2007/12/08

Pani Julka od korupcji

Tajemnicze telefony i podpalenie auta Julii Pitery umacniają jej wizerunek niezłomnej tropicielki korupcji. Nie wszyscy jednak w to wierzą. – To postać nadmuchana, która nigdy niczego nie wykryła – mówi ŻW były prezydent Warszawy Paweł Piskorski.
Ojciec Julii Pitery, profesor biochemii, chciał, żeby córka została lekarką. Jak wiele nastolatek Pitera (wówczas Zakrzewska) marzyła jednak o karierze aktorskiej i złożyła papiery do PWST. Nie dostała się. Trafiła na polonistykę i już w czasie studiów zaczęła uczyć w Liceum im. Dąbrowskiego.
Na ostatnim roku, zgodnie z popularnym wówczas schematem, wyszła za mąż. Jej mąż Paweł Pitera studiował reżyserię. Wkrótce urodził im się synek, a w styczniu 1981 roku Julia znalazła pracę dokumentalistki w Instytucie Badań Literackich. Ślęczenie nad stosami papierzysk, monotonne gromadzenie i systematyzowanie informacji wielu ludziom wydaje się nudne, ale Pitera znalazła w tym upodobanie.
W latach 80. instytut był przystanią solidarnościowych opozycjonistów knujących przeciw reżimowi Jaruzelskiego. To właśnie tam Pitera poznała Jarosława Kaczyńskiego, zatrudnionego w magazynie. Znajomość zaowocowała w 1990 roku, gdy Kaczyński zaproponował jej pracę w Kancelarii Prezydenta Wałęsy. Zapisała się do Porozumienia Centrum, kierowanego przez braci. Okazało się to przełomowym momentem w jej życiu, gdyż od tej chwili Julia Pitera na trwałe związała się z polityką. Pracowała dla kilku rządów solidarnościowych, a w 1994 roku postanowiła wystartować w wyborach samorządowych z listy... UPR Janusza Korwina-Mikkego.
Niczym natrętna mucha
W Radzie Warszawy dała się poznać jako tropicielka afer i przekrętów. Przetarg na kasowniki, płatne parkowanie, zniżki na auta dla radnych, obrót mieszkaniami komunalnymi – sprawy, w które wściubiała nos trudno zliczyć. – Koncesje dla znajomków, przekręty, wyprzedaż za bezcen najdroższych działek to codzienność Warszawy – mówiła w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
Nie popuszczała też kolegom partyjnym, w rezultacie czego pożegnała się z UPR. W 1998 roku kandydowała z listy Ligi Republikańskiej, dokąd zaciągnął ją syn Kuba. Potem znalazła się w Akcji Wyborczej Solidarność. Zasłynęła, gdy odmówiła wsparcia dla kandydatury Piskorskiego na prezydenta Warszawy, uzgodnionej już przez AWS i Unię Wolności. W efekcie Piskorski został wybrany dzięki porozumieniu UW – SLD, a Pitera zaczęła z nim walkę na czele nowo powstałego klubu Zgoda Warszawska. Zarzucała Piskorskiemu, że wciągnął do samorządów znajomych biznesmenów i razem kręcą lody. AWS-owcy wyklęli ją za zdradę, a dla nowych władz stolicy była niczym natrętna mucha, która gryzie, gdzie tylko może.
– Popisywała się tam, gdzie to było dla niej wygodne – mówi Piskorski. – Walka z korupcją stała się modna, więc postanowiła popłynąć na tej fali. Rzucała pomówienia, atakowała bez żadnych podstaw. Jeden jedyny raz prokurator zajął się sprawą, o której mówiła, ale sprawa zakończyła się umorzeniem z braku jakichkolwiek dowodów – podkreśla.
Obiektem ataku Pitery stała się też spółka Echo Investment należąca do Michała Sołowowa, obecnie najbogatszego Polaka. Pitera zarzuciła firmie, że w nieczysty sposób nabyła atrakcyjne grunty. Proces, który wytoczyło jej Echo, wygrała. W tym czasie była już jedną z najpopularniejszych działaczek samorządowych w Warszawie, a w 2001 roku została szefową polskiego oddziału Transparency International – ogólnoświatowej organizacji walczącej z korupcją.
Na początku nowego stulecia znalazł się jednak hak i na samą Piterę. Okazało się, że władze Mokotowa odmówiły Piterom sprzedaży, po korzystnej cenie, ich zaadaptowanego na mieszkanie strychu. Urzędnicy stwierdzili, że mieszkanie jest większe, niż napisano w dokumentach (83 metry kw., a nie 66 metrów), a poza tym zostało przebudowane niezgodnie z prawem budowlanym. Julia Pitera rozpoczęła wtedy walkę z władzami dzielnicy i wicedyrektorem Wiktorem Czechowskim.
Sprawa trafiła do Piskorskiego, który stanął po stronie władz. W mediach zaczęły się pojawiać opinie, że walka Pitery z układem warszawskim to po prostu jej osobista zemsta na prezydencie. Coraz liczniejsi zwolennicy radnej twierdzili z kolei, że upubliczniono zwykły konflikt o lokal, by skompromitować działaczkę zasłużoną w walce z korupcją jak nikt inny. Ona sama przygotowywała się tymczasem do wyborów na prezydenta Warszawy. Wystartowała z niezależnego Komitetu Wyborczego Julii Pitery. Zajęła czwarte miejsce, prezydentem został Lech Kaczyński.
W 2003 roku dokonano nowej ekspertyzy mieszkania radnej, która tym razem okazała się dla niej korzystna. Jej przeciwnicy od razu zaczęli twierdzić, że to dzięki Kaczyńskiemu. Można było oczekiwać, że Pitera zwiąże się teraz z PiS, ona jednak zaskoczyła po raz kolejny – wybrała PO. –
Władze PiS mają hurrarewolucyjny ciąg do tego, by otaczać się ludźmi, którzy bezwzględnie podzielają ich poglądy i deklarują oddanie – mówiła w niedawnym wywiadzie dla ŻW.
Ofiara piromana
21 listopada Pitera kandydowała w wyborach w Płocku, gdzie jest znana, bo zajmowała się prywatyzacją tamtejszych zakładów mięsnych. Wygrała. Zgodnie z przewidywaniami, premier Tusk powierzył jej walkę z korupcją. Została pełnomocnikiem rządu.
Ostatnio co i rusz jest bohaterką niepokojących zdarzeń. Najpierw do prezesów państwowych firm LOT i Ciech dzwoniła jakaś pani i – podając się za Julię Piterę – żądała pracy dla „siostrzenicy premiera Tuska”. Co ciekawe, tajemnicza kobieta znała dobrze sytuację w Ciechu, podawała m.in. nazwiska zatrudnionych w konkretnych biurach. Szefowie firm poinformowali o telefonach Piterę, a policja wszczęła w tej sprawie śledztwo, powierzając je specjalnej grupie operacyjnej. Zdążyło o tym ucichnąć, a już gruchnęła wiadomość o pożarze samochodu pełnomocniczki. Kto podpalił auto? Tego na razie nie wiemy. Jednego możemy być jednak pewni. To nie był ostatni raz, gdy nazwisko Pitery pojawia się na czołówkach gazet.
Źródło: Życie Warszawy
Autor: Marcin Szymaniak

Jak radzą sobie z internetem

Zacofani technicznie warszawscy radni lekceważą swoich wyborców. Lekceważą ich maile, porządne indywidualne strony internetowe można policzyć na palcach jednej ręki - alarmuje stowarzyszenie Obywatele dla Warszawy.
Tworzą je głównie dawni działacze PO skupieni wokół byłego prezydenta Warszawy Pawła Piskorskiego. Dziś są poza polityczną sceną i sprawdzają jakość lokalnej władzy. W ostatnich dniach z prywatnego adresu mailowego wysłali wszystkim radnym pytanie, w którym "mieszkaniec Warszawy" pyta, czy warto z publicznych pieniędzy budować jednocześnie dwa stadiony: Narodowy i Legii.
- To banalna kwestia. Chcieliśmy sprawdzić, czy radni w ogóle reagują na maile oficjalne podane na stronie internetowej urzędu miasta - mówi Jan Artymowski, były lider młodzieżówki PO.
W ciągu dwóch minut jako pierwszy odpowiedział Andrzej Golimont (SLD). - To czysty przypadek. Akurat grzebałem w poczcie - przyznaje.
Dalszych odpowiedzi spłynęło mało. Przez tydzień na pytanie "mieszkańca Warszawy" zareagowało zaledwie 12 z 60 warszawskich radnych. Najgorzej wypadł klub PO (odpowiedź dało 15 proc. jego składu), najlepiej LiD (27 proc.).Jeszcze gorszy wynik dał przegląd stron internetowych warszawskich rajców. Okazało się, że prowadzi jej tylko 15 osób. Ale pięć to strony nieaktualne, tworzone podczas ubiegłorocznej kampanii. - Wojciech Rzewuski w ogóle nie podaje informacji, że jest radnym. Za to umieścił na stronie poradnik dla młodych małżeństw - mówił Maciej Białecki ze stowarzyszenia Obywatele dla Warszawy.
- Faktycznie, strony nie uzupełniłem, ale ślubowanie na radnego złożyłem dopiero dwa tygodnie temu [zajął miejsce Tadeusza Rossa]. Mam małe dziecko i mało czasu - tłumaczy radny PO.
A skąd pomysł na przewodnik dla młodych małżeństw? - Bo z żoną spodziewaliśmy się dziecka i chcieliśmy podzielić się swoimi doświadczeniami - wyjaśnia Rzewuski.
Brak stron internetowych i lekceważenie maili dziwi w kontekście zarządzonego niedawno zakupu laptopów z bezprzewodowym internetem. Dostali je wszyscy szefowie komisji rady Warszawy, przewodnicząca rady i jej zastępcy. - Nie wszyscy chcą pracować w internecie. Wolą papier. I te ciągłe zmiany haseł potrzebnych do logowania! Radni nie mogą spamiętać - mówi Ligia Krajewska (PO), wiceszefowa rady.
Ale przyznaje, że "coś z tym internetem trzeba zrobić". Tak aby radni odpowiadali na maile i oszczędzali papier, pracując na elektronicznych wersjach dokumentów. - Dopiero się uczymy - podkreśla Krajewska.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki

2007/12/06

Hanna Gronkiewicz-Waltz ocenia rok swoich rządów

Wreszcie ruszyło!- pod takim hasłem Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) prezentowała w środę osiągnięcia pierwszego roku swoich rządów w ratuszu. Za największy sukces uznała uzdrowienie miejskich finansów i przygotowanie skoku inwestycyjnego.
Uroczyste podsumowanie roku Hanna Gronkiewicz-Waltz zorganizowała w świeżo wyremontowanej sali urzędu stanu cywilnego przy ul. Jezuickiej. Na wstępie pochwaliła się profesjonalnym budżetem na przyszły rok. - Po raz pierwszy stolica ma przejrzysty, zadaniowy plan dochodów wydatków, wpisany w długoletni program zarządzania funduszami miasta. Dostał doskonałą ocenę regionalnej izby obrachunkowej - mówiła.
Kolejny sukces to przygotowanie wielkich inwestycji. Wprawdzie są w fazie przygotowań, ale coraz bardziej zaawansowanych. Dzięki ogłoszonym przez nią przetargom już w przyszłym roku ma rozpocząć się budowa dwóch nowych mostów: Północnego i Krasińskiego. Wprawdzie budowa drugiej linii metra ma zakończyć się najwcześniej pod koniec 2011 r., ale ratusz już wybrał konsorcjum, które ją zaprojektuje. A to zdaniem prezydent Warszawy gwarantuje, że ta warta 3 mld zł budowa wreszcie się rozpocznie.
- W tym roku kupiliśmy 45 nowych tramwajów i 250 nowych autobusów - mówiła Hanna Gronkiewicz-Waltz. I wymieniła kolejny sukces: nową politykę czynszową. - Moi poprzednicy nie odważyli się na to, a ja podniosę czynsze [od 2 nawet do 6,6 zł za m.kw.] w mieszkaniach komunalnych, bo należą do najniższych w kraju. Będzie tak jak wszędzie na świecie: niskie opłaty za mieszkanie będą przysługiwały tylko najuboższym - zapowiedziała.
Jej zdaniem prawdziwym hitem w oświacie było utworzenie 38 nowych oddziałów w szkołach zawodowych i tysiąca nowych miejsc w przedszkolach.Osiągnięcie w dziedzinie planowania to w jej opinii powołanie Rady Architektury i Rozwoju Warszawy. - Ruszyły prace nad planem dla ścisłego centrum [otoczenie Pałacu Kultury]. Wstępnie ustaliliśmy, że od strony Emilii Plater mają być wyższe budynki, a od strony Marszałkowskiej niższe - mówiła Hanna Gronkiewicz-Waltz.
Nie wspomniała, że częścią tego planu ma być eliptyczne piesze korso wokół Pałacu Kultury, a stworzona przez nią rada jest przeciwna takiemu rozwiązaniu.
- Ale obiecywała pani przyspieszenie prac nad planami, a dziś ma je tylko 17 proc. Warszawy - dopytywali się dziennikarze. - Brakuje mi ludzi. W jednej z dzielnic ogłoszono nabór. Po trzech miesiącach wybrano dwie osoby, ale okazało się, że znalazły lepiej płatne zajęcie w prywatnej firmie. Poproszę Donalda Tuska, aby zmienił ustawę kominową ograniczającą płace w samorządzie - odparła Hanna Gronkiewicz-Waltz.
- A co z ciągnącym się od miesięcy remontem Krakowskiego Przedmieścia i obiecywanym końcem pierwszej linii metra? - pytali dziennikarze.
- Pierwsza linia metra będzie gotowa w czerwcu. Są opóźnienia, ale winni są nasi poprzednicy. Przedłużający się remont Krakowskiego Przedmieścia to również wina poprzedników: nie przygotowali dokumentacji, my to musieliśmy robić i prace idą dziś pełną parą - mówił wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
Autor: Jan Fusiecki

2007/12/05

Wielki powrót Śmietanki

Andrzej Śmietanko, polityk PSL i zaufany człowiek wicepremiera Waldemara Pawlaka, dostał właśnie państwowe stanowisko bez konkursu.
Premier Donald Tusk 23 listopada obiecał w exposé odpolitycznienie państwowych firm i jawne zasady naboru do władz spółek. Tego samego dnia prezes Agencji Rynku Rolnego odwołał mianowanego za czasów PiS szefa Państwowych Magazynów Zbożowych "Elewarr", a prezesem zrobił Śmietankę.
Nie było konkursu, choć Platforma zapewniała, że konkursy do zarządów państwowych spółek będą obowiązkowe.
- Prezes Agencji, doceniając bogate doświadczenie i znajomość mechanizmów związanych z interwencjonizmem państwowym, którymi legitymuje się pan Śmietanko, złożył mu propozycję wykorzystania jego umiejętności na rzecz spółki Elewarr - informuje Nina Mirgos-Kilanowska, rzeczniczka ARR.
Dodaje, że spółka nie musi robić konkursów, bo nie należy bezpośrednio do skarbu państwa, tylko do (państwowej) ARR.
Śmietance stanowisko zaproponował minister rolnictwa Marek Sawicki. - Miałem być u niego wiceministrem, ale okazało się, że sytuacja w Elewarze wymaga pilnej interwencji - mówi nowy prezes.
Śmietanko ma teraz pensję prawie taką jak wiceminister - około 12 tys. zł brutto.
Nie było konkursu? "W ZUS też nie było"
Min. Sawickiego irytuje pytanie, dlaczego w Elewarze nie było konkursu: - W ZUS też nie było. Była konieczna natychmiastowa zmiana, bo poprzedni prezes Elewarru sprzedał za dużo zboża i teraz musimy je importować.
Przed wyborami krytykowaliście PiS za obsadzanie spółek z politycznego klucza. Nominacja Śmietanki nie jest polityczna? - dopytujemy.
- Czy ktoś, kto jest z PSL, nie ma prawa zasiadać w spółkach i instytucjach państwowych? - oburza się Sawicki.
Politycy PiS często używali tego argumentu. - Nie zgadzam się z tezą, że ktoś, kto należy do PiS, nie może zasiadać we władzach spółek państwowych. To byłoby dyskryminowanie ludzi prowadzących działalność publiczną - mówił nam w maju poseł Adam Hofman.
Rząd PO-PSL będzie PiS-bis? - pytamy Sawickiego.
- Nie czuję się PiS-bis. W podległych mi instytucjach ciągle jest wielu prezesów mianowanych przez tamtą ekipę.
Śmietanko w latach 80. działał w ZSL, później w PSL. Był wiceprezesem Agencji Rynku Rolnego, a w rządzie Pawlaka - ministrem rolnictwa.
Pierwsza decyzja prezesa: 4 samochody za 350 tys.
Lubi szybkie samochody. W lipcu 1994 r. prokuratura wszczęła śledztwo, gdy rządowa lancia staranowała płot na wsi pod Orzyszem. Kryminalista Jarosław Z. w liście do ówczesnego ministra sprawiedliwości utrzymywał, że za kierownicą siedział Śmietanko, który wcześniej spędził z nim, burmistrzem Orzysza i dwoma paniami alkoholowy wieczór w lokalu Czarny Pająk. Śledztwo po roku warunkowo umorzono, bo burmistrz Orzysza wziął winę na siebie.Rządy AWS-UW Śmietanko przeczekał w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego, doradzając w sprawach rolnictwa. W rządzie Millera przez trzy miesiące był prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jedną z jego pierwszych decyzji był zakup czterech samochodów za 350 tys. zł. Peugeota 607 o podwyższonym standardzie przeznaczył dla siebie.
Teraz pokieruje państwową spółką, którą... sam stworzył Później pracował u Aleksandra Gudzowatego. Prezesował spółce Brasco powołanej do produkcji biopaliw. W sierpniu 2003 r. odszedł do rady nadzorczej koncernu budowlanego Polimex-Cekop. Prowadził też własną firmę doradczą. Ostatnio był pełnomocnikiem prezesa holdingu Pol-Mot produkującego maszyny rolnicze. Odpowiadał za wprowadzanie linii do brykietowania słomy.
Teraz pokieruje największymi magazynami zbożowymi w kraju. Elewarr ma 11 elewatorów. - 15 lat temu jako wiceprezes Agencji Rynku Rolnego tworzyłem tę spółkę. Teraz będę ją przekształcał, tak by producenci zbóż byli współwłaścicielami magazynów - zapowiada Śmietanko.
Lena Kolarska-Bobińska, szefowa Instytutu Spraw Publicznych, przestrzega PO i PSL przed politycznymi nominacjami: - Każda partia po wygranych wyborach jest rozdarta. Chce zrealizować przedwyborcze obietnice o odpolitycznianiu państwowych firm i instytucji, ale z drugiej strony boryka się z naciskiem działaczy, którzy pomogli w kampanii wyborczej, a teraz chcą stanowisk. Jeśli raz złamie się zasady - nie ma ratunku. Nie można być tylko trochę czystym.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor: Renata Grochal

