznawał się, że ma taki interes, dopóki nie ujawnił tego burmistrz dzielnicy Grzegorz Zawistowski (58 l.) - dodaje Sebastian Kozłowski.
Zbigniew Poczesny i Jędrzej Kunowski uważają, że są niewinni, a sprawa została nadmuchana. W ich obronie stanął radny Witold Harasim (68 l.) z Koła Mieszkańców Bródna, Targówka i Zacisza. - Kto panu dał ten doktorat?! Nie odzywaj się pan! - krzyczał do Kozłowskiego.
Sprawą w przyszłym tygodniu zajmie się burmistrz Grzegorz Zawistowski (58 l.), który obecnie jest w szpitalu.
Super Express
Przemysław Burkiewicz
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2010/05/29
2010/05/28
Działacz PO opróżniał lokale, teraz odchodzi z partii
- Pawła Dulskiego nie ma już w naszych szeregach - oświadczyła wczoraj Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO. To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy metody, jakimi posługiwał się wpływowy działacz mokotowskiej organizacji tej partii.
Był wiceszefem PO na Mokotowie, delegatem regionu na zjazd krajowy, członkiem sądu koleżeńskiego. - Dziś Paweł Dulski nie ma już żadnej z tych funkcji, nie ma go już w Platformie - wyjaśnia Kidawa-Błońska. - Formalnie został zawieszony w prawach członka partii na własną prośbę. Zrobił to po rozmowie ze mną. Aby wyrzucić kogoś z naszych szeregów, trzeba kierować sprawę do sądu koleżeńskiego. Nie chcieliśmy czekać.
To reakcja na naszą publikację, w której opisaliśmy, jakimi metodami posługiwał się Paweł Dulski. Wraz z Pawłem Sykulskim, partyjnym kolegą, radnym Mokotowa i pracownikiem biura poselskiego Tadeusza Rossa, próbował wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego, który stracił prawo własności do lokalu, ale był w nim zameldowany. Starczewski żali się, że działacze PO wyrzucili go na ulicę.
Innym lokalem, który Paweł Dulski próbował opróżnić, była apteka u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej. Tu wystąpił w roli doradcy Andrzeja Zgirskiego - jubilera, w którego interesie było wyrzucenie podnajemncy lokalu Karola El Kashifa. - Niech on wypier... Trzeba mu postawić nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził Paweł Dulski. Kilka miesięcy potem jubiler siłą wyrzucił aptekarza na bruk.
W urzędzie Mokotowa prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zarządziła kontrolę. Radni SLD żądają zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
Był wiceszefem PO na Mokotowie, delegatem regionu na zjazd krajowy, członkiem sądu koleżeńskiego. - Dziś Paweł Dulski nie ma już żadnej z tych funkcji, nie ma go już w Platformie - wyjaśnia Kidawa-Błońska. - Formalnie został zawieszony w prawach członka partii na własną prośbę. Zrobił to po rozmowie ze mną. Aby wyrzucić kogoś z naszych szeregów, trzeba kierować sprawę do sądu koleżeńskiego. Nie chcieliśmy czekać.
To reakcja na naszą publikację, w której opisaliśmy, jakimi metodami posługiwał się Paweł Dulski. Wraz z Pawłem Sykulskim, partyjnym kolegą, radnym Mokotowa i pracownikiem biura poselskiego Tadeusza Rossa, próbował wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego, który stracił prawo własności do lokalu, ale był w nim zameldowany. Starczewski żali się, że działacze PO wyrzucili go na ulicę.
Innym lokalem, który Paweł Dulski próbował opróżnić, była apteka u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej. Tu wystąpił w roli doradcy Andrzeja Zgirskiego - jubilera, w którego interesie było wyrzucenie podnajemncy lokalu Karola El Kashifa. - Niech on wypier... Trzeba mu postawić nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził Paweł Dulski. Kilka miesięcy potem jubiler siłą wyrzucił aptekarza na bruk.
W urzędzie Mokotowa prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zarządziła kontrolę. Radni SLD żądają zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
2010/05/27
Rogoyski: Palikotowa tendencja panuje w PO
Z Andrzejem Rogoyskim, działaczem PO, który przegrał w wyborach na szefa Mazowsza, rozmawia Anita Czupryn.
Kiedy rzuca Pan legitymację Platformy Obywatelskiej?
To wszystko zależy od tego, jak Platforma będzie się zachowywała. Na razie takiego planu niemam.
Ale na sobotnim zjeździe mazowieckiej PO skrytykował Pan swoją partię. Co się Panu w Platformie nie podoba?
Kiedy myślę o ostatnich wypowiedziach niektórych przywódców Platformy, to rzeczywiście mi się nie podoba. Zwłaszcza że mam w oczach i w uszach to, co działo się w 2001 r., kiedy PO powstawało, kiedy tworzono zarysy tego wielkiego pomysłu politycznego. Kiedy był jeszcze w Platformie Maciej Płażyński, kiedy budowano ją w duchu szerokiego pomysłu na Polskę nowoczesną, ale też przyjazną obywatelom. Niestety, teraz dostrzegam coraz mniej tych elementów.
Czyje wypowiedzi się Panu nie podobają?
Przede wszystkim mam tu na myśli wypowiedzi pana Janusza Palikota. W zasadzie są to wypowiedzi kompromitujące Platformę jako partię, która ma być wzorcem szlachetności i kultury politycznej. A teraz PO jest tego antyprzykładem. Bo jeżeli pan Palikot dalej antagonizuje, wypowiadając się na temat naszych kontrpartnerów politycznych, jeżeli tytułuje siebie Chrystusem narodu, a o Jarosławie Kaczyńskim mówi, że jest opanowany przez szatana, jeżeli niektórzy członkowie komitetu honorowego marszałka Bronisława Komorowskiego wypowiadają się w sposób zupełnie niehonorowy, nielicujący z godnością, jaką powinni mieć ludzie, którzy taki tytuł honorowego członka na siebie przyjmują, to ja się zastanawiam, w którym miejscu Platforma Obywatelska dziś jest i w którą stronę idzie? Bo idzie w zupełnie inną, niż powinna.
Bacznie obserwuję, co się dzieje w Platformie, i ów brak reakcji ze strony władz, niewyrażenie dezaprobaty wobec tego, co mówił poseł Palikot, to mnie martwi. Bo to oznacza, że w Platformie jest wyraźna palikotowa tendencja. Negatywnych emocji jest tyle, że mnie to zdumiewa, skąd to się bierze?
Nie mogę się w tej atmosferze odnaleźć.
[b]O rządach PO powiedział Pan, że to są rządy pychy. Co Pan ma na myśli?
Bezwzględną potrzebę zawłaszczenia sceny politycznej, która nie uwzględnia tego, że potrzebny jest partner polityczny, mam tu na myśli PiS, aby rzeczywiście realizować te wielkie pomysły modernizacyjne i cywilizacyjne, które legły u podstaw PO. Jeżeli się o tym nie chce myśleć, to znaczy, że popada się w grzech pychy. I to jest wielki błąd Platformy Obywatelskiej.
Platforma zamiata problemy pod dywan?
Mam tu na myśli działania związane z obietnicami, które nie do końca zostały zrealizowane i to wcale nie dlatego, że świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński je wetował. Przyjrzałem się liczbie tych wet i ustawom i zwróciłem uwagę, że spośród tych, które miały duże znaczenie, prezydent zawetował zaledwie kilka. Zdecydowana większość ustaw - i jest to gigantyczna skala - została przez prezydenta podpisana. Nie można zrzucać odpowiedzialności na prezydenta za własne błędy. A to niestety jest element naszej propagandy.
To dlatego nazwano Pana szpiegiem PiS?
To pytanie do tych, którzy takie zupełnie niesprawiedliwe tezy stawiają. Ale to pokazuje pewien element zagubienia się środowiska mazowieckiej Platformy, która nie umie racjonalnie odpowiedzieć na moje wątpliwości, tylko traktuje epitetami.
W sobotę koledzy Pana wygwizdali, wybuczeli, wyklaskali...
Wśród osób, które intensywnie zagrzewały do boju w wyklaskiwaniu, widziałem ludzi, o których nigdy bym nie pomyślał, że mogą się tak zachowywać. Mam tu na myśli np. panią Julię Piterę, z którą przez wiele lat bardzo dobrze się politycznie rozumiałem. Zupełnie zaś nie mogę pojąć takiego agresywnego zachowania pani minister. No, ale to świadczy o dużej nerwowości w środowisku PO, które samo się skazuje na taką nerwowość, bo wcale tak nie musiało być. Wystarczyło w tej kampanii położyć nacisk na pozytywną prezentację takich elementów, które będą przekonywać Polaków do głosowania na kandydata PO.
Działacze PO, widząc, że Pan atakuje swoich, mówią, że zły to ptak, co własne gniazdo kala.
To nie moja wina, że zjazd mazowieckiej Platformy miał miejsce tuż przed wyborami. Ja mam odmienną koncepcję rozwoju i budowy PO. Koncepcję powrotu do źródeł, deklaracji z 2001 r. o niejątrzeniu sceny politycznej w kierunku dezaprobaty wobec PiS, tylko zrozumieniu, że Polsce potrzebne są w tej chwili i PiS, i PO, jako dwie formacje, które są w stanie sprostać problemom, przed jakimi nasz kraj staje. I o tym chciałem mówić, i nie pozwolono mi skończyć. Kiedyś o tym powiedzieć trzeba.
Nie obawia się Pan, że zostanie uznany za rozłamowca?
Jeśli zostanę za takiego uznany, to potwierdzi się tylko moja teza, że dzieje się źle w PO. Na razie nie widzę, aby mnie sekowano, poza oczywiście forami internetowymi, na których są agresywne wobec mnie wpisy. Poza tym nie odczuwam jakichś zachowań nieprawidłowych czy niepokoju.
Podoba się Panu kampania Bronisława Komorowskiego?
Zupełnie mi się nie podoba. Przynajmniej nie podobała do soboty. Teraz zaczyna się zmieniać. Nie chcę przydawać sobie jakiegoś szczególnego wpływu na uspokojenie tonacji, ale rzeczywiście do soboty ilość wpadek i błędów była tak duża, że nawet Grzegorz Schetyna to potwierdził, krytykując sztab mazowieckiej PO. W końcu zaczęto się zastanawiać, jak temu zaradzić, bo jak tak dalej pójdzie, to wybory zakończą się wbrew sondażom.
Rozmawiała Anita Czupryn
Kiedy rzuca Pan legitymację Platformy Obywatelskiej?
To wszystko zależy od tego, jak Platforma będzie się zachowywała. Na razie takiego planu niemam.
Ale na sobotnim zjeździe mazowieckiej PO skrytykował Pan swoją partię. Co się Panu w Platformie nie podoba?
Kiedy myślę o ostatnich wypowiedziach niektórych przywódców Platformy, to rzeczywiście mi się nie podoba. Zwłaszcza że mam w oczach i w uszach to, co działo się w 2001 r., kiedy PO powstawało, kiedy tworzono zarysy tego wielkiego pomysłu politycznego. Kiedy był jeszcze w Platformie Maciej Płażyński, kiedy budowano ją w duchu szerokiego pomysłu na Polskę nowoczesną, ale też przyjazną obywatelom. Niestety, teraz dostrzegam coraz mniej tych elementów.
