2009/11/05

Polsat: Doradca minister zdrowia w konflikcie interesów

Jakub Gołąb doradza Ewie Kopacz i jednocześnie organizuje konferencje dla firm farmaceutycznych. Prelegentami są wysocy urzędnicy ministerstwa zdrowia - donosi Polsat. - To konflikt interesów - oskarża Bartosz Arłukowicz z SLD. A Gołąb zaprzecza.
Jakub Gołąb jest doradcą Ewy Kopacz i... właścicielem firmy Med PR, która świadczy usługi komunikacji w służbie zdrowia, konsultacji. Organizuje szkolenia, debaty i inne projekty medyczne.

Rzecznik, specjalista PR, doradca

Gołąb był do czerwca rzecznikiem ministerstwa zdrowia. Później wybrał prowadzenie prywatnej firmy PR. Jednak wciąż jest związany z ministerstwem. - Jakub Gołąb pracuje na "umowę o dzieło". Jest doradcą do spraw mediów minister Kopacz - tłumaczy nam obecny rzecznik Piotr Olechno. Zapewnia też, że Gołąb nie ma żadnego wpływu na politykę lekową ministerstwa.

Innego zdania są politycy opozycji - Mamy do czynienia z konfliktem interesów - mówi Bartosz Arłukowicz.

Konferencje i sponsorzy

Według "Polsatu", firma należąca do Gołębia zorganizowała cztery konferencje medyczne, jedną z nich o grypie. Jej sponsorami były dwie wielkie międzynarodowe firmy farmaceutyczne - Sandoz i US Pharmacia. Obie działają w Polsce. 14 października Gołąb zaprosił na konferencję wielu urzędników ministerstwa i polityków, m.in. wiceministra i przewodniczącego komitetu ds. pandemii grypy Adama Fronczaka, zastępcę głównego inspektora sanitarnego i wiceprzewodniczącą sejmowej komisji zdrowia.
"Nie osiągam więc żadnych korzyści"

W godzinę po emisji materiału "Wydarzeń" na stronie firmy Jakuba Gołębia pojawiło się jego oświadczenie:

- Oświadczam, że prowadzę jednoosobową działalność gospodarczą, jednak nie współpracuję i nie wykonuję żadnych prac na rzecz firm i koncernów farmaceutycznych, nie osiągam więc żadnych korzyści, które mogłyby powodować konflikt interesów.

"Debaty te są bezpłatne"

- W ramach prowadzonej działalności współpracuję przy organizacji publicznych debat o zdrowiu z udziałem przedstawicieli administracji publicznej, ekspertów, mediów. Debaty te są bezpłatne dla uczestników, a prelegenci nie otrzymują z tego tytułu żadnego wynagrodzenia.

"Standard przyjęty we wszystkich cywilizowanych krajach"

Według Gołębia, celem takich debat jest "dyskusja nt. zagadnień dot. zdrowia publicznego i bieżących zmian w systemie ochrony zdrowia". - Od lat uczestniczą w nich przedstawiciele mediów, administracji publicznej wszystkich ekip rządzących, urzędów, eksperci. Jest to normalny element debaty publicznej, standard przyjęty we wszystkich cywilizowanych krajach - zapewnia były rzecznik.

Talent organizacyjny

Według Polsatu, Gołąb organizował również konferencję o informatyzacji w medycynie. Zaprosił m.in. wiceministra zdrowia i prezesa NFZ. - Zestaw prelegentów jest z najwyższej półki. Bardzo trudno jest, żeby tak wiele znaczących i decydenckich osób było w jednym miejscu - komentuje poseł Marek Balicki.

Rzecznik Ministerstwa Zdrowa mówi, że pierwszy raz usłyszał o tych sprawach z "Wydarzeń" Polsatu. Zapewniał, że zostaną one wyjaśnione.

Gołąb: Nie dostawałem za to pieniędzy

Gołąb tłumaczył w rozmowie z Polsatem, że nie otrzymał od farmaceutycznych firm pieniędzy, więc w jego działaniu nie ma nic nieetycznego. - Nie czuję z tego powodu dyskomfortu - twierdzi. Polsat podkreśla jednak, że organizatorzy konferencji natomiast otrzymali pieniądze, a to oni mu płacą.
prot
Gazeta.pl

2009/11/03

Znany klub szantażuje władze miasta i nie płaci podatków

Co zrobić z klubem Warszawianka, który z automatu dostaje zyski z pobliskiego basenu, jednocześnie nie płaci i szantażuje ratusz? - Podważymy umowę, dzięki której uwłaszczył się na gigantycznym terenie - słyszymy od urzędników.
W ratuszu obowiązuje niepisana zasada - dłużnicy miasta mają duże trudności z uzyskaniem dotacji z samorządowej kasy. Ale nie klub sportowy Warszawianka. Bo jak przyznają urzędnicy i radni, powiązania biznesowe z miastem sprawiają, że klub sportowy z ul. Merliniego to przypadek szczególny.
Wywiązali się, czyli poinformowali

- Od 2008 r. dochodziły do nas informacje o gigantycznym długu Warszawianki wobec miasta i jednoczesnych dotacjach, które dzielnica przelewa na konta klubu - mówi radny Mariusz Ciechomski (PiS), szef PiS na Mokotowie. Rok temu jego klubowy kolega zapytał o te dotacje burmistrza dzielnicy Jana Rasińskiego (PO).

Ten w odpowiedzi wyliczył idące w miliony złotych zadłużenie klubu. Poinformował: "W dniu 18.07. 2008 r. sprawa o egzekucję należności została przekazana do wydziału prawnego Mokotowa w celu skierowania do komornika".

Okazało się jednak, że nie zniechęca to władz Mokotowa do przyznawania dotacji. Burmistrz wyjaśnia radnym mechanizm: organizacje zabiegające o publiczne pieniądze informują urzędników o stanie swoich kont i ewentualnych długach. Warszawianka wywiązała się tego obowiązku, czyli poinformowała o zadłużeniu.

Burmistrz Jan Rasiński pisze: "procedura konkursowa nie przewiduje automatycznej dyskwalifikacji podmiotu, który posiada zaległości finansowe wobec miasta. Natomiast zawsze, gdy takie zaległości są ujawnione, sprawa jest badana wnikliwie".

W latach 2006-08 dzielnica przekazała Warszawiance blisko 60 tys. zł. - To pokazuje, że trzeba zmienić mechanizmy dotacji przekazywanych na sport w Warszawie - mówi Ciechomski.

