2010/11/16

Burmistrz tłumaczy, jak jego znajoma dostała mieszkanie

Ważą się losy Jarosława Dąbrowskiego (PO), burmistrza Bemowa. Musi na piśmie wytłumaczyć się z ekspresowego przydziału mieszkania komunalnego w świetnej lokalizacji, który dostała matka jego podwładnej
Burmistrza czeka też kontrola urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz, która ma zbadać okoliczności problematycznej decyzji zarządu Bemowa, na którego czele stoi Jarosław Dąbrowski. - Tę sprawę trzeba wyjaśnić. A w przyszłej kadencji wprowadzić nowe, jasne dla wszystkich i sprawiedliwe zasady przydziału mieszkań komunalnych - mówi Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją.

Walczą o mandaty

To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy perypetie mieszkaniowe Elżbiety K., matki Barbary Lewandowskiej, przyjaciółki Jarosława Dąbrowskiego zatrudnionej na stanowisku koordynatorki jego sekretariatu.

Ustaliliśmy, że burmistrz Bemowa podpisał się pod uchwałą przyznającą K. blisko 40-metrowe mieszkanie komunalne. Zaskakująca była wielkość, lokalizacja i czas podjęcia tej decyzji.

W kolejce po komunalny lokal czeka na Bemowie ok. 200 rodzin, z reguły w dramatycznych warunkach. K. dostała sporą kawalerkę na wyłączność w wolno stojącym, wyremontowanym przez dzielnicę domu, w ekskluzywnej lokalizacji na Boernerowie. Na dodatek w ekspresowym tempie - od wpisania do komunalnej kolejki minęło niespełna pół roku. Inni czekają nawet ponad dziesięć lat.

Zarówno Jarosław Dąbrowski, jak i Barbara Lewandowska walczą o mandat radnych z listy partii Tuska. Skreślić ich już nie można. Chyba że na własne życzenie. Władze warszawskiej PO nie kwapią się z podejmowaniem decyzji w tej sprawie.

- Poczekam na wyniki kontroli. Dostałam obietnicę, że będą gotowe szybko - mówi Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO.

- PO idzie do wyborów pod hasłem: zero rodzin na listach kandydatów na radnych - mówi Grażyna Kopińska, szefowa programu Przeciw Korupcji Fundacji Batorego. - Tymczasem znacznie poważniejszy problem to posady i dobra publiczne dzielone po znajomości. Dlatego hasło PO powinno brzmieć: zero stanowisk i mieszkań komunalnych dla rodzin i znajomych.

Kopie piłkę z premierem

Jarosław Dąbrowski był bohaterem wczorajszej konferencji prasowej Katarzyny Munio, kandydatki na prezydenta stolicy z Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Przed ratuszem na pl. Bankowym przypomniała, że należy do najlepiej opłacanych urzędników. Prócz burmistrzowskiej pensji (192 tys. zł rocznie) partia dała mu posadę w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji (41 tys. zł rocznie). - Jarek Dąbrowski to jeden z kilku burmistrzów, którym pani prezydent umożliwiła dorabianie na boku. Czy jest specjalistą od wodociągów? I jeszcze ta sprawa z mieszkaniem dla matki przyjaciółki. Jak to możliwe, że ktoś taki rządzi Bemowem? - pytała Katarzyna Munio.

Dodała: - Donald Tusk tyle mówi o etyce w polityce, a tu pod jego nosem w najlepsze trwa najgorszej klasy kolesiostwo. Partia takim ludziom powinna natychmiast cofnąć rekomendacje.

Potem podeszła do bramy ratusza i zawiesiła na niej tablicę z napisem: "Warszawski urząd pracy tylko dla prominentnych działaczy PO. Rejestracja w bufecie".

Nie jest tajemnicą, że Dąbrowski ma w warszawskiej Platformie wysoką pozycję. Należy do ulubieńców wiceszefowej partii Hanny Gronkiewicz-Waltz, która przyznawała mu jedne z najwyższych burmistrzowskich nagród. Na jednym z bemowskich boisk przy ul. Obrońców Tobruku grywa Donald Tusk i jego najbliżsi współpracownicy. Na tych słynnych już w dzielnicy meczach pojawia się też burmistrz Dąbrowski. - Wie, jak zaistnieć. Donald lubi grać w piłkę, udostępnił im więc stadion - zdradza nam jeden z działaczy PO.

Gazeta Stołeczna, JanFusiecki, Dominika Olszewska

2010/11/15

Stołeczne spółki Platformą stoją

Kiedy zaczynała rządzić stolicą, podkreślała, że nigdy nie rozdawała posad z politycznego klucza. Dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz pytana, dlaczego w spółkach należących do miasta roi się od ludzi Platformy Obywatelskiej, odpowiada, że "przynależność partyjna nie może nikogo dyskryminować". Jednocześnie świetnych fachowców na członków zarządów i rad nadzorczych widzi przede wszystkim w kojarzonych z PO burmistrzach. W Ratuszu nie dziwią się nawet wtedy, gdy słyszą, że podczas tego samego posiedzenia rady, zwolnione przez obecnego ministra sprawiedliwości miejsce, natychmiast zajmuje jego brat - pisze tvn24.pl.
Walkę o to, by spółki miejskie nie kojarzyły się wyborcom jedynie z dobrze płatnymi posadami dla partyjnych działaczy, zapowiadała już w poprzedniej kampanii. W "Programie dla Warszawy na lata 2006-2010" Hanna Gronkiewicz-Waltz pisała, że "są one swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych". Tuż po wygranej nowa prezydent stolicy zapewniała z kolei, że "politycznych posad nie rozdawała” i rozdawać nie ma zamiaru, a w Ratuszu „nie będzie zarządzania politycznego".
Burmistrz cenna rzecz

W nowym programie, który ubiegająca się o ponowny wybór Gronkiewicz-Waltz rozdawała w sobotę na 30. piętrze Pałacu Kultury i Nauki, podobne deklaracje nie padają. - Jest bardziej konkretny i realny, bo jestem osobą mądrzejszą o doświadczenie czterech ostatnich lat – tłumaczyła podczas konferencji podsumowującej jej dokonania. Doświadczenie z obsadzaniem stanowisk w spółkach miejskich obecna prezydent Warszawy ma jednak takie samo, jak poprzednicy, których tak krytykowała.

Dziś m.st. Warszawa jest jedynym właścicielem 27 spółek (plus 15 spółek z większościowym/ mniejszościowym udziałem). W 2006 roku było ich 34. Co z hucznie zapowiadaną prywatyzacją i likwidacją "tych, których działalność nie leży w interesie miasta"? Prezydent tłumaczy, że z "prywatyzacją się nie paliła", bo chciała wszystko dokładnie sprawdzić. - Ale uważam, że ten wynik to i tak dużo. A cały szereg spółek jeszcze zrestrukturyzujemy – zapowiada. Łatwo nie będzie między innymi dlatego, że w ich zarządach i radach nadzorczych aż roi się od ludzi z Platformy Obywatelskiej, albo z PO związanych. Są wśród nich szeregowi działacze, radni, ale i wiceburmistrzowie oraz burmistrzowie. W oddelegowywaniu do spółek tych ostatnich Gronkiewicz-Waltz dzisiaj widzi już tylko korzyści.

