Po apelach przedsiębiorców i interwencji TVN Warszawa marszałek województwa zażądał zmiany zasad konkursu na pieniądze z Brukseli. Do dymisji podał się też wicemarszałek odpowiedzialny za unijne dotacje.
Marszałek wezwał do siebie kierownictwo Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych. - Zarząd zdecydowanie zgodził się z przedsiębiorcami - tłumaczy Marta Milewska, rzecznik urzędu wojewódzkiego.
Tydzień temu TVN Warszawa informowała o problemach przedsiębiorców w Warszawie, którzy chcą pozyskać unijne dotacje dla swoich firm. Żalili się, że konkursy na pieniądze z Brukseli są na Mazowszu organizowane za rzadko, procedury zaś są zbyt skomplikowane i faworyzują część firm.
"Chcemy szybciej"
Rezygnację złożył Stefan Kotlewski, wicemarszałek odpowiedzialny za przyznawanie funduszy unijnych. Nadal jest jednak dużo do zrobienia.
Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, odpowiedzialne za unijne pieniądze, grozi palcem. Na tle innych regionów Polski - wypadamy bardzo słabo. Wciąż wykorzystujemy zbyt mało pieniędzy z Brukseli.
- Widzimy, że Mazowsze bardzo powoli się poprawia - mówi Adam Zdziebło, wiceminister Rozwoju Regionalnego. - Chcielibyśmy jednak szybciej i oby tak było - dodaje.
W tyle za innymi
Statystyki są nieubłagane. Do tej pory wykorzystaliśmy tylko 62 procent z planowanej sumy. Dla przykładu - Wrocław wykorzystuje... ponad 600 proc.
- Zmuszamy przedsiębiorców do zgłaszania swoich projektów w ostatniej chwili - zaznacza Piotr Lichwa, ekspert od unijnych funduszy. Jego zdaniem Mazowsze powinno częściej organizować konkursy na granty z Brukseli.
Michał Tracz
ran/mz, TVNWarszawa.pl
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2010/07/03
Myśliwska fuzja pogrąża polityka Platformy
Myśliwska pasja może zaszkodzić w karierze drugiemu już politykowi PO: najpierw w obawie o wizerunek broń porzucił Bronisław Komorowski. Teraz kłopoty ma kolejny działacz partii Donalda Tuska. Bo wiadomo, że jeśli w pierwszym akcie na ścianie wisi fuzja, to w ostatnim wystrzeli.
Centralne Biuro Antykorupcyjne odebrało fuzję wicemarszałkowi województwa mazowieckiego i kandydatowi na urząd prezydenta Radomia Piotrowi Szprendałowiczowi.
Agenci CBA pojawili się w domu młodego (38 l.) i robiącego błyskawiczną karierę w strukturach PO wicemarszałka w ostatnich dniach maja. – Zabezpieczyli wtedy broń myśliwską, trafiła do depozytu – wyjaśnia nam jeden z prokuratorów z Prokuratury Okręgowej w Chełmie. Wizyta była efektem śledztwa dotyczącego podejrzeń o popełnienie przez marszałka Szprendałowicza przestępstw „przeciw dokumentom”.
Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, chodzi o trzy kolejne paragrafy kodeksu karnego mówiące o fałszowaniu dokumentów. – Podejrzewamy, że sfałszował swój egzamin myśliwski i wyłudził od komendanta wojewódzkiego policji w Radomiu pozwolenie na broń – tłumaczy nam jeden z rozmówców.
Według materiałów zgromadzonych przez agentów CBA wicemarszałek w dniu swojego egzaminu myśliwskiego był daleko poza Radomiem. Jego egzamin był fikcją.
Sam marszałek, który niedawno został wskazany przez PO jako kandydat na prezydenta Radomia, nie chce komentować sprawy. – Nie pozwolił mi na to prokurator, dziwię się, skąd państwo macie o tym informacje – wyjaśniał wczoraj w „DGP”.
Robert Zieliński
Dziennik
Centralne Biuro Antykorupcyjne odebrało fuzję wicemarszałkowi województwa mazowieckiego i kandydatowi na urząd prezydenta Radomia Piotrowi Szprendałowiczowi.
Agenci CBA pojawili się w domu młodego (38 l.) i robiącego błyskawiczną karierę w strukturach PO wicemarszałka w ostatnich dniach maja. – Zabezpieczyli wtedy broń myśliwską, trafiła do depozytu – wyjaśnia nam jeden z prokuratorów z Prokuratury Okręgowej w Chełmie. Wizyta była efektem śledztwa dotyczącego podejrzeń o popełnienie przez marszałka Szprendałowicza przestępstw „przeciw dokumentom”.
Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, chodzi o trzy kolejne paragrafy kodeksu karnego mówiące o fałszowaniu dokumentów. – Podejrzewamy, że sfałszował swój egzamin myśliwski i wyłudził od komendanta wojewódzkiego policji w Radomiu pozwolenie na broń – tłumaczy nam jeden z rozmówców.
Według materiałów zgromadzonych przez agentów CBA wicemarszałek w dniu swojego egzaminu myśliwskiego był daleko poza Radomiem. Jego egzamin był fikcją.
Sam marszałek, który niedawno został wskazany przez PO jako kandydat na prezydenta Radomia, nie chce komentować sprawy. – Nie pozwolił mi na to prokurator, dziwię się, skąd państwo macie o tym informacje – wyjaśniał wczoraj w „DGP”.
Robert Zieliński
Dziennik
2010/06/12
Komorowski – noc myśliwego
Łowiecka pasja marszałka była powszechnie znana. Od chwili gdy został kandydatem PO na prezydenta, stała się tematem tabu.
Zamiłowanie Bronisława Komorowskiego do polowań to jeden z największych kłopotów sztabu wyborczego Platformy Obywatelskiej. – Jednym z naszych celów jest pilnowanie, by nie wypłynęły zdjęcia pokazujące naszego kandydata z upolowanym zwierzęciem – przyznał w rozmowie z "Rz" polityk PO.