Trójka z ograniczonymi możliwościami

W radzie fundacji Wodny Park, który jest głównym samorządowym sponsorem klubu prezesa Fijałkowskiego, ratusz ma swoich przedstawicieli. Obsadzeni z politycznego klucza mają pilnować interesów miasta.

Jacka Klimka, szefa mokotowskiego wydziału obsługi mieszkańców do władz fundacji, rekomendowało SLD.

Na początku rozmowy Klimek informuje o zobowiązaniach, które zastał w Wodnym Parku. Np. o spisanym w latach 90. statucie fundacji Wodny Park, który czynił ze wspierania klubu Warszawianka jeden z głównych celów statutowych fundacji. Dalej była umowa, w której Wodny Park zobowiązał się do finansowania budowy klubowego kortu. Dokument pochodzi z listopada 2005 r.

- A ja zostałem powołany do rady fundacji [składa się z pięciu osób - dwóch reprezentantów klubu Warszawianka i trzech ratusza] wraz z dwoma innymi przedstawicielami miasta na początku 2007 r. - zaznacza Klimek. - Nasza trójka ma ograniczone możliwości. Nawet jeśli chcielibyśmy coś zmienić, to zgodnie ze statutem obowiązuje jednomyślność w głosowaniu. Trzeba być realistą.

Śladów prób zmian w dokumentach rejestrowych fundacji nie ma.

- Ta cała sytuacja jest oburzająca. Ci ludzie zostali wysłani do rady fundacji jako czujka miasta - komentuje Mariusz Ciechomski (PiS). - Zamiast zrobić alarm, rok w rok przekazywali gigantyczne pieniądze klubowi, który z uporem unika płacenia zobowiązań.

- Rada fundacji długo nie była informowana przez klub o zadłużeniu - wyjaśnia Jacek Klimek.

- Przynajmniej tak mi się wydaje - dodaje. - Sygnał dostaliśmy gdzieś w lutym tego roku, gdy do klubu wszedł komornik.

Potem przyznaje, że "coś słyszał", ale uspokoił go kontekst, z którego wynikało, że klub próbuje dogadać się z miastem. W szczegóły nikt z rady nie wnikał.

Na specjalnych prawach

Pytamy Klimka, na co właściwie poszły miliony złotych z zysku Wodnego Parku przekazywane klubowi. Bo według fundacji budowany jest za nie kort centralny. Zdaniem prezesa Fijałkowskiego zaś pieniądze idą na "bieżącą działalność" klubu, czyli pensje, opłaty itp.
Jacek Klimek upiera się, że Wodny Park płaci na kort i że to "oblig". Przyznaje, że przez ostatnie lata nikt z rady fundacji nie zainteresował się rozliczeniem dotacji dla klubu.

- Nie wydaje mi się, byśmy o taki materiał prosili. Nie wydaje mi się, żeby klub miał taki obowiązek, wprost. Pewnie rozliczy się z pieniążków po zakończeniu inwestycji na kortach - pociesza.
Śladu rozliczeń nie ma w aktach rejestrowych. Transfer kolejnych milionów na klubowe konta kwitowany jest stwierdzeniem: "na cele statutowe".

- Zadaniem naszej trójki jest nadzór nad Wodnym Parkiem, spotykamy się kilka razy w roku, przeglądamy dokumenty, rozmawiamy, ale szczegółowe bilanse sporządza biegły rewident - tłumaczy sytuację Jacek Klimek.

- Warszawianka to klub, który działa na specjalnych prawach - nie płaci zadłużenia miastu, mimo to dostaje dotacje z Mokotowa i fundacji Wodny Park, która należy do miasta - mówi Tomasz Zdzikot, radny PiS. - Publiczne pieniądze nie idą na sport masowy, ale budowę kortów do tenisa.

Puchar posła na Sejm

Kto tworzy "kontrolną trójkę basenów", o której mówi Jacek Klimek? - Przy obsadzie stanowisk w fundacji Wodny Park partie zastosowały klasyczny dla Warszawy podział: jeden działacz wskazany przez centralę z Rozbrat i dwóch z Platformy - mówi Mariusz Ciechomski.

PO w fundacji reprezentują - poseł Andrzej Halicki i zasiadający we władzach warszawskich partii Tuska Wojciech Woźniak.

Czołową rolę gra poseł - jest przewodniczącym rady fundacji, a to niejedyna jego aktywność. Liczba partyjnych stanowisk, które zgromadził Halicki, może imponować. "Jest Członkiem Rady Krajowej PO, Rady Mazowieckiej oraz Rady Warszawskiej PO, Wiceprzewodniczącym PO na Mazowszu i w Warszawie oraz Przewodniczącym koła PO na Ursynowie" - pisze o sobie na stronie internetowej.

O pracę w radzie fundacji chcieliśmy zapytać posła Halickiego, ale był nieuchwytny.

- Mówiąc wprost, Halicki rządzi tu wszystkim - przyznają politycy PO. - Wykorzystał to, że Hanna Gronkiewicz-Waltz jako prezydent zwyczajnie nie ma czasu, żeby zająć się sprawą Warszawianki.

To właśnie prezydent Warszawy na początku 2007 r. wprowadzała posła do rady fundacji.

- Pamiętam, jak dziwiliśmy się tej nominacji - przyznaje radny Tomasz Zdzikot (PiS). - Chyba nie ma w Polsce drugiego basenu, który miałby swoją radę i posła na Sejm kierującego jej pracami. Parlamentarzyści są od stanowienia dobrego prawa, a nie pilnowania basenu.

- Kolegę Halickiego po prostu rekomendował do rady fundacji burmistrz Mokotowa - informuje Jacek Klimek.

- Na początku kadencji samorządu w 2007 r. padł postulat, by zmienić sposób zarządzania basenami przy Merliniego, bo fundację trudno się kontroluje. Jednak pomysł reformy szybko upadł - wspomina Katarzyna Munio, była szefowa komisji sportu w radzie miejskiej.

PO deklarowała zmiany, bo w poprzednich latach park wodny przy Merliniego był miejscem głośnych sporów politycznych. Andrzej Halicki nie jest pierwszym działaczem, którego partia wysłała, by pilnował basenów. Rekordowo długą kadencję (od początku dekady do 2007 r.) miał tam Łukasz Abgarowicz, dziś senator PO, wcześniej wpływowy radny i jeden z bliższych współpracowników prezydenta Warszawy Pawła Piskorskiego.

Abgarowicz dzięki zaporowym działaniom utrzymał stanowisko mimo zmiany układu politycznego po wygranej PiS w 2002 r. Skutecznie blokował wprowadzenie do władz Wodnego Parku reprezentantów ratusza. Basen stał się bastionem zepchniętych do opozycji polityków PO i SLD.