Czyje wypowiedzi się Panu nie podobają?
Przede wszystkim mam tu na myśli wypowiedzi pana Janusza Palikota. W zasadzie są to wypowiedzi kompromitujące Platformę jako partię, która ma być wzorcem szlachetności i kultury politycznej. A teraz PO jest tego antyprzykładem. Bo jeżeli pan Palikot dalej antagonizuje, wypowiadając się na temat naszych kontrpartnerów politycznych, jeżeli tytułuje siebie Chrystusem narodu, a o Jarosławie Kaczyńskim mówi, że jest opanowany przez szatana, jeżeli niektórzy członkowie komitetu honorowego marszałka Bronisława Komorowskiego wypowiadają się w sposób zupełnie niehonorowy, nielicujący z godnością, jaką powinni mieć ludzie, którzy taki tytuł honorowego członka na siebie przyjmują, to ja się zastanawiam, w którym miejscu Platforma Obywatelska dziś jest i w którą stronę idzie? Bo idzie w zupełnie inną, niż powinna.
Bacznie obserwuję, co się dzieje w Platformie, i ów brak reakcji ze strony władz, niewyrażenie dezaprobaty wobec tego, co mówił poseł Palikot, to mnie martwi. Bo to oznacza, że w Platformie jest wyraźna palikotowa tendencja. Negatywnych emocji jest tyle, że mnie to zdumiewa, skąd to się bierze?
Nie mogę się w tej atmosferze odnaleźć.
[b]O rządach PO powiedział Pan, że to są rządy pychy. Co Pan ma na myśli?
Bezwzględną potrzebę zawłaszczenia sceny politycznej, która nie uwzględnia tego, że potrzebny jest partner polityczny, mam tu na myśli PiS, aby rzeczywiście realizować te wielkie pomysły modernizacyjne i cywilizacyjne, które legły u podstaw PO. Jeżeli się o tym nie chce myśleć, to znaczy, że popada się w grzech pychy. I to jest wielki błąd Platformy Obywatelskiej.
Platforma zamiata problemy pod dywan?
Mam tu na myśli działania związane z obietnicami, które nie do końca zostały zrealizowane i to wcale nie dlatego, że świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński je wetował. Przyjrzałem się liczbie tych wet i ustawom i zwróciłem uwagę, że spośród tych, które miały duże znaczenie, prezydent zawetował zaledwie kilka. Zdecydowana większość ustaw - i jest to gigantyczna skala - została przez prezydenta podpisana. Nie można zrzucać odpowiedzialności na prezydenta za własne błędy. A to niestety jest element naszej propagandy.
To dlatego nazwano Pana szpiegiem PiS?
To pytanie do tych, którzy takie zupełnie niesprawiedliwe tezy stawiają. Ale to pokazuje pewien element zagubienia się środowiska mazowieckiej Platformy, która nie umie racjonalnie odpowiedzieć na moje wątpliwości, tylko traktuje epitetami.
W sobotę koledzy Pana wygwizdali, wybuczeli, wyklaskali...
Wśród osób, które intensywnie zagrzewały do boju w wyklaskiwaniu, widziałem ludzi, o których nigdy bym nie pomyślał, że mogą się tak zachowywać. Mam tu na myśli np. panią Julię Piterę, z którą przez wiele lat bardzo dobrze się politycznie rozumiałem. Zupełnie zaś nie mogę pojąć takiego agresywnego zachowania pani minister. No, ale to świadczy o dużej nerwowości w środowisku PO, które samo się skazuje na taką nerwowość, bo wcale tak nie musiało być. Wystarczyło w tej kampanii położyć nacisk na pozytywną prezentację takich elementów, które będą przekonywać Polaków do głosowania na kandydata PO.
Działacze PO, widząc, że Pan atakuje swoich, mówią, że zły to ptak, co własne gniazdo kala.
To nie moja wina, że zjazd mazowieckiej Platformy miał miejsce tuż przed wyborami. Ja mam odmienną koncepcję rozwoju i budowy PO. Koncepcję powrotu do źródeł, deklaracji z 2001 r. o niejątrzeniu sceny politycznej w kierunku dezaprobaty wobec PiS, tylko zrozumieniu, że Polsce potrzebne są w tej chwili i PiS, i PO, jako dwie formacje, które są w stanie sprostać problemom, przed jakimi nasz kraj staje. I o tym chciałem mówić, i nie pozwolono mi skończyć. Kiedyś o tym powiedzieć trzeba.
Nie obawia się Pan, że zostanie uznany za rozłamowca?
Jeśli zostanę za takiego uznany, to potwierdzi się tylko moja teza, że dzieje się źle w PO. Na razie nie widzę, aby mnie sekowano, poza oczywiście forami internetowymi, na których są agresywne wobec mnie wpisy. Poza tym nie odczuwam jakichś zachowań nieprawidłowych czy niepokoju.
Podoba się Panu kampania Bronisława Komorowskiego?
Zupełnie mi się nie podoba. Przynajmniej nie podobała do soboty. Teraz zaczyna się zmieniać. Nie chcę przydawać sobie jakiegoś szczególnego wpływu na uspokojenie tonacji, ale rzeczywiście do soboty ilość wpadek i błędów była tak duża, że nawet Grzegorz Schetyna to potwierdził, krytykując sztab mazowieckiej PO. W końcu zaczęto się zastanawiać, jak temu zaradzić, bo jak tak dalej pójdzie, to wybory zakończą się wbrew sondażom.
Rozmawiała Anita Czupryn
Dymisja radnego PO, który mówił, żeby aptekarz "wyp..."?
Wiceszef mokotowskiej PO Paweł Dulski oddał się do dyspozycji władz partii, SLD żąda zwołania nadzwyczajnych obrad rady dzielnicy - to reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy metody stosowane przez grupę działaczy partii Tuska
- Po przeczytaniu artykułu w "Gazecie Stołecznej" prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zatelefonowała do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej [szefowa warszawskiej PO] prosząc, by wobec bohaterów tekstu nie stosować taryfy ulgowej - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Chodzi o trzech Pawłów: Dulskiego, Sykulskiego i Kosińskiego. Pracują jako asystenci posła Platformy Tadeusza Rossa, są działaczami mokotowskiej PO (Dulski jest jej wiceszefem).
Cała trójka próbowała wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego. Starczewski mówi, że działacze PO kazali mu się wynosić. Gdy nie posłuchał, wyrzucili go na bruk. Aby mieć dach nad głową, musiał dochodzić swoich praw w sądzie.
- Niech on wypier... przez weekend. Trzeba postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - tak z kolei Paweł Dulski radził jubilerowi, który chciał zerwać umowę podnajmu miejskiego lokalu z Karolem El Kashifem, pół-Egipcjaninem, od siedmiu lat prowadzącym u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej aptekę. El Kashif został wyrzucony siłą.
Małgorzata Kidawa-Błońska zażądała wczoraj wyjaśnień od Dulskiego. Dziś ma zdecydować o jego dalszych losach w PO. Mokotowskie SLD zażądało zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy. Mają wziąć w niej udział Starczewski i El Kashif. - Jeśli zarząd Mokotowa nie wytłumaczy nam, dlaczego w sporze o aptekę wziął rację tylko jednej ze stron [Zgirskiego], złożymy wniosek o odwołanie burmistrza i jego zastępców - mówią w SLD.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
- Po przeczytaniu artykułu w "Gazecie Stołecznej" prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zatelefonowała do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej [szefowa warszawskiej PO] prosząc, by wobec bohaterów tekstu nie stosować taryfy ulgowej - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Chodzi o trzech Pawłów: Dulskiego, Sykulskiego i Kosińskiego. Pracują jako asystenci posła Platformy Tadeusza Rossa, są działaczami mokotowskiej PO (Dulski jest jej wiceszefem).
Cała trójka próbowała wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego. Starczewski mówi, że działacze PO kazali mu się wynosić. Gdy nie posłuchał, wyrzucili go na bruk. Aby mieć dach nad głową, musiał dochodzić swoich praw w sądzie.
- Niech on wypier... przez weekend. Trzeba postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - tak z kolei Paweł Dulski radził jubilerowi, który chciał zerwać umowę podnajmu miejskiego lokalu z Karolem El Kashifem, pół-Egipcjaninem, od siedmiu lat prowadzącym u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej aptekę. El Kashif został wyrzucony siłą.
Małgorzata Kidawa-Błońska zażądała wczoraj wyjaśnień od Dulskiego. Dziś ma zdecydować o jego dalszych losach w PO. Mokotowskie SLD zażądało zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy. Mają wziąć w niej udział Starczewski i El Kashif. - Jeśli zarząd Mokotowa nie wytłumaczy nam, dlaczego w sporze o aptekę wziął rację tylko jednej ze stron [Zgirskiego], złożymy wniosek o odwołanie burmistrza i jego zastępców - mówią w SLD.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
2010/05/26
Polityk PO o aptekarzu z Mokotowa: Niech wypier...
- Niech on wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził warszawskiemu przedsiębiorcy Paweł Dulski, wiceszef PO na Mokotowie. Potem w świetle kamer kupiec siłą wyrzucił na bruk kupca. Bez sądu, na oczach bezradnej policji, przy aprobacie urzędników
Główni bohaterowie: Karol el Kashif, z pochodzenia półkrwi Egipcjanin. Studiował nauki polityczne, od lat prowadzi dwie apteki na Mokotowie. Andrzej Zgirski, biznesmen, właściciel kilku salonów jubilerskich. Paweł Dulski, wiceszef Platformy na Mokotowie.
Andrzej Zgirski zaczynał od kantoru, dziś jest właścicielem sieci sklepów jubilerskich.
Paweł Dulski działa w mokotowskiej PO, mateczniku Julii Pitery od początku istnienia partii. Obecna minister ds. walki z korupcją przez lata była radną z tego terenu, po wygranych przez Platformę wyborach opiniowała wybór dzielnicowych władz. Dulski pracuje w biurze posła PO Tadeusza Rossa (PO), od lat przyjaźni się i robi interesy z Pawłem Sykulskim (PO), radnym na Mokotowie. Partnerka życiowa Dulskiego Katarzyna Weremczuk to również radna PO na Mokotowie. - Złote dziecko Platformy - mówił o Dulskim podczas jednego ze zjazdów PO Robert Soszyński, szef mokotowskiej PO, przewodniczący sejmiku Mazowsza.
Urząd frontem do jubilera
W przeszło stumetrowym lokalu użytkowym przy zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej (ul. Puławska 10) Karol el Kashif od 2003 r. prowadził aptekę. Należący do miasta lokal wynajmował od Andrzeja Zgirskiego. Płacił mu 25 tys. miesięcznie. Zgirski oddawał miastu niecałe 5 tys.
Dziś obaj przedsiębiorcy zarzucają sobie nieuczciwość. Zgirski przekonuje, że El Kashif chciał okupować lokal, nic nie płacąc. Dla El Kashifa Zgirski to tylko pośrednik, przez siedem lat zarobił na podnajmie lokalu 1,8 mln zł.