W połowie maja pisaliśmy o protestach organizacji ekologicznych, które wezwały kandydata PO do rezygnacji z krwawego hobby. – Zabijanie zwierząt dla przyjemności uznajemy za moralnie niedopuszczalne – tłumaczył "Rz" Cezary Wyszyński z Ruchu na rzecz Zwierząt Viva. W tym samym tygodniu po Hajnowskich Dniach Muzyki Cerkiewnej i wizycie u Włodzimierza Cimoszewicza Komorowski nagle ogłosił: – Dostałem od dzieci i wnuków aparat fotograficzny z taką prośbą, bym przestał polować, a zaczął robić zwierzętom zdjęcia. Spróbuję się do tej prośby zastosować.
Wtedy zawrzało z kolei wśród myśliwych, którzy na forach internetowych nazywali Komorowskiego "zdrajcą". Ale sztab PO wie, co robi: myśliwych jest w Polsce 100 tysięcy, przeciwników około miliona. Rachunek jest prosty.
Nikt nic nie wie
Kiedy postanowiliśmy sprawdzić, jak wyglądała kariera łowiecka Komorowskiego, okazało się nagle, że stała się tematem tabu. Milczą dawni towarzysze polowań, leśnicy zasłaniają się niepamięcią. Ryszard Mączyński, prezes Towarzystwa Łowieckiego Ponowa i przyjaciel Komorowskiego od strzelania nie chce żadnych wspomnień. Stwierdza tylko, że "jest lojalnym obywatelem i nie jest upoważniony, by o tych sprawach rozmawiać".
Ponowa to Koło Łowieckie nr 18 w Białej Podlaskiej. Tu lubi sobie postrzelać Komorowski, choć sam należy do okręgu warszawskiego. Jeszcze w lutym jako marszałek Sejmu objął patronatem lokalną uroczystość 90-lecia Ponowy.
Komorowskiego na imprezie zagadnął dziennikarz "Słowa Podlasia" i spytał przewrotnie, czy wybrał się już na polowanie na elektorat wyborczy. Marszałek usilnie starał się wszystko obrócić w żart. Zaprzeczył, po czym stwierdził, że strzela, tyle że "cienkim śrutem humoru" i "nie jest bardzo groźnym myśliwym".
Wojciech Cieplak, prezes okręgu warszawskiego Polskiego Związku Łowieckiego, pytany m.in., od kiedy Bronisław Komorowski i jego syn Tadeusz są członkami związku, jakie mają trofea i broń, zasłania się ochroną danych osobowych.
Grupa wpływowa, zamknięta i bogata
Polski Związek Łowiecki to stowarzyszenie ponad 2,5 tysiąca kół łowieckich. Liczy ponad 100 tys. członków. Najwięcej (25 proc.) jest emerytów i rencistów, 14 proc. to właściciele firm.
To hermetyczne środowisko, o ogromnych finansach i wpływach. Ze skupu dziczyzny i organizowania polowań dla cudzoziemców koła uzyskały w ubiegłym roku ponad 84 mln zł. Składki członkowskie to kolejne 20 mln zł.
Związek ma swój sąd, od decyzji którego można się odwołać do sądu powszechnego, ale tylko w przypadku wykluczenia z organizacji. Ma rzecznika dyscyplinarnego, system odznaczeń i kontroli.
Tylko członkowie związku mogą legalnie polować w Lasach Państwowych należących do Skarbu Państwa. To właśnie związek administruje ośrodkami hodowli zwierzyny przy nadleśnictwach, które organizują polowania i na tym zarabiają.
PZŁ to zamknięty krąg.
– Nie każdy może zostać członkiem. Decyduje o tym zarząd związku – mówi jeden z myśliwych zrzeszony w PZŁ. Szefenm Naczelnej Rady Łowieckiej PZŁ jest Andrzej Gdula, były wiceszef MSW w PRL, ściągnięty do resortu przez generała Czesława Kiszczaka.
Prezes zarządu PZŁ dr Lech Bloch był zarejestrowany jako wieloletni tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa "Kazimierz". W Instytucie Pamięci Narodowej zachowało się własnoręcznie podpisane przez niego zobowiązanie do współpracy.
Do związku należy wielu VIP-ów: polityków, ministrów, aktorów, celebrytów.
Poseł został myśliwym
Bronisław Komorowski jest myśliwym od co najmniej 20 lat. Pamięta go z tamtych czasów pracownik Wojskowego Ośrodka RekreacyjnoKondycyjnego Omulew w Czarnym Piecu na Mazurach. Omulew miał wtedy koło łowieckie, strzelać mogli tylko dygnitarze wojskowi. Rezerwat był ogrodzony, zimą dokarmiano zwierzęta. Były łatwym łupem myśliwych.
– To był początek lat 90., komendantem był wtedy pułkownik Julian Borkowski. Komorowski przyjechał tu już jako cywilny wiceszef MON, dostał zgodę na odstrzał w rezerwacie od komendanta. Zabił dzika, ale nie umiał go wypatroszyć, pomagał mu chorąży – opowiada były pracownik w Omulewie.
W kompleksie dzisiejszego Ośrodka Reprezentacyjnego MON w Omulewie przez lata działało koło myśliwych Dowództwa Garnizonu Warszawa, do którego należą m.in. emerytowani generałowie. Tradycją było organizowanie w ośrodku obchodów Hubertusa (Dnia Myśliwych). Dopiero Aleksander Szczygło, ówczesny szef MON, w 2007 r. zabronił tego typu imprez.
Gen. Roman Polko, komandos, były szef GROM: – W wojsku, także w jednostkach specjalnych, jest bardzo dużo myśliwych, ale zawsze patrzyłem na to z niesmakiem, bo ograniczało się to do tego, żeby dawać żołnierzy do nagonek. Tak było też w Niepołomicach i Lublińcu (miejsce stacjonowania jednostek specjalnych – przyp. aut.). Jeden krowę zastrzelił przypadkiem, inny sobie w stopę strzelił. Nie podobało mi się to towarzystwo, które polowania zawsze zakrapiało suto alkoholem.
Regulamin polowań zabrania polowania pod wpływem alkoholu. – To martwy zapis. Gdyby badać uczestników polowań dla dygnitarzy alkomatem, większość polowań nie mogłaby się odbyć. Przeważnie strzelania dygnitarzy odbywają się na ostrym kacu – mówi "Rz" jeden z lubelskich myśliwych.