Ich atutem była ekspertyza, którą rada fundacji zamówiła po wygranej PiS: według niej miasto nie było sukcesorem zlikwidowanej w 2002 r. gminy Centrum - założyciela Wodnego Parku. W kuluarach basenu krążyła nawet plotka, że po uzyskaniu kolejnej opinii kwestionującej prawa prezydenta Warszawy rada fundacji piła pod toast: "Teraz może nas pocałować w d...".

Tenisowy szantaż

Za kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz (PO) miasto odzyskało kontrolę nad parkiem wodnym, ale tylko w teorii. Delegaci z PO i SLD rozdają na basenach splendory, ale najwyraźniej zbratali się z władzami klubu sportowego.
O dobrych stosunkach panujących w radzie fundacji może świadczyć taktyka, którą klub przyjął wobec miasta: działacze sportowi pewni swej pozycji nie spłacają zaległych podatków do publicznej kasy. Ostatnio posunęły się nawet do szantażu. Chodziło o turniej gwiazd światowego tenisa WTA, który tradycyjnie rozgrywa się na budowanych również za pieniądze miejskie kortach Warszawianki.

- Władze Warszawianki zaproponowały gigantyczną, zaporową cenę za wynajem kortów na potrzeby tego turnieju. Dzięki dochodom z tego tytułu mieli spłacić swoje długi - słyszymy w ratuszu.
- Działacze Warszawianki wiedzieli, że zależy nam na tej imprezie, bo to na razie jedyne zawody, których relację ogląda w telewizji blisko milion widzów - mówi Wiesław Wilczyński (SLD), szef biura sportu.

Ratusz wprawdzie nie jest głównym organizatorem turnieju, ale się dokłada. W tym roku dotacja sięgnęła 1,5 mln zł. Wobec żądań klubu, który - jak twierdzą nasi informatorzy - chciał 700 tys. zł za korty, w ostatnim momencie urzędnicy przenieśli turniej na należące do miasta korty Legii. Za wynajem nie zapłacili grosza.

- Udało się, choć władze Warszawianki myślały, że nie damy rady. Bo w momencie decyzji o przenosinach turnieju dopiero kończyła się modernizacja kortów Legii - mówi nam jeden z urzędników.

W ratuszu mówią, że nieudana próba nacisku Warszawianki w sprawie turnieju WTA zmieniła nieco postawę klubu. Zaczął rozważać propozycję miasta, które w zamian za anulowanie długów przejęłoby od Warszawianki zaniedbany stadion lekkoatletyczny. Taką propozycję złożył działaczom dyrektor biura sportu Wiesław Wilczyński.

- Zbudowano go w latach 60. Dziś jest w ruinie. Sami nie jesteśmy go w stanie odbudować, a dla miasta to nie byłby żaden kłopot - mówi prezes Fijałkowski.

Jak się okazuje, zadłużony klub nie tylko rozważa ofertę ratusza, ale też stawia warunki.

Poza anulowaniem długów i wycofaniem komornika ceną za 4,5 ha gruntu miałoby być automatyczne zobowiązanie miasta do utrzymywania stadionu. Ten po zbudowaniu miałby trafić w administrację Warszawianki. - To, co proponują, jest niebywałą wprost bezczelnością - twierdzi jeden z urzędników odpowiadających w mieście za nieruchomości. - Przecież to klub jest nam winien 2,2 mln zł.

W miejskim biurze nieruchomości korespondencja od działaczy sportowych wzbudziła zdziwienie. - Przedstawimy ją pani prezydent i zarządowi miasta - mówi Jan Rudnicki, wiceszef biura. - Dodam tylko, że mamy inne plany związane z tym klubem sportowym. Uważamy, że umowa, dzięki której uwłaszczył się, była wadliwa. Walczymy o jej unieważnienie.

Zmianę frontu rozważa też Jacek Klimek z rady fundacji. - Bo co innego, jeśli ktoś ma jakieś zaległości, co innego egzekucja komornicza - mówi. - Nie wiem, czy fundacja ma jakiś zysk, bo rada spotka się 16 listopada, ale trzeba będzie poważnie rozważyć całą sytuację.
Iwona Szpala, Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna

2009/10/30

Prezes Orła nie lubi Orląt, czyli absurd na stadionie

- To skandal, absurd: nasze pociechy muszą jeździć na ćwiczenia na drugi koniec miasta, choć pod nosem mają zbudowany stadion lekkoatletyczny - żalą się rodzice uczniów szkoły sportowej przy ul. Siennickiej. A dzieje się tak przez upór PiS-owskiego prezesa klubu Orzeł Andrzeja Szyszko.
Dagmara Kostecka ma tytuł mistrzyni Warszawy w biegu przez płotki na 300 metrów w kategorii młodzików. Chodzi do gimnazjum o profilu sportowym przy ul. Siennickiej na Pradze-Południe. Z okien szkoły ma widok na stadion lekkoatletyczny administrowany przez klub Orzeł. Za pieniądze miasta zbudowano na nim nowoczesną bieżnię tartanową i trybuny.

Przegrał wybory, to nie wpuści dzieci

Jednak Dagmara Kostecka, tak jak inne dzieci ze szkoły przy Siennickiej (podstawówka i gimnazjum o profilu lekkoatletycznym), nie ma wstępu na stadion Orła. W czasie lekcji jest on zamknięty na kłódkę. - To dla nas poważny kłopot. Córka po szkole musi jeździć na treningi aż na Akademię Wychowania Fizycznego. A potem wrócić do domu w podwarszawskim Józefowie. Z Pragi ma dobry dojazd, ale z Bielan powrót zajmuje jej półtorej godziny - mówi Bożena Kostecka, matka Dagmary.
Robert Kuczewski z rady rodziców szkoły przy Siennickiej nie kryje oburzenia: - Wszystko przez nieetyczną postawę prezesa Orła Andrzeja Szyszki - mówi. - Zachowuje się tak, jakby był prywatnym właścicielem stadionu. A przecież to obiekt budowany za publiczne pieniądze.

Rodzice przypominają, że od niepamiętnych czasów klub i pobliska szkoła współpracowały ze sobą. Wieloletnią dyrektorką szkoły była żona Andrzeja Szyszki. A prezes należał do prominentnych działaczy warszawskiego samorządu. Jako radny walczył o miejskie dotacje dla Orła, zyskując sobie miano "PiS-owskiego orła".