Jej polityka

- To jest moja polityka, bo w ten sposób mam kontrolę miejską nad daną spółką. Burmistrzowie w ich radach nadzorczych to bardzo cenna rzecz – przekonuje. Ale i zastrzega: - Absolutnie nie są to jednak osoby, które można by nazwać nominantami politycznymi.

Ilu nowych członków prezydent Gronkiewicz-Waltz wprowadziła do rad nadzorczych i zarządów spółek miejskich? - Myślę, że bardzo niewielki procent. Jestem ostatnią osobą, która robi rewolucje kadrowe – uważa była prezes NBP. Z dokumentów Krajowego Rejestru Sądowego, które przejrzeliśmy, wynika jednak co innego.

Partia, rodzina, fachowiec

Tylko na przestrzeni czterech miesięcy, od lutego do kwietnia 2007 roku (a więc w pierwszych miesiącach urzędowania obecnej prezydent) w radach nadzorczych i zarządach spółek miejskich pojawiło się kilkadziesiąt nowych nazwisk. Wiele z nich to osoby związane bądź kojarzone z PO. 23 marca 2007 r. na stanowisko członka rady nadzorczej Towarzystwa Budownictwa Społecznego Bemowo powołany został Krzysztof Kwiatkowski, ówczesny wiceprzewodniczący sejmiku... łódzkiego, obecny minister sprawiedliwości. W maju następnego roku Kwiatkowski, wówczas już senator PO, przestał być członkiem rady. Na tym samym posiedzeniu trafił do niej jednak jego brat – Sebastian. - Spełnia wszystkie wymagania merytoryczne – podkreśla Tomasz Andryszczyk, p.o. rzecznika stołecznego magistratu.

Dziś oprócz brata ministra w radzie nadzorczej TBS Bemowo zasiadają jeszcze między innymi Roman Bielański (działacz PO z Wołomina) i Marek Lipiński (wiceburmistrz Woli z PO) a prezesem zarządu jest Andrzej Smoliński, były poseł AWS, obecnie w Platformie. Wszyscy wymienieni stanowiska objęli w 2007 lub 2008 roku.

"Bez znaczenia"
Podobnie jak Marek Andruk, burmistrz Woli (PO) i Jarosław Dąbrowski, burmistrz Bemowa (PO). Do rady nadzorczej miejskiego giganta, czyli Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji weszli 13 marca 2007 roku. Dąbrowski ciekawie tłumaczy, dlaczego radzie się przydaje. - Bo wcześniej byłem w radzie nadzorczej miejskich wodociągów w Jarocinie - mówi nam.

Ratusz stanowczo podkreśla jednak, że "w obecnej kadencji jedynym kryterium doboru kandydatów na członków organów spółek z udziałem m.st. Warszawy są ich kwalifikacje merytoryczne", tj. wykształcenie oraz predyspozycje. - Przynależność partyjna kandydata ani przynależność do konkretnej opcji politycznej nie ma znaczenia – zaznacza Andryszczyk.

Nie dyskwalifikować

Miasto nie wie, ilu partyjnym działaczom spółki płacą średnio po ok. 2,5 tysiąca złotych za zasiadanie w radach i zarządach. Osoby aplikujące do pełnienia funkcji w organach spółek, które uznano za dysponujące odpowiednimi kwalifikacjami, nie mają po prostu obowiązku informowania o swojej przynależności partyjnej bądź jej zmianie. - Przynależność partyjna kandydatów nie jest ewidencjonowana. Co więcej, w świetle przepisów o ochronie danych osobowych, zbieranie takich informacji przez Urząd m. st. Warszawy jest niedozwolone – podkreśla p.o. rzecznika urzędu miasta.

Prezydent stolicy idzie o krok dalej i stwierdza, że odrzucanie czyjejś kandydatury ze względu na przynależność partyjną mogłoby zostać odebrane jako dyskryminacja. - Taka przynależność nie dyskwalifikuje kandydatów. Jeżeli ktoś jest aktywnym działaczem jakiejś partii, to nie mogę mu powiedzieć: przepraszam bardzo, ale pan należy do Platformy i dlatego nie może zostać szefem – podkreśla Gronkiewicz-Waltz.

"Fachowiec"
Tę strategię prezydent wcieliła w życie między innymi w przypadku Sławomira Michalaka, pełnomocnika finansowego jej komitetu w poprzednich wyborach i działacza PO z Ochoty. - Sprawdził się i poszedł do bardzo trudnej spółki. Myślę, że to osoba bardzo wykwalifikowana – zaznacza wiceprzewodnicząca Platformy. Identycznie rzecz się podobno ma jeśli chodzi o jednoczesne zasiadanie Stanisława Rojka (b. Wiceprezydenta stolicy, męża radnej PO) w zarządzie Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowo-Usługowego "ZAPLECZE" i radzie nadzorczej MPT. - Pan Rojek to nie jest moja nominacja w takim sensie, że ja go sobie wymyśliłam. To fachowiec – zapewnia prezydent stolicy.
TVN24, TVN Warszawa

2010/11/13

Bemowo: Burmistrz nic nie wiedział o mieszkaniu?

Kto ma szansę na ekspresowy przydział mieszkania komunalnego w świetnej lokalizacji? Trzeba mieć córkę, która jest przyjaciółką burmistrza Bemowa Jarosława Dąbrowskiego (PO) i jeszcze kandyduje do rady miasta z listy partii Tuska.

Burmistrz Jarosław Dąbrowski, szef PO na Bemowie, to jeden z ulubieńców Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jest liderem listy PO do rady dzielnicy. - Jest aktywny, ma dobre kontakty z prasą. To się liczy - mówią w warszawskiej PO.

Burmistrz ma też przyjaciółkę, Barbarę Lewandowską, koordynatorkę jego sekretariatu. Ona z kolei trafiła na elitarną listę kandydatów PO do Rady Warszawy.

Koneserska lokalizacja

Na Bemowie na mieszkanie komunalne czeka się nawet dziesięć lat. W kolejce jest 200 rodzin. W 2008 r. przydziały na mieszkania gminne dostało zaledwie osiem osób. Trzy z nich trafiły do lokali socjalnych o najniższym standardzie na Pradze-Północ i Woli. Czwórka dostała skierowanie do bloku komunalnego na odludziu. Tylko jedna osoba, Elżbieta K., emerytowana nauczycielka, dostała mieszkanie komunalne na Boernerowie, na osiedlu domków jednorodzinnych z lat 30.

Jak ustaliliśmy, K. to mama przyjaciółki burmistrza Barbary Lewandowskiej.

Boernerowo to pełen zieleni teren objęty opieką konserwatora. - To koneserska lokalizacja. Działki kosztują tu ponad 1,5 mln zł - tłumaczy Paulina Benda z firmy Emmerson Nieruchomości.

K. trafiła do modernistycznego domu przy ul. Kunickiego. Dostała blisko 40-metrowe mieszkanie, w którym zgodnie z miejskimi przepisami mogła zamieszkać nawet trzyosobowa rodzina. Urząd sfinansował też remont dachu i elewacji budynku. Tuż przed przeprowadzką Elżbiety K. dzielnica wyremontowała jej przyszłe mieszkanie, płacąc za to 76 tys. zł. Tak hojne inwestycje zadziwiają, bo o dom przy Kunickiego upomina się rodzina dawnych właścicieli. A w takich przypadkach ratusz z reguły wstrzymuje remonty do czasu wyjaśnienia sytuacji prawnej.