Jesienią ub.r. aptekarz zorientował się, że Zgirski chce wykupić Puławską 10. Przepisy pozwalają na to wieloletnim najemcom. Długoletnim użytkownikom miasto sprzedaje lokal po cenie niższej od uzyskiwanej na przetargach i rozkłada płatność na dziesięć lat.
Kłopot Zgirskiego polegał na tym, że w upatrzonym lokalu działała apteka, a on nie miał prawa do prowadzenia działalności farmaceutycznej. Nie miał też prawa do podnajmowania lokalu. - Lokale użytkowe powinny być wynajmowane osobom, które faktycznie prowadzą działalność w danym miejscu - mówi wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak.
Tej zasady nie zastosowano wobec Zgirskiego. Urzędnicy uznali, że przepisy złamał nieumyślnie. Jubiler chciał mieć umowę na prowadzenie sklepu jubilerskiego przy Puławskiej 10. Kontrolowany przez PO zarząd Mokotowa w ekspresowym tempie dał zgodę.
Postawić kata
Pod koniec października Zgirski miał załatwione w urzędzie Mokotowa wszystkie zgody otwierające mu drogę do wykupu Puławskiej 10. Z dokumentów wynikało jednak, że prowadzi tu sklep jubilerski, a apteka wciąż działała. Kashifowi skarżył się, że burmistrz Ursynowa Jan Rasiński (PO) na niego krzyczy; bo przy Puławskiej 10 wciąż sprzedaje się leki.
Aptekarz zorientował się, że jest na straconej pozycji - tylko on krzyżował plany Zgirskiego dotyczące wykupu lokalu. Postanowił nagrywać rozmowy z jubilerem i jego pomocnikami.
Pod koniec października do jego apteki przychodzi Andrzej Zgirski, jego pełnomocnik Andrzej Kosmalski oraz wysoki blondyn po trzydziestce Paweł Dulski.
Nagranie ze spotkania w aptece: I co ja mam zrobić, wziąć to wszystko [wyposażenie apteki, leki] na ciężarówkę i wyrzucić? - pyta Andrzej Zgirski
Dulski: - W sumie tak, ja to wszystko mogę wywieźć, mam tu audi Q 7, zapakujemy i wywieziemy to (...) Niech on [El Kashif-] wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech go ten kat katuje. Tu trzeba zlikwidować kasy, trzeba zlikwidować całą dokumentację spółki [El Kashifa].
Dziś działacz PO tak opisuje swoją rolę: - Do apteki poszedłem jako mediator z ramienia Warszawskiej Izby Przedsiębiorców. To samorząd gospodarczy rozwiązuje spory między przedsiębiorcami - mówi. Przekonuje, że o mediację poprosili go razem Zgirski i El Kashif.
Aptekarz zaprzecza: - Początkowo nie wiedziałem nawet, jak ten pan się nazywa. Przedstawił się jako anioł Zgirskiego - mówi El Kashif. Nie może pogodzić się z tym, że lokal trafi do pośrednika, który przez lata zarabiał na mieniu miasta. Prosi o pomoc władze Mokotowa, prezydent Warszawy, popularnego satyryka i posła Tadeusza Rossa. Bez rezultatu.
- Nie pamiętam dokładnie tej sprawy, mam ich bardzo dużo. Wiem, że zajmował się nią mój asystent Paweł Dulski. Postaram się wyjaśnić, o co chodziło - mówi Tadeusz Ross.
Dotarliśmy do dokumentu podpisanego przez niego 21 grudnia ub.r. Poseł wstawia się do burmistrza Mokotowa za Andrzejem Zgirskim, któremu - jak pisze Ross - ktoś nielegalnie okupuje lokal. - Przeanalizowałem tę sytuację dogłębnie oraz omówiłem z ekspertami prawnymi - czytamy w piśmie do burmistrza Mokotowa Jana Rasińskiego (PO).
Wizyta z kulturystą
Interwencja przy Puławskiej 10 to nie był debiut Pawła Dulskiego w roli egzekutora. Dokładnie rok wcześniej późnym wieczorem zjawił się wraz innym asystentem posła Rossa Pawłem Kosińskim, instruktorem i trenerem drugiej klasy kulturystyki w dwupokojowym mieszkaniu w Białołęce przy ul. Jana Husa.
Miał klucze, bo kilka dni wcześniej kupił mieszkanie od prawowitej właścicielki. Po cenie niższej od rynkowej, bo w mieszkaniu był zameldowany jej były mąż Andrzej Starczewski.
- Wiedziałem, że mieszkanie nie jest moje, ale mam prawo do zamiennego lokalu socjalnego. Mam pracę, stronię od alkoholu, nie zasłużyłem na noclegownię dla bezdomnych - mówi pan Andrzej.
I relacjonuje: - Pewnego wieczoru do mieszkania, w którym byłem zameldowany, wtargnęło kilku mężczyzn. Jeden z nich przedstawił się jako nowy właściciel. To był Paweł Dulski. Inny zapowiedział, że będzie rzucać nożem, niby dla zabawy. - Powiedzieli, że jeśli będę niegrzeczny, to mnie wystawią z mieszkania. Mówili, że mam gdzie mieszkać i pokazali zdjęcia domu mojej mamy położonego kilkaset kilometrów za Warszawą - wspomina Andrzej Starczewski.
Potem - jak mówi - były kolejne nocne wizyty, wreszcie zabór jego rzeczy przez współpracowników Dulskiego, wymiana zamków. - Zimą spałem w samochodzie, ale nie poddałem się, walczyłem o prawo do mieszkania.
Dulski zaprzecza tej relacji. Przekonuje, że Starczewski to człowiek niezrównoważony, mylący fikcję z rzeczywistością. Dokumentacja ich sporu sądowego zajmuje kilka obszernych teczek. Dulski przekonuje, że miał dobre intencje, kupił mieszkanie dla siebie; nie przypuszczał, że trafi na tak opornego, dzikiego lokatora. Czuje się zniesławiony przez Starczewskiego, zapowiada, że założy mu sprawę w sądzie za naruszenie dóbr osobistych. Nie jest już zresztą właścicielem mieszkania przy Jana Husa - półtora miesiąca po zakupie sprzedał je koledze i radnemu Pawłowi Sykulskiemu ze 100-tysięcznym przebiciem.
Starczewski dopiął swego: wywalczył przywrócenie tzw. stanu posiadania. Sąd orzekł, że ma prawo do zamieszkiwania przy Jana Husa do czasu eksmisji do lokalu socjalnego. Wiosną ub.r. wrócił do mieszkania. Zarzuca Dulskiemu i jego współpracownikom kradzież, składanie fałszywych zeznań, powoływanie się na wpływy w Sejmie. Prokuratura jego wnioski oddaliła.
Nie płaciłem, nic się nie działo
Sprawa sporu Zgirskiego, jego pomocnika Dulskiego i El Kashifa również obrasta w dziesiątki stron sądowych pism, skarg do urzędów, próśb o interwencję.
W połowie stycznia tego roku w aptece przy Puławskiej 10 pojawia się czterech ochroniarzy Zgirskiego. Siedzą dzień i noc. 24 stycznia jubiler wysyła do apteki już 12 ochroniarzy. Terroryzują dwóch wynajętych przez El Kashifa, zmieniają zamki w drzwiach. W środku zostają leki. Część wyposażenia Zgirski wywozi poza Warszawę. Błyskawicznie urządza sklep jubilerski.
El Kashif śle wnioski do prokuratury. Jeden dotyczy leków zajętych przez firmę ochroniarską. Były wśród nich psychotropowe i narkotyki, podlegające ścisłemu zarachowaniu. Mogą nimi dysponować wyłącznie osoby mają stosowne zezwolenie. Zgirski i jego ochrona takich zezwoleń nie mieli.
Kolejne doniesienie dotyczy podejrzenia o korupcję. We wniosku do prokuratury cytuje stenogramy z ubiegłorocznych nagrań rozmów Zgirskiego z El Kashifem.
El Kashif: - Bo Pan mi powiedział, że pan ma tam jakieś układy, tam jakieś pieniądze wchodziły w grę.
Zgirski: Znaczy układy mam takie, że mogę załatwić ten wykup [lokalu przy Puławskiej 10] i wreszcie to będzie ostro szło.
(...)
El Kashif: No, ale po co później [po wykupie Puławskiej 10] Pan będzie dawał pieniądze?
Zgirski: No, na końcu, dlatego oni tak latają za tym.
El Kashif: Ale to po co Pan będzie jeszcze pieniądze dawał, jak tutaj to wszystko będzie wykupione?
Zgirski: A myśli Pan, że to, co ja tutaj załatwiam teraz, żeby nie wypieprzyli nas z tego, to za darmo? Pan sobie nie zdaje sprawy, że to była afera. To już chcieli odcinać nas i eksmitować, przecież oni mają paragraf, jak jest niezgodne w umową [podnajem], to pana eksmitują. (...). Jestem winien parę złotych za załatwienie wykupu, i to jest właśnie ta droga, która się nakręca i to idzie (...). I lokal [Puławska 10] będzie otwarty, może być otwarty i to jest to, ale niestety muszę zapłacić. No, bo jak nie płaciłem i siedziałem półtora roku i nic się nie działo.
Radni do pracy
Andrzej Zgirski nie chce komentować nagrań. Mówi, że dialogi są wymyślone przez El Kashifa, dziwnie pomontowane.
Wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak: - Zarządziłem kontrolę w sprawie, która zbada okoliczności wynajęcia lokalu przy Puławskiej 10.
Maciej Raś (SLD), szef rady Mokotowa: Wygląda na to, że rada będzie miała dużo pracy. Najpewniej powołamy specjalny zespół do zbadania najmu lokalu przy Puławskiej 10.
Gazeta Stoleczna
Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
Główni bohaterowie: Karol el Kashif, z pochodzenia półkrwi Egipcjanin. Studiował nauki polityczne, od lat prowadzi dwie apteki na Mokotowie. Andrzej Zgirski, biznesmen, właściciel kilku salonów jubilerskich. Paweł Dulski, wiceszef Platformy na Mokotowie.
Andrzej Zgirski zaczynał od kantoru, dziś jest właścicielem sieci sklepów jubilerskich.
Paweł Dulski działa w mokotowskiej PO, mateczniku Julii Pitery od początku istnienia partii. Obecna minister ds. walki z korupcją przez lata była radną z tego terenu, po wygranych przez Platformę wyborach opiniowała wybór dzielnicowych władz. Dulski pracuje w biurze posła PO Tadeusza Rossa (PO), od lat przyjaźni się i robi interesy z Pawłem Sykulskim (PO), radnym na Mokotowie. Partnerka życiowa Dulskiego Katarzyna Weremczuk to również radna PO na Mokotowie. - Złote dziecko Platformy - mówił o Dulskim podczas jednego ze zjazdów PO Robert Soszyński, szef mokotowskiej PO, przewodniczący sejmiku Mazowsza.
Urząd frontem do jubilera
W przeszło stumetrowym lokalu użytkowym przy zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej (ul. Puławska 10) Karol el Kashif od 2003 r. prowadził aptekę. Należący do miasta lokal wynajmował od Andrzeja Zgirskiego. Płacił mu 25 tys. miesięcznie. Zgirski oddawał miastu niecałe 5 tys.