Ślady symbiozy pozostały w nazwach: uczniowie szkoły przy Siennickiej należą do klubu Orlęta.

Jednak dziś klub Orzeł odcina się od Orląt. Wszystko zmieniło się, gdy startując pod sztandarami PiS, Andrzej Szyszko nie dostał się w ostatnich wyborach do rady miasta, władzę w Warszawie przejęła jego polityczna konkurencja, a w szkole sportowej zmieniła się dyrekcja.

Za stadion jak za złoto

- Dwa lata temu Orzeł wynegocjował z nami stawkę opłat za korzystanie z "Orła". Płaciliśmy 200 zł plus podatek VAT za godzinę. Ale w tym roku podniósł stawkę do 500 zł plus VAT. Na takie opłaty już nas nie było stać, bo jesienią i zimą potrzebujemy miesięcznie ok. 100 godzin na treningi - mówi Barbara Mierzwa, dyrektorka szkoły przy Siennickiej.

Zapewnia, że mimo zamknięcia "Orła" przed dziećmi daje sobie radę. Większość treningów odbywa się w pobliskiej szkole oraz sąsiadującej z nią hali sportowej. - Najlepsi nasi uczniowie muszą wprawdzie jeździć na AWF, ale cóż, takie są prawa rynku: na korzystanie z "Orła" po prostu nie było nas stać - mówi Barbara Mierzwa.

- Nie mamy wpływu na zachowanie władz "Orła". To autonomiczne stowarzyszenie od nas bezpośrednio niezależne - rozkłada ręce Jarosław Karcz (PO), wiceburmistrz Pragi-Południe ds. oświaty.

A prezes Szyszko stoi na stanowisku, że nie musi się z niczego tłumaczyć. - Bo mam swoje powody - mówi. Jakie, nie wyjaśnia, odkłada słuchawką, bo z "Gazetą" generalnie nie rozmawia.

- Prezes Orła najwyraźniej chce przeczekać zły dla siebie czas. Zapewne liczy, że jego formacja dojdzie do władzy w przyszłym roku, a dziś i tak nic od miasta nie dostanie, więc zachowuje się arogancko - mówi Katarzyna Munio (Stronnictwo Demokratyczne), radna komisji sportu.

Jej zdaniem dotowanie inwestycji na Orle przez miasto było pochopne. - Najpierw trzeba było uporządkować sprawy własności terenu zajmowanych przez Orła, a potem dawać klubowi pieniądze - mówi.

Dziś klub chce się uwłaszczyć na zajmowanym terenie. - I może mu się udać, bo jest jego użytkownikiem - ocenia Munio.
Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna

2009/10/28

Były burmistrz Ursynowa jest męczennikiem?

- Ma w ogóle nie pracować? - tak Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) odpowiedziała przed kamerami TVN Warszawa na pytanie, dlaczego były burmistrz Ursynowa, którego urząd naraził miasto na gigantyczne straty, dostał lukratywną posadę w miejskiej spółce.
Chodzi o Tomasza Mencinę (PO). Do kwietnia rządził Ursynowem, teraz szefuje w biurze organizacji i zarządzania miejskich wodociągów. Hanna Gronkiewicz-Waltz widzi w nim doskonałego organizatora i człowieka pokrzywdzonego przez media. Zwłaszcza przez "Gazetę", która śledzi losy procesu sądowego miasta z Mostostalem-Eksport.

Jak pisaliśmy, za spóźnienie budowy hali widowiskowo-sportowej przy Pileckiego firma ta była winna ratuszowi 74 mln zł z tytułu tzw. kar umownych (to wynikało z kontraktu). Nie musiała płacić nic, bo ursynowscy urzędnicy przegapili terminy i sprawa o egzekucję długu uległa przedawnieniu, co potwierdził prawomocny wyrok. Po ujawnieniu tych faktów Tomasz Mencina musiał podać się do dymisji.
- Jego sprawa nie jest zakończona. Została wniesiona kasacja [do Sądu Najwyższego]. Jeśli będzie podjęta, da się mam nadzieję udowodnić, że ci, co pisali, iż są to duże pieniądze [odszkodowanie od Mostostalu-Eksport], mylili się - mówiła Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Przedstawiła obraz Menciny skrzywdzonego, który niemal w kieszeni ma korzystny dla siebie wyrok Sądu Najwyższego. A zanim go dostanie, powinien popracować na mało odpowiedzialnym stanowisku. Zapewne po to, aby nabrać sił przed ostateczną rozprawą z dziennikarzami i politycznymi oponentami. Oświadczyła też, że Sąd Najwyższy ma zdecydować o podjęciu kasacji już w tym miesiącu. - Ale dopóki nie będzie rozstrzygnięcia, pan Mencina nie może wytoczyć procesu gazecie - zaznaczyła.

- Czy nie warto było poczekać z nominacją na rozstrzygnięcie sądu? - pytał reporter TVN 24.

- Ale przecież [Mencina] nie jest członkiem zarządu, nie podejmuje żadnej odpowiedzialności w tej spółce [wodociągach] - odpowiedziała.

Nie udało się nam potwierdzić tych rewelacji. - Sąd rozpatrzy skargę miasta, ale nie ma jeszcze wyznaczonego terminu rozprawy - mówi Teresa Pyźlak z zespołu prasowego Sądu Najwyższego.

Nie ma więc mowy o rozstrzygnięciu już w tym miesiącu. Na dodatek, nawet jeśli sędziowie podzielą racje miasta, skierują sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak więc nawet jeżeli miasto zdoła jeszcze coś w tej sprawie ugrać, nie stanie się to w tym roku. A to oznacza, że należnych pieniędzy od Mostostalu-Eksport nie dostanie.

Zapewne nie wywalczyłoby 74 mln zł, ale gra szła o grube miliony złotych, które nam się należały, a które w opinii prezydent Warszawy nie są duże. Tak jak nieduża jest w jej ocenie odpowiedzialność dyrektora ds. organizacji i zarządzania w spółce, która rozbudowuje oczyszczalnię Czajka, czyli prowadzi największą inwestycję ekologiczną w Warszawie.
Duża jest za to w opinii prezydent Warszawy rola i znaczenie Tomasza Menciny, którego broni jak niepodległości i reklamuje jako męczennika bliżej niezdefiniowanej sprawy. Tu też nie ma między nami zgody - w procesie miasta z Mostostalem-Eksport chodziło przecież o publiczne pieniądze, które urząd Ursynowa bez racjonalnego powodu odpuścił. A nie o burmistrza, który poniósł za to polityczną odpowiedzialność.
Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna

2009/10/22

Naraził miasto na stratę i... dostał strategiczną posadę

- Po prostu tu jestem - mówi o swojej nowej posadzie Tomasz Mencina (PO), były burmistrz Ursynowa. Odchodził z urzędu w niesławie, bo naraził miasto na gigantyczną stratę. Teraz dostał strategiczną posadę w warszawskich wodociągach.
- Tomku, zostawiłeś tu kawał serducha. Tyle pracowałeś, nieraz w nocy paliło się światło w twoim gabinecie - tymi słowami Elżbieta Igras, ursynowska radna PO, żegnała w kwietniu Tomasza Mencinę. Burmistrz dostał kwiaty, ale odchodził w atmosferze skandalu. I wszystko wskazywało na koniec jego samorządowej kariery.