Czy burmistrz Kraśnika usłyszy zarzuty

Świadkowie zeznają, że było więcej łapówek dla Piotra Czubińskiego. Miał je brać m.in. za załatwienie pracy i umorzenia podatków.
– To dla nas nieznane dotąd okoliczności – tak lubelska prokuratura komentuje informacje publikowane od poniedziałku przez „Rz” o burmistrzu Kraśnika Piotrze Czubińskim. Jest on jednym z liderów lubelskiej Platformy Obywatelskiej, zasiada w Radzie Krajowej partii.
Chodzi o śledztwo, które od ponad roku toczy się w Prokuraturze Okręgowej w Lublinie. A od kilku dni „Rz” ujawnia jego kulisy.
Dotarliśmy do świadka, który potwierdził nam, że wręczał burmistrzowi łapówki w zamian za umorzenie podatku. Wcześniej zeznał to w ABW i prokuraturze.
Kolejne osoby mówiły „Rz”, jak Czubiński załatwiał znajomym posady, a podwładnym kazał zwalniać z pracy niewygodnych dla siebie ludzi. Śledczy zainteresowali się informacjami „Rz”.
– Rzucają nowe światło na sprawę – mówi Robert Bednarczyk, szef Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie.
Z naszych informacji wynika, że śledczy mają mocne dowody na czerpanie korzyści majątkowych przez Czubińskiego z „bardzo wielu tytułów”. Świadkowie twierdzą, że burmistrz brał łapówki nie tylko za umorzenia podatków, ale także za załatwianie pracy.
Poza tym z zabezpieczonych przez prokuraturę dokumentów wynika, że godził się na umorzenie, zanim jeszcze upłynął termin płatności podatku. Na razie jednak prokuratura nie postawiła mu zarzutów, bo śledczy weryfikują te informacje. I czekają na opinię biegłego z laboratorium kryminalistycznego, który analizuje kluczowy dla sprawy dowód. Prokuratorzy nie chcą zdradzić szczegółów. Jednak jak dowiedziała się „Rz”, od tej opinii prokuratura uzależnia postawienie Czubińskiemu zarzutów korupcyjnych.
Prokuratura zajmuje się też niegospodarnością wynikającą ze złego zarządzania Urzędem Miasta w Kraśniku.
Ujawniła ją jedna z kontroli przeprowadzonych przez Regionalną Izbę Obrachunkową w Lublinie.
Mimo wykrycia nieprawidłowości RIO nie zdecydowało się na złożenie zawiadomienia do prokuratury.
Dopiero po artykułach „Rz” izba przesłała śledczym swoje ustalenia. – Naszym zadaniem nie jest donoszenie na samorządy, lecz przede wszystkim ich kontrolowanie – tłumaczy prezes RIO w Lublinie Marek Poniatowski.Z informacji „Rz” wynika, że Czubiński regularnie wykorzystywał służbowy samochód do prywatnych celów.
Doszło nawet do tego, że płacił z miejskiej kasy adwokatowi, który reprezentował go w prywatnej sprawie. Po interwencji skarbnika miasta oddał pieniądze. Wkrótce potem skarbnik został odwołany.
Jedynym podejrzanym w tej sprawie jest na razie Piotr L., prezes Kraśnickiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Pracownicy nagrali go, kiedy próbował zastraszyć jednego ze świadków. Groził, że jeśli będzie zeznawał na niekorzyść burmistrza, to go zwolni z pracy.
Piotr Czubiński zaprzecza, by kiedykolwiek brał łapówki. Twierdzi, że padł ofiarą nagonki politycznej.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: Tomasz Nieśpiał

2007/12/04

"Mówcie, że PiS wywołuje awantury"

Ujawnione dziś wewnątrzpartyjne instrukcje PiS o tym, jak krytykować politycznych rywali, nie są niczym nowym w polskiej polityce. PO także uczyła swoich posłów, jak mają krytykować w mediach Prawo i Sprawiedliwość - podaje tvn24.pl. "Mówcie w mediach, że PiS wywołuje awantury" - brzmiała instrukcja dla parlamentarzystów PO.
Instrukcja, którą przypomina tvn24.pl, pochodzi ze stycznia ubiegłego roku, kiedy pojawił się pomysł odwołania z funkcji marszałka Sejmu Marka Jurka.
Według zaleceń, posłowie PO pytani przez dziennikarzy mieli między innymi mówić:
"PiS przyjął świadomą politykę dyskredytowania Sejmu polegającą na wywoływaniu awantur, nadużywaniu i łamaniu regulaminu, przepychankach między Marszałkami. Kluczową rolę w tej grze odgrywa Marszałek Marek Jurek, który jest pierwszym po 1989 r. Marszałkiem wykonującym jawnie partyjne zalecenia własnego klubu parlamentarnego".
"Polska straciła ponad 100 dni od wyborów na skutek jałowych rządów PiS-u i przepychanek parlamentarnych. Najgorsze cechy III RP - prywata, dominacja interesów partyjnych wygrały nad interesem państwa. PiS torpeduje prace Sejmu nad budżetem, co prowadzi do pogłębienia obecnego kryzysu państwa".
W instrukcji znalazły się też myśli do wykorzystania w bieżących komentarzach: "Stracone 100 dni Sejmu", "Marszałek Sejmu służy partyjnym interesom PiS", "PiS wpędził państwo w kryzys instytucji", "Nie wystarczy wygrać wybory, trzeba umieć rządzić", "PiS - najgorsze cechy III RP", "Konflikty w PiS uniemożliwiają współpracę".
"Prosimy także w wypowiedziach dla mediów używać zdania: Marszałek Jurek zakazał zwoływania komisji sejmowych w celu storpedowania prac nad budżetem" - dodano w adnotacji.
PiS się przyznaje, PO nie
Klub PiS przyznał dziś po artykule "Gazety Wyborczej", że przygotowuje swoich posłów do wystąpień w mediach. Politycy PO i PSL zapewniali, że ich posłowie nie potrzebują instrukcji; LiD podkreśla, że "wspólne stanowisko" klubu powstaje w "drodze dyskusji".
"To nie są instrukcje, to są wyciągi z tego, co się dzieje w mediach, co się dzieje w parlamencie. Takie rzeczy są przygotowywane dla posłów wszystkich klubów" - tłumaczy Marek Suski z PiS.
A Zbigniew Chlebowski, szef klubu Platformy, zapewnia, że posłowie PO nie potrzebują żadnych uwag, żeby móc komentować na bieżąco to, co się dzieje w życiu publicznym.
Jacek Krawczewski
Źródło: Dziennik