Polko zapamiętał rozmowę ze Zbigniewem Kwintalem, dowódcą pułku specjalnego komandosów: "Poluje pan? Nie? To kariery w wojsku pan nie zrobi". – To stwierdzenie dużo mówi o tym, czym jest myślistwo – dodaje Polko.
Komorowski, historyk z wykształcenia, z wojskowymi czuje się jak ryba w wodzie. Przez wiele lat był szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, dwukrotnie pracował w resorcie – raz jako wiceszef, potem szef MON. Gdzie polował?
– Prościej wyliczyć, gdzie Komorowski nie polował – mówi "Rz" jeden z myśliwych. Marszałka Sejmu pamiętają np. w Ośrodku Hodowli Zwierząt w Konopatach w nadleśnictwie Lidzbark.
– Na polowanie zapraszało go towarzystwo leśników. Legalne, zgłoszone. Z polityków tylko on bywał – mówi Tadeusz Iskra, nadleśniczy Lidzbarka.
W środowisku łowieckim opowiada się, że Komorowski lubuje się w jeleniach, bykach i kozłach (samiec sarny). – Chodzi o trofea – tłumaczy jeden z myśliwych.
Za zastrzelenie kozła dewizowiec musi zapłacić nawet 20 tys. zł, za bażanta – 6 tys. zł. I tu okazuje się, jak korzystną rzeczą jest członkostwo w elitarnym Związku Łowieckim.
– Zgodnie z przepisami członek PZŁ to wybraniec, który za trofeum nie płaci nic, a za mięso grosze – opowiada "Rz" aktywny myśliwy.
Gra o GROM
Według generała Sławomira Petelickiego, byłego dowódcy GROM, słabość Komorowskiego do polowań dziesięć lat temu wojskowy beton, który rządził w resorcie, chciał wykorzystać do przejęcia wpływów.
Zdaniem Petelickiego zamiłowanie do polowań, wspólne polowania w Omulewie zbliżyły Komorowskiego, wtedy słabego myśliwego, do ówczesnego dowódcy żandarmerii gen. Jerzego Słowińskiego. – Słowińskiego wybrano, bo był myśliwym i świetnie strzelał. Zwierzyny było w bród – mówi Petelicki.
Ta znajomość, według gen. Petelickiego, miała zaprocentować już niebawem. Jak utrzymuje, właśnie dlatego gen. Słowiński miał przejąć dowództwo nad GROM, kiedy Komorowski został szefem MON. Tyle tylko, że Polko się postawił, zadzwonił do ministra Komorowskiego. Afera rozeszła się po kościach.
Ówczesny szef GROM gen. Roman Polko potwierdza, że była taka sprawa. Słowiński w jednostce pytał o karabiny snajperskie, do polowań, choć żadne nakazy nie padły.
Gen. Słowiński jest już na emeryturze. Prowadzi działalność konsultingową. O polowaniach z Komorowskim nie chce rozmawiać. – To było 20 lat temu. Omulew? Bzdury – ucina.
Z Palikotem do Rosji
Myślistwo zbliża, cementuje przyjaźnie. To właśnie zamiłowanie do polowań jest powodem sympatii Komorowskiego do ekscentrycznego posła z Lubelszczyzny Janusza Palikota.
W swoim blogu Palikot w lipcu 2007 r. pisał: "Bronka poznałem bodaj w 1994 roku podczas sylwestra w leśniczówce w Lasach Janowskich. Byliśmy potem na wielu prywatnych wyprawach i spędziliśmy razem ostatnich pięć sylwestrów".
Komorowski uczył tam Palikota polowania. Gdy lubelski poseł PO poznał już tajniki sztuki myśliwskiej, wspólnie wyruszyli na łowy do Rosji. Palikot wspomina to tak: "Z tych wszystkich wydarzeń najbardziej niezwykły był nasz wspólny pobyt w Rosji i polowanie na głuszca. To było dobre 300 km od Moskwy, w marcu 1997 lub 1998. (...) To było moje pierwsze polowanie. Nie jestem urodzonym myśliwym i bardziej ciągnęło mnie do przygody i towarzystwa niż do strzelania. Wśród prawdziwych myśliwych doświadczyłem swoistego rodzaju więzi i kultury, które mają niezwykle wiele uroku. Składają się na to różne obyczaje, pieśni i... nalewki, a nawet dobra tradycyjna kiełbasa. Dawne KGB podesłało nam na wieczór jakiegoś nibysąsiada, który raczył nas wódką i próbował wyciągać na debaty polityczne. (...) I tak sobie we trójkę gaworzyliśmy, budując przyjaźń polskopostradziecką. I popijając jakimś bimbrem z soku z sosny".
Polowania to w Rosji jedna z ulubionych rozrywek tzw. siłowików, czyli przedstawicieli resortów obrony i spraw wewnętrznych. Wielkim miłośnikiem i protektorem rosyjskiego łowiectwa jest sam premier Władimir Putin, który często fotografował się z obnażonym torsem i strzelbą podczas polowań na tygrysa.
Palikot z uniesieniem opisuje, jak podekscytowany wrócił z rosyjskiego polowania na głuszce. Choć debiutant, to "z ptakiem na flincie". Głuszce w Polsce są pod ochroną. W Rosji wolno do nich strzelać.
Czerwoni myśliwi
Lubelski poseł PO nie jest wyjątkiem wśród politycznomyśliwskich znajomości kandydata PO na prezydenta.
Jak opowiada Ryszard Hys, emerytowany leśniczy z Janowa Lubelskiego, w 2001 roku Bronisław Komorowski przyjeżdżał tam na polowania z przedstawicielami ówczesnego rządu SLD. Potwierdzają to w rozmowach z "Rz" inni leśnicy pracujący wówczas w Janowie.
Komorowski polował na grubego zwierza, głównie jelenie i sarny. Organizatorem był nieżyjący już Jan Okruch, w latach 2002 – 2006 dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie (z nominacji SLD).
– Gdy przyjeżdżał Komorowski, zawsze czekał na niego leśniczy ze służbowym samochodem – opowiadają leśniczy.
O wspólnych polowaniach Komorowskiego z politykami SLD mówią też pracownicy nadleśnictwa w Rudniku w podkarpackiem. Widywali tam też wtedy szefa Bartimpeksu Aleksandra Gudzowatego oraz znanych aktorów, m.in. Bogusława Lindę. Do tych łowów dochodziło już w czasach AWS, gdy Komorowski był jednym z liderów Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego, a także szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, a następnie szefem MON w rządzie Jerzego Buzka.