Bogate doświadczenie

Kierowany przez niego zarząd odpowiadał za niegospodarność ogromnych rozmiarów. Na początku tego roku okazało się, że nie ma szans na egzekucję odszkodowania od Mostostalu Eksport. Za spóźnienie budowy hali widowiskowo-sportowej przy Pileckiego ta firma była winna miastu 74 mln zł z tytułu tzw. kar umownych. Jak pisaliśmy, nie zapłaci nawet złotówki, bo ursynowscy urzędnicy przegapili terminy i sprawa przedawniła się.
Ratusz zmusił Tomasza Mencinę do rezygnacji. - Bo na nim spoczywała odpowiedzialność polityczna za przegraną sprawę z Mostostalem - uważa Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO.

W kuluarach wpływowi działacze warszawskiej Platformy nie kryli, że jest im żal odwołanego burmistrza. - Partia znajdzie mu coś na osłodę - kpili radni opozycji.

I rzeczywiście: Tomasz Mencina w ostatnich dniach dostał nominację na stanowisko dyrektora biura organizacji i zarządzania w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji. Odpowiada za strategię i promocję firmy. Podlega mu 30 osób. Zarabia na rękę ok. 7 tys. zł.

- Podołam nowym obowiązkom. Sprawami organizacyjnymi zajmowałem się w Polskim Radiu i Telewizji Polskiej - twierdzi Tomasz Mencina.

- Podstawą do zatrudnienia pana Menciny jest jego bogate doświadczenie w pracy w strukturach administracji samorządowej oraz umiejętności organizacyjne - dodaje Bartosz Milczarczyk, rzecznik MPWiK.

Partia mu szukała

Wodociągi to spółka miejska kontrolowana przez ratusz. Nie jest tajemnicą, że Tomasz Mencina ma dobre notowania w otoczeniu Hanny Gronkiewicz-Waltz. W przeszłości pracował w fundacji Świat na Tak prowadzonej przez Joannę Fabisiak. To warszawska posłanka PO, a prywatnie przyjaciółka prezydent Warszawy. - Ludzie, którzy pracowali w fundacji, to dziś samorządowa elita Warszawy - ocenia jeden z polityków PO.

- Mencina nie dostał wysokiego stanowiska. Trzeba też przyznać, że wiosną zachował się honorowo - sam złożył dymisję - tłumaczy kolegę Małgorzata Kidawa-Błońska.

Jak ustaliliśmy, koledzy z partii szukali Mencinie pracy w administracji rządowej i spółkach skarbu państwa. Ostatecznie wylądował w wodociągach, ale na kluczowym stanowisku.

Spółka prowadzi właśnie największą ekologiczną inwestycję w Polsce - rozbudowuje oczyszczalnię ścieków Czajka. Koszt tej inwestycji to ok. 2,5 mld zł. Miała być gotowa pod koniec przyszłego roku, ale to się nie uda. Wodociągi nie zbudują w całości kolektora, którym do oczyszczalni miały płynąć ścieki z lewej strony Wisły. Za niedotrzymanie terminu grozi im 1,5 mld zł kary oraz cofnięcie 1 mld zł unijnej dotacji. Niedawno okazało się, że budowa kolektora koliduje z budowanym już węzłem Trasy Mostu Północnego na Młocinach.
Gazeta Stoleczna
Jan Fusiecki, Dominika Olszewska

Lobbysta hazardowy płacił na Chlebowskiego

Jeden z bohaterów afery hazardowej wspierał finansowo kampanię byłego szef klubu parlamentarnego PO. Jan Kosek, współwłaściciel firmy zajmującej się tzw. automatami o niskich wygranych, wpłacił 18 tysięcy złotych na konto partii Donalda Tuska, ze wskazaniem na Zbigniewa Chlebowskiego.
Ale nie tylko Zbigniew Chlebowski korzystał z pieniędzy pochodzących od biznesmenów zajmujących się automatami do gry. Inny bizmesmen, którego nazwisko stało się głośne po wybuchu afery hazardowej, Ryszard Sobiesiak, wpłacił pieniądze na kampanię posła Platformy Obywatelskiej Jarosława Charłamowicza - pisze "Gazeta Wyborcza".

"Pieniądze na nasz fundusz wpływają na centralne konto, ale można wpłacić je dla konkretnego kandydata. Tak właśnie stało się w tym przypadku" - wyjaśnia gazecie skarbnik PO Andrzej Wyrobiec.

5 września 2005 roku Jan Kosek i jego żona przelali na konto partii Donalda Tuska 18 tysięcy złotych z dopiskiem: "Na rzecz kampanii do Sejmu Zbigniewa Chlebowskiego".

Ponad rok później fundusz wyborczy partii zasilił także Ryszard Sobiesiak. Podczas trwającej wówczas kampanii samorządowej wpłacił 10 tysięcy złotych na rzecz Jarosława Charłampowicza startującego do sejmiku województwa dolnośląskiego. Charłampowicz, który w sejmiku jest szefem klubu PO, to najbliższy współpracownik Grzegorza Schetyny. W 1997 roku został jego asystentem w Sejmie, teraz prowadzi jego biuro. Jest także pracownikiem etatowym krajowego biura partii - pisze "Gazeta Wyborcza".

Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek byliby nieznanymi szerzej biznesmenami, gdyby nie wybuch afery hazardowej. Sobiesiak i Kosek mają wspólną firmę zajmującą się automatami do gry o niskich wygranych. Z rozmów podsłuchanych przez CBA wynika, że lobbowali u polityków PO za korzystnymi dla branży zmianami w ustawie hazardowej. Chodziło o wycofanie z projektu ustawy zapisów o 10-procentowych dopłatach od wygranych na rozwój sportu.