Tuska cień

Czekista bez charyzmy, który łamie kręgosłupy, czy skuteczny menedżer polityczny, który budzi zawiść. Czy jedno i drugie?
Biografia polityczna tak typowa dla tego pokolenia, że aż banalna. W PRL działacz opozycyjnej organizacji studenckiej, w wolnej Polsce zdyscyplinowany partyjny aparatczyk. Polityczne małżeństwa z rozsądku i spektakularne rozłamy. Nieustanne podjazdy, środowiskowe gierki, zjazdowe wycinanki. Gładkie frazesy serwowane w wywiadach prasowych i twardy, "męski" język sejmowych kuluarów. W tle musi oczywiście zamajaczyć biznes.
Znacie to wszystko? To posłuchajcie raz jeszcze. Oto Grzegorz Schetyna, figura numer dwa formacji politycznej rządzącej dziś Polską.
Bliźniacy dwujajowi
Są tacy, którzy uważają, że Schetynę stworzył Paweł Piskorski. W obecnym wicepremierze widzą produkt środowiska Niezależnego Zrzeszenia Studentów, które u progu lat 90. weszło do polityki i zasłynęło jako "piskorczycy". W czasach Unii Wolności dawni KOR-owscy etosowcy traktowali Piskorskiego i Schetynę jak "bliźniaki". Ponoć Piskorski lubił zresztą mawiać, że on i Grzesiek to "jedna pięść".
Piskorski: cudowne dziecko "drugiego" NZS z końcówki lat 80. Już na studiach historycznych na UW trochę żartem, ale nie bez respektu mawiano, że to przyszły prezydent niepodległej Rzeczpospolitej. Erudyta, znawca historii starożytnej i wczesnego chrześcijaństwa, koneser sztuki. Błyskotliwy, pracowity i majętny. Był czas, gdy wydawało się, że może w polityce wszystko. Przyjmował to z aprobatą, bo chciał wszystkiego. To go zgubiło.
Schetyna: niepozorny, miśkowaty. Średnio wygadany, choć charakterystycznym nieśmiałym uśmiechem potrafi zjednać sympatię rozmówcy. Starszy o pięć lat, ale długo w cieniu Piskorskiego. KLD-owcy pamiętają, że na zebraniach partyjnych nie wyrywał się do głosu. Hobby (czy raczej gorąca namiętność): sport. Ambicje: wyraźne, ale nie sięgające świecznika.
Jest jednak coś, co ich łączy. Obaj apodyktyczni, wymagają posłuszeństwa i potrafią sprawić, by podwładni się ich bali. Bezwzględni w realizacji zamierzeń.
Podobno łączyła ich wieloletnia przyjaźń - tak twierdzi Paweł Piskorski. Ale czy była to przyjaźń prawdziwa, czy tylko "polityczna" - trudno dziś rozstrzygnąć. Prędzej to drugie, bo gdy Piskorski stanął na drodze Schetyny, sentymenty nie miały znaczenia.
Schetyna: - Nie byliśmy duetem ani przyjaciółmi. Łączyła nas współpraca, ale w UW to nawet ze sobą rywalizowaliśmy. Inaczej też patrzyliśmy na Platformę. On chciał tworzyć struktury, opierając się na samorządzie, ja chciałem, żeby partia otwierała się na ludzi bezpartyjnych. Nie odwróciłem się od Piskorskiego. Nasze drogi po prostu się rozeszły.
Kwiecień 2006. "Dziennik" drukuje artykuł o tym, że małżeństwo Piskorskich skupowało ziemie po pegeerach, by dostać unijne dotacje na ich zalesianie. Piskorski od kilku lat jest już na aucie, "zesłany" przez PO do europarlamentu. Nie rezygnuje jednak z odzyskania wpływów.Opowiada: - Od razu po publikacji w "Dzienniku" zadzwonił do mnie Grzegorz. "Nie martw się" - mówi. "Nie tak się w Polsce pieniądze zarabiało. Możesz na nas liczyć". Następnego dnia zebrał się zarząd, na którym wykluczono mnie z partii. Grzegorz tego nie wiedział? Musiał wiedzieć.
Są więc tacy, którzy uważają, że dzisiejszy Schetyna powstał na gruzach Pawła Piskorskiego.
Opozycjonista z głową na karku
Gdy w 1981 roku Schetyna opuścił rodzinne Opole i przybył do Wrocławia, by rozpocząć studia prawnicze (później przeniósł się na historię), na Uniwersytecie Wrocławskim akurat trwał strajk. Niezwłocznie się przyłączył.
I nie mogło stać się inaczej. Wychowany w rodzinie z lwowskimi korzeniami i tradycjami AK, zażarty antykomunista. Wieczorami słuchało się w domu Wolnej Europy, a ojciec wydawał z siebie pomruki, żeby zagłuszyć dźwięk odbiornika. Bał się, że sąsiad milicjant doniesie. 12-letniego syna w pierwszą zagraniczną podróż rodzice zabrali na Monte Cassino. Brat Schetyny - działacz opozycji - wiosną 1981 roku brał udział w wydarzeniach bydgoskich (kiedy milicja pobiła lidera "S" Jana Rulewskiego), po 13 grudnia internowany, w 1983 roku wyjeżdża do Kanady.
Grzegorz idzie w ślady brata. Zaczytuje się w "Rodowodach niepokornych" Bohdana Cywińskiego. Zapisuje się do NZS, po wprowadzeniu stanu wojennego zdelegalizowanego. Zalicza też epizod w Solidarności Walczącej - najbardziej radykalnej organizacji podziemia. Przywódca SW Kornel Morawiecki opowiadał po latach "Gazecie Polskiej", że Schetyna nie wyróżniał się nadmierną odwagą.
Bo Schetyna imponuje nie żarliwością, lecz talentami organizatorskimi. Dzięki nim w 1986 roku przejął po Ryszardzie Czarneckim kierownictwo w uczelnianej organizacji NZS.
Eurodeputowany Platformy Jacek Protasiewicz: - Przed każdym strajkiem troszczył się o to, jaki jest rozkład budynku, którędy do środka może dostać się milicja, czy są odpowiednie warunki sanitarne. Inni nie myśleli o tak prozaicznych sprawach.
Protasiewicz był bliskim współpracownikiem w NZS, potem w KLD, UW i PO. Jeszcze dwa lata temu w sztabie prezydenckim Donalda Tuska, dziś zmarginalizowany. Próbował niedawno wystartować w wyborach na szefa dolnośląskiej PO, ale Tusk wyperswadował mu ten pomysł. Bo mogłoby to podkopać pozycję Schetyny, który ubiegał się o funkcję sekretarza generalnego PO.
Do "drużyny" Schetyny należeli w latach 80. także Rafał Jurkowlaniec (szef NZS na naukach politycznych, dziś wojewoda dolnośląski), Tomasz Kontek (szef na wydziale historii, dziś wicenaczelny "Faktu") i Eugeniusz Dedeszko-Wierciński (teraz w biznesie).
Wałęsie się nie kłaniał
Spotykają się wieczorami w domu Schetyny. Jako jedyny ma już żonę. Też zresztą w opozycji, a do tego świetnie gotuje. Podaje do stołu, a mężczyźni rozprawiają o polityce.
Dyskusje nabierają rumieńców, gdy nadciąga Okrągły Stół. Rok 1988 to przeżycie pokoleniowe w NZS. Okupacje uczelni, młodzi organizują zaplecze dla strajków robotniczych z maja i sierpnia. Uważają, że dorosła opozycja musi się z nimi liczyć.
Współpracownicy Wałęsy są innego zdania. Obawiają się, że młodzież postawi na ostrzu noża kwestię legalizacji NZS, a przecież do ugrania jest coś znacznie ważniejszego - legalna "Solidarność". Zanim ruszy Okrągły Stół, zaoferują studentom niezbyt istotne miejsca przy podstolikach. Oferta zostanie odrzucona. Większość czołówki NZS, w tym Schetyna, uważają, że potraktowano ich nieuczciwie.
Konflikt pokoleń? Dla najmłodszej opozycji Okrągły Stół to asekuranctwo i stracona szansa na to, by wykorzystać słabość przeciwnika i zagrać o pełną stawkę.
Na wiosnę 1989 roku, gdy opozycja szykuje się do czerwcowych wyborów, uczelnie znów strajkują, bo władza odmówiła rejestracji NZS. Schetyna jest w składzie Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego.
Rafał Dutkiewicz, dziś prezydent Wrocławia, wówczas szef wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego, pamięta, jak na uniwerek przyjechał Lech Wałęsa: Schetyna, nie bacząc na autorytet wodza, pyta Wałęsę, dlaczego zdradził NZS. - Ludzie byli wstrząśnięci: jak można w ten sposób odezwać się do legendy "S"? - wspomina Dutkiewicz.
Po latach Schetyna powie, że Okrągły Stół był właściwym rozwiązaniem.Ale w 1999 roku jego antykomunistyczne korzenie raz jeszcze dadzą o sobie znać. Sejm głosuje projekt dekomunizacji. W Unii Wolności nastroje zdecydowanie na "nie". I duże zaskoczenie, dwóch unitów głosuje za: Janusz Onyszkiewicz i Grzegorz Schetyna.
W rozmowie z "Życiem" wyjaśni: "Głosowałem zgodnie z moimi przekonaniami i sumieniem. Takie głosowanie przeżywa się tylko raz w życiu. Nie jestem fundamentalistą, długo analizowałem sytuację. Uważam, że aby w normalnym kraju normalnie funkcjonować, trzeba rozliczyć się z przeszłością".Uczciwy czekista Rok 1989. Młody, gniewny, wciąż jeszcze radykał. Dutkiewicz widzi, że we wrocławskim NZS Schetyna jest przywódcą, dostrzega jego siłę przebicia. - Gdybym miał zatrudnić go w biznesie, powierzyłbym mu stanowisko prezesa lub general managera, czyli zastępcy od organizacji - mówi Dutkiewicz (i wie, co mówi, bo prowadził kiedyś firmę headhunterską).
Powstał już rząd Mazowieckiego, a we Wrocławiu Dutkiewicz rekomenduje 26-letniego Schetynę nowemu, "solidarnościowemu" wojewodzie Janisławowi Muszyńskiemu. Schetyna zostaje asystentem wojewody i bierze się do weryfikacji kadr. Tych rodem z PRL. Jest panem zawodowego życia i śmierci 300 osób.
- Ludzie się go bali, bo wiedzieli, że jego słowo staje się ciałem. Mówili na niego czekista - wspomina pracownik urzędu. - Ale był uczciwy. Wzywał na rozmowę i mówił, że w administracji w wolnej Polsce nie ma miejsca dla ludzi z legitymacjami PZPR czy ZSL.
Dutkiewicz: - Współpracowaliśmy później w Radiu Eska. On był prezesem, ja szefem rady nadzorczej. Widziałem, jak zwalnia ludzi. Niektórzy odwlekają decyzję tygodniami, bo boją się. Grzegorz siadał na wprost takiej osoby, patrzył jej w oczy i mówił, że z takich czy innych powodów współpraca dobiegła końca.