– Do Rudnika na polowanie Komorowskiego ściągnął Edward Tomecki, który nadleśnictwem w Rudniku kieruje do dziś jeszcze od czasów stanu wojennego – wspomina Krzysztof Roman, wówczas pracownik leśny.
W Rudniku powstał Ośrodek Hodowli Zwierzyny, by było do czego strzelać. Daniele sprowadzano nawet z Węgier. Zbudowano domek myśliwski dla polityków. Edward Tomecki odmówił "Rz" udzielenia jakichkolwiek informacji o polowaniach Komorowskiego. Uzasadnił to tym, że jest to element sfery prywatnej marszałka i nie ma związku z pełnioną przez niego funkcją publiczną.
Tajemnica helikoptera
Po polowaniach w Lasach Janowskich biesiady myśliwskie z udziałem Komorowskiego organizowano w leśniczówce Władysławów, kilkanaście kilometrów od miasta. Schowana jest w głębokiej puszczy, trudno tam dotrzeć nawet z pomocą dobrego GPS. W pobliżu jest tylko kilka domów pracowników leśnych. Oni doskonale pamiętają wizyty Komorowskiego. Wspominają, że obecny marszałek Sejmu wpadał co miesiąc na kilka dni. Było to pod koniec lat 90.
– Kiedy nad okolicą latał helikopter, od razu było wiadomo, że przyleciał nim Bronek – mówi nasz informator. Helikopter należał do wojska, a Komorowski był wtedy wiceministrem obrony narodowej. Korzystał wówczas z gościny Jerzego Kostka. Panowie byli zaprzyjaźnieni. Komorowski jest ojcem chrzestnym córki Kostki.
Podczas jednego z pobytów Komorowskiego we Władysławowie miał miejsce wypadek. Jerzy Kostek, jeżdżąc po terenie leśniczówki samochodem terenowym, wpadł na helikopter, którym przyleciał marszałek. Uszkodzony został tylny wirnik. Sprawę badał komisariat policji z pobliskiej Dzwoli. Zarzutów nikomu nie postawiono.
Jak wyglądały przygotowania do polowań?
– Kiedy jesienią przez wieś jechały do leśniczówki przyczepy ze spadami jabłek z sadów, było jasne, że szykuje się polowanie z gośćmi – mówi jeden z mieszkańców Władysławowa.
Co wspólnego mają jabłka z myślistwem, tłumaczy nam Ryszard Hys. – Spadów z sadów używa się, by urządzić tzw. nęcisko. Przez kilka dni rozsypuje się spady w określonym miejscu, najczęściej na polanie. Zwierzyna się przyzwyczaja, że w tym miejscu można się najeść. Jak się już przyzwyczai, przyjeżdża myśliwy, wchodzi na ambonę. Przy optyce współczesnej broni zwierzyna nie ma żadnych szans. Nie trafić w takich okolicznościach, to spudłować w stodołę.
Z synem na dzika
Z marszałkiem poluje jeden z synów, 29-letni Tadeusz Komorowski, warszawski prawnik. W grudniu 2009 r. Bronisław Komorowski na jego wesele miał upolować dzika w lasach pod Lublinem.
– Był zaproszonym gościem na odstrzał – potwierdza Sylwester Wasilewski, łowczy koła Szarak w Lublinie, wizytę znanego myśliwego. – Miał zezwolenie na dwa dziki, pozyskał jednego. Zapłacił za niego, ale ile, nie pamiętam – przyznaje Wasilewski.
W styczniu 2008 r. marszałek Komorowski został zaproszony wraz z synem na dziki do lasów w Huszczy koło Białej Podlaskiej przez wspomniane już wcześniej koło Ponowa.
Myśliwy i dziennikarz pisma "Łowiecki Dziennik Myśliwych" Stanisław Pawluk ujawnił, że polowanie zorganizowano nielegalnie: bez wpisywania się do książki wyjść w łowisko i bez zgody nadleśniczego. Nie poinformowano też o imprezie wójtów gmin Łomazy oraz Tuczno, na których terenie polowanie się odbyło.
Pytany przez dziennikarza marszałek tłumaczył się, że upewniał się przed polowaniem, czy wszystkie formalności są spełnione. – Z przykrością jednak informuję, że tego dnia na polowaniu nie oddałem żadnego strzału – odpisał Komorowski Pawlukowi.
Podczas polowania zastrzelono przez przypadek psa Romana Arseniuka, który był podkładaczem z psami. Sprawę umorzono, bo Arseniuk całą winę wziął na siebie i nie rościł do nikogo pretensji. W feralnym polowaniu brał udział poza Komorowskim także Jerzy Kozłowicz, warszawski biznesmen, znajomy Józefa Oleksego.
Po całej historii kłopoty ma dziś tylko Pawluk, który ją opisał. Rok temu rzecznik dyscyplinarny Polskiego Związku Łowieckiego oskarżył dziennikarza o "naruszenie dobrego imienia koła łowieckiego" i zniesławienie z art. 212 kodeksu karnego, choć proces toczy się przed sądem koleżeńskim, a nie powszechnym.
Polowania? Nie odpowiem
W październiku 1994 r. Bronisław Komorowski, wtedy poseł Unii Wolności, zabierając głos w Sejmie w sprawie poselskiego projektu ustawy Prawo łowieckie, martwił się, że myśliwi wciąż są źle postrzegani w społeczeństwie, bo kojarzy się ich z czasami PRL, kiedy polować mogli tylko ludzie aparatu władzy. Z dumą mówił o sobie: – Być członkiem Polskiego Związku Łowieckiego to honor, a nie rzecz naganna.
Jego wystąpienie koledzy posłowie nagrodzili oklaskami.
Dziś marszałek Komorowski unika rozmowy o polowaniach. Mimo wielokrotnych próśb nie odpowiedział na pytania "Rz": m.in. od kiedy jest członkiem związku łowieckiego, jakie ma trofea i medale, czy polował w Omulewie i za granicami kraju, m.in. na Syberii na niedźwiedzie. No i kiedy zamierza zawiesić członkostwo w PZŁ, bo według naszych informacji jeszcze tego nie zrobił.