Dziś obaj przedsiębiorcy zarzucają sobie nieuczciwość. Zgirski przekonuje, że El Kashif chciał okupować lokal, nic nie płacąc. Dla El Kashifa Zgirski to tylko pośrednik, przez siedem lat zarobił na podnajmie lokalu 1,8 mln zł.
Jesienią ub.r. aptekarz zorientował się, że Zgirski chce wykupić Puławską 10. Przepisy pozwalają na to wieloletnim najemcom. Długoletnim użytkownikom miasto sprzedaje lokal po cenie niższej od uzyskiwanej na przetargach i rozkłada płatność na dziesięć lat.
Kłopot Zgirskiego polegał na tym, że w upatrzonym lokalu działała apteka, a on nie miał prawa do prowadzenia działalności farmaceutycznej. Nie miał też prawa do podnajmowania lokalu. - Lokale użytkowe powinny być wynajmowane osobom, które faktycznie prowadzą działalność w danym miejscu - mówi wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak.
Tej zasady nie zastosowano wobec Zgirskiego. Urzędnicy uznali, że przepisy złamał nieumyślnie. Jubiler chciał mieć umowę na prowadzenie sklepu jubilerskiego przy Puławskiej 10. Kontrolowany przez PO zarząd Mokotowa w ekspresowym tempie dał zgodę.
Postawić kata
Pod koniec października Zgirski miał załatwione w urzędzie Mokotowa wszystkie zgody otwierające mu drogę do wykupu Puławskiej 10. Z dokumentów wynikało jednak, że prowadzi tu sklep jubilerski, a apteka wciąż działała. Kashifowi skarżył się, że burmistrz Ursynowa Jan Rasiński (PO) na niego krzyczy; bo przy Puławskiej 10 wciąż sprzedaje się leki.
Aptekarz zorientował się, że jest na straconej pozycji - tylko on krzyżował plany Zgirskiego dotyczące wykupu lokalu. Postanowił nagrywać rozmowy z jubilerem i jego pomocnikami.
Pod koniec października do jego apteki przychodzi Andrzej Zgirski, jego pełnomocnik Andrzej Kosmalski oraz wysoki blondyn po trzydziestce Paweł Dulski.
Nagranie ze spotkania w aptece: I co ja mam zrobić, wziąć to wszystko [wyposażenie apteki, leki] na ciężarówkę i wyrzucić? - pyta Andrzej Zgirski
Dulski: - W sumie tak, ja to wszystko mogę wywieźć, mam tu audi Q 7, zapakujemy i wywieziemy to (...) Niech on [El Kashif-] wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech go ten kat katuje. Tu trzeba zlikwidować kasy, trzeba zlikwidować całą dokumentację spółki [El Kashifa].
Dziś działacz PO tak opisuje swoją rolę: - Do apteki poszedłem jako mediator z ramienia Warszawskiej Izby Przedsiębiorców. To samorząd gospodarczy rozwiązuje spory między przedsiębiorcami - mówi. Przekonuje, że o mediację poprosili go razem Zgirski i El Kashif.
Aptekarz zaprzecza: - Początkowo nie wiedziałem nawet, jak ten pan się nazywa. Przedstawił się jako anioł Zgirskiego - mówi El Kashif. Nie może pogodzić się z tym, że lokal trafi do pośrednika, który przez lata zarabiał na mieniu miasta. Prosi o pomoc władze Mokotowa, prezydent Warszawy, popularnego satyryka i posła Tadeusza Rossa. Bez rezultatu.
- Nie pamiętam dokładnie tej sprawy, mam ich bardzo dużo. Wiem, że zajmował się nią mój asystent Paweł Dulski. Postaram się wyjaśnić, o co chodziło - mówi Tadeusz Ross.
Dotarliśmy do dokumentu podpisanego przez niego 21 grudnia ub.r. Poseł wstawia się do burmistrza Mokotowa za Andrzejem Zgirskim, któremu - jak pisze Ross - ktoś nielegalnie okupuje lokal. - Przeanalizowałem tę sytuację dogłębnie oraz omówiłem z ekspertami prawnymi - czytamy w piśmie do burmistrza Mokotowa Jana Rasińskiego (PO).
Wizyta z kulturystą
Interwencja przy Puławskiej 10 to nie był debiut Pawła Dulskiego w roli egzekutora. Dokładnie rok wcześniej późnym wieczorem zjawił się wraz innym asystentem posła Rossa Pawłem Kosińskim, instruktorem i trenerem drugiej klasy kulturystyki w dwupokojowym mieszkaniu w Białołęce przy ul. Jana Husa.
Miał klucze, bo kilka dni wcześniej kupił mieszkanie od prawowitej właścicielki. Po cenie niższej od rynkowej, bo w mieszkaniu był zameldowany jej były mąż Andrzej Starczewski.
- Wiedziałem, że mieszkanie nie jest moje, ale mam prawo do zamiennego lokalu socjalnego. Mam pracę, stronię od alkoholu, nie zasłużyłem na noclegownię dla bezdomnych - mówi pan Andrzej.
I relacjonuje: - Pewnego wieczoru do mieszkania, w którym byłem zameldowany, wtargnęło kilku mężczyzn. Jeden z nich przedstawił się jako nowy właściciel. To był Paweł Dulski. Inny zapowiedział, że będzie rzucać nożem, niby dla zabawy. - Powiedzieli, że jeśli będę niegrzeczny, to mnie wystawią z mieszkania. Mówili, że mam gdzie mieszkać i pokazali zdjęcia domu mojej mamy położonego kilkaset kilometrów za Warszawą - wspomina Andrzej Starczewski.
Potem - jak mówi - były kolejne nocne wizyty, wreszcie zabór jego rzeczy przez współpracowników Dulskiego, wymiana zamków. - Zimą spałem w samochodzie, ale nie poddałem się, walczyłem o prawo do mieszkania.
Dulski zaprzecza tej relacji. Przekonuje, że Starczewski to człowiek niezrównoważony, mylący fikcję z rzeczywistością. Dokumentacja ich sporu sądowego zajmuje kilka obszernych teczek. Dulski przekonuje, że miał dobre intencje, kupił mieszkanie dla siebie; nie przypuszczał, że trafi na tak opornego, dzikiego lokatora. Czuje się zniesławiony przez Starczewskiego, zapowiada, że założy mu sprawę w sądzie za naruszenie dóbr osobistych. Nie jest już zresztą właścicielem mieszkania przy Jana Husa - półtora miesiąca po zakupie sprzedał je koledze i radnemu Pawłowi Sykulskiemu ze 100-tysięcznym przebiciem.
Starczewski dopiął swego: wywalczył przywrócenie tzw. stanu posiadania. Sąd orzekł, że ma prawo do zamieszkiwania przy Jana Husa do czasu eksmisji do lokalu socjalnego. Wiosną ub.r. wrócił do mieszkania. Zarzuca Dulskiemu i jego współpracownikom kradzież, składanie fałszywych zeznań, powoływanie się na wpływy w Sejmie. Prokuratura jego wnioski oddaliła.
Nie płaciłem, nic się nie działo
Sprawa sporu Zgirskiego, jego pomocnika Dulskiego i El Kashifa również obrasta w dziesiątki stron sądowych pism, skarg do urzędów, próśb o interwencję.
W połowie stycznia tego roku w aptece przy Puławskiej 10 pojawia się czterech ochroniarzy Zgirskiego. Siedzą dzień i noc. 24 stycznia jubiler wysyła do apteki już 12 ochroniarzy. Terroryzują dwóch wynajętych przez El Kashifa, zmieniają zamki w drzwiach. W środku zostają leki. Część wyposażenia Zgirski wywozi poza Warszawę. Błyskawicznie urządza sklep jubilerski.
El Kashif śle wnioski do prokuratury. Jeden dotyczy leków zajętych przez firmę ochroniarską. Były wśród nich psychotropowe i narkotyki, podlegające ścisłemu zarachowaniu. Mogą nimi dysponować wyłącznie osoby mają stosowne zezwolenie. Zgirski i jego ochrona takich zezwoleń nie mieli.
Kolejne doniesienie dotyczy podejrzenia o korupcję. We wniosku do prokuratury cytuje stenogramy z ubiegłorocznych nagrań rozmów Zgirskiego z El Kashifem.
El Kashif: - Bo Pan mi powiedział, że pan ma tam jakieś układy, tam jakieś pieniądze wchodziły w grę.
Zgirski: Znaczy układy mam takie, że mogę załatwić ten wykup [lokalu przy Puławskiej 10] i wreszcie to będzie ostro szło.
(...)
El Kashif: No, ale po co później [po wykupie Puławskiej 10] Pan będzie dawał pieniądze?
Zgirski: No, na końcu, dlatego oni tak latają za tym.
El Kashif: Ale to po co Pan będzie jeszcze pieniądze dawał, jak tutaj to wszystko będzie wykupione?
Zgirski: A myśli Pan, że to, co ja tutaj załatwiam teraz, żeby nie wypieprzyli nas z tego, to za darmo? Pan sobie nie zdaje sprawy, że to była afera. To już chcieli odcinać nas i eksmitować, przecież oni mają paragraf, jak jest niezgodne w umową [podnajem], to pana eksmitują. (...). Jestem winien parę złotych za załatwienie wykupu, i to jest właśnie ta droga, która się nakręca i to idzie (...). I lokal [Puławska 10] będzie otwarty, może być otwarty i to jest to, ale niestety muszę zapłacić. No, bo jak nie płaciłem i siedziałem półtora roku i nic się nie działo.
Radni do pracy
Andrzej Zgirski nie chce komentować nagrań. Mówi, że dialogi są wymyślone przez El Kashifa, dziwnie pomontowane.
Wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak: - Zarządziłem kontrolę w sprawie, która zbada okoliczności wynajęcia lokalu przy Puławskiej 10.
Maciej Raś (SLD), szef rady Mokotowa: Wygląda na to, że rada będzie miała dużo pracy. Najpewniej powołamy specjalny zespół do zbadania najmu lokalu przy Puławskiej 10.
Gazeta Stoleczna
Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
2010/04/08
Lewe faktury u działacza Platformy
Wicedyrektor żoliborskiego OSiR i działacz PO złożył w ośrodku i klubie podrobione faktury. Prokuratura sprawdza, kto je wystawił.
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Lewe faktury u działacza Platformy
Wicedyrektor żoliborskiego OSiR i działacz PO złożył w ośrodku i klubie podrobione faktury. Prokuratura sprawdza, kto je wystawił.
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
2010/03/08
Zatrudnił, bo kadrowa prosiła
Naczelniczka Wydziału Kadr w Urzędzie Dzielnicy Ochota prosi burmistrza o zatrudnienie syna. Ten się zgadza i twierdzi, że nie ma mowy o nepotyzmie.