W urzędzie wojewódzkim okopują się wrocławscy NZS-owcy. Protasiewicz zostaje rzecznikiem wojewody, a Jurkowlaniec pracownikiem biura prasowego.Było w III RP tylko kilka tak zwartych środowisk. "Pampersi" Wiesława Walendziaka, dawni "zsypowcy" skupieni w Ordynackiej, może jeszcze gdańscy liberałowie. I "piskorczycy" z NZS.
Po 1989 roku nadszedł w NZS czas podziałów. Niektórzy, jak Przemysław Gosiewski i Andrzej Anusz, zwrócili się ku PC. Nieliczni (m.in. Mariusz Kamiński, obecny szef CBA) poszli do ROAD, z którego za chwilę wyłoni się Unia Demokratyczna. Jednak główny nurt organizuje się wokół Piskorskiego. Tam też możemy odnaleźć Grzegorza Schetynę.
W 1990 roku wybucha wojna na górze. Wałęsa rzuca wyzwanie Mazowieckiemu.
Piskorski: - Byliśmy wkur...nymi młodymi ludźmi. Widzieliśmy, co się działo z Alma-artem, Almaturem i innymi studenckimi firmami przejmowanymi przez nomenklaturowe organizacje. I wiedzieliśmy też, że Mazowiecki palcem nie kiwnie, by to zahamować. Zrobiliśmy okupację budynków ZSMP i ZMS. Rząd wysłał na nas policję. Nasz wybór był jednoznaczny - Wałęsa.
W roku 1990 kształtuje się scena partyjna. Nikt nie ma pieniędzy, struktur ani tradycji, więc każda, nawet wpływowa partia jest kanapą.
"Piskorczycy" odbywają coś na kształt przetargu. Sondują, analizują, gdzie ich miejsce. Spotkania ze znajomymi z ROAD są sympatyczne, ale jałowe. Z Jarosławem Kaczyńskim - jeszcze gorzej. Uczestnik rozmów opowiada, że lider PC zainteresowany był wyłącznie budowaniem zaplecza finansowego dla partii. Najlepsze wrażenie robi Donald Tusk z KLD. Zresztą gdański liberalizm, z wolnorynkowym dogmatyzmem i luźnym stylem bycia, w naturalny sposób trafiał do serc młodych aktywistów.
KLD, budowane głównie z wąskiego kręgu z Gdańska i zgłaszających się początkujących biznesmenów (niejeden z nich skończył później za kratkami, co posłużyło za pretekst do mówienia o liberałach-"aferałach"), nie ma organizacyjnej siły napędowej. NZS-owcy idealnie trafiają w lukę. Sami świetnie zorganizowani budują struktury KLD. Piskorski to wschodząca gwiazda. Gdy świeżo wybrany prezydent Lech Wałęsa powierzy Bieleckiemu tekę premiera, niespełna 23-letni lider znajdzie się w gronie doradców szefa rządu oraz zostanie sekretarzem generalnym KLD. Z każdym miesiącem jego pozycja rośnie.
Dawny NZS-owiec: - Rok temu byłeś nikim, biegałeś w dżinsach po uniwerku. A teraz? Jesteś na ty z premierem, jesteś wielki. I stało się... Nastąpiło ogromne zachłyśnięcie się władzą, poczuciem mocy sprawczej. Ideowcy nagle stali się cynicznymi graczami.
Ludzie Piskorskiego na żywym organizmie KLD ćwiczą gierki i triki: wynajdywanie kruczków statutowych, rozprowadzanie zjazdów i "wycinanki", pompowanie kół partyjnych.
Piskorski bagatelizuje dziś te "zabawy". Twierdzi, że tak było już w NZS, a tak w ogóle to takie metody są rówieśnikiem partyjnej demokracji. Ale to właśnie "piskorczycy" pierwsi w Polsce osiągnęli wyżyny w tej sztuce. Nauki zdobyte w KLD zaprocentowały później w Unii Wolności, niektóre z nich twórczo też rozwija dziś w PO Grzegorz Schetyna.
Nie mam takich ambicji jak Donald
Jednak na razie w KLD odgrywa drugoplanowe role, a we Wrocławiu zbierają się nad nim ciemne chmury. Gdy Bielecki zostaje premierem, Schetyna jest awansowany na wicewojewodę. I od razu popada w konflikt z wojewodą Mirosławem Jasińskim z PC.
- Grzegorz zachowywał się, jakby to on był wojewodą - wspomina Jasiński. Lokalna gazeta pisze, że przed konferencją prasową wojewody Schetyna rozdaje dziennikarzom kompromitujące pryncypała materiały, a następnie spokojnie słucha, jak Jasiński wije się w ogniu pytań.Wojewoda próbuje pozbyć się współpracownika. Ten szuka pleców w Warszawie. Zwraca się o pomoc do Piskorskiego. Piskorski twierdzi, że wtedy poznał Schetynę z Tuskiem (Schetyna zapewnia, że stało się to rok wcześniej, na etapie rozmów przygotowujących KLD). Bielecki dymisjonuje Jasińskiego, ale mijają dwa tygodnie, powstaje rząd Jana Olszewskiego i Jasiński wraca. Od razu pozbywa się Schetyny.
Ma teraz dużo czasu, więcej bywa w Warszawie. Podobnie jak Donald Tusk często zatrzymuje się u Piskorskiego. Wspólne biesiadowanie, rozmowy. Nawiązuje się nić sympatii z szefem KLD. I otwiera się przed Schetyną pierwsza poważna szansa.
Tusk zaczyna obawiać się Piskorskiego, który zbyt arogancko się rozpycha. Wzywa sekretarza generalnego KLD i mówi: "Paweł, masz dopiero 24 lata. Zrób w końcu dyplom". Tak naprawdę chodzi o przytarcie nosa młodemu politykowi. Piskorski traci funkcję sekretarza, Tusk forsuje na jego miejsce Schetynę.
Schetyna uwielbia Tuska. Powie w wywiadzie z 1992 roku: "Alternatywą dla złych polityków są skuteczni i nowi. Przykładem jest Donald Tusk. Nie mam takich ambicji i umiejętności jak on, ale tworzenie elit, promocja młodych to wyzwanie czasu w tym kraju".
Biznesmen z czarną legendą
W środowisku NZS dominowały dwie naczelne zasady. Po pierwsze: żelazna lojalność. Po drugie: trzeba zarabiać pieniądze. Przykład dał oczywiście Piskorski, który już jako 30-latek stał się człowiekiem majętnym. Twierdził, że zarobił na giełdzie, ale wszystkich nie przekonał.
Jedni twierdzą, że podstawą tej filozofii było przekonanie, że sukcesu politycznego bez pieniędzy nie sposób osiągnąć. Inni, m.in. Piskorski i Schetyna, dowodzą, że polityka to nie wszystko; dziś jesteś na górze, ale jutro przepadniesz i musisz być na to przygotowany.
Gdy KLD przegrał wybory w 1993 roku i nie dostał się do Sejmu, te przeczucia się ziściły.
Schetyna był w szoku. Ale do czasu. Szybko wymyślił koncepcję komercyjnego radia lokalnego i do spółki z Zbigniewem Benbenkiem otworzył wrocławskie Radio Eska. Trafili w dziesiątkę.- W odróżnieniu od popeerelowskich stacji Eska była żywa. Na żywo i na luzie - opowiada była dziennikarka.
Eska pomagała Schetynie w uprawianiu polityki. Dawny pracownik rozgłośni: - Szef zapraszał swoich politycznych kumpli. Dziennikarzom nie wolno było ich atakować.W 2000 roku Schetyna definitywnie pożegnał się z Eską, bo nie chciał się zgodzić na sformatowanie rozgłośni. Siłę radia widział w lokalności. Eska była etapem na drodze do wielkiej koszykówki. W latach 90. zasłużony klub Śląsk Wrocław był w stanie agonalnym. Radio zainwestowało w sekcję koszykówki, którą przejął Schetyna. Klub stał się wkrótce jego wielką miłością.
Stworzył profesjonalny zespół, pierwszy w Polsce przekształcił klub sportowy w spółkę akcyjną. Lawinowo zdobywane mistrzostwa Polski, występy w elitarnych europejskich rozgrywkach. Schetyna zawsze był blisko zawodników, zagrzewał do gry, poklepywał po plecach.
We Wrocławiu znany był głównie jako właściciel klubu i szef jego rady nadzorczej, który bawi się w politykę. Co miało zresztą przynosić profity w biznesie. Krążyło mnóstwo podejrzeń i domysłów. Że odkąd znajomy Schetyny Marian Kmita został szefem redakcji sportowej TVP, przybyło transmisji z ligi koszykarskiej i popłynęły do klubu Schetyny pieniądze z reklam. Albo że Schetyna ma wtyki w Polskim Związku Koszykówki, bo kierują nim jego polityczni znajomi. Albo że jego kumple z wrocławskiego ratusza dotują klub, że duże pieniądze płyną też ze spółek skarbu państwa - co miało być zasługą lidera SLD Jerzego Szmajdzińskiego, którego dekomunizator Schetyna zaprosił do rady nadzorczej Śląska.Tyle że nikt Schetynie niczego nie udowodnił. A gdy "Newsweek" sformułował dwa lata temu poważne zarzuty płatnej protekcji wobec polityka PO, były na tyle nieudokumentowane, że tygodnik musiał przeprosić.
Czarna legenda Schetyny jest jednak powszechna. W ostatniej kampanii wyborczej nawet wielu polityków PO było przekonanych, że CBA szykuje coś na najbliższego współpracownika Donalda Tuska. Jeśli szukano haków, dawny znajomy z NZS Mariusz Kamiński niczego nie znalazł. Gdy zatrzymano Beatę Sawicką, ktoś za to rozpuszczał nieprawdziwe plotki, że skorumpowana posłanka to bliska współpracownica Schetyny.
Tuska ta legenda od dawna uwierała. Postawił ponoć Schetynie ultimatum: biznes albo polityka. Schetyna twierdzi, że Tusk nie stawiał sprawy na ostrzu noża. - Po konsultacjach z Donaldem postanowiłem postawić na politykę - mówi. Dwa lata temu sprzedał klub.
Załatwię cię!
Połączenie UD z KLD w 1994 roku i wejście na scenę Unii Wolności wydawało się posunięciem rozważnym, choć entuzjazmu brakowało. Obie partie miały wiele wspólnych poglądów, lecz środowiskowo lokowały się na antypodach. Warszawska inteligencja związana z UD pielęgnowała swe tradycje i nieufnie spoglądała na nowych towarzyszy z Gdańska, którzy najchętniej biegali za piłką. Ci z kolei buntowali się przeciwko mentorstwu "warszawki" i chętnie podkreślali swą niezmanierowaną prowincjonalność.