Ówczesny szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski obiecywał im korzystne załatwienie sprawy. Po wybuchu afery Chlebowski twierdził, że Jan Kosek nie finansował ani jego kampanii, ani PO.
dziennik.pl, Wyborcza

Ludzie hazardu sponsorami polityków

Hazardowi lobbyści zasilili kampanię polityków Platformy Jarosława Charłampowicza i Zbigniewa Chlebowskiego
Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek są głównymi bohaterami lobbingu hazardowego. Mają wspólną firmę zajmującą się automatami do gry o niskich wygranych (tzw. jednorękimi bandytami). Z rozmów podsłuchanych przez CBA wynika, że lobbowali u polityków PO za korzystnymi dla branży zmianami w ustawie hazardowej. Chodziło o wycofanie z projektu ustawy zapisów o 10-proc. dopłatach od wygranych na rozwój sportu. Ze stenogramów wynika, że ówczesny szef klubu PO Zbigniew Chlebowski obiecywał korzystne załatwienie sprawy. A minister sportu Mirosław Drzewiecki najpierw chciał dopłat, a później z nich zrezygnował.

Po wybuchu afery Chlebowski twierdził, że Jan Kosek nie finansował ani jego kampanii, ani Platformy. Tymczasem fakt indywidualnego sponsorowania Chlebowskiego potwierdził nam Andrzej Wyrobiec, skarbnik PO.
- Pieniądze na nasz fundusz wyborczy wpływają co prawda wyłącznie na centralne konto i dopiero później są dzielone na okręgi, ale można wpłacić je też dla konkretnego kandydata. Tak właśnie stało się w tym przypadku - informuje Wyrobiec.

5 września 2005 roku Kosek wraz z żoną Marią przelali na konto PO 18 tys. zł z dopiskiem: "Na rzecz kampanii do Sejmu Zbigniewa Chlebowskiego".

Ponad rok później, 27 października 2006 roku, fundusz wyborczy partii zasilił także Sobiesiak. Podczas trwającej wówczas kampanii samorządowej wpłacił 10 tys. zł na rzecz Jarosława Charłampowicza startującego w wyborach do sejmiku województwa dolnośląskiego. Ofiarodawcy zmieścili się w limicie przewidzianym przez ordynację (15-krotność ówczesnej minimalnej płacy).

- Wpłaty od wyborców są zawsze weryfikowane i jak pieniądze pochodzą od kogoś, od kogo przyjęcie ich byłoby niewskazane, to możemy podjąć decyzję o ich zwrócić - tłumaczy Andrzej Wyrobiec, skarbnik Platformy. - W tym wypadku nie było powodu, żeby ich nie przyjąć. Wpłata została dokonana prawidłowo.

Charłampowicz, który w sejmiku jest szefem klubu PO, to najbliższy współpracownik Grzegorza Schetyny. W 1997 roku został jego asystentem w Sejmie, teraz prowadzi jego biuro. Jest także pracownikiem etatowym krajowego biura partii.

- To jego "oko i ucho" na Dolnym Śląsku, a także główny kadrowy. Pilnuje dla Schetyny, żeby w państwowych spółkach posady dostali ich ludzie - mówią lokalni politycy partii.

Charłampowicz nie wypiera się znajomości z Sobiesiakiem. - W 2002 roku zagraliśmy razem w charytatywnym meczu artyści kontra dolnośląskie VIP-y. Potem, w latach 2004-08, byłem członkiem zarządu Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej, więc jest naturalne, że znałem i kontaktowałem się z właścicielem klubu Śląsk, którym był pan Sobiesiak - mówi Charłampowicz. - Gdy zapytał mnie, czy może wesprzeć kampanię Platformy i mnie osobiście, zgodziłem się, zastrzegając, że wszystko musi być w zgodzie z przepisami. I tak się stało. Tak jak wszyscy dopiero niedawno dowiedziałem się, że ciąży na nim wyrok w sprawie korupcyjnej.

Komentarza Grzegorza Schetyny i Zbigniewa Chlebowskiego nie udało nam się uzyskać.
Mirosław Maciorowski, Jacek Harłukowicz, Wrocław
Gazeta Wyborcza

2009/10/15

Wielka rura kontra most, czyli ratuszowi coś nie wyszło

Warszawa miała być wzorem dla innych miast: aby usprawnić inwestycje, powołano specjalny zarząd i koordynatora. Nie pomogło. Brak współpracy między miejskimi instytucjami najpewniej opóźni budowę Trasy Mostu Północnego, a UE może nam wlepić kary, które grożą zrujnowaniem finansów miasta.
W 2011 r. mieszkańcy północnych dzielnic Warszawy mieli dostać nowy most, który pozwoliłby im na dojazd do centrum bez stania w korkach. Rok wcześniej miała ruszyć rozbudowana oczyszczalnia ścieków Czajka.

Czy Bruksela się zlituje

Warszawskie wodociągi przyznają, że nie zdążą na czas zbudować tunelu ściekowego na Młocinach, który pozwoli na przesył ścieków z lewobrzeżnej Warszawy do Czajki. Znaleźliśmy się na łasce i niełasce komisji europejskiej. Jeśli po 2010 r. będziemy nadal wypuszczać ścieki do Wisły, grozi nam 1, 5 mld zł kary i odebranie 1 mld zł unijnych dotacji. Urzędnicy w Brukseli mogą się nad nami nie zlitować, bo Warszawa rozbudowuje Czajkę już od wielu lat.
W dodatku opóźnienie budowy kolektora na Młocinach godzi w harmonogram prac budowy Trasy Mostu Północnego. Gigantyczne cztery komory ściekowe (największa będzie głęboka na 42 metry) i ogromne rury łączące oba brzegi Wisły zaplanowano pod węzłem Trasy Mostu Północnego na Młocinach. Powinny więc powstać wcześniej. Sęk w tym, że trasa już powstaje, a wodociągi nie mają nawet pozwolenia na budowę kolektora.

Urzędnicy zastanawiali się, jak przyspieszyć budowę komór połączeń z Czajką. - Zlecenie tych prac z wolnej ręki nie wchodzi w grę, to zbyt droga inwestycja [80 mln euro] - mówi nam jeden z wysokich urzędników ratusza. Trzeba będzie więc ogłosić przetarg. Niemal pewne jest, że jego wynik będzie oprotestowany przez przegranych. Dlatego w ratuszu nikt nie wierzy, że rurę do Czajki uda się zgodnie z planem zbudować do połowy przyszłego roku.