„W urzędzie dzielnicy zatrudniani są członkowie rodziny i znajomi kadrowej“ – to fragment listu, jaki na początku lutego dotarł m.in. do burmistrza Ochoty Maurycego Komorowskiego i prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Pracownicy urzędu twierdzą, że naczelniczka Wydziału Kadr zrobiła z urzędu swoją „prywatną firmę”. Na Ochocie zatrudniła syna. Drugi jej syn pracuje w urzędzie dzielnicy na Bemowie.
– Z punktu widzenia prawa wszystko jest w porządku – broni się Maurycy Komorowski. – Pani kadrowa jest znakomitą urzędniczką i poprosiła mnie, bym na stanowisko telefonisty przyjął jej syna. Zgodziłem się – przyznaje. – Ale sprawdzałem nawet w słowniku: nie ma mowy o nepotyzmie, bo nie czerpię z tego żadnych korzyści.
Dodaje, że na stanowisko telefonisty nie trzeba organizować konkursu, a matka nie jest przełożoną syna. Przyznaje jednak, że nie było żadnego ogłoszenia z ofertą pracy.
Kadrowa jest teraz na urlopie zdrowotnym. Jej zastępczyni nie chciała z nami rozmawiać, bo „ma ważne rzeczy, które musi dzisiaj skończyć”. Chętnie sprawę komentują jednak inni pracownicy urzędu. – Każdy by tak chciał zatrudnić kogoś swojego. Ale w końcu to naczelniczka, a nie szeregowy pracownik – przyznają anonimowo.
– To tylko pokazuje, w jaki sposób są obsadzane etaty w urzędach – mówi opozycyjny radny Tomasz Zdzikot (PiS). – To, że konkurs nie jest wymagany, nie oznacza, że trzeba od razu zatrudniać rodziny urzędników. Wystarczyłoby wysłać ogłoszenie do urzędu pracy i mieć komfort wyboru pomiędzy kandydatami.
– Dużo posad załatwia się w taki sposób – uzupełnia etyk Magdalena Środa. – Jest duże przyzwolenie dla takich zachowań. Ci ludzie mogą być po prostu nieświadomi, że tak nie należy robić.
Co na to prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz?
W jej imieniu mówi rzecznik: – Nie ma podstaw do zwolnienia syna pani naczelnik, ale jest on zatrudniony na czas określony i ta umowa na pewno nie zostanie przedłużona – mówi Marcin Ochmański, rzecznik prasowy ratusza. – Poza tym burmistrz dostał polecenie ukarania pani naczelnik. Sam też zresztą poniesie konsekwencje w postaci utraty premii – dodaje.
Dopiero po tym, jak zainteresowaliśmy się sprawą, ratusz rozesłał pismo do wszystkich burmistrzów z przypomnieniem, że dzieci, wnuki lub rodzeństwo urzędników, a także ich małżonkowie nie mogą być zatrudniani w jednostkach urzędu miasta, jeśli powstałaby pomiędzy nimi zależność służbowa.
W ciągu siedmiu dni dzielnice mają przesłać do ratusza wykaz osób przyjętych do pracy ze złamaniem tych procedur.
Życie Warszawy
Maciej Miłosz , Piotr Szymaniak
„W urzędzie dzielnicy zatrudniani są członkowie rodziny i znajomi kadrowej“ – to fragment listu, jaki na początku lutego dotarł m.in. do burmistrza Ochoty Maurycego Komorowskiego i prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Pracownicy urzędu twierdzą, że naczelniczka Wydziału Kadr zrobiła z urzędu swoją „prywatną firmę”. Na Ochocie zatrudniła syna. Drugi jej syn pracuje w urzędzie dzielnicy na Bemowie.
– Z punktu widzenia prawa wszystko jest w porządku – broni się Maurycy Komorowski. – Pani kadrowa jest znakomitą urzędniczką i poprosiła mnie, bym na stanowisko telefonisty przyjął jej syna. Zgodziłem się – przyznaje. – Ale sprawdzałem nawet w słowniku: nie ma mowy o nepotyzmie, bo nie czerpię z tego żadnych korzyści.
Dodaje, że na stanowisko telefonisty nie trzeba organizować konkursu, a matka nie jest przełożoną syna. Przyznaje jednak, że nie było żadnego ogłoszenia z ofertą pracy.
Kadrowa jest teraz na urlopie zdrowotnym. Jej zastępczyni nie chciała z nami rozmawiać, bo „ma ważne rzeczy, które musi dzisiaj skończyć”. Chętnie sprawę komentują jednak inni pracownicy urzędu. – Każdy by tak chciał zatrudnić kogoś swojego. Ale w końcu to naczelniczka, a nie szeregowy pracownik – przyznają anonimowo.
– To tylko pokazuje, w jaki sposób są obsadzane etaty w urzędach – mówi opozycyjny radny Tomasz Zdzikot (PiS). – To, że konkurs nie jest wymagany, nie oznacza, że trzeba od razu zatrudniać rodziny urzędników. Wystarczyłoby wysłać ogłoszenie do urzędu pracy i mieć komfort wyboru pomiędzy kandydatami.
– Dużo posad załatwia się w taki sposób – uzupełnia etyk Magdalena Środa. – Jest duże przyzwolenie dla takich zachowań. Ci ludzie mogą być po prostu nieświadomi, że tak nie należy robić.
Co na to prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz?
W jej imieniu mówi rzecznik: – Nie ma podstaw do zwolnienia syna pani naczelnik, ale jest on zatrudniony na czas określony i ta umowa na pewno nie zostanie przedłużona – mówi Marcin Ochmański, rzecznik prasowy ratusza. – Poza tym burmistrz dostał polecenie ukarania pani naczelnik. Sam też zresztą poniesie konsekwencje w postaci utraty premii – dodaje.
Dopiero po tym, jak zainteresowaliśmy się sprawą, ratusz rozesłał pismo do wszystkich burmistrzów z przypomnieniem, że dzieci, wnuki lub rodzeństwo urzędników, a także ich małżonkowie nie mogą być zatrudniani w jednostkach urzędu miasta, jeśli powstałaby pomiędzy nimi zależność służbowa.
W ciągu siedmiu dni dzielnice mają przesłać do ratusza wykaz osób przyjętych do pracy ze złamaniem tych procedur.
Życie Warszawy
Maciej Miłosz , Piotr Szymaniak
2010/02/27
Diabli biorą Stadion City
Dlaczego ministrowi Drzewieckiemu zależało na zatrzymaniu inwestycji, która miała utrzymywać Stadion po Euro 2012? I co w tej historii robią Sobiesiak i Rosół
Organizacja Euro 2012 jawiła się jako szansa na skok cywilizacyjny Polski i Warszawy. Ale z wielkich planów zostaje już tylko to, co niezbędne, by zorganizować mistrzostwa. Po nich pozostanie problem - Stadion Narodowy za 1,6 mld zł. Na jego utrzymanie Polacy będą łożyć kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.
A mogło być inaczej.
- Stadion City miało być unikalną częścią Pragi, a sam stadion stanowić centralny obiekt całego założenia, żyjący 24 godziny na dobę, otoczony przestrzenią publiczną i różnymi funkcjami: hala widowiskowa, wystawy, kongresy, hotele, centrum handlowe, biura - wylicza Michał Borowski, inicjator konkursu na Stadion City i szef Narodowego Centrum Sportu (NCS) do lipca 2008 r.
- Teraz widać - dodaje - że wszystko sprowadza się do wybudowania za pieniądze podatników najdroższego na świecie "studia telewizyjnego" dla UEFA, która zgarnie za wyłączne prawo do sygnału ok. 1 mld euro. My, jak te głupki, zostaniemy z gołym stadionem i rachunkami.
Borowski przypomina coś jeszcze. Aby koszty utrzymania stadionu zminimalizować, w koronie zaprojektowano prawie 40 tys. m kw. powierzchni - dla Ministerstwa Sportu, PZPN, muzeum sportu, klubu kibica, centrum konferencyjnego, restauracji itd.
- Niestety, nie dokończono projektu. Powstanie tylko stan surowy, tzw. golizna, za - bagatela - jakieś 250 mln zł, a operator tych powierzchni wciąż nie jest znany. Głupota i skrajna nieodpowiedzialność - krytykuje Borowski.
Taki jest finał Stadion City, czyli zaniechań ekipy Mirosława Drzewieckiego (PO) w Ministerstwie Sportu i bezradności stołecznych urzędników.
Drzewiecki pyta: "Nie pomógłbyś Rosołowi"?
Koncepcja Stadion City została blisko dwa lata temu wyłoniona w jednym z największych konkursów urbanistycznych po II wojnie. Budżet sięgający pół mln zł, trzech organizatorów: NCS, czyli powołana przez resort sportu spółka skarbu państwa, stołeczny ratusz i PKP.
- Wartość terenów pod zabudowę komercyjną to jakieś 130 mln euro - szacuje Alex Kloszewski z firmy międzynarodowych doradców ds. nieruchomości Colliers International. Zwycięskie pracownie Dawos i Jems zaproponowały miasteczko komercji, rozrywki i wielkich imprez. Inwestycja miała się zacząć zaraz po Euro 2012. By cały naród nie musiał utrzymywać krzesełek i murawy.
We wstępie do albumu, który ukazał się po konkursie, czytamy słowa min. Drzewieckiego: "Dzięki budowie Stadionu oraz wdrożeniu zwycięskiego projektu (...) powstanie piękny, nowy fragment miasta, równie atrakcyjny (...) jak centrum Warszawy".
Projektu Stadion City nigdy jednak nie zlecono pracowniom Dawos i Jems. W korespondencji architektów z ekipą Drzewieckiego z czasem widać coraz bardziej nerwowe próby doprowadzenia do realizacji zobowiązań i odpowiedzi bez konkretów.
Zrazu Dawos i Jems szukają wsparcia w NCS. Ale w grudniu 2008 r. Drzewiecki zmienia umowę spółki. Odbiera jej m.in. prawo decydowania o drugim etapie inwestycji.
Podział ról jest taki: NCS ma budować stadion, a opiekę nad Stadion City na gruntach skarbu państwa roztacza Ministerstwo [Sportu?].
- Odpowiedzialnym za etap Stadion City Drzewiecki uczynił szefa swego gabinetu politycznego Marcina Rosoła - opowiada Michał Borowski. - Wiem to stąd, że już po mojej dymisji minister nieraz pytał, czy nie pomógłbym panu Rosołowi, bo się na tym znam.
Nie zdziwiło to Borowskiego. Wcześniej słyszał od ludzi związanych z Euro 2012, że po odsunięciu spółki NCS "Rosół jest od ziemi".
Rzecznik obecnego ministra sportu Jakub Kwiatkowski na pytanie o rolę b. szefa gabinetu politycznego Drzewieckiego odpowiada: - Jestem rzecznikiem od trzech miesięcy. Nie znam pana Rosoła.
Drzewiecki o potrzebach inwestorów
- Postawmy sobie pytanie: po co był konkurs? Po to, by wyłonić architekta, który dostanie zlecenie na narysowanie całego nowego kwartału Warszawy - mówi Borowski. - To oznacza, że architekt wytycza granice działek, przypisuje im konkretne funkcje, przesądza: gdzie komercja, gdzie przestrzeń publiczna. I tego dokumentu nie ma - ciągnie były szef NCS.