Nie było dramatycznych warunków

Pani Elżbieta trafiła na Kunickiego z dwupokojowego mieszkania z wielkiej płyty w jednym z bloków na Bemowie. Lokal należał do jej męża, który po rozwodzie zażądał, by się wyprowadziła. W grudniu 2007 r. sprawą zajęła się komisja mieszkaniowa radnych Bemowa. - Nie zobaczyliśmy dramatycznych warunków, nie stwierdziliśmy oznak przemocy domowej - wspomina Hanna Głowacka, szefowa komisji mieszkaniowej na Bemowie, radna Naszego Miasta.

W protokole komisji czytamy: "Komisja postanowiła wstrzymać się z zaopiniowaniem wniosku do czasu przedstawienia przez Wnioskodawczynię dokumentów dotyczących przemocy w rodzinie". To ważna okoliczność: ofiary przemocy domowej i niepełnosprawni mają pierwszeństwo w przydziale mieszkań komunalnych.

Elżbieta K. w kwietniu 2007 r. poskarżyła się prokuraturze, że jest ofiarą przemocy. W lipcu 2007 r. sprawę umorzono.

- Stało się tak z powodu braku dowodów uzasadniających podejrzenia tego czynu - mówi Marta Białobrzeska, prokurator rejonowa na Woli.

Mimo to zarząd Bemowa już w maju 2008 r. (pięć miesięcy od trafienia na listę oczekujących) przyznał Elżbiecie K mieszkanie przy Kunickiego. Decyzję podpisał osobiście burmistrz Dąbrowski.

- O tym dowiedziałam się po fakcie, bo zarząd nie uzgadnia decyzji o przydziale z komisją - oburza się Hanna Głowacka.

- Nie mieliśmy pojęcia, że to mama urzędniczki - dodaje Teresa Świderska (PiS), inna radna komisji mieszkaniowej.

Mniej szczęścia niż mama przyjaciółki burmistrza miała pani Agnieszka. Od trzech lat czeka w komunalnej kolejce na Bemowie. W 2007 r. odeszła od męża, który bił ją i jej dzieci (syn ma autyzm). Trafiła do ośrodka ofiar przemocy domowej, potem wynajęła mieszkanie. - Były mąż nie płaci alimentów, a moja pensja nie starcza na utrzymanie dzieci i wynajem lokum. Już tonę w długach. W urzędzie usłyszałam, że przez najbliższe lata nie mam szans na mieszkanie - zwierza się pani Agnieszka.

Nikt po prostu nic nie wiedział

Burmistrz Dąbrowski upiera się, że podpisując przydział mieszkania dla K., nie wiedział, że to matka jego zaufanej pracowniczki. Zapewnia, że gdy się o wszystkim dowiedział, przeprowadził z nią rozmowę. - Uwierzyłem w przekazane mi wyjaśnienia - mówi. Kilka dni po rozmowie z nami decyduje się wysłać koordynatorkę na urlop bezpłatny.

- Jestem oddanym pracownikiem i społecznikiem od urodzenia - przedstawia się Barbara Lewandowska. I zarzeka się: - Nic nie wiedziałam, że moja mama złożyła wniosek o mieszkanie. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

Gazeta Stołeczna, Dominika Olszewska, Jan Fusiecki

2010/11/08

Politycy PO pchają swoje rodziny do władzy. Na listach wyborczych do samorządu krewni członków PO

Dość nepotyzmu - obiecywała Platforma Obywatelska, układając listy wyborcze w wyborach samorządowych i chwaliła się, że dzięki decyzjom władz partii w wyborach nie wystartują krewni polityków PO.

Okazało się jednak, że wystarczy dobrze przyjrzeć się kandydatom do warszawskiego samorządu, a z łatwością można znaleźć na listach synów, córki, żony oraz mężów od dawna działających już w Platformie polityków.

To miał być wielki sukces Platformy. Sukces, który nagłośniono przy okazji układania list wyborczych do samorządów. Pod koniec października kandydatów spokrewnionych z obecnymi już w polityce członkami PO skreślano z list. Tłumaczono, że jest to "decyzja zarządu krajowego Platformy dla całego kraju", a inicjatorem akcji miał być osobiście Donald Tusk (53 l.).
W Warszawie jest inaczej. Liderką listy do Rady Warszawy jest żona byłego sekretarza stanu w Kancelarii Premiera Rafała Grupińskiego (58 l.) - Ewa Malinowska-Grupińska (54 l.). Z kolei do warszawskiej Rady Dzielnicy Włochy chce dostać się syn b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy (72 l.) - Krzysztof Czuma. Ten sam, który m.in. żądał od internetowych blogerów usunięcia negatywnych wpisów na temat swojego ojca oraz był szarą eminencją Ministerstwa Sprawiedliwości w okresie, kiedy na czele resortu stał Andrzej Czuma, obecnie poseł PO. Podobnych przypadków "Super Express" doszukał się jeszcze kilkunastu.

Patrz też: Jacek Guzy, prezydent Siemianowic - uczciwością i pracą ludzie się bogacą - ZDJĘCIA, WIDEO


Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/jacek-guzy-prezydent-siemianowic-uczciwoscia-praca_157141.html
Co na to władze mazowieckiej PO? Okazuje się, że problemu nie widzą. - Trudno mówić o nepotyzmie, jeżeli to wyborcy wybierają osoby, które znajdują się na liście - twierdzi wiceszefowa mazowieckiej PO Małgorzata Kidawa-Błońska (53 l.).
Jak w praktyce wygląda zwalczanie nepotyzmu na warszawskich listach wyborczych PO
Ewa Malinowska-Grupińska - liderka listy do Rady Warszawy - żona Rafała Grupińskiego, posła PO
Krzysztof Czuma - kandydat do Rady Dzielnicy Włochy - syn posła PO i b. ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy
Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska - liderka listy do Rady Dzielnicy Śródmieście - żona Marcina Kierwińskiego, wicemarszałka Województwa Mazowieckiego z PO
Robert Kropacz - kandydat do Rady Dzielnicy Bielany - syn Jerzego Kropacza, działacza bielańskiej PO i byłego radnego PO na Bielanach
Łukasz Lanc - kandydat do Rady Dzielnicy Praga-Południe - syn Elżbiety Lanc, radnej Województwa Mazowieckiego z PO (która ponownie kandyduje do sejmiku)
Karolina Mioduszewska - kandydatka do Rady Dzielnicy Ursynów - żona przewodniczącego Rady Dzielnicy Ursynów Michała Matejki (który także kandyduje do Rady Dzielnicy Ursynów)
Krystian Malesa - kandydat do Rady Dzielnicy Ursynów - syn byłego radnego PO na Ursynowie Wojciecha Malesy (który kandyduje do sejmiku).
Łukasz Jeziorski - kandydat do Rady Dzielnicy Wawer - syn radnego PO na Pradze-Południe Bogdana Jeziorskiego (który ponownie kandyduje)
Joanna Tracz-Łaptaszyńska - liderka listy do Rady Dzielnicy Wola - żona Krzysztofa Łaptaszyńskiego, zastępcy dyrektora Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego
Joanna Tucholska - liderka listy do Rady Dzielnicy Żoliborz - córka Joanny Tucholskiej, skarbnika PO na Ursynowie
Szymon Kozłowski - kandydat do Rady Warszawy - mąż radnej PO na Bielanach Ilony Soji-Kozłowskiej (która również kandyduje)

Super Express, Sylewster Ruszkiewicz

2010/10/27

Poznań: Układ w PO. "Nie komentuję tego"

"Polska Głos Wielkopolski": Na kilka dni przed marcowym zjazdem poznańskiej Platformy Obywatelskiej zawarte zostało porozumienie ustalające skład zarządu partii. W zamian za poparcie w wyborach do struktur miejskich Kaczmarek miał poprzeć Dzikowskiego w wyborach regionalnych. Przed samym zjazdem układ został zerwany, a ludzie Dzikowskiego wycięci.
Przy kilku nazwiskach na tej kartce pojawiły się dwie literki - "PU". Cóż to może oznaczać? Zapytaliśmy o to Ziółkowskiego, który "protokołował" obrady. - Skąd pan to ma? Co to ma oznaczać? - pyta wyraźnie zaskoczony senator. - Jak ten dokument do pana trafił? Nie wiem, w jakiej ma pan go postaci - mówi.