Skoordynowali jak Wojciechowski z Kochaniakiem

Optymistyczny scenariusz przewiduje zakończenie budowy komór na Młocinach w 2011 r. Jeśli tak się stanie, istnieją szanse na uruchomienie Trasy Mostu Północnego o czasie. Jednak wodociągi zakładają jeszcze późniejsze zakończenie prac i poprosiły komisję europejską o przesunięcie terminu oddania do 2012 r. Budowa Trasy Mostu Północnego może opóźnić się o rok. Jak mogło dojść do sytuacji, w której zaniedbanie miejskich wodociągów może narazić miasto na tak gigantyczne kłopoty i kary?

Aby szybciej prowadzić inwestycje, prezydent Gronkiewicz-Waltz powołała koordynatora ds. remontów. Działa też Zarząd Miejskich Inwestycji Drogowych, który ma dbać o to, by projekty były uzgadniane z właścicielami rur, przewodów energetycznych itp. Te instytucje nadzoruje bezpośrednio Jacek Wojciechowicz, wiceprezydent Warszawy. Jednak w tym przypadku kluczową rolę ogrywa spółka miejska - Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji (MPWiK). Tu nie ma już prostej zależności. Bezpośrednią pieczę nad spółkami i ekologią ma inny wiceprezydent - Jarosław Kochaniak.

Na dodatek miasto oddelegowało do kontroli wodociągów dwóch burmistrzów z rekomendacji PO - Marka Andruka (Wola) i Jarosława Dąbrowskiego (Bemowo). - Jednak tak dużych spółek jak wodociągi nikt porządnie nie kontroluje. Burmistrzowie przyznają, że pracę w radzie traktują jako zajęcie drugorzędne, przyjeżdżają na posiedzenia raz w miesiącu, biorą dietę [miesięcznie od 2 do 3 tys. zł]. I na tym koniec - mówi nam pracownik MPWiK.

- Posady w miejskich spółkach, takich jak wodociągi, traktuje się jak ciepłe posadki rozdawane według partyjnego lub towarzyskiego klucza. Mieli pecha, bo okazało się, że tu trzeba naprawdę coś zbudować - kwituje wysoki urzędnik ratusza.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Gazeta Stoleczna

2009/10/09

Wielki show za lewą kasę

Klub sportowy "Orzeł" pisowskiego prezesa Andrzeja Szyszki dostał niezgodnie z przepisami półmilionową dotację - ustalili kontrolerzy prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. - Ratusz powinien zastanowić się, jak ukarać winnych - uznali we środę radni komisji rewizyjnej.
Chodzi o 490 tys. zł, które miasto przekazało "Orłowi" w 2007 r. na dofinansowanie międzynarodowego mityngu lekkoatletycznego Pedro's Cup. W ocenie biura kontroli ratusza urzędnicy odpowiedzialni za sport złamali przepisy. Lista zarzutów jest długa: niewłaściwe rozliczenie podatku VAT, brak prognozy wpływów ze sprzedaży biletów oraz logo Warszawy na koszulkach zawodników.

Najcięższy zarzut dotyczy prezesa Andrzeja Szyszki. Według ustaleń kontrolerów, starając się o dotację dla "Orła", miał oświadczyć, że klub nie ma zaległości finansowych. Tymczasem okazuje się, że z tytułu podatków i ubezpieczeń miał w tym czasie długi przekraczające 400 tys. zł. "Prezes klubu przyznał, że oświadczenie o braku zaległości płatniczych wobec ZUS i urzędu skarbowego nie było zgodne ze stanem faktycznym" - czytamy w sprawozdaniu kontrolerów.
- To bardzo poważane zarzuty. Myślę, że ratusz powinien skierować wniosek do prokuratury, bo wiele wskazuje na to, że doszło do poświadczenia nieprawdy w oficjalnych dokumentach - mówi Paweł Lech (PO), szef komisji rewizyjnej.

Wczoraj radni tej komisji zwrócili się do biura sportu z prośbą o interwencję w sprawie "Orła". - Być może przekazaną nieprawnie dotację będzie można odzyskać. Na pewno klub znajdzie się na cenzurowanym i zgodnie z przepisami przez trzy lata nie będzie mógł starać się o wsparcie z miasta - dodaje Paweł Lech.

Andrzej Szyszko nie chce się na temat kontroli wypowiadać: - Nie dostałem raportu. Ustosunkuję się do niego, gdy dostanę tekst do ręki.

Dziś prezes "Orła" ma polityczne wakacje. Nie dostał się do rady miejskiej podczas ostatnich wyborów (startował z listy PiS). Jednak wcześniej był przez lata wpływowym politykiem prawicy (m.in. szefem Rady Warszawy). I wykorzystywał polityczne koneksje w staraniach o dotację na modernizację i organizowanie imprez na "Orle". - Zawody lekkoatletyczne, o których piszą urzędnicy ratusza, to był cyrk. Miał patronat Hanny Gronkiewicz-Waltz, bo miasto dało dotację. Ale wśród wyróżnionych gości dominowali pisowscy ministrowie. Jan Szyszko, ówczesny szef resortu zdrowia, dostał pamiątkową statuetkę - wspomina Katarzyna Munio z komisji sportu rady miejskiej.

Jednak zaznacza, że nie było to najlepsze miejsce dla politycznej reklamy: tego typu zawody nie przyciągają widzów i trybuny świeciły pustkami. W całej sprawie swój udział ma też warszawska lewica, a konkretnie desygnowany przez nią na stanowisko szefa biura sportu Wiesław Wilczyński. - SLD przycinało konsekwentnie wnioski o dotację. Jednak dyrektor Wilczyński bardzo zabiegał, by mityng na "Orle" dostał wsparcie - wspomina Katarzyna Munio.

- Bo moje zadanie to dbać o sport, a nie bawić się w politykę - komentuje dyrektor Wilczyński. - Tego typu zawody muszą dostawać dotację z publicznej kasy. Lekkoatletyka nie ma ani licznych prywatnych sponsorów, ani masowej widowni.

Raport kontrolerów bije też w biuro sportu. Wynika z niego bowiem, że jego urzędnicy nie sprawdzili kondycji klubu. - Nie mamy takich uprawnień. Ale wydałem polecenie, by całą sprawę jeszcze raz gruntownie zbadać - zapewnia Wiesław Wilczyński.
gazeta stoleczna
Jan Fusiecki

Rysy na szczycie PO

Po dymisjach w rządzie w Platformie wstrząs, ale bratobójczej walki raczej nie będzie
Dziś w Warszawie rada krajowa PO, na której wystąpi premier Donald Tusk. Przekaz? Kryzys w rządzie i PO zażegnany, ruszamy na wojnę z PiS. Jednak środowa konferencja Tuska, na której ogłosił dymisje sześciu ministrów, była tak mocnym wstrząsem, że w sejmowych kuluarach można było wczoraj odnieść wrażenie, iż politycy PO szybko się nie otrząsną. - Budowana przez lata hierarchia została zburzona. Jest pytanie, czy nowa wyłoni się w walce, czy w negocjacjach - mówi nam polityk z władz PO.
Tandem Tusk - Schetyna przetrwa?