Odpowiedzią na kłopoty był wybór na szefa UW Leszka Balcerowicza, który z równym powodzeniem reformował gospodarkę w rządach Mazowieckiego i Bieleckiego. Wzrosła też ranga środowiska Piskorskiego, które żyło dobrze i z dawnymi unitami, i z liberałami. Stanowili teraz lojalne zaplecze Balcerowicza. Zaś sam Piskorski znów wskoczył na falę wznoszącą. W 1997 roku kierował udaną kampanią wyborczą UW, dwa lata później został prezydentem Warszawy.
Z kolei Donald Tusk zaszył się w Gdańsku i na kilka lat zniknął z wielkiej polityki. Z zazdrością musiał oglądać kolejne sukcesy młodszego o dekadę dawnego kolegi z KLD.
Sukcesy Piskorskiego kłuły jednak w oczy nie tylko Tuska. Liberałowie nie kryli frustracji. W Gdańsku, mateczniku liberalizmu, Tusk i Lewandowski musieli pogodzić się z tym, że Unią kierował dawny KOR-owiec Bogdan Borusewicz. W innych dużych ośrodkach KLD-owcy też w defensywie. We Wrocławiu Schetyna (od 1997 roku poseł) toczy równie bezpardonową, co beznadziejną wojnę z legendą "S" Władysławem Frasyniukiem.
Świadkowie twierdzą, że Frasyniuk nie rozumiał, jak nuworyszowi z KLD mogło w ogóle zamarzyć się kierowanie regionem. Schetyna zaś sięgał po przećwiczone przez Piskorskiego sztuczki, by podgryźć Frasyniuka. I raz mu się udało: zarząd partii podjął decyzję wbrew Frasyniukowi, więc szef się zdenerwował i zagroził odejściem. Na to Schetyna oświadczył, że taką deklarację trzeba potraktować serio, i doprowadził do głosowania wotum nieufności. Frasyniuk nieoczekiwanie poległ.
Piskorski: - Grzegorz miał sukcesy, ale wiedział, że jak w partii coś się nie zmieni, to we Wrocławiu wcześniej czy później go utopią. Dadzą takie miejsce na liście, że nie wejdzie do Sejmu. Walczył o przetrwanie.
W 1999 roku, tuż przed lokalnym zjazdem UW, okazało się, że partii lawinowo przybywa członków. Oba obozy - Frasyniuka i Schetyny - oskarżały się o pompowanie kół. Związane z Frasyniukiem koło na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego urosło o 1000 procent. Partyjna komisja nie stwierdziła uchybień. Ludzie Schetyny też wciągali na listy nieświadome tego osoby. W kole przy PWST znalazły się m.in. emerytki z Krakowa, uczennice z Górnego Śląska, inżynierowie z Rybnika. Zawieszono 11 kół. To wtedy miało dojść do słynnej we Wrocławiu wymiany słów.
- Załatwię cię! - zagroził Frasyniuk.
- Zobaczymy kto kogo - odrzekł Schetyna.
Podobne sceny miały miejsce także w innych regionach. Z UW odchodził właśnie Balcerowicz, a do walki o sukcesję z Bronisławem Geremkiem stanął przebudzony z paroletniego snu Donald Tusk. Podział UD - KLD znów odżył.Obie strony nie przebierały w środkach. Nieco zawstydzeni starzy unici tłumaczyli, że skoro ludzie Piskorskiego walczą nie fair, trzeba im odpowiedzieć. Na kongresie krajowym na początku 2001 roku doszczętnie wycięli liberałów i Unia definitywnie się rozpadła.
Kilka dni później Tusk wspólnie z Maciejem Płażyńskim i Andrzejem Olechowskim ogłaszał już powstanie Platformy Obywatelskiej, a Piskorski zabierał się do budowania struktur nowej formacji. W szeregu liderów stanął też Schetyna.Z początku, jak zawsze, w cieniu Piskorskiego. Do czasu. Afera mostowa w Warszawie ma ogromną siłę rażenia, wobec bliskich współpracowników prezydenta stolicy padają mocne zarzuty. Na samego Piskorskiego prokurator nic nie znalazł, ale powszechnie był uznawany za patrona skorumpowanego "układu warszawskiego". Partia usuwa go więc w cień. W 2004 roku Piskorski zostaje europosłem i znika z krajowej polityki. A na jego miejscu sadowi się nowy sekretarz generalny PO Grzegorz Schetyna.
Nie jestem ideologiem
Wiele już powiedziano o szczególnych relacjach łączących Tuska ze Schetyną.
Paweł Graś, prominentny polityk PO: - To prawdziwi przyjaciele.
Były polityk PO: - Grzegorz nie ma charyzmy, nie zbudował własnego środowiska. Siłę czerpie z Tuska. Przykleił się do niego wiele lat temu i w końcu mu się opłaciło. Ale to nie jest związek partnerski. Grzegorz spełnia polecenia Donalda, a swoje pomysły realizuje tylko wtedy, gdy Tusk je zaakceptuje. Jak akceptacji nie ma, Schetyna nawet nie próbuje przekonywać.
Piskorski: - Donald uznał, że zagrażałem jego pozycji. Grzegorz nigdy nie miał takich ambicji.
Tę opinię podziela wielu działaczy PO. I dodają, że niewygodnych, bo samodzielnych, było więcej: Olechowski, Płażyński, Zyta Gilowska, wreszcie Jan Rokita. Każde spektakularne odejście jeszcze bardziej wzmacniało duet Tusk - Schetyna. Zawsze też krążyły pogłoski, że wycięcie dokonywało się rękami Schetyny.Wśród polityków PO krążą legendy o jego bezwzględności.
Poseł A: - To człowiek Tuska od czarnej roboty.
Poseł B: - Bez mrugnięcia okiem wykańcza przeciwników.
Poseł C: - Słynny jest brutalny język Grzegorza. Gdy chce kogoś zgnoić, nie przebiera w słowach.
Władysław Frasyniuk (PD): - PO jest partią ludzi bez charakterów. Schetyna ma charakter, otacza się słabszymi od siebie i łamie im kręgosłupy.
Schetyna: - Komu złamałem kręgosłup? Lubię pracować z ludźmi, którzy mają własne zdanie, ale są otwarci na argumenty. Sam kiedyś byłem uparty i wydawało mi się, że zawsze mam rację. Dziś uczę się słuchać.
Mirosław Drzewiecki, poseł PO: - Legenda o złym Schetynie bierze się stąd, że on ciągle idzie do przodu. To wzbudza w ludziach zawiść. Tłumaczą sobie, że Schetyna robi karierę, a oni nie, bo mają za dobre serca.
Protasiewicz: - Nadmiernie zwraca się uwagę na jego zdolności organizacyjne, nie doceniając intelektualnych. Politycy lubią gadać, ale nic z tego nie wynika. Grzesiek koncentruje się na zasadniczych sprawach i wyciąga wnioski. Tusk, który nie lubi gadulstwa, bardzo go za to ceni.
Dutkiewicz: - Grzegorz potrafi wyznaczać kierunki działania. Buduje wokół siebie zespół, przydziela ludziom zadania i obdarza ich zaufaniem. Nie jest typem szefa budującego relacje na sympatii. Dla niego liczy się konsekwencja i skuteczność.
Schetyna: - Nie jestem ideologiem. Jestem od podejmowania decyzji i ich egzekwowania. Parę lat temu na boisku grałem w ataku i myślałem, że to ja muszę dostawać piłkę. Dziś ciężko pracuję, żeby podać piłkę do lepiej ustawionego partnera.
Tusk ceni Schetynę za instynkt polityczny. Jego pomysł, żeby wystawić w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku byłego premiera Jerzego Buzka, okazał się strzałem w dziesiątkę. Buzek miał najlepszy wynik w kraju. Gdy w 2001 roku Jan Rokita przegrał wybory prezydenckie w Krakowie, Schetyna wymyślił, że sposobem na jego wielki come-back będzie udział w komisji śledczej ds. Rywina. Mówi o Tusku: - Opinie, że Tusk jest niezdecydowany, brakuje mu charyzmy i nie potrafi podjąć decyzji, to bzdury. On jest taki jak w debacie z Kaczyńskim - przygotowany, pewny siebie. I ja z takim Tuskiem pracuję od lat!
Wszyscy dworzanie przewodniczącego Tusk i Schetyna rządzą Platformą przy pomocy "dworu". Należą do niego Mirosław Drzewiecki, Paweł Graś, Sławomir Nowak i Rafał Grupiński. Nadają na tych samych falach. Wspólnie spędzają czas, oglądając mecze piłkarskie. Były poseł PO: - Futbol to ważny czynnik integrujący tę grupę. Trzeba było kiedyś podjąć ważną decyzję, ale w telewizji akurat leciał mecz. Towarzystwo przez półtorej godziny nie odrywało wzroku od ekranu. Na dyskusję polityczną był kwadrans. Akurat tyle, ile trwała przerwa w meczu.
Niedopuszczeni do "dworu" politycy PO nieraz buntowali się przeciwko sposobowi zarządzania partią. Że niedemokratyczny, ignorujący statutowe gremia. "Dwór" ma wręcz bronić dostępu do szefa. - To śmieszne - kwituje Schetyna. - Każdy, kto chce, może porozmawiać z Donaldem.
Paweł Śpiewak, poseł PO minionej kadencji (do partii nigdy się jednak nie zapisał), otwarcie kontestował "dworskość". Wspomina posiedzenie klubu Platformy ze stycznia tego roku: - Schetyna rozpętał przeciwko mnie kampanię nienawiści. Na zebraniu klubu wstawali kolejni członkowie "dworu" i mówili, że ten, kto nie jest w Platformie, nie ma prawa krytycznie się o niej wypowiadać. Oczekiwali, że złożę samokrytykę. Nie złożyłem - wspomina.
- Nie ma żadnego "dworu", są najbliżsi współpracownicy premiera - zaprzecza Schetyna. Nie lubi politycznych outsiderów. - Śpiewak jest indywidualistą, jak Rokita. Ustawił się na aucie, w roli recenzenta. Gdy nie jesteś w partii, masz mniejsze prawo, żeby krytykować.
Bo - jak lubi powtarzać Grzegorz Schetyna - "polityka to gra zespołowa". Lubi też porównania futbolowe: - Gdy na boisku jest pięć gwiazd, to musi być pięć piłek. A w partii może być tylko jeden lider - Donald Tusk.Bardzo chciał zostać ministrem sportu i koordynatorem Euro 2012. Ale Tusk potrzebował silnego wicepremiera, który zapanuje nad koalicjantem i będzie twardą ręką trzymał ministrów. - Grzesiu, chyba mi nie odmówisz? - zapytał Schetynę, czy przyjmie stanowisko wicepremiera i szefa MSWiA. I tym razem Schetyna okazał się lojalny wobec szefa.
Źródło: Duży Format
Autor: Renata Grochal, Rafał Kalukin