Miało więc powstać szczegółowe opracowanie pokonkursowe - jako podstawa i gotowy "wsad" do planu zagospodarowania przestrzennego. Plan uniemożliwia wolnoamerykankę w gospodarowaniu gruntami, chroni teren przed przypadkową zabudową i zapewnia przejrzystość, bo proces jego uchwalania podlega kontroli publicznej.
Minister sportu zwlekał i kluczył. Zapewniał, że prace nad Stadion City trwają. Architekci alarmowali, że jest inaczej. W końcu ratusz i pracownia Dawos decydują, by koncepcję Stadion City przerysować do projektu planu, nie czekając na ministerstwo.
Wtedy latem 2009 r. min. Drzewiecki zrobił zwrot. W pierwszych dniach czerwca wezwał do siebie dyrektora miejskiego biura architektury Marka Mikosa, który odpowiadał za plany zagospodarowania. To spotkanie urzędnik następujaco referował radnym (22 października 2009 r.): "I tutaj ta strona - umownie mówiąc - ministerialna wskazywała na potrzebę elastycznego odpowiadania na potrzeby inwestorów (...)".
30 czerwca Mikos dowiaduje się z listu ministra Drzewieckiego o rzekomych kardynalnych błędach w konkursie. I że "zabudowy takiej, jaka została przedstawiona w projekcie dwóch pracowni Jems i Dawos, nie uda się zrealizować".
Minister pisze też o "działaniach zmierzających do zagospodarowania rejonu Stadionu" - które "ujawniły, że materiały dla uczestników konkursu nie spełniały ogólnie przyjętych kryteriów inwestycji o tej skali". I że brak analiz m.in. finansowania Stadion City, pozycji rynkowej, rynku nieruchomości, charakterystyki rynku inwestycyjnego, badań zapotrzebowania na powierzchnie handlowe.
- To pismo, mówiąc delikatnie, zaskakujące - ocenia Borowski. - Zostawiłem ekspertyzy czołowych audytorów, oceny opłacalności koncepcji Stadion City. Był biznesplan, wedle szacunków w Stadion City nie trzeba angażować publicznych pieniędzy. Miała je generować komercja. Projekt biznesowy przedstawiłem ministrowi Drzewieckiemu. Napisał: "zatwierdzam".
W liście Mikos dostał też instrukcję od Drzewieckiego: plan "obejmujący tereny Stadion City powinien określać tylko ogólne założenia zagospodarowania, bez wskazywania szczegółowych funkcji poszczególnych obszarów inwestycyjnych".
To niezgodne z prawem, bo taki quasi-plan przypominałby białą plamę dającą się wypełniać dowolnymi inwestycjami.
To niejedyny zaskakujący fragment listu. Minister uważa, że w okolicach stadionu mogą powstać też mieszkania. To wbrew zwycięskiej koncepcji, którą sam zaakceptował.
Drzewiecki zamawia raport
Drzewiecki proponuje autorski scenariusz: Mikos znów zatrzymuje plan miejscowy na miesiąc, a ministerstwo zamawia raport rynkowy. Drzewiecki obiecuje zamówić go w "ciągu najbliższych dni". Po raporcie nie ma jednak śladu. Nie widzieli go w ratuszu ani w NCS. Resort sportu szuka dokumentu od wtorku.
Mikos nie zdradził architektom i urbanistom, że wokół ich planu i koncepcji Stadion City toczy się gra. Dopiero w połowie września opisuje swoją wizytę w ministerstwie przełożonemu, wiceprezydentowi Jackowi Wojciechowiczowi (PO). Przekonuje go, że należy jednak realizować ustalenia konkursu.
Ale interwencja Drzewieckiego okazała się skuteczna - i to mimo że zmiotła go ze sceny politycznej tzw. afera hazardowa. Plan zagospodarowania obejmujący Stadion City nie został do tej pory uchwalony przez stołecznych radnych. Nie doczekał się nawet publicznego wyłożenia, choć projekt jest gotowy od roku.
Dlaczego? - Jak nic nie jest ustalone, to z działkami można robić dowolne rzeczy. Pewnie o to chodzi - przypuszczają Krzysztof Domaradzki z Jems i Olgierd Jagiełło z Dawos, współautorzy koncepcji Stadion City.
Architektów zirytowała radykalna zmiana nastawienia ministra, szczególnie gdy usłyszeli, że Drzewiecki nie przewiduje już hali widowiskowej pod stadionem, lecz przy Torze Wyścigów Konnych na Służewcu. Wcześniej minister zapowiadał, że
arena na 20 tys. widzów będzie gotowa na mistrzostwa świata w siatkówce w 2014 r., które odbędą się w Polsce. Mówił: - To będzie polska Madison Square Garden. Powstanie obok Stadionu Narodowego.
Nie tylko projektantów zaskoczyło odejście od tego pomysłu. Wiceprezydent Wojciechowicz: - Nie pamiętam, czy min. Drzewiecki powiedział mi: rezygnuję z budowy hali, którą obiecaliśmy warszawiakom przy stadionie. Nie usłyszałem też, czego właściwie ma nie być w planie zagospodarowania.
Drzewiecki i gondole nad Wisłą
Zapowiedź przenosin hali to niejedyny projekt zmian wokół stadionu. Była jeszcze idea tzw. mostu gondolowego, czyli kolejki linowej na stadion. Inwestorem chciał zostać Ryszard Sobiesiak, przedsiębiorca z branży hazardowej, bohater afery hazardowej, interlokutor polityków PO ze słynnych podsłuchów CBA.
Ten biznesmen mówił przed komisją śledczą: "Miałem genialny pomysł, (...) to pan Kamiński [wtedy szef CBA] mi łapy podciął (...) bo taką gondolę, jakbyśmy w Warszawie zrobili, to było idealne miejsce, plus przed tą organizacją mistrzostw świata, Europy".
W sprawę gondoli minister sportu postanowił zaangażować wiceprezydenta Wojciechowicza.
Sobiesiak spotkanie z wiceprezydentem opisał tak: do rozmowy doszło "gdzieś w terenie, pod Warszawą, na konferencji czy coś tam. Miejsce było bardzo ładne, w lesie".
- Był na spotkaniu ministra Drzewieckiego z warszawską PO i jej sympatykami w Wesołej - opowiada Wojciechowicz. - To był rok 2008, minister opowiadał o Euro 2012 w kontekście Warszawy. Pan Sobiesiak podszedł do mnie na chwilę, wspomniał o pomyśle. Prosiłem: "jeśli ma pan coś konkretnego, zapraszam do ratusza".
W wersji Sobiesiaka wiceprezydent nie był zainteresowany gondolą. Biznesmen uznał więc temat za zakończony - woli grać w golfa, niż użerać się z urzędnikami. Rzecz jednak miała dalszy ciąg rok później.
Wojciechowicz: - Zadzwonił min. Drzewiecki i poinformował, że zgłosili się do niego inwestorzy z pomysłem, ale nie czuje się kompetentny, by im odpowiedzieć. Prosił, bym ich wysłuchał.
- Często do pana dzwonił minister?
- Dzwonił w sprawach Euro 2012.
- A polecał biznesmenów?
- Wcześniej nie. Ale sprawa dotyczyła w pewien sposób otoczenia Stadionu Narodowego.
Wizyta w ratuszu odbyła się pod koniec maja 2009 r. Trwała kilkanaście minut. Wiceprezydent nie pamięta dokładnej daty ani nazwisk przedsiębiorców. Ich wizytówki się nie odnalazły.
Wojciechowicz: - Zaczęli standardowo: "Panie prezydencie, mamy tu taki pomysł, gondole".
Pamięta, że mieli tylko folder "kanap narciarskich" do wyciągu krzesełkowego firmy Doppelmayr (system tej firmy działa w Zieleńcu, w ośrodku Sobiesiaka). Rozmowa miała charakter sondażowy.
Wojciechowicz odesłał przedsiębiorców do biur promocji i obsługi inwestorów. Tamtejsi urzędnicy dostali e-maile pt. "Wisła XXI". Materiały w imieniu biznesmenów rozsyłała Małgorzata Ruta-Gołacka, autorka projektu. Na pytanie "Gazety" odpowiedziała, że Sobiesiaka nie zna.
Według tych materiałów "Wisła XXI" to nie tylko gondole, ale też baza hotelowo-restauracyjna, centrum odnowy i relaksu z masażami, jacuzzi, komorą kriogeniczną, saunami, sceną do nauki tańca, plażą z boiskami, piętrowy parking.
Korespondencja trwała przez kilka dni lipca, potem się urwała. Ratusz, który biznesmeni chcieli zaangażować w projekt finansowo, odmówił.
Ministerstwo bez Drzewieckiego, konsultacje trwają
Drzewiecki stracił posadę na początku października 2009. W Ministerstwie Sportu rządzi nowa ekipa z ministrem Adamem Gierszem.
- Pomimo upływu 20 miesięcy od ogłoszenia wyników konkursu na otoczenie Stadionu Narodowego żadne prace projektowe wynikające z rozstrzygnięć konkursu nie zostały rozpoczęte - podsumowuje w imieniu projektantów Wojciech Zych z konsorcjum Jems Dawos.
Nowy rzecznik ministra sportu Jakub Kwiatkowski na pytanie, czy resort zrezygnował z koncepcji Stadion City, odpowiada dyplomatycznie: - Prowadzimy konsultacje z miastem. Zastanawiamy się nad koncepcją zagospodarowania.
Dwa tygodnie temu architekci spotkali się z reprezentantami skarbu państwa i stołecznymi urzędnikami. Co usłyszeli? Że otoczenie stadionu i hala widowiskowa to temat dla rządu.
Architekci wyciągają plansze. Pokazują, że np. projekty wielkiej rury kanalizacyjnej od Portu Praskiego do Jeziorka Kamionkowskiego z przepompownią ścieków inżynierowie od drugiej linii metra zaprojektowali w oderwaniu od koncepcji Stadion City. - Rysują ją najkrótszą drogą, w poprzek planowanych budynków czy ulic. To dowody na karygodne zaniedbania - denerwuje się Olgierd Jagiełło.
współpraca Jakub Chełmiński
Źródło: Gazeta Wyborcza
Iwona Szpala, Dariusz Bartoszewicz
Organizacja Euro 2012 jawiła się jako szansa na skok cywilizacyjny Polski i Warszawy. Ale z wielkich planów zostaje już tylko to, co niezbędne, by zorganizować mistrzostwa. Po nich pozostanie problem - Stadion Narodowy za 1,6 mld zł. Na jego utrzymanie Polacy będą łożyć kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.
A mogło być inaczej.
- Stadion City miało być unikalną częścią Pragi, a sam stadion stanowić centralny obiekt całego założenia, żyjący 24 godziny na dobę, otoczony przestrzenią publiczną i różnymi funkcjami: hala widowiskowa, wystawy, kongresy, hotele, centrum handlowe, biura - wylicza Michał Borowski, inicjator konkursu na Stadion City i szef Narodowego Centrum Sportu (NCS) do lipca 2008 r.
- Teraz widać - dodaje - że wszystko sprowadza się do wybudowania za pieniądze podatników najdroższego na świecie "studia telewizyjnego" dla UEFA, która zgarnie za wyłączne prawo do sygnału ok. 1 mld euro. My, jak te głupki, zostaniemy z gołym stadionem i rachunkami.