Co oznacza przeniesienie wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetyny z rządu do Sejmu na szefa klubu PO? Do tej pory to numer dwa w Platformie, niemal pewny następca Tuska na stanowisku premiera. Przed wybuchem sprawy hazardowego lobbingu role na maraton wyborczy 2010-11 były rozpisane - Tusk na prezydenta, Schetyna na premiera, marszałek Bronisław Komorowski na szefa PO. Dziś to już scenariusz mało realny.

Choć premier ciągle powtarza, że ma do Schetyny zaufanie, to ruch Tuska go osłabił. Byli wobec siebie lojalni: Schetyna sam podał się do dymisji, by nie być obciążeniem dla premiera. Odchodzi z rządu, choć z dokumentów wynika, że w sprawie hazardowego lobbingu jest czysty. Scenariusz wyjścia z kryzysu układali razem, konsultowali ze sobą dymisje.

Mimo że media już próbują kreować między nimi "zimną wojnę", bratobójczej walki raczej nie będzie. - Grzegorz wie, że wojna z Tuskiem to byłby koniec Platformy, którą od lat budowali - mówi osoba z otoczenia Schetyny. - Nieważne, czy mu przykro, schował ambicje. Nie ma pomysłu, żeby robić ośrodek władzy bis w Sejmie.

Michał Boni, szef doradców premiera, jeden z nielicznych, którzy zostali w kancelarii Tuska: - Decyzje premiera pokazują, że jeśli ta wojna ma się toczyć, to niech się toczy w parlamencie. A rząd ma swoje zadania i powinien je wykonywać. To był dobry ruch.

Bielecki premierem po Tusku?

Jak słyszymy z kilku źródeł, dymisję Schetyny doradzało premierowi jego gdańskie otoczenie, m.in. były premier Jan Krzysztof Bielecki i Krzysztof Kilian, były minister łączności w rządzie Suchockiej, dziś wiceprezes Polkomtelu, i Sławomir Nowak, odchodzący szef gabinetu Tuska. Do Schetyny - polityka z Wrocławia - nie mieli zaufania. To Kilian może zostać szefem gabinetu premiera (wymieniany jest też jako kandydat na ministra sportu).

- Kilian to świetny organizator, ale bez politycznego zacięcia - mówi jego znajomy. - Dlatego pewnie Grzegorz dalej będzie jednym z najbliższych doradców Tuska. Ale już niejedynym i nie z tak silną pozycją - mówi polityk z władz PO.

Znajomy Tuska i Schetyny: - Donald chciał przywrócić równowagę sił w PO, pokazać, że to on jest szefem.

Jak słyszymy, dymisja Schetyny może oznaczać, że Tusk widzi teraz Bieleckiego, a nie Schetynę na stanowisku premiera po wyborach prezydenckich. - Wszystko będzie zależało od prac komisji śledczej i tego, czy Schetynie uda się wybronić siebie, PO i samego Tuska - mówi polityk z władz PO.

Znajomy obu: - Donaldowi będzie trudno poradzić sobie bez Grzegorza w rządzie. Od lat stanowili tandem. Tusk był twarzą Platformy, Schetyna trzymał struktury, poganiał ministrów - mówi znajomy obu polityków.

Nowe otoczenie Tuska w kancelarii ma być bardziej merytoryczne. - Mamy najtrudniejszy budżet od lat, ileś pozaczynanych projektów i trzech odwołanych konstytucyjnych ministrów. Premier potrzebuje wsparcia - dodaje ten sam rozmówca.

Klub nie chce dworu?

Schetyna dowodzący w Sejmie PO oznacza, że żywot kończy tzw. dwór Tuska - kilku kolegów, którzy kreślili polityczne scenariusze, spędzali wieczory, oglądając mecze. Oprócz Schetyny z kancelarii Tuska odchodzą Sławomir Nowak, Paweł Graś i Rafał Grupiński. Razem mają być we władzach klubu,

jednak w tym gronie sielanki nie będzie. Choćby dlatego, że Nowak był za dymisją Schetyny, a w PO słyszy się o ich konflikcie. - Bzdura - odpisał nam Nowak w SMS-ie.

- Nie ma pęknięcia. Próby poróżnienia mnie z premierem Tuskiem czy kreowania konfliktu z Nowakiem to absurd. PO to nasz wspólny projekt, emocje trzeba wyciszyć - mówi "Gazecie" sam Schetyna.

Nie wszyscy posłowie PO są zadowoleni, że dwór Tuska opanuje klub. - Większość cieszy się, że Grzegorz przychodzi do klubu, bo to świetny organizator. Sprawdzi się jako generał w wojnie z PiS. Ale w prezydium są nastroje minorowe, bo nikt nie lubi rezygnować z władzy - mówi polityk z zarządu PO. - Jednak jeśli Donald tak zdecyduje, nikt się nie sprzeciwi.

Jutro po radzie krajowej klub PO ma wybrać Schetynę na szefa. Będzie też wybór czterech wiceprzewodniczących. Pod uwagę brana była koncepcja, żeby dowartościować prawe i lewe skrzydło Platformy. Dlatego wiceszefami mogą zostać Jarosław Gowin i Janusz Palikot.


Wojna czy reformy?

Dla części PO rekonstrukcja rządu to sygnał, że skończyło się reformowanie, a zaczęła na dobre kampania. Ale minister Boni zaprzecza. - Ja nie odczuwam jakiegoś przestawienia. A to, że mogą się pojawić nowe osoby, również eksperci, to zupełnie naturalne - mówi Boni.

"Gazeta": Co z reformą emerytur mundurowych, którą miał przygotować Schetyna?

- Jest wielu wiceministrów dobrze przygotowanych, rozumiejących procesy, będzie kontynuacja. Nikt nie będzie wywracał niczego do góry nogami.

W listopadzie - na dwulecie rządu - Boni ma przedstawić nowy dokument programowy. - Po pierwsze, trzeba myśleć o skuteczności, czyli wiedzieć, które reformy mogą być przyjęte - mówi Boni.
Gazeta Wyborcza
Renata Grochal