Rzeczpospolita
Zamiłowanie Bronisława Komorowskiego do polowań to jeden z największych kłopotów sztabu wyborczego Platformy Obywatelskiej. – Jednym z naszych celów jest pilnowanie, by nie wypłynęły zdjęcia pokazujące naszego kandydata z upolowanym zwierzęciem – przyznał w rozmowie z "Rz" polityk PO.
W połowie maja pisaliśmy o protestach organizacji ekologicznych, które wezwały kandydata PO do rezygnacji z krwawego hobby. – Zabijanie zwierząt dla przyjemności uznajemy za moralnie niedopuszczalne – tłumaczył "Rz" Cezary Wyszyński z Ruchu na rzecz Zwierząt Viva. W tym samym tygodniu po Hajnowskich Dniach Muzyki Cerkiewnej i wizycie u Włodzimierza Cimoszewicza Komorowski nagle ogłosił: – Dostałem od dzieci i wnuków aparat fotograficzny z taką prośbą, bym przestał polować, a zaczął robić zwierzętom zdjęcia. Spróbuję się do tej prośby zastosować.
Wtedy zawrzało z kolei wśród myśliwych, którzy na forach internetowych nazywali Komorowskiego "zdrajcą". Ale sztab PO wie, co robi: myśliwych jest w Polsce 100 tysięcy, przeciwników około miliona. Rachunek jest prosty.
Nikt nic nie wie
Kiedy postanowiliśmy sprawdzić, jak wyglądała kariera łowiecka Komorowskiego, okazało się nagle, że stała się tematem tabu. Milczą dawni towarzysze polowań, leśnicy zasłaniają się niepamięcią. Ryszard Mączyński, prezes Towarzystwa Łowieckiego Ponowa i przyjaciel Komorowskiego od strzelania nie chce żadnych wspomnień. Stwierdza tylko, że "jest lojalnym obywatelem i nie jest upoważniony, by o tych sprawach rozmawiać".
Ponowa to Koło Łowieckie nr 18 w Białej Podlaskiej. Tu lubi sobie postrzelać Komorowski, choć sam należy do okręgu warszawskiego. Jeszcze w lutym jako marszałek Sejmu objął patronatem lokalną uroczystość 90-lecia Ponowy.
Komorowskiego na imprezie zagadnął dziennikarz "Słowa Podlasia" i spytał przewrotnie, czy wybrał się już na polowanie na elektorat wyborczy. Marszałek usilnie starał się wszystko obrócić w żart. Zaprzeczył, po czym stwierdził, że strzela, tyle że "cienkim śrutem humoru" i "nie jest bardzo groźnym myśliwym".
Wojciech Cieplak, prezes okręgu warszawskiego Polskiego Związku Łowieckiego, pytany m.in., od kiedy Bronisław Komorowski i jego syn Tadeusz są członkami związku, jakie mają trofea i broń, zasłania się ochroną danych osobowych.
Grupa wpływowa, zamknięta i bogata
Polski Związek Łowiecki to stowarzyszenie ponad 2,5 tysiąca kół łowieckich. Liczy ponad 100 tys. członków. Najwięcej (25 proc.) jest emerytów i rencistów, 14 proc. to właściciele firm.
To hermetyczne środowisko, o ogromnych finansach i wpływach. Ze skupu dziczyzny i organizowania polowań dla cudzoziemców koła uzyskały w ubiegłym roku ponad 84 mln zł. Składki członkowskie to kolejne 20 mln zł.
Związek ma swój sąd, od decyzji którego można się odwołać do sądu powszechnego, ale tylko w przypadku wykluczenia z organizacji. Ma rzecznika dyscyplinarnego, system odznaczeń i kontroli.
Tylko członkowie związku mogą legalnie polować w Lasach Państwowych należących do Skarbu Państwa. To właśnie związek administruje ośrodkami hodowli zwierzyny przy nadleśnictwach, które organizują polowania i na tym zarabiają.
PZŁ to zamknięty krąg.
– Nie każdy może zostać członkiem. Decyduje o tym zarząd związku – mówi jeden z myśliwych zrzeszony w PZŁ. Szefenm Naczelnej Rady Łowieckiej PZŁ jest Andrzej Gdula, były wiceszef MSW w PRL, ściągnięty do resortu przez generała Czesława Kiszczaka.
Prezes zarządu PZŁ dr Lech Bloch był zarejestrowany jako wieloletni tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa "Kazimierz". W Instytucie Pamięci Narodowej zachowało się własnoręcznie podpisane przez niego zobowiązanie do współpracy.
Do związku należy wielu VIP-ów: polityków, ministrów, aktorów, celebrytów.
Poseł został myśliwym
Bronisław Komorowski jest myśliwym od co najmniej 20 lat. Pamięta go z tamtych czasów pracownik Wojskowego Ośrodka RekreacyjnoKondycyjnego Omulew w Czarnym Piecu na Mazurach. Omulew miał wtedy koło łowieckie, strzelać mogli tylko dygnitarze wojskowi. Rezerwat był ogrodzony, zimą dokarmiano zwierzęta. Były łatwym łupem myśliwych.
– To był początek lat 90., komendantem był wtedy pułkownik Julian Borkowski. Komorowski przyjechał tu już jako cywilny wiceszef MON, dostał zgodę na odstrzał w rezerwacie od komendanta. Zabił dzika, ale nie umiał go wypatroszyć, pomagał mu chorąży – opowiada były pracownik w Omulewie.
W kompleksie dzisiejszego Ośrodka Reprezentacyjnego MON w Omulewie przez lata działało koło myśliwych Dowództwa Garnizonu Warszawa, do którego należą m.in. emerytowani generałowie. Tradycją było organizowanie w ośrodku obchodów Hubertusa (Dnia Myśliwych). Dopiero Aleksander Szczygło, ówczesny szef MON, w 2007 r. zabronił tego typu imprez.
Gen. Roman Polko, komandos, były szef GROM: – W wojsku, także w jednostkach specjalnych, jest bardzo dużo myśliwych, ale zawsze patrzyłem na to z niesmakiem, bo ograniczało się to do tego, żeby dawać żołnierzy do nagonek. Tak było też w Niepołomicach i Lublińcu (miejsce stacjonowania jednostek specjalnych – przyp. aut.). Jeden krowę zastrzelił przypadkiem, inny sobie w stopę strzelił. Nie podobało mi się to towarzystwo, które polowania zawsze zakrapiało suto alkoholem.