Profesor Ziółkowski w rozmowie z dziennikarzami "Poslki Głosu Wielkopolski" w końcu przyznaje, że oznacza on "poza układem", czyli osoby, które nie deklarowały wcześniej poparcia ani dla Kaczmarka, ani dla Dzikowskiego. Nie chce jednak kontynuować dalszej rozmowy na ten temat. Bardziej rozmowny jest Dzikowski. - Posiadaczem tego porozumienia jest wicemarszałek Senatu - mówi. - Mam jego kopię, ale uzgodniliśmy, że nie będziemy jej ujawniać.

Dzikowski przyznaje, że był inicjatorem spotkania. Misji podjął się Ziółkowski. Na spotkaniu uzgodniono ponoć także "jedynki" na listach kandydatów do Rady Miasta Poznania. Tego jednak nie spisywano. Według niego Kaczmarek wypowiedział porozumienie na 24 godziny przed zjazdem.

Wersja tego ostatniego jest inna. - Podobnych rozmów i uzgodnień było kilka - mówi Kaczmarek. - Porozumienie nie zostało zrealizowane, ponieważ Dzikowski domagał się ode mnie publicznej deklaracji, kogo będę wspierał w wyborach regionalnych. Zagroził mi, że jeśli tego nie zrobię, to on ogłosi, iż jestem zdrajcą. Nie uważam, żeby porozumienie zostało zerwane. Ono przestało być aktualne - wyjaśnia.

Europoseł twierdzi, że nie zamierzał wcześniej deklarować, kogo chce wesprzeć w wyborach do władz regionalnych. Przymuszony do tego przez Dzikowskiego przyznał, że swój głos zamierza oddać na Grupińskiego.

Jaki byłby sens poparcia Kaczmarka przez Dzikowskiego bez adekwatnej postawy tego pierwszego w wyborach regionalnych?

- Jeśli Dzikowski liczył, że on mnie wesprze na szefa miasta, a ja jego w regionie, to mógł się czuć zawiedziony - mówi Kaczmarek. - Ja jednak miałem wsparcie zarówno jego, jak i Grupińskiego. Polityka to nie jest wymiana uprzejmości - dodaje.

Gorączkowych rozmów między politykami poznańskiej PO rzeczywiście musiało być więcej. Na dobę przed zjazdem z kandydowania na szefa poznańskiej Platformy wycofali się: poseł Dariusz Lipiński oraz Leszek Wojtasiak, wicemarszałek województwa. Obaj wsparli Kaczmarka. Ten już wówczas wiedział, że nie potrzebuje poparcia ze strony zwolenników Dzikowskiego. Odzwierciedlały to wyniki wyborów.

Zgodnie z porozumieniem marcowym w skład zarządu mieli wejść (a ostatecznie zostali zastąpieni innymi osobami) - Grzegorz Ganowicz, przewodnicząca Rady Miasta Poznania, Zbigniewa Nowodworska, szefowa Wielkopolskiego NFZ, Sławomir Hinc, zastępca prezydenta Poznania, Ryszard Śliwa, radny oraz Marcin Małyszczyk, szef Stowarzyszenia Młodzi Demokraci w Poznaniu. Do zarządu nie wszedł także radny Michał Tomczak, który w porozumieniu był brany pod uwagę fakultatywnie z Dariuszem Lipińskim.

W ich miejsce do zarządu weszli m. in.: Łukasz Mikuła, Jakub Jędrzejewski czy Grzegorz Proniewicz.

Piotr Talaga, „Polska Głos Wielkopolski”
Waldy Dzikowski miał świadomość, że losy jego przywództwa w wielkopolskiej PO zależą od głosów nie tylko jego zwolenników. W boju z Rafałem Grupińskim potrzebne było wsparcie ze strony zwolenników Filipa Kaczmarka, który chciał zostać szefem poznańskiej PO. Tak powstał plan porozumienia, do którego szczegółów dotarła "Polska Głos Wielkopolski".

Na kilka dni przed terminem poznańskiego zjazdu o spotkanie z Kaczmarkiem poprosił senator Marek Ziółkowski. Mniej więcej godzinę później dołączył do nich Dzikowski. Postanowiono ustalić listę kandydatów, którzy będą wzajemnie popierani przez reprezentowane frakcje. Tak powstała kompletna lista 15 osób, które miały tworzyć przyszły poznański zarząd partii. Politycy spisali te nazwiska i pod kartką złożyli swoje podpisy. - Nie komentuję tego i nie udzielam żadnych informacji na ten temat - zastrzega Ziółkowski. - Sądziłem, że to będzie dobre rozwiązanie, potem stało się inaczej.