Borowski przypomina coś jeszcze. Aby koszty utrzymania stadionu zminimalizować, w koronie zaprojektowano prawie 40 tys. m kw. powierzchni - dla Ministerstwa Sportu, PZPN, muzeum sportu, klubu kibica, centrum konferencyjnego, restauracji itd.
- Niestety, nie dokończono projektu. Powstanie tylko stan surowy, tzw. golizna, za - bagatela - jakieś 250 mln zł, a operator tych powierzchni wciąż nie jest znany. Głupota i skrajna nieodpowiedzialność - krytykuje Borowski.
Taki jest finał Stadion City, czyli zaniechań ekipy Mirosława Drzewieckiego (PO) w Ministerstwie Sportu i bezradności stołecznych urzędników.
Drzewiecki pyta: "Nie pomógłbyś Rosołowi"?
Koncepcja Stadion City została blisko dwa lata temu wyłoniona w jednym z największych konkursów urbanistycznych po II wojnie. Budżet sięgający pół mln zł, trzech organizatorów: NCS, czyli powołana przez resort sportu spółka skarbu państwa, stołeczny ratusz i PKP.
- Wartość terenów pod zabudowę komercyjną to jakieś 130 mln euro - szacuje Alex Kloszewski z firmy międzynarodowych doradców ds. nieruchomości Colliers International. Zwycięskie pracownie Dawos i Jems zaproponowały miasteczko komercji, rozrywki i wielkich imprez. Inwestycja miała się zacząć zaraz po Euro 2012. By cały naród nie musiał utrzymywać krzesełek i murawy.
We wstępie do albumu, który ukazał się po konkursie, czytamy słowa min. Drzewieckiego: "Dzięki budowie Stadionu oraz wdrożeniu zwycięskiego projektu (...) powstanie piękny, nowy fragment miasta, równie atrakcyjny (...) jak centrum Warszawy".
Projektu Stadion City nigdy jednak nie zlecono pracowniom Dawos i Jems. W korespondencji architektów z ekipą Drzewieckiego z czasem widać coraz bardziej nerwowe próby doprowadzenia do realizacji zobowiązań i odpowiedzi bez konkretów.
Zrazu Dawos i Jems szukają wsparcia w NCS. Ale w grudniu 2008 r. Drzewiecki zmienia umowę spółki. Odbiera jej m.in. prawo decydowania o drugim etapie inwestycji.
Podział ról jest taki: NCS ma budować stadion, a opiekę nad Stadion City na gruntach skarbu państwa roztacza Ministerstwo [Sportu?].
- Odpowiedzialnym za etap Stadion City Drzewiecki uczynił szefa swego gabinetu politycznego Marcina Rosoła - opowiada Michał Borowski. - Wiem to stąd, że już po mojej dymisji minister nieraz pytał, czy nie pomógłbym panu Rosołowi, bo się na tym znam.
Nie zdziwiło to Borowskiego. Wcześniej słyszał od ludzi związanych z Euro 2012, że po odsunięciu spółki NCS "Rosół jest od ziemi".
Rzecznik obecnego ministra sportu Jakub Kwiatkowski na pytanie o rolę b. szefa gabinetu politycznego Drzewieckiego odpowiada: - Jestem rzecznikiem od trzech miesięcy. Nie znam pana Rosoła.
Drzewiecki o potrzebach inwestorów
- Postawmy sobie pytanie: po co był konkurs? Po to, by wyłonić architekta, który dostanie zlecenie na narysowanie całego nowego kwartału Warszawy - mówi Borowski. - To oznacza, że architekt wytycza granice działek, przypisuje im konkretne funkcje, przesądza: gdzie komercja, gdzie przestrzeń publiczna. I tego dokumentu nie ma - ciągnie były szef NCS.
Miało więc powstać szczegółowe opracowanie pokonkursowe - jako podstawa i gotowy "wsad" do planu zagospodarowania przestrzennego. Plan uniemożliwia wolnoamerykankę w gospodarowaniu gruntami, chroni teren przed przypadkową zabudową i zapewnia przejrzystość, bo proces jego uchwalania podlega kontroli publicznej.
Minister sportu zwlekał i kluczył. Zapewniał, że prace nad Stadion City trwają. Architekci alarmowali, że jest inaczej. W końcu ratusz i pracownia Dawos decydują, by koncepcję Stadion City przerysować do projektu planu, nie czekając na ministerstwo.
Wtedy latem 2009 r. min. Drzewiecki zrobił zwrot. W pierwszych dniach czerwca wezwał do siebie dyrektora miejskiego biura architektury Marka Mikosa, który odpowiadał za plany zagospodarowania. To spotkanie urzędnik następujaco referował radnym (22 października 2009 r.): "I tutaj ta strona - umownie mówiąc - ministerialna wskazywała na potrzebę elastycznego odpowiadania na potrzeby inwestorów (...)".
30 czerwca Mikos dowiaduje się z listu ministra Drzewieckiego o rzekomych kardynalnych błędach w konkursie. I że "zabudowy takiej, jaka została przedstawiona w projekcie dwóch pracowni Jems i Dawos, nie uda się zrealizować".
Minister pisze też o "działaniach zmierzających do zagospodarowania rejonu Stadionu" - które "ujawniły, że materiały dla uczestników konkursu nie spełniały ogólnie przyjętych kryteriów inwestycji o tej skali". I że brak analiz m.in. finansowania Stadion City, pozycji rynkowej, rynku nieruchomości, charakterystyki rynku inwestycyjnego, badań zapotrzebowania na powierzchnie handlowe.
- To pismo, mówiąc delikatnie, zaskakujące - ocenia Borowski. - Zostawiłem ekspertyzy czołowych audytorów, oceny opłacalności koncepcji Stadion City. Był biznesplan, wedle szacunków w Stadion City nie trzeba angażować publicznych pieniędzy. Miała je generować komercja. Projekt biznesowy przedstawiłem ministrowi Drzewieckiemu. Napisał: "zatwierdzam".
W liście Mikos dostał też instrukcję od Drzewieckiego: plan "obejmujący tereny Stadion City powinien określać tylko ogólne założenia zagospodarowania, bez wskazywania szczegółowych funkcji poszczególnych obszarów inwestycyjnych".
To niezgodne z prawem, bo taki quasi-plan przypominałby białą plamę dającą się wypełniać dowolnymi inwestycjami.
To niejedyny zaskakujący fragment listu. Minister uważa, że w okolicach stadionu mogą powstać też mieszkania. To wbrew zwycięskiej koncepcji, którą sam zaakceptował.
Drzewiecki zamawia raport
Drzewiecki proponuje autorski scenariusz: Mikos znów zatrzymuje plan miejscowy na miesiąc, a ministerstwo zamawia raport rynkowy. Drzewiecki obiecuje zamówić go w "ciągu najbliższych dni". Po raporcie nie ma jednak śladu. Nie widzieli go w ratuszu ani w NCS. Resort sportu szuka dokumentu od wtorku.
Mikos nie zdradził architektom i urbanistom, że wokół ich planu i koncepcji Stadion City toczy się gra. Dopiero w połowie września opisuje swoją wizytę w ministerstwie przełożonemu, wiceprezydentowi Jackowi Wojciechowiczowi (PO). Przekonuje go, że należy jednak realizować ustalenia konkursu.
Ale interwencja Drzewieckiego okazała się skuteczna - i to mimo że zmiotła go ze sceny politycznej tzw. afera hazardowa. Plan zagospodarowania obejmujący Stadion City nie został do tej pory uchwalony przez stołecznych radnych. Nie doczekał się nawet publicznego wyłożenia, choć projekt jest gotowy od roku.
Dlaczego? - Jak nic nie jest ustalone, to z działkami można robić dowolne rzeczy. Pewnie o to chodzi - przypuszczają Krzysztof Domaradzki z Jems i Olgierd Jagiełło z Dawos, współautorzy koncepcji Stadion City.
Architektów zirytowała radykalna zmiana nastawienia ministra, szczególnie gdy usłyszeli, że Drzewiecki nie przewiduje już hali widowiskowej pod stadionem, lecz przy Torze Wyścigów Konnych na Służewcu. Wcześniej minister zapowiadał, że
arena na 20 tys. widzów będzie gotowa na mistrzostwa świata w siatkówce w 2014 r., które odbędą się w Polsce. Mówił: - To będzie polska Madison Square Garden. Powstanie obok Stadionu Narodowego.
Nie tylko projektantów zaskoczyło odejście od tego pomysłu. Wiceprezydent Wojciechowicz: - Nie pamiętam, czy min. Drzewiecki powiedział mi: rezygnuję z budowy hali, którą obiecaliśmy warszawiakom przy stadionie. Nie usłyszałem też, czego właściwie ma nie być w planie zagospodarowania.
Drzewiecki i gondole nad Wisłą
Zapowiedź przenosin hali to niejedyny projekt zmian wokół stadionu. Była jeszcze idea tzw. mostu gondolowego, czyli kolejki linowej na stadion. Inwestorem chciał zostać Ryszard Sobiesiak, przedsiębiorca z branży hazardowej, bohater afery hazardowej, interlokutor polityków PO ze słynnych podsłuchów CBA.
Ten biznesmen mówił przed komisją śledczą: "Miałem genialny pomysł, (...) to pan Kamiński [wtedy szef CBA] mi łapy podciął (...) bo taką gondolę, jakbyśmy w Warszawie zrobili, to było idealne miejsce, plus przed tą organizacją mistrzostw świata, Europy".
W sprawę gondoli minister sportu postanowił zaangażować wiceprezydenta Wojciechowicza.
Sobiesiak spotkanie z wiceprezydentem opisał tak: do rozmowy doszło "gdzieś w terenie, pod Warszawą, na konferencji czy coś tam. Miejsce było bardzo ładne, w lesie".
- Był na spotkaniu ministra Drzewieckiego z warszawską PO i jej sympatykami w Wesołej - opowiada Wojciechowicz. - To był rok 2008, minister opowiadał o Euro 2012 w kontekście Warszawy. Pan Sobiesiak podszedł do mnie na chwilę, wspomniał o pomyśle. Prosiłem: "jeśli ma pan coś konkretnego, zapraszam do ratusza".
W wersji Sobiesiaka wiceprezydent nie był zainteresowany gondolą. Biznesmen uznał więc temat za zakończony - woli grać w golfa, niż użerać się z urzędnikami. Rzecz jednak miała dalszy ciąg rok później.
Wojciechowicz: - Zadzwonił min. Drzewiecki i poinformował, że zgłosili się do niego inwestorzy z pomysłem, ale nie czuje się kompetentny, by im odpowiedzieć. Prosił, bym ich wysłuchał.
- Często do pana dzwonił minister?
- Dzwonił w sprawach Euro 2012.
- A polecał biznesmenów?
- Wcześniej nie. Ale sprawa dotyczyła w pewien sposób otoczenia Stadionu Narodowego.
Wizyta w ratuszu odbyła się pod koniec maja 2009 r. Trwała kilkanaście minut. Wiceprezydent nie pamięta dokładnej daty ani nazwisk przedsiębiorców. Ich wizytówki się nie odnalazły.