Regulamin polowań zabrania polowania pod wpływem alkoholu. – To martwy zapis. Gdyby badać uczestników polowań dla dygnitarzy alkomatem, większość polowań nie mogłaby się odbyć. Przeważnie strzelania dygnitarzy odbywają się na ostrym kacu – mówi "Rz" jeden z lubelskich myśliwych.
Polko zapamiętał rozmowę ze Zbigniewem Kwintalem, dowódcą pułku specjalnego komandosów: "Poluje pan? Nie? To kariery w wojsku pan nie zrobi". – To stwierdzenie dużo mówi o tym, czym jest myślistwo – dodaje Polko.
Komorowski, historyk z wykształcenia, z wojskowymi czuje się jak ryba w wodzie. Przez wiele lat był szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, dwukrotnie pracował w resorcie – raz jako wiceszef, potem szef MON. Gdzie polował?
– Prościej wyliczyć, gdzie Komorowski nie polował – mówi "Rz" jeden z myśliwych. Marszałka Sejmu pamiętają np. w Ośrodku Hodowli Zwierząt w Konopatach w nadleśnictwie Lidzbark.
– Na polowanie zapraszało go towarzystwo leśników. Legalne, zgłoszone. Z polityków tylko on bywał – mówi Tadeusz Iskra, nadleśniczy Lidzbarka.
W środowisku łowieckim opowiada się, że Komorowski lubuje się w jeleniach, bykach i kozłach (samiec sarny). – Chodzi o trofea – tłumaczy jeden z myśliwych.
Za zastrzelenie kozła dewizowiec musi zapłacić nawet 20 tys. zł, za bażanta – 6 tys. zł. I tu okazuje się, jak korzystną rzeczą jest członkostwo w elitarnym Związku Łowieckim.
– Zgodnie z przepisami członek PZŁ to wybraniec, który za trofeum nie płaci nic, a za mięso grosze – opowiada "Rz" aktywny myśliwy.
Gra o GROM
Według generała Sławomira Petelickiego, byłego dowódcy GROM, słabość Komorowskiego do polowań dziesięć lat temu wojskowy beton, który rządził w resorcie, chciał wykorzystać do przejęcia wpływów.
Zdaniem Petelickiego zamiłowanie do polowań, wspólne polowania w Omulewie zbliżyły Komorowskiego, wtedy słabego myśliwego, do ówczesnego dowódcy żandarmerii gen. Jerzego Słowińskiego. – Słowińskiego wybrano, bo był myśliwym i świetnie strzelał. Zwierzyny było w bród – mówi Petelicki.
Ta znajomość, według gen. Petelickiego, miała zaprocentować już niebawem. Jak utrzymuje, właśnie dlatego gen. Słowiński miał przejąć dowództwo nad GROM, kiedy Komorowski został szefem MON. Tyle tylko, że Polko się postawił, zadzwonił do ministra Komorowskiego. Afera rozeszła się po kościach.
Ówczesny szef GROM gen. Roman Polko potwierdza, że była taka sprawa. Słowiński w jednostce pytał o karabiny snajperskie, do polowań, choć żadne nakazy nie padły.
Gen. Słowiński jest już na emeryturze. Prowadzi działalność konsultingową. O polowaniach z Komorowskim nie chce rozmawiać. – To było 20 lat temu. Omulew? Bzdury – ucina.
Z Palikotem do Rosji
Myślistwo zbliża, cementuje przyjaźnie. To właśnie zamiłowanie do polowań jest powodem sympatii Komorowskiego do ekscentrycznego posła z Lubelszczyzny Janusza Palikota.
W swoim blogu Palikot w lipcu 2007 r. pisał: "Bronka poznałem bodaj w 1994 roku podczas sylwestra w leśniczówce w Lasach Janowskich. Byliśmy potem na wielu prywatnych wyprawach i spędziliśmy razem ostatnich pięć sylwestrów".
Komorowski uczył tam Palikota polowania. Gdy lubelski poseł PO poznał już tajniki sztuki myśliwskiej, wspólnie wyruszyli na łowy do Rosji. Palikot wspomina to tak: "Z tych wszystkich wydarzeń najbardziej niezwykły był nasz wspólny pobyt w Rosji i polowanie na głuszca. To było dobre 300 km od Moskwy, w marcu 1997 lub 1998. (...) To było moje pierwsze polowanie. Nie jestem urodzonym myśliwym i bardziej ciągnęło mnie do przygody i towarzystwa niż do strzelania. Wśród prawdziwych myśliwych doświadczyłem swoistego rodzaju więzi i kultury, które mają niezwykle wiele uroku. Składają się na to różne obyczaje, pieśni i... nalewki, a nawet dobra tradycyjna kiełbasa. Dawne KGB podesłało nam na wieczór jakiegoś nibysąsiada, który raczył nas wódką i próbował wyciągać na debaty polityczne. (...) I tak sobie we trójkę gaworzyliśmy, budując przyjaźń polskopostradziecką. I popijając jakimś bimbrem z soku z sosny".
Polowania to w Rosji jedna z ulubionych rozrywek tzw. siłowików, czyli przedstawicieli resortów obrony i spraw wewnętrznych. Wielkim miłośnikiem i protektorem rosyjskiego łowiectwa jest sam premier Władimir Putin, który często fotografował się z obnażonym torsem i strzelbą podczas polowań na tygrysa.
Palikot z uniesieniem opisuje, jak podekscytowany wrócił z rosyjskiego polowania na głuszce. Choć debiutant, to "z ptakiem na flincie". Głuszce w Polsce są pod ochroną. W Rosji wolno do nich strzelać.
Czerwoni myśliwi
Lubelski poseł PO nie jest wyjątkiem wśród politycznomyśliwskich znajomości kandydata PO na prezydenta.
Jak opowiada Ryszard Hys, emerytowany leśniczy z Janowa Lubelskiego, w 2001 roku Bronisław Komorowski przyjeżdżał tam na polowania z przedstawicielami ówczesnego rządu SLD. Potwierdzają to w rozmowach z "Rz" inni leśnicy pracujący wówczas w Janowie.