2010/10/21

Wybory samorządowe bez parytetów: Kobiety ustępują miejsca panom

PARYTETY ŚWIETNIE WYGLĄDAJĄ na partyjnych sztandarach. W realnej polityce są uciążliwe
Kobiety nie mogą liczyć na specjalne względy przy tworzeniu list wyborczych w wyborach samorządowych. Ustawa parytetowa, która była jednym z głównych motywów kampanii prezydenckiej, utknęła w Sejmie. Mimo zapewnień wszystkich ugrupowań o eksponowaniu kobiet na listach praktyka wygląda inaczej.
W Gdańsku SLD i SdPL ustaliły, że wspólnym kandydatem lewicy na prezydenta będzie szef tamtejszej rady miejskiej SLD Krzysztof Andruszkiewicz. Wcześniej jako kandydata na ten urząd SdPL zarejestrował w Komisji Wyborczej Jolantę Banach. Musiała ona jednak ustąpić miejsca mężczyźnie i teraz kandyduje do rady miasta.
Ustąp miejsca mężczyźnie
– Musieliśmy pójść na pewne ustępstwa. Konfrontacja z największą lewicową partią byłaby złym pomysłem, dlatego woleliśmy zrezygnować z naszego kandydata, by mieć większe szanse w wyborach jako porozumienie lewicy. Był to wybór mniejszego zła – mówi Przemysław Kmieciak z jej sztabu.
Jeszcze gorsza sytuacja spotkała Marię Weber, kandydatkę PO do rady miasta. Lokalne władze PO obiecywały jej drugie miejsce na liście wyborczej na warszawskiej Woli. Gdy lista była gotowa, Weber znalazła się na miejscu czwartym.
– Padłam ofiarą kolesiostwa i przetargów partyjnych. Moje miejsce zajął młody podopieczny posła Michała Szczerby – tłumaczy Maria Weber.
A wysokie miejsce daje dużo większe szanse na sukces. Pierwszemu na liście Platforma przyznaje 3400 zł na kampanię. Drugi może liczyć na 1900 zł, trzeci na 1100 zł. Czwarty otrzymuje już tylko 400 zł.
– W takiej sytuacji zrezygnowałam z prowadzenia kampanii – mówi Weber.
Nie dziwi to Joanny Reyman z Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej. – Wiele pań skarżyło się, że są traktowane przez swoje ugrupowania jak paprotki – mówi Reyman. – Są na listach, ale poza wybieralną piątką, narzuca im się, jak mają wyglądać ulotki wyborcze.
Według danych PKW mężczyźni stanowią przygniatającą większość kandydatów na wszystkich szczeblach wyborczych. Największy ich odsetek jest wśród kandydatów na urząd wójta, burmistrza lub prezydenta – ok. 87 proc., najmniejszy do rad miast na prawach powiatu – ok. 65 proc.
Decyduje układ
– Z całej Polski otrzymuję skargi od kobiet, które są usuwane z list wyborczych lub przesuwane na gorsze miejsca – mówi prof. Magdalena Środa, były pełnomocnik rządu ds. równego traktowania kobiet i mężczyzn.
Dodaje, że sytuacja jest najgorsza na najniższych szczeblach samorządowych. – Tam rządzą męskie, kilkuosobowe układy – twierdzi.
Ale nie tylko. W Poznaniu o fotel prezydenta konkurują sami mężczyźni: były wojewoda Tadeusz Dziuba (PiS), obecny prezydent Ryszard Grobelny (do niedawna z PO), przewodniczący rady miasta Grzegorz Ganowicz (PO), biznesmen Dariusz Bachalski (SLD) i doradca gospodarczy Jacek Jaśkowiak ze Stowarzyszenia My-Poznaniacy. Jedynym kobiecym akcentem jest Maria Pasło-Wiśniewska, która udzieliła poparcia Jaśkowiakowi. W poprzednich wyborach konkurowała z Grobelnym jako kandydatka PO.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

PAP dla kolegów Platformy

Po niemal trzech latach od objęcia władzy przez koalicję PO-PSL przyszedł czas na ocenę skuteczności nadzoru nad państwowym majątkiem, który sprawuje przede wszystkim Ministerstwo Skarbu Państwa. Bilans, niestety, wygląda niekorzystnie, a pod kierownictwem ministra Aleksandra Grada urzędnicy MSP powielają grzechy poprzednich ekip rządzących, co widać szczególnie jaskrawo w Polskiej Agencji Prasowej, którą zausznicy szefa resortu traktują jak prywatny folwark - pisze Grzegorz Boguta, były doradca zarządu PAP.
Tego bilansu nie równoważą miliardowe przychody z prywatyzacji wielkich spółek, jak Enea, PZU czy PGE. Zarządzanie dobrem narodowym, jakim są państwowe firmy, to nie tylko prywatyzacja najbardziej tłustych kąsków, jak wielkie instytucje finansowe czy koncerny energetyczne, na które zawsze znajdą się chętni. Ministerstwo sprawuje również nadzór nad państwowym majątkiem w postaci spółek lub przedsiębiorstw państwowych, które przynoszą straty, a czasem są wręcz na granicy upadłości. Takim firmom potrzebna jest restrukturyzacja i przygotowanie do ewentualnej prywatyzacji, gdyż w odziedziczonej po PRL postaci nie dają sobie rady na konkurencyjnym rynku. W przypadku takich firm zwykle brakuje chętnych na nabycie ich akcji bądź udziałów, a jeżeli się pojawią, to nierzadko jedyną pokusą dla potencjalnego kupca są należące do nich atrakcyjnie położone nieruchomości. Aby restrukturyzacja się powiodła i państwowe firmy osiągnęły rentowność, skarb państwa, który jest właścicielem w imieniu nas, obywateli, a który jest reprezentowany, na przykład, przez ministra skarbu państwa, musi swoją funkcję wykonywać mądrze. A to oznacza - z jednej strony - że musi przestrzegać kodeksu spółek handlowych, jeżeli jest to spółka prawa handlowego, a z drugiej - że swoje prawa do powoływania członków rady nadzorczej, a tym samym wpływania na wybór zarządu, skarb państwa powinien wykorzystać dla dobra spółki, a nie dla dobra urzędników. Oznacza to wybór takiego zarządu, który będzie w stanie dobrze zarządzać spółką, przeprowadzić jej restrukturyzację, jeżeli będzie potrzebna, zapewnić rozwój spółki oraz przygotować ją do prywatyzacji, jeżeli taka będzie wola właściciela. Trafnie opisał to premier Donald Tusk, kiedy w swoim exposé z 23 listopada 2007 r. obiecywał, że "() tam, gdzie dzisiaj państwo pozostaje właścicielem, szczególnie dotyczy to spółek z udziałem skarbu państwa, przyjmiemy wreszcie jawny i otwarty nabór do rad nadzorczych i wybór członków zarządu w drodze konkursu. Ale po to, żeby wycofywać państwo z gospodarki, żeby uczciwi ludzie i kompetentni ludzie, a nie z nadania aparatu partyjnego, przygotowali większość tych spółek do możliwie szybkiej prywatyzacji lub przekazania w dyspozycję samorządowi terytorialnemu. Chcemy w ten sposób zakończyć kilkunastoletni polityczny proceder zawłaszczania tych firm przez aparat biurokratyczny i partyjny".
Ile można wytrzymać bez prezesa

Rzeczywistość ostatnich lat, niestety, rozminęła się z deklaracjami szefa rządu.
Fatalne funkcjonowanie modelu z powoływaniem zarządów państwowych firm przez radę nadzorczą, w której dominującą pozycję mają urzędnicy skarbu lub innych struktur administracji państwowej, widać jak w soczewce na przykładzie Polskiej Agencji Prasowej, którą nadzorujący ją podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Adam Leszkiewicz do spółki z byłym przewodniczącym rady nadzorczej Krzysztofem Andrackim postanowili za wszelką cenę obsadzić swymi kolegami i znajomymi, nie wahając się przed marnotrawstwem pieniędzy spółki.

Kiedy 29 kwietnia 2009 roku Leszkiewicz został wiceministrem skarbu, PAP już od trzech i pół miesiąca działał bez zarządu, ponieważ poprzednie władze spółki podały się do dymisji, a konkurs ogłoszony w połowie lutego zakończył się 16 kwietnia 2009 r. bez wyłonienia kandydatów do zarządu. Co ciekawe, uchwała rady nadzorczej o zamknięciu konkursu została podjęta dzień po dymisji nadzorującego wcześniej PAP wiceministra Michała Chyczewskiego.

Zamknięcie konkursu nastąpiło, mimo że wystartowali w nim kandydaci z odpowiednimi kwalifikacjami. Rada pod przewodnictwem Krzysztofa Andrackiego nie podała powodów zamknięcia konkursu. Kilkadziesiąt tysięcy złotych beztrosko wyrzucono w błoto. Sens tego posunięcia objawił się, gdy Andracki, oddelegowany do pełnienia obowiązków prezesa, wycofał się z członkostwa w radzie nadzorczej i wystartował w drugim konkursie, ogłoszonym 3 czerwca 2009. Konkurs jednak najwyraźniej nie szedł po jego myśli, bo wycofał się z udziału w nim i odwołał swoją rezygnację z prac w radzie nadzorczej PAP. Rada zaś 1 lipca ub.r. zamknęła kolejny konkurs "bez wyłonienia kandydatów", ponownie nie podając żadnych przyczyn podjęcia takiej uchwały. PAP stracił kolejne kilkadziesiąt tysięcy złotych z powodu hamletyzmu przewodniczącego rady nadzorczej.