Tusk zapomniał, jak ważne jest zaufanie?

Zaufanie stało się słowem kluczem expose Donalda Tuska. Premier deklarował większe zaufanie rządu do przedsiębiorców, samorządowców i organizacji pozarządowych. Zapowiadał budowanie zaufania przez przewidywalne decyzje gospodarcze, likwidację deficytu budżetowego, transparentny styk administracji z biznesem, walkę z korupcją. To, co w słowach jest łatwe, w czynach bywa znacznie trudniejsze - pisze w DZIENNIKU politolog Rafał Matyja.
Zaufanie stało się słowem kluczem expose Donalda Tuska. Premier deklarował większe zaufanie rządu do przedsiębiorców, samorządowców i organizacji pozarządowych. Zapowiadał budowanie zaufania przez przewidywalne decyzje gospodarcze, likwidację deficytu budżetowego, transparentny styk administracji z biznesem, walkę z korupcją. To, co w słowach jest łatwe, w czynach bywa znacznie trudniejsze.
Pierwszym testem dla realnej - a nie tylko werbalnej - polityki rządu są zawsze zmiany kadrowe. Reguły formalne pozwalają na naturalną wymianę sfery politycznej - ministrów, wiceministrów, gabinetów politycznych, wojewodów. Wymiana kadry zarządzającej ministerstwami postępuje spokojnie, by nie rzec - powolnie. Tymczasem w kilku szczególnie wrażliwych sferach mieliśmy do czynienia z nadzwyczajnym przyspieszeniem.
Wymieniono nie tylko prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ale także odsunięto urzędników średniego szczebla - pochodzących notabene nie z partyjnej nominacji, lecz z konkursów. Wymieniono wojewodów - powołanych przez poprzednią ekipę także na podstawie konkursów. Wymieniono kierownictwo prokuratury i służb specjalnych (ABW i SKW). Rzecz nawet nie w tym, by się tym oburzać, ale by na podstawie tej mapy określić charakter nowej ekipy i jej preferencje.
Wydaje się, że wraca logika "odzyskiwania" poszczególnych instytucji nie tylko przez samą Platformę Obywatelską, ale także przez dawną elitę urzędniczą, która awansowała w latach rządów Leszka Millera.
Zamiast tworzenia przejrzystych procedur rekrutacyjnych i budowania zaufania wokół nowych nominacji mamy do czynienia z kontrowersyjnymi decyzjami personalnymi w Ministerstwie Obrony Narodowej, Ministerstwie Spraw Zagranicznych i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Co więcej, Platforma Obywatelska nie zadaje sobie nawet trudu, by w niektórych przynajmniej sferach zapowiedzieć konkursy - choćby powtarzając procedurę powoływania wojewodów zastosowaną przez Prawo i Sprawiedliwość. Nie przejmuje się także - jak w przypadku ZUS - możliwą krytyką mediów.
To prawda, że w przypadku najwyższych urzędników państwowych kluczowe znaczenie ma to, by szef rządu mógł darzyć ich zaufaniem. Ale samo zaufanie premiera, choć jest warunkiem koniecznym, nie wystarczy.
Publiczny charakter urzędów wymaga bowiem, by powoływani na nie ludzie mogli pozyskać także zaufanie (niekoniecznie tożsame z sympatią i poparciem) opinii publicznej. By przemawiała za nimi kompetencja, brak istotnych profesjonalnych uchybień, jasność kryteriów, na mocy których objęli swój urząd.
Ponadto niezwykle istotne jest to, by zmiany na stanowiskach niższych niż polityczne przebiegały w sposób, który nie podważa - jak stało się w przypadku prezesa ZUS - ich merytorycznej zasadności. Rzecz jasna - konkurs nie jest nieomylnym narzędziem polityki personalnej, nowy prezes ma prawo negatywnie oceniać pracę poszczególnych urzędników.
Ale gremialne zwolnienia nieprzypadkowo określa się zwykle mianem „czystek”. Warto ostrzec kierownictwo rządu, że powtarzanie tej praktyki w kolejnych instytucjach władzy nie będzie traktowane inaczej.
Pierwsze zmiany personalne przebiegają zatem w dwuznacznej atmosferze. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości mają rację, kiedy mówią, że podobne praktyki z ich strony wywoływały lawinę krytyki. Platforma Obywatelska - jak widać - może liczyć na łagodniejsze traktowanie ze strony mediów.
Owa łagodność może się jednak okazać pułapką. Część członków rządu może potraktować ją jako zapowiedź bezkarności, przyzwolenie na daleko idącą wymianę personelu urzędniczego. Warto przypomnieć im, że żaden rząd nie może liczyć na przychylność mediów przez cały czas trwania swojej kadencji, że wcześniej czy później rozpoczną się bolesne dla władzy rozliczenia.
Poprzednie dwa gabinety nie miały co do tego najmniejszych złudzeń. Oddane do użytku mieszkania zaczęto liczyć dzień po expose Kazimierza Marcinkiewicza.
Podobnie jak kilometry autostrad, zwolnienia w ministerstwach i agendach rządowych, zmiany w mediach publicznych. Co więcej, zapowiedziano tyle kataklizmów, które powstaną pod rządami PiS, że normalne porażki rządu wydawały się w gruncie rzeczy nieistotne.
Prawo i Sprawiedliwość próbowało zatem – zwłaszcza w pierwszym okresie – prowadzić politykę pozyskiwania zaufania poprzez nominacje spoza własnego kręgu. W przypadku Zbigniewa Religi, Zyty Gilowskiej, Stefana Mellera czy Grażyny Gęsickiej udało się przy ich pomocy łagodzić konflikty i nieufność zewnętrznych partnerów. Platforma po takie gesty nie sięga. W gabinecie Donalda Tuska brakuje nominacji, które byłyby podobnym gestem.
Tymczasem budowanie zaufania jest - wbrew wrażeniu, jakie mogliśmy odnieść, słuchając expose nowego premiera - czynnością skomplikowaną, wymagającą rezygnacji z działania po linii najmniejszego oporu.
Przede wszystkim polega zaś na przejściu od ściśle personalnych gwarancji sterowności władzy wykonawczej do gwarancji instytucjonalnych. Jeżeli nowa władza nie wykaże się zdolnością zmiany metod kontroli, jeżeli pójdzie drogą rządzenia poprzez zapełnianie instytucji swoimi ludźmi - pogłębi tylko i tak dotkliwy brak zaufania.