Komorowski polował na grubego zwierza, głównie jelenie i sarny. Organizatorem był nieżyjący już Jan Okruch, w latach 2002 – 2006 dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie (z nominacji SLD).
– Gdy przyjeżdżał Komorowski, zawsze czekał na niego leśniczy ze służbowym samochodem – opowiadają leśniczy.
O wspólnych polowaniach Komorowskiego z politykami SLD mówią też pracownicy nadleśnictwa w Rudniku w podkarpackiem. Widywali tam też wtedy szefa Bartimpeksu Aleksandra Gudzowatego oraz znanych aktorów, m.in. Bogusława Lindę. Do tych łowów dochodziło już w czasach AWS, gdy Komorowski był jednym z liderów Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego, a także szefem Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, a następnie szefem MON w rządzie Jerzego Buzka.
– Do Rudnika na polowanie Komorowskiego ściągnął Edward Tomecki, który nadleśnictwem w Rudniku kieruje do dziś jeszcze od czasów stanu wojennego – wspomina Krzysztof Roman, wówczas pracownik leśny.
W Rudniku powstał Ośrodek Hodowli Zwierzyny, by było do czego strzelać. Daniele sprowadzano nawet z Węgier. Zbudowano domek myśliwski dla polityków. Edward Tomecki odmówił "Rz" udzielenia jakichkolwiek informacji o polowaniach Komorowskiego. Uzasadnił to tym, że jest to element sfery prywatnej marszałka i nie ma związku z pełnioną przez niego funkcją publiczną.
Tajemnica helikoptera
Po polowaniach w Lasach Janowskich biesiady myśliwskie z udziałem Komorowskiego organizowano w leśniczówce Władysławów, kilkanaście kilometrów od miasta. Schowana jest w głębokiej puszczy, trudno tam dotrzeć nawet z pomocą dobrego GPS. W pobliżu jest tylko kilka domów pracowników leśnych. Oni doskonale pamiętają wizyty Komorowskiego. Wspominają, że obecny marszałek Sejmu wpadał co miesiąc na kilka dni. Było to pod koniec lat 90.
– Kiedy nad okolicą latał helikopter, od razu było wiadomo, że przyleciał nim Bronek – mówi nasz informator. Helikopter należał do wojska, a Komorowski był wtedy wiceministrem obrony narodowej. Korzystał wówczas z gościny Jerzego Kostka. Panowie byli zaprzyjaźnieni. Komorowski jest ojcem chrzestnym córki Kostki.
Podczas jednego z pobytów Komorowskiego we Władysławowie miał miejsce wypadek. Jerzy Kostek, jeżdżąc po terenie leśniczówki samochodem terenowym, wpadł na helikopter, którym przyleciał marszałek. Uszkodzony został tylny wirnik. Sprawę badał komisariat policji z pobliskiej Dzwoli. Zarzutów nikomu nie postawiono.
Jak wyglądały przygotowania do polowań?
– Kiedy jesienią przez wieś jechały do leśniczówki przyczepy ze spadami jabłek z sadów, było jasne, że szykuje się polowanie z gośćmi – mówi jeden z mieszkańców Władysławowa.
Co wspólnego mają jabłka z myślistwem, tłumaczy nam Ryszard Hys. – Spadów z sadów używa się, by urządzić tzw. nęcisko. Przez kilka dni rozsypuje się spady w określonym miejscu, najczęściej na polanie. Zwierzyna się przyzwyczaja, że w tym miejscu można się najeść. Jak się już przyzwyczai, przyjeżdża myśliwy, wchodzi na ambonę. Przy optyce współczesnej broni zwierzyna nie ma żadnych szans. Nie trafić w takich okolicznościach, to spudłować w stodołę.
Z synem na dzika
Z marszałkiem poluje jeden z synów, 29-letni Tadeusz Komorowski, warszawski prawnik. W grudniu 2009 r. Bronisław Komorowski na jego wesele miał upolować dzika w lasach pod Lublinem.
– Był zaproszonym gościem na odstrzał – potwierdza Sylwester Wasilewski, łowczy koła Szarak w Lublinie, wizytę znanego myśliwego. – Miał zezwolenie na dwa dziki, pozyskał jednego. Zapłacił za niego, ale ile, nie pamiętam – przyznaje Wasilewski.
W styczniu 2008 r. marszałek Komorowski został zaproszony wraz z synem na dziki do lasów w Huszczy koło Białej Podlaskiej przez wspomniane już wcześniej koło Ponowa.
Myśliwy i dziennikarz pisma "Łowiecki Dziennik Myśliwych" Stanisław Pawluk ujawnił, że polowanie zorganizowano nielegalnie: bez wpisywania się do książki wyjść w łowisko i bez zgody nadleśniczego. Nie poinformowano też o imprezie wójtów gmin Łomazy oraz Tuczno, na których terenie polowanie się odbyło.
Pytany przez dziennikarza marszałek tłumaczył się, że upewniał się przed polowaniem, czy wszystkie formalności są spełnione. – Z przykrością jednak informuję, że tego dnia na polowaniu nie oddałem żadnego strzału – odpisał Komorowski Pawlukowi.
Podczas polowania zastrzelono przez przypadek psa Romana Arseniuka, który był podkładaczem z psami. Sprawę umorzono, bo Arseniuk całą winę wziął na siebie i nie rościł do nikogo pretensji. W feralnym polowaniu brał udział poza Komorowskim także Jerzy Kozłowicz, warszawski biznesmen, znajomy Józefa Oleksego.
Po całej historii kłopoty ma dziś tylko Pawluk, który ją opisał. Rok temu rzecznik dyscyplinarny Polskiego Związku Łowieckiego oskarżył dziennikarza o "naruszenie dobrego imienia koła łowieckiego" i zniesławienie z art. 212 kodeksu karnego, choć proces toczy się przed sądem koleżeńskim, a nie powszechnym.
Polowania? Nie odpowiem
W październiku 1994 r. Bronisław Komorowski, wtedy poseł Unii Wolności, zabierając głos w Sejmie w sprawie poselskiego projektu ustawy Prawo łowieckie, martwił się, że myśliwi wciąż są źle postrzegani w społeczeństwie, bo kojarzy się ich z czasami PRL, kiedy polować mogli tylko ludzie aparatu władzy. Z dumą mówił o sobie: – Być członkiem Polskiego Związku Łowieckiego to honor, a nie rzecz naganna.