Trzeci konkurs, ogłoszony 13 sierpnia, od poprzednich różnił się jedynie tym, że rada nadzorcza pod przewodnictwem Krzysztofa Andrackiego nie podała powodów zamknięcia konkursu, który trwał aż do kwietnia 2010, kiedy też został zakończony bez wyłonienia kandydatów. W tym czasie część członków rady nadzorczej zmęczona bałaganem i trwającym od miesięcy stanem zawieszenia w funkcjonowaniu spółki pozbawionej pełnoprawnego zarządu przeforsowała odwołanie Andrackiego ze stanowiska przewodniczącego.

W odpowiedzi Andracki złożył ponowną rezygnację z członkostwa w radzie, skutecznie blokując wybór zarządu wpisany do porządku obrad w grudniu 2009 r. Rada w składzie czteroosobowym nie mogła podjąć uchwały o powołaniu nowego zarządu, gdyż nie pozwalają na to kodeks spółek handlowych i statut PAP. Wtedy do akcji wkroczył wiceminister Adam Leszkiewicz, który w styczniu br., najprawdopodobniej z naruszeniem prawa, o czym dalej, uzupełnił składy rady nadzorczej o trzy osoby zamiast o jedną. Trudno usprawiedliwić ten błąd, gdyż MSP popełniło go już raz w czasach rządów PiS. Skończyło się zaskarżeniem uchwały walnego zgromadzenia akcjonariuszy przez dwóch członków rady nadzorczej, którzy wygrali w sądzie z ministerstwem.

Błędy kopiują od PiS-u

Szkodnictwo Leszkiewicza jest tym bardziej rażące, że można było przewidzieć, iż sprawa i tym razem trafi do sądu. Tak też się stało. Jerzy Domański, jeden z członków rady, zaskarżył uchwały walnego zgromadzenia i 13 sierpnia stołeczny sąd okręgowy, na razie w I instancji, uznał rozszerzenie składu rady nadzorczej, podobnie jak trzy lata wcześniej w analogicznej sprawie, za naruszenie prawa. W uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Wierzchowski przypomniał pozwanemu, że zgodnie z ustawą o Polskiej Agencji Prasowej skład rady nadzorczej może być zmieniony przed upływem jej kadencji jedynie w przypadku udostępnienia akcji spółki osobom trzecim, podczas gdy cały czas właścicielem 100 proc. akcji PAP jest skarb państwa. W ocenie sądu ustawodawca w 1997 r. celowo ograniczył możliwości ingerencji w skład rady nadzorczej, co świadczy o zamiarze "przyznania pierwszeństwa niezależności i uchronienia rady nadzorczej PAP od doraźnych celów politycznych". Sędzia Wierzchowski uświadomił pozwanemu, że PAP ma charakter publicznej agencji prasowej, której celem jest rzetelne, obiektywne i wszechstronne informowanie odbiorców.

Jeżeli sąd w II instancji utrzyma wyrok z 13 sierpnia PAP znów będzie bez zarządu, a stanie się to z winy wiceministra Leszkiewicza, który systematycznie lekceważy prawo. Świadczy o tym także oferta złożona za pośrednictwem Anny Borkowskiej, przewodniczącej rady programowej PAP, Adzie Kostrz-Kosteckiej, która przez siedem lat zasiadała w zarządzie agencji, a z racji swego doświadczenia i kompetencji (wykształcenie ekonomiczne, dziennikarskie i techniczne) startowała we wszystkich konkursach na nowy zarząd spółki i była bardzo mocną merytorycznie kandydatką. Rozmowa odbyła się w obecności Tadeusza Myślika, sekretarza generalnego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. Wiceminister Leszkiewicz przekazał Annie Borkowskiej propozycję dla Ady Kostrz-Kosteckiej, gwarantując tej ostatniej, że jeśli wycofa się z kandydowania na prezesa PAP, będzie członkiem zarządu przez dwie kadencje. Jak wiceminister może coś takiego gwarantować, skoro obowiązuje tryb wyboru kandydatów do zarządu w drodze konkursu? Odpowiedź na to pytanie znać powinien Leszkiewicz, który najpierw uparcie forsował kandydaturę Krzysztofa Andrackiego na prezesa PAP, a kiedy ta koncepcja ostatecznie upadła, zapewnił miejsca w zarządzie spółki osobom o dyskusyjnych kompetencjach, ale za to odpowiednio ustosunkowanych.

Aby to umożliwić, rada nadzorcza, której przewodniczącym jest teraz radca ministra skarbu Krzysztof Hofman (w gremium zasiada jeszcze dwóch innych urzędników - jeden z MSP, drugi z Ministerstwa Finansów), ogłaszając w kwietniu br. kolejny, czwarty już konkurs na członków zarządu PAP, wprowadziła istotną zmianę warunków dla kandydatów. Do niezbędnego pięcioletniego stażu na stanowisku kierowniczym doliczono pełnienie funkcji dziennikarskich - redaktora naczelnego lub jego zastępcy. We wcześniejszych konkursach liczyło się tylko doświadczenie menedżerskie. Dzięki poprawce do zarządu wszedł Jerzy Paciorkowski, który odpadł w jednym z poprzednich konkursów ze względów formalnych. Jest on znajomym Tomasza Arabskiego, szefa kancelarii premiera, którego zastępcą przed przejściem do MSP był Adam Leszkiewicz.

Do zarządu agencji weszła też Lidia Sobańska, z zaledwie rocznym stażem na stanowisku dyrektora jednego z oddziałów PAP, ale za to z błogosławieństwem Krzysztofa Andrackiego. Z kolei inny członek nowego zarządu Zbigniew Krzysztyniak to kolega Witolda Grzybowskiego, byłego doradcy ministra skarbu Aleksandra Grada.

Jak taki towarzysko-polityczny klucz w kompletowaniu władz PAP ma się do deklaracji premiera Donalda Tuska, który prawie trzy lata temu w exposé zapowiadał "realizację precyzyjnie zdefiniowanej misji publicznej oraz odpolitycznienie nadzoru i bezpośredniego zarządzania mediami publicznymi"?

Ale kto by się tam przejmował jakimś exposé szefa rządu, skoro przewodniczący rady nadzorczej PAP Krzysztof Hofman nie zgodził się na wprowadzenie w ostatnim konkursie arkusza ocen kandydatów do zarządu, mimo że wymaga tego rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie przeprowadzenia postępowania kwalifikacyjnego na stanowiska członków zarządu w niektórych spółkach handlowych?