2007/12/03

Polityk Platformy na celowniku prokuratury

Śledczy mają dowody na korupcję Piotra Czubińskiego, burmistrza miasta i członka Rady Krajowej PO.
Piotr Czubiński jest wiceprzewodniczącym zarządu regionu lubelskiej PO i członkiem Rady Krajowej partii. Od 1996 roku nieprzerwanie piastuje funkcję burmistrza Kraśnika.
Kilkanaście dni temu do jego domu zapukali funkcjonariusze z Wydziału do Walki z Korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Potem przeszukali urząd. Według ustaleń „Rz” funkcjonariusze zajęli jego telefon komórkowy i notatnik, zażądali dokumentów dotyczących umorzenia podatków i zatrudnienia pracowników. Zabezpieczyli też służbowy komputer. Żadne szczegóły śledztwa nie są ujawniane. – Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia – ucina Marek Woźniak, zastępca szefa lubelskiej Prokuratury Okręgowej.
Rulon do kieszeni
„Rz” udało się dotrzeć do biznesmena, który zeznawał w tej sprawie. – Dałem łapówkę Piotrowi Czubińskiemu, burmistrzowi Kraśnika. Wstyd mi teraz okropnie, ale ratowałem swój zakład – mówi kraśnicki przedsiębiorca z branży budowlanej. Prosi o anonimowość, bo w 37-tysięcznym mieście wszyscy się znają.
Sześć lat temu jego firma była na skraju bankructwa. – To był problem ogólnokrajowy, całą branżę pogrążyła niekorzystna interpretacja przepisów – opowiada. – Kolega z branży powiedział, że burmistrz ma prawo umorzyć podatek, ale trzeba dać w łapę. Jak się zdecydowałem, on już na nas czekał w swoim gabinecie. Weszliśmy we trzech. Dwóch – w tym ja – dało łapówkę w wysokości kwartalnej raty podatku. Pieniądze zwinięte były w rulon. Czubiński schował to do kieszeni i powiedział: „Chyba trzeba wam pomóc”. Trzeci nie miał forsy, nie dostał umorzenia. Kaca moralnego miałem okropnego. Rok później było to samo. Wtedy dałem już mniej.Burmistrz uważa, że to pomówienia. – Nigdy nie przyjąłem żadnej korzyści majątkowej – podkreśla. – Nie mam sobie nic do zarzucenia i niczego nie zamierzam ukrywać. Jeśli zostałbym poproszony o dostarczenie tych przedmiotów czy jakichkolwiek dokumentów, to bez wątpienia zrobiłbym to na każde zawołanie prokuratury. Taki nalot był bezzasadny.
Parasol burmistrza
Po przeszukaniach u burmistrza w Kraśniku zawrzało. – Ludzie chyba czują, że w końcu mu się dobiorą do skóry – mówi Mirosław Włodarczyk, lekarz i opozycyjny radny miejski z klubu PiS. – W supermarketach wymieniają porozumiewawcze uśmiechy, piszą do siebie esemesy: „Jeeeeest!”, „Nareszcie!”. Strach jeszcze w nich siedzi, ale czują, że idzie ku lepszemu. Takiej euforii nie było tutaj od osiemdziesiątego dziewiątego – dodaje.
Włodarczyk tłumaczy sposób zdobywania głosów gwarantujący burmistrzowi kolejne wyborcze sukcesy. – To zastraszanie i kupowanie. Przez 11 lat on większości mieszkańcom dał pracę. Za to wymaga lojalności. Jak z nim nie współpracujesz, stracisz etat ty albo twoja żona. Jak się zgodzisz, to jesteś chroniony. Ludzie się boją, że jak przyjdzie ktoś nowy, to nie będzie pracy, nie będzie z czego żyć. I on to świetnie wykorzystuje – opowiada.
Włodarczyk twierdzi, że Czubiński chciał sobie i jego podporządkować. – W ubiegłym roku wezwał mnie i powiedział, że jak nie będę występował politycznie przeciwko niemu, moja żona, która jest dyrektorem Domu Pomocy Społecznej w Popkowicach, zostanie otoczona jego parasolem, czyli nie straci pracy. Nie obiecałem i się zaczęło.
Iwona Włodarczyk, żona Mirosława: – 17 lipca 2006 roku do mojego gabinetu weszło dwóch bliskich współpracowników burmistrza: wicestarosta i sekretarz powiatu. Razem z nimi przyszła pani M. Oznajmili, że mam pół godziny na przygotowanie umowy, bo ta pani od dzisiaj będzie moim zastępcą. Powiedziałam, że tak nie można, że trzeba zrobić konkurs, mieć badania. Na to oni, że nie wyjdą, dopóki jej nie zatrudnię. Przestraszyłam się i przygotowałam umowę. Na stanowisku zastępcy dyrektora DPS w Popkowicach M. pracowała prawie pół roku. Potem zrezygnowała.
– To bzdury. Próbuje się mnie zniszczyć za pomocą prasy– odpowiada Czubiński.
O sprawę burmistrza zapytaliśmy szefa regionu lubelskiej PO Janusza Palikota. – Mam wrażenie, że to ciągle ta sama nagonka usłużnych wobec PiS prokuratorów – odpowiedział. – Poseł Wilk złożył zażalenie na działalność prokuratury, to powinno przynieść efekty.Wojciech Wilk to kraśnicki poseł PO. Jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi Czubińskiego. – Podporządkował go sobie – uważa Włodarczyk. – Najpierw kierował jego szybką karierą w urzędzie: od stażysty po zastępcę burmistrza. Teraz posługuje się nim jak narzędziem do straszenia. Bo przecież poseł to już jest ktoś. A Wilk do dzisiaj mówi mu „szefie”.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: Tomasz Nieśpiał

2007/12/02

Kariera od Struzika do Urbańskiego

Wtajemniczeni mówią o nim: człowiek o wielu twarzach. Sylwestrowi Rypińskiemu blisko jest nie tylko do PSL.
Według informacji „Rz” Sylwester Rypiński to zaufany człowiek Adama Struzika, marszałka województwa mazowieckiego i wieloletniego, kontrowersyjnego polityka PSL.
Struzik miał w 2003 r. doprowadzić do powołania Rypińskiego do rady nadzorczej Mazowieckiego Funduszu Poręczeń Kredytowych. To spółka, której udziałowcem jest samorząd województwa. Dzięki poparciu marszałka członkiem zarządu funduszu został też brat Sylwestra Rypińskiego, Bogdan. Tę funkcję sprawuje cały czas. Według nieoficjalnych informacji żona Sylwestra Rypińskiego pracowała u Struzika w urzędzie marszałkowskim.
Następnie została członkiem zarządu Agencji Rozwoju Mazowsza, po czym – wiceszefową Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Funduszy Unijnych.– Znam Rypińskiego, ale niezbyt dobrze – mówi minister rolnictwa Marek Sawicki z PSL. Jak podkreśla, nie zna szczegółów znajomości Rypińskiego ze Struzikiem.
Zbigniew Chlebowski, przewodniczący Klubu PO, osobiście Rypińskiego nie zna. W piątek na konferencji twierdził, że nowy prezes ZUS został wybrany na członka zarządu przez polityków PiS. Według naszych wyliczeń jednak Rypiński został powołany do zarządu ZUS w styczniu 2004 r., za czasów rządu Leszka Millera. Prezesem była wówczas Aleksandra Wiktorow. Do ZUS trafił z Narodowego Funduszu Zdrowia, gdzie za prezesa Andrzeja Neumana był dyrektorem Departamentu Strategicznego. Jak to się stało, że przetrwał za czasów PiS w zarządzie ZUS?
– Kiedy przyszedłem do ZUS, Rypiński był członkiem zarządu odpowiedzialnym za administrację. W dodatku nie było prezesa ds. finansowych i pełnił jego obowiązki. Nie miałem do jego pracy żadnych zastrzeżeń. Nie chciałem go odwoływać tylko dlatego, że został powołany przez moją poprzedniczkę. – mówi „Rz” Paweł Wypych, odwołany w poniedziałek prezes ZUS.
Z naszych informacji wynika, że związki Rypińskiego z PSL były w ZUS powszechnie znane. Jednocześnie Rypiński uchodził za człowieka Aleksandry Wiktorow.
Jedną z pierwszych decyzji nowego prezesa było odwołanie w czwartek 13 z 16 dyrektorów oddziałów ZUS. – Na swoje stanowiska wracają wszyscy ludzie związani z Wiktorow – twierdzi Wypych.
Decyzja Rypińskiego wywołała burzę. Opozycja zarzuciła Platformie polityczne czystki. – To ukłon w stronę nieformalnej koalicji PO – PSL – LiD – uznała Małgorzata Sadurska z PiS.
Jednak Rypiński dobrze żył też z bliskim PiS prezesem TVP Andrzejem Urbańskim. W czerwcu „Rz” informowała, że od kwietnia Rypiński łączył pracę w zarządzie ZUS z doradzaniem Urbańskiemu. Otrzymywał za to 15 tys. zł miesięcznie. – Nie podobało mi się, że dzielił czas pracy między ZUS a TVP – mówi Wypych.
Ujawnia, że kilka dni przed jego odwołaniem Rypiński przyszedł do niego z rezygnacją z pracy w ZUS. – Chciał przejść do telewizji na cały etat – podkreśla Wypych.
Czy jako prezes ZUS Rypiński zrezygnuje z doradzania zarządowi TVP? – Wiem, że miał taki zamiar – mówi „Rz” Aneta Wrona, rzeczniczka telewizji.
Źródło: Rzeczpospolita
Autor: Anna Gielewska