Wojciechowicz: - Zaczęli standardowo: "Panie prezydencie, mamy tu taki pomysł, gondole".
Pamięta, że mieli tylko folder "kanap narciarskich" do wyciągu krzesełkowego firmy Doppelmayr (system tej firmy działa w Zieleńcu, w ośrodku Sobiesiaka). Rozmowa miała charakter sondażowy.
Wojciechowicz odesłał przedsiębiorców do biur promocji i obsługi inwestorów. Tamtejsi urzędnicy dostali e-maile pt. "Wisła XXI". Materiały w imieniu biznesmenów rozsyłała Małgorzata Ruta-Gołacka, autorka projektu. Na pytanie "Gazety" odpowiedziała, że Sobiesiaka nie zna.
Według tych materiałów "Wisła XXI" to nie tylko gondole, ale też baza hotelowo-restauracyjna, centrum odnowy i relaksu z masażami, jacuzzi, komorą kriogeniczną, saunami, sceną do nauki tańca, plażą z boiskami, piętrowy parking.
Korespondencja trwała przez kilka dni lipca, potem się urwała. Ratusz, który biznesmeni chcieli zaangażować w projekt finansowo, odmówił.
Ministerstwo bez Drzewieckiego, konsultacje trwają
Drzewiecki stracił posadę na początku października 2009. W Ministerstwie Sportu rządzi nowa ekipa z ministrem Adamem Gierszem.
- Pomimo upływu 20 miesięcy od ogłoszenia wyników konkursu na otoczenie Stadionu Narodowego żadne prace projektowe wynikające z rozstrzygnięć konkursu nie zostały rozpoczęte - podsumowuje w imieniu projektantów Wojciech Zych z konsorcjum Jems Dawos.
Nowy rzecznik ministra sportu Jakub Kwiatkowski na pytanie, czy resort zrezygnował z koncepcji Stadion City, odpowiada dyplomatycznie: - Prowadzimy konsultacje z miastem. Zastanawiamy się nad koncepcją zagospodarowania.
Dwa tygodnie temu architekci spotkali się z reprezentantami skarbu państwa i stołecznymi urzędnikami. Co usłyszeli? Że otoczenie stadionu i hala widowiskowa to temat dla rządu.
Architekci wyciągają plansze. Pokazują, że np. projekty wielkiej rury kanalizacyjnej od Portu Praskiego do Jeziorka Kamionkowskiego z przepompownią ścieków inżynierowie od drugiej linii metra zaprojektowali w oderwaniu od koncepcji Stadion City. - Rysują ją najkrótszą drogą, w poprzek planowanych budynków czy ulic. To dowody na karygodne zaniedbania - denerwuje się Olgierd Jagiełło.
współpraca Jakub Chełmiński
Źródło: Gazeta Wyborcza
Iwona Szpala, Dariusz Bartoszewicz
2010/02/22
Pozorna orka, czyli jak dorabiają burmistrzowie
Prezes wolskiej pływalni Orka to miejski urzędnik, pracuje w Pałacu Kultury. Aby go kontrolować, na pl. Defilad dojeżdżał czasem z Wawra burmistrz tej dzielnicy Jacek Duchnowski. Z miernym skutkiem.
Radni Warszawy zdecydowali właśnie o likwidacji miejskiej spółki Wola Sport. Z pozoru to formalność, bo powołano ją tylko w jednym w celu: miała zbudować pływalnię Orka przy Grzybowskiej. Budynek basenu stoi, spółka powinna go przekazać na własność miastu, chwaląc się wykonaniem powierzonego jej zadania. Jeśli jednak przyjrzymy się datom, sprawa staje się tajemnicza.
Prezes w Pałacu Kultury
Spółkę Wola Sport powołano w listopadzie 2001 r. Pływalnię udało się oddać do użytku rok później. Zarządza nią dzielnicowy Ośrodek Sportu i Rekreacji. A mamy rok 2010. Co zatem spółka robiła przez przeszło siedem lat? - Dbała o budynek, bo wciąż jej jest własnością - twierdzi wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak.
- Zwyczajnie przejadała pieniądze, żywiła prezesa i trzech członków rady nadzorczej - uważa Katarzyna Munio, radna opozycyjnego Stronnictwa Demokratycznego.
Na to ratusz ma gotową odpowiedź. - Wynagrodzenia w spółce były skromne - podkreśla wiceprezydent Kochaniak.
Prezes Woli Sport i zarazem etatowy pracownik biura nadzoru właścicielskiego Krzysztof Bukowski precyzuje: jego pensja to zaledwie 2 tys. zł. Członkowie rady nadzorczej mają wynagrodzenia o połowę mniejsze. W liczonym w miliardach złotych budżecie Warszawy to przecież kropelka.
Ale po co w ogóle wydawać pieniądze na zbędną instytucję? Wiceprezydent Kochaniak próbuje przekonać, że wcześniejsza likwidacja spółki była niebezpieczna. Urząd skarbowy chciał bowiem przy okazji przekazania pływalni naliczyć podatek VAT. - Był szacowany na 1 mln zł - mówi prezes-urzędnik Krzysztof Bukowski.
Spółka odwoływała się od tej decyzji, sprawa ciągnęła się latami. - Miasto mogło odwołać się od niekorzystnej dla siebie decyzji urzędu skarbowego niezależnie od tego, czy ta spółka istnieje, czy nie. Za tę nieuzasadnioną ostrożność zapłacili podatnicy - komentuje Katarzyna Munio.
Biorą więcej od prezydenta
Lękiem przed likwidacją spółki zagrożoną podatkiem VAT nie da się wytłumaczyć składu rady nadzorczej. Skoro ratusz desygnował na prezesa merytorycznego pracownika ratusza urzędującego w Pałacu Kultury, trudno pojąć, po co dodał do rady nadzorczej burmistrza Wawra Jacka Duchnowskiego (PO). Może chodzi o panujący w Warszawie obyczaj obdzielania burmistrzów stanowiskami w radach nadzorczych spółek miejskich? Wprawdzie nie mogą oni narzekać na niskie pensje (rocznie zarabiają 160-200 tys. zł, więcej niż prezydent Warszawy), ale partia rządząca miastem oddelegowuje ich do rad nadzorczych, w których za jedno, dwa posiedzenia miesięcznie biorą rocznie dodatkowe 10-20 tys. zł.
Kwalifikacje nie mają tu decydującego znaczenia, czego dowodzi kariera Tomasza Menciny (PO). Ten były burmistrz Ursynowa odszedł ze stanowiska w niesławie, bo naraził dzielnicę na gigantyczne straty. Partia dała mu jednak na osłodę intratną posadę w miejskich wodociągach i zachowała jego członkostwo w radzie nadzorczej innej miejskiej spółki - SPEC.
Burmistrza Duchnowskiego chcieliśmy zapytać, co konkretnie robił w radzie nadzorczej basenowej spółki i czy nie mógłby pełnić tej funkcji społecznie. Bezskutecznie. Jak informował nas jego sekretariat, burmistrz przez cały dzień nie dał polecenia: "Łączyć z dziennikarzem".
Jan Fusiecki
Wyborcza, Stoleczna
Radni Warszawy zdecydowali właśnie o likwidacji miejskiej spółki Wola Sport. Z pozoru to formalność, bo powołano ją tylko w jednym w celu: miała zbudować pływalnię Orka przy Grzybowskiej. Budynek basenu stoi, spółka powinna go przekazać na własność miastu, chwaląc się wykonaniem powierzonego jej zadania. Jeśli jednak przyjrzymy się datom, sprawa staje się tajemnicza.
Prezes w Pałacu Kultury
Spółkę Wola Sport powołano w listopadzie 2001 r. Pływalnię udało się oddać do użytku rok później. Zarządza nią dzielnicowy Ośrodek Sportu i Rekreacji. A mamy rok 2010. Co zatem spółka robiła przez przeszło siedem lat? - Dbała o budynek, bo wciąż jej jest własnością - twierdzi wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak.
- Zwyczajnie przejadała pieniądze, żywiła prezesa i trzech członków rady nadzorczej - uważa Katarzyna Munio, radna opozycyjnego Stronnictwa Demokratycznego.
Na to ratusz ma gotową odpowiedź. - Wynagrodzenia w spółce były skromne - podkreśla wiceprezydent Kochaniak.
Prezes Woli Sport i zarazem etatowy pracownik biura nadzoru właścicielskiego Krzysztof Bukowski precyzuje: jego pensja to zaledwie 2 tys. zł. Członkowie rady nadzorczej mają wynagrodzenia o połowę mniejsze. W liczonym w miliardach złotych budżecie Warszawy to przecież kropelka.
Ale po co w ogóle wydawać pieniądze na zbędną instytucję? Wiceprezydent Kochaniak próbuje przekonać, że wcześniejsza likwidacja spółki była niebezpieczna. Urząd skarbowy chciał bowiem przy okazji przekazania pływalni naliczyć podatek VAT. - Był szacowany na 1 mln zł - mówi prezes-urzędnik Krzysztof Bukowski.
Spółka odwoływała się od tej decyzji, sprawa ciągnęła się latami. - Miasto mogło odwołać się od niekorzystnej dla siebie decyzji urzędu skarbowego niezależnie od tego, czy ta spółka istnieje, czy nie. Za tę nieuzasadnioną ostrożność zapłacili podatnicy - komentuje Katarzyna Munio.
Biorą więcej od prezydenta
Lękiem przed likwidacją spółki zagrożoną podatkiem VAT nie da się wytłumaczyć składu rady nadzorczej. Skoro ratusz desygnował na prezesa merytorycznego pracownika ratusza urzędującego w Pałacu Kultury, trudno pojąć, po co dodał do rady nadzorczej burmistrza Wawra Jacka Duchnowskiego (PO). Może chodzi o panujący w Warszawie obyczaj obdzielania burmistrzów stanowiskami w radach nadzorczych spółek miejskich? Wprawdzie nie mogą oni narzekać na niskie pensje (rocznie zarabiają 160-200 tys. zł, więcej niż prezydent Warszawy), ale partia rządząca miastem oddelegowuje ich do rad nadzorczych, w których za jedno, dwa posiedzenia miesięcznie biorą rocznie dodatkowe 10-20 tys. zł.
Kwalifikacje nie mają tu decydującego znaczenia, czego dowodzi kariera Tomasza Menciny (PO). Ten były burmistrz Ursynowa odszedł ze stanowiska w niesławie, bo naraził dzielnicę na gigantyczne straty. Partia dała mu jednak na osłodę intratną posadę w miejskich wodociągach i zachowała jego członkostwo w radzie nadzorczej innej miejskiej spółki - SPEC.
Burmistrza Duchnowskiego chcieliśmy zapytać, co konkretnie robił w radzie nadzorczej basenowej spółki i czy nie mógłby pełnić tej funkcji społecznie. Bezskutecznie. Jak informował nas jego sekretariat, burmistrz przez cały dzień nie dał polecenia: "Łączyć z dziennikarzem".
Jan Fusiecki
Wyborcza, Stoleczna
Subskrybuj:
Posty (Atom)