Uchwała o wyborze zarządu powinna zawierać ocenę wszystkich kandydatów. Tym razem jednak z niewiadomych przyczyn poprzestano na ogólnym stwierdzeniu, który kandydat był najlepszy, bez podania uzasadnienia tej oceny. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że uchwały o powołaniu członków zarządu PAP są sprzeczne z rozporządzeniem rządu.
Żaden z członków zarządu PAP nie ma doświadczenia w zarządzaniu dużymi firmami i w ich restrukturyzacji, brakuje im też wiedzy o finansach. A właśnie tego najbardziej dzisiaj potrzeba menedżerom PAP, gdyż agencja, a zwłaszcza należąca do niej Drukarnia Naukowo-Techniczna, wymagają zmian. PAP musi się zreorganizować i rozwinąć, jeśli dalej ma pozostać znaczącym dostawcą informacji, zdjęć i innego rodzaju plików multimedialnych nie tylko dla odbiorców z rynku mediów, ale także dla liczących się instytucji finansowych.

Z kin do Papu

Pieniądze na modernizację agencji mogłyby pochodzić ze sprzedaży gruntu, na którym usytuowana jest drukarnia. Kiedyś istniała koncepcja wybudowania nowej hali dla drukarni, tuż obok obecnego starego budynku. Gdy p.o. prezesa PAP został Krzysztof Andracki, zlecił wykonanie koncepcji zabudowy firmie Juvenes reprezentowanej przez Krzysztofa Tyszkiewicza. Architekt ten w przeszłości wielokrotnie pojawiał się w otoczeniu Andrackiego. Także wtedy, gdy jako prezes spółki Max-Film modernizował warszawskie kina, których właścicielem była spółka należąca do samorządu województwa mazowieckiego, a potem, gdy sprzedawał tereny m.in. po kinach Sawa i Wars. Teren po zlikwidowanym kinie Wars na Rynku Nowego Miasta w Warszawie kupiła firma Serenus, która ma siedzibę pod tym samym adresem co Juvenes (obecnie pod nazwą Juvenes Projekt) i spółka Warszawskie Towarzystwo Medyczne zarządzana przez Jolantę Andracką, żonę byłego szefa rady nadzorczej PAP. Serenus buduje tam luksusowy apartamentowiec. Zarobek jest więc podwójny: dzięki atrakcyjnej cenie nieruchomości, po jakiej Andracki sprzedał ją Serenusowi, i sprzedaży drogich apartamentów.

Zlecenie opracowania koncepcji zabudowy terenu drukarni wstrzymała Ada Kostrz-Kostecka, gdy Krzysztof Andracki wrócił z zarządu do rady nadzorczej agencji. Nie było bowiem jeszcze żadnych formalnych decyzji o przystąpieniu do budowy hali, więc wydawanie kilkudziesięciu tysięcy złotych na tym etapie było przedwczesne. Informacja o wstrzymaniu zlecenia dla Juvenesu wywołała furię Andrackiego.

Źródło: Gazeta Wyborcza

2010/10/18

Platforma dyktatorska? Kontrowersje wokół list

Tak o swojej partii zaczynają mówić działacze podlaskich struktur, oburzeni ingerencją władz krajowych w skład list do sejmiku. - To zabawy w piaskownicy - ripostuje Damian Raczkowski, na którego wniosek wprowadzono zmiany

W miniony weekend partyjna rada regionu, zgodnie ze swoimi kompetencjami, wybrała kandydatów PO do sejmiku województwa. Podczas posiedzenia kolegialnego, wybranego demokratycznie ciała, głosowano nad dwoma listami: zaproponowaną przez tzw. porozumienie powiatów oraz przygotowaną przez Damiana Raczkowskiego. Stosunkiem głosów 24:6 wygrała ta pierwsza. Raczkowski jednak nie złożył broni i od decyzji własnej rady odwołał się do władz krajowych partii. Domagał się kilkunastu zmian.

- To sytuacja raczej bez precedensu. Owszem, zawsze były odwołania, ale składali je tylko ci, co byli niezadowoleni ze swojej pozycji na liście albo z tego, że się na niej w ogóle nie znaleźli. Tym razem od decyzji własnej rady odwołał się przewodniczący - ocenia anonimowo jeden z przedstawicieli władz regionalnych ugrupowania.
W poprzedni czwartek zarząd krajowy Platformy w czterech przypadkach uwzględnił odwołania Raczkowskiego. Największa zmiana dotyczy obejmującego Suwałki okręgu wyborczego numer 2. Rada regionu chciała, by tamtejszą listę otwierała działaczka harcerska Bożena Kamińska. Ostatecznie liderem jednak będzie zwolennik Raczkowskiego, były radny wojewódzki Cezary Cieślukowski. Kamińska spadła na drugą pozycję.

- Miało być: Platforma i młodzi, a jest: Tusk i jego kolesie - oburza się jeden z podlaskich działaczy partii. Nazwisko premiera przywołuje nieprzypadkowo. Do legendy przechodzi już określenie "Rozmawiałem o tym z Donaldem", jakim przy prawie każdej rozmowie z partyjnymi kolegami posługuje się podobno Raczkowski.

Druga z poważnych zmian wymuszonych przez władze krajowe na wniosek przewodniczącego dotyczy listy w okręgu numer pięć, czyli na tzw. wianuszku złożonym z powiatów białostockiego, hajnowskiego, monieckiego i sokólskiego. Tu dwójką miał być wicestarosta białostocki Adam Kamiński. Raczkowski na tym miejscu jednak widzi radnego wojewódzkiego Zdzisława Jabłońskiego. Kamiński zaś miałby spaść na zajmowane wcześniej przez Jabłońskiego miejsce czwarte.

- Tego nie da się wytłumaczyć w racjonalnych kategoriach. Przewodniczący wypycha z listy bardzo sprawnego i popularnego wicestarostę największego powiatu w Polsce i zastępuje go radnym wojewódzkim, który w czasie całej kadencji pewnie nie miał nawet dziesięciu publicznych wystąpień - ocenia jeden z członków rady regionu. W jego ocenie, w tym konkretnie przypadku chodzi o zemstę - Raczkowski nie może podobno wybaczyć Kamińskiemu, że wiosną był jego kontrkandydatem w wyborach na stanowisko przewodniczącego Platformy w powiecie białostockim.

- Nie jestem usatysfakcjonowany zmianami wprowadzonymi przez zarząd krajowy. Powinno się uszanować podjęte demokratycznie, zdecydowaną większością głosów, decyzje rady regionu - uważa Tadeusz Arłukowicz, nieformalny rzecznik porozumienia powiatów.

Dlatego na przeprowadzonym w sobotę posiedzeniu rady regionu jej członkowie postanowili jednak w jednym wypadku zmienić, jak to określają, narzucony przez "krajówkę" porządek. Kamiński miałby więc zająć ostatnie miejsce na liście, czwarte zaś dostałby startujący dotychczas z ostatniej pozycji Daniel Szutko. Obaj panowie porozumieli się w tej sprawie. Resztę zmian Raczkowskiego rada uznała, by kolejnymi odwołaniami nie opóźniać rejestracji list i rozpoczęcia kampanii wyborczej.

Przewodniczący jednak najprawdopodobniej znów odwoła się do władz krajowych. Podkreśla, że nie chodzi tu o żadną zemstę na Kamińskim, bo czwarte miejsce na liście też jest bardzo dobre.

- Tu chodzi o zasadę, która została złamana. Nie może być "ot, tak sobie" przesunięć na listach, które zatwierdziły władze krajowe. W ten sposób rada regionu łamie pewien rygor - uważa Raczkowski. Wyjaśnia, że wcześniej zwrócił się do władz krajowych o zmiany na listach, bo chciał, by były jak najsilniejsze, by mogły zbierać głosy jak najszerszych środowisk.

- To zrozumiałe, że przy układaniu list są emocje. W życiu każdej partii to najbardziej gorący okres, kiedy rozstrzyga się przyszłość kilkudziesięciu powiatów i gmin oraz kilkuset ludzi. Przecież o miejsce na liczącej kilkanaście miejsc liście w każdym okręgu zabiega kilkadziesiąt osób - dodaje przewodniczący, który w tą sobotę poniósł kolejną klęskę w starciu z "porozumieniem powiatów". Tym razem przy wyborach zarządu regionu - organu, który wraz z nim będzie rządzić podlaską PO przez najbliższe cztery lata. Poza Barbarą Kudrycką - którą na wiceprzewodniczącą zgłosił zarówno Raczkowski, jak i porozumienie, do zarządu weszli wyłącznie kandydaci porozumienia. Problem był również w przypadku dwóch funkcji, na które kandydatów zgłasza przewodniczący - czyli sekretarza i skarbnika regionu. O ile rada zgodziła się, by sekretarzem został białostocki radny miejski Marek Chojnowski, jednoznacznie kojarzony z Raczkowskim, o tyle w dwóch kolejnych głosowaniach odrzuciła kandydaturę posła Jacka Żalka na skarbnika. Stosunkiem głosów 12 do 18, oraz 7 do 15.

- Robią mi na złość, przypomina to zabawę w piaskownicy. Skarbnik i sekretarz leżą przecież w mojej kompetencji - uważa Damian Raczkowski, który na kolejnym posiedzeniu rady znów zamierza zaproponować Żalka. Dodaje, że dopóki zarząd nie będzie kompletny, de facto nie będzie go w ogóle.

Konflikt w podlaskiej PO trwa od maja tego roku, kiedy to Raczkowski ku zaskoczeniu wielu pokonał dotychczasowego przewodniczącego regionu posła Roberta Tyszkiewicza. Zjazd wyborczy na półtora miesiąca przerwano. Po jego wznowieniu w pozostałych organach regionalnej Platformy, czyli radzie regionu, komisji rewizyjnej i partyjnym sądzie zdecydowaną przewagę zdobyli przeciwnicy Raczkowskiego. W jego ocenie steruje nimi właśnie Tyszkiewicz. Oni sami podkreślają, że są ruchem oddolnym, niezależnym od nikogo.

Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok

2010/10/13

Zmiany na listach PO. Kara za Palikota?

Lokalni działacze Platformy, którzy murem stali za Januszem Palikotem, wypadli z list wyborczych tej partii lub zostali zrzuceni na dalekie miejsca. Tak zdecydował zarząd krajowy Platformy i szef partii Donald Tusk. - To kara za współpracę z Palikotem - nie mają złudzeń w PO
Kiedy wydawało się, że lokalni działacze PO doszli do porozumienia co do list wyborczych, zarząd krajowy pod wodzą Tuska zrobił rewolucję. Wykreśleni lub przesunięci na dalsze pozycje zostali ludzie, którzy przez ostatnie cztery lata wspierali Palikota. Kiedy Palikot porzucił partię i tworzy własny ruch polityczny, lokalni działacze stracili "plecy".

Radny i były prezydent Lublina Paweł Bryłowski wspólnie z Palikotem zawsze bronił Adama Wasilewskiego przed krytyką. Teraz nie jest już numerem 1 na liście do rady miasta z Kalinowszczyzny. Spadł na ostatnią pozycję, a jego miejsce zajęła Marta Wcisło. Dodajmy - "jedynka" niemal gwarantuje wygraną.
- Odnoszę wrażenie, że jest to rodzaj kopniaka - mówi Bryłowski.

Wyborczych zmian jest więcej. Z listy do sejmiku zostali wykreśleni mecenas Krzysztof Kamiński i członek zarządu województwa lubelskiego Marek Flasiński, który miał otwierać listę w powiecie lubelskim. Palikot często na konferencjach prasowych wychwalał Flasińskiego za skuteczność przy realizacji programów unijnych. - Szkoda trochę, ale przyjmuję tę decyzję. Takie jest życie, taka jest polityka - mówi Flasiński.

Jacek Sobczak stracił "jedynkę" na liście do sejmiku z Lublina. Jego miejsce zajął Krzysztof Żuk, którego lokalna PO umieściła na 10 pozycji. Sobczak jest teraz na drugim miejscu.

Podczas wiosennych wyborów szefa partii w województwie Sobczak popierał Palikota, a zgłaszając jego kandydaturę wygłosił nawet laudację na cześć posła.

Z listy do sejmiku całkowicie skreślony został Krzysztof Łątka, do niedawna jeden z "przybocznych" Palikota. Nazwisko Łątki przewijało się w śledztwie dotyczącym nielegalnego finansowania kampanii posła. Nikomu nie przedstawiono zarzutów.

Łątka nie kryje, że czuje się ukarany: - Po 10 latach lojalnej, skutecznej pracy dla Platformy Obywatelskiej bardziej bym oczekiwał nagrody niż kary, ale taka jest polityka - mówi. Na swoim blogu napisał "Rewolucja zjada własne dzieci". Dokłada jeszcze kilka przemyśleń, w których znajduje się i takie: "Twoja pozycja zależy od pozycji Twoich mentorów".

Decyzja władz krajowych jest nieodwołalna. W miejscach, gdzie powstał wakat na listach - tak jest np. w przypadku Flasińskiego - tymczasowy szef wojewódzkiej PO Stanisław Żmijan dostał od Tuska wolną rękę.

Flasiński: - Toczyłem i toczę różne dyskusje w Platformie. Także z posłem Włodzimierzem Karpińskim [krytykiem Palikota - red.] i sądzę, że to są tego wyniki.

W lubelskiej PO wątpliwości nie mają: - Najbliżsi ludzie Palikota zostali ukarani - mówią.

- Mam nadzieję, że nie, choć trudno oprzeć się takiemu wrażeniu. To przemoc ze strony partii. Przeciwko temu powstaje Ruch - komentuje Palikot.

Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin

2010/10/12

Koledzy z PO dali medal koledze. Bo wypełniał obowiązki

Radni sejmiku przyznali w poniedziałek odznakę honorową Zasłużony dla Mazowsza wojewodzie mazowieckiemu i byłemu wicemarszałkowi Mazowsza Jackowi Kozłowskiemu (PO). O to wyróżnienie wnioskował partyjny kolega wojewody i szef sejmiku Robert Soszyński (PO).
W uzasadnieniu czytamy: "Za ogromne zaangażowanie w zwalczanie i niwelowanie skutków powodzi, jaka nawiedziła Mazowsze wiosną 2010 r.".

Jacek Kozłowski, choć nie krył zaskoczenia, z wyróżnienia był zadowolony. - Cieszę się, że doceniono moją pracę i tych, którzy nam pomagali - skwitował.

Nie chcę tu oceniać Jacka Kozłowskiego jako wojewody, wydaje mi się jednak, że monitorowanie wałów, organizowanie akcji ratunkowej, zarządzanie sztabem kryzysowym w trakcie powodzi to jego zwykłe obowiązki służbowe.

Szkoda, że radni sejmiku nie przestrzegają starej zasady nieprzyznawania wyróżnień urzędującym urzędnikom. Żenujące to trochę - koledzy dali medal koledze.

Dominka Olszewska
Gazeta Stołeczna