Jego wystąpienie koledzy posłowie nagrodzili oklaskami.
Dziś marszałek Komorowski unika rozmowy o polowaniach. Mimo wielokrotnych próśb nie odpowiedział na pytania "Rz": m.in. od kiedy jest członkiem związku łowieckiego, jakie ma trofea i medale, czy polował w Omulewie i za granicami kraju, m.in. na Syberii na niedźwiedzie. No i kiedy zamierza zawiesić członkostwo w PZŁ, bo według naszych informacji jeszcze tego nie zrobił.
Rzeczpospolita
2010/05/29
Afera gruntowa na Targówku
Przewodniczący rady dzielnicy Targówek przygotowali uchwałę, która pozwoliłaby im za grosze dokupić kilka metrów kwadratowych gruntu do działek. Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL zdemaskował ich zamiary i wytknął im to na sesji.
Wybuchł skandal, po którym pomysłodawcy uchwały - radni Jędrzej Kunowski (35 l., PO), wiceprzewodniczący rady Targówka, i Zbigniew Poczesny (70 l., PO), przewodniczący rady tej dzielnicy - zaczęli wycofywać się ze swojego pomysłu.
Zbigniew Poczesny, przewodniczący rady dzielnicy Targówek, i Jędrzej Kunowski przygotowali projekt "uchwały skrawkowej". Dzięki temu przepisowi można by było wykupić zbędny miastu grunt położony przy posesjach za jeden procent jego wartości. Chodzi o trawniki albo nieużywane fragmenty chodników.
- Okazało się, że proponowany projekt uchwały bezpośrednio dotyczy przewodniczących - mówi radny Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL.
- Gdy zapytałem burmistrza, skąd pomysł takiego prawa, na sali obrad rozpętało się piekło. Kunowski zaczął się nagle wycofywać ze swoich pomysłów i przepraszać, że głosował dla własnej korzyści, a Poczesny długo nie przyznawał się, że ma taki interes, dopóki nie ujawnił tego burmistrz dzielnicy Grzegorz Zawistowski (58 l.) - dodaje Sebastian Kozłowski.
Zbigniew Poczesny i Jędrzej Kunowski uważają, że są niewinni, a sprawa została nadmuchana. W ich obronie stanął radny Witold Harasim (68 l.) z Koła Mieszkańców Bródna, Targówka i Zacisza. - Kto panu dał ten doktorat?! Nie odzywaj się pan! - krzyczał do Kozłowskiego.
Sprawą w przyszłym tygodniu zajmie się burmistrz Grzegorz Zawistowski (58 l.), który obecnie jest w szpitalu.
Super Express
Przemysław Burkiewicz
Wybuchł skandal, po którym pomysłodawcy uchwały - radni Jędrzej Kunowski (35 l., PO), wiceprzewodniczący rady Targówka, i Zbigniew Poczesny (70 l., PO), przewodniczący rady tej dzielnicy - zaczęli wycofywać się ze swojego pomysłu.
Zbigniew Poczesny, przewodniczący rady dzielnicy Targówek, i Jędrzej Kunowski przygotowali projekt "uchwały skrawkowej". Dzięki temu przepisowi można by było wykupić zbędny miastu grunt położony przy posesjach za jeden procent jego wartości. Chodzi o trawniki albo nieużywane fragmenty chodników.
- Okazało się, że proponowany projekt uchwały bezpośrednio dotyczy przewodniczących - mówi radny Sebastian Kozłowski (36 l.) z SDPL.
- Gdy zapytałem burmistrza, skąd pomysł takiego prawa, na sali obrad rozpętało się piekło. Kunowski zaczął się nagle wycofywać ze swoich pomysłów i przepraszać, że głosował dla własnej korzyści, a Poczesny długo nie przyznawał się, że ma taki interes, dopóki nie ujawnił tego burmistrz dzielnicy Grzegorz Zawistowski (58 l.) - dodaje Sebastian Kozłowski.
Zbigniew Poczesny i Jędrzej Kunowski uważają, że są niewinni, a sprawa została nadmuchana. W ich obronie stanął radny Witold Harasim (68 l.) z Koła Mieszkańców Bródna, Targówka i Zacisza. - Kto panu dał ten doktorat?! Nie odzywaj się pan! - krzyczał do Kozłowskiego.
Sprawą w przyszłym tygodniu zajmie się burmistrz Grzegorz Zawistowski (58 l.), który obecnie jest w szpitalu.
Super Express
Przemysław Burkiewicz
2010/05/28
Działacz PO opróżniał lokale, teraz odchodzi z partii
- Pawła Dulskiego nie ma już w naszych szeregach - oświadczyła wczoraj Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa warszawskiej PO. To reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy metody, jakimi posługiwał się wpływowy działacz mokotowskiej organizacji tej partii.
Był wiceszefem PO na Mokotowie, delegatem regionu na zjazd krajowy, członkiem sądu koleżeńskiego. - Dziś Paweł Dulski nie ma już żadnej z tych funkcji, nie ma go już w Platformie - wyjaśnia Kidawa-Błońska. - Formalnie został zawieszony w prawach członka partii na własną prośbę. Zrobił to po rozmowie ze mną. Aby wyrzucić kogoś z naszych szeregów, trzeba kierować sprawę do sądu koleżeńskiego. Nie chcieliśmy czekać.
To reakcja na naszą publikację, w której opisaliśmy, jakimi metodami posługiwał się Paweł Dulski. Wraz z Pawłem Sykulskim, partyjnym kolegą, radnym Mokotowa i pracownikiem biura poselskiego Tadeusza Rossa, próbował wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego, który stracił prawo własności do lokalu, ale był w nim zameldowany. Starczewski żali się, że działacze PO wyrzucili go na ulicę.
Innym lokalem, który Paweł Dulski próbował opróżnić, była apteka u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej. Tu wystąpił w roli doradcy Andrzeja Zgirskiego - jubilera, w którego interesie było wyrzucenie podnajemncy lokalu Karola El Kashifa. - Niech on wypier... Trzeba mu postawić nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził Paweł Dulski. Kilka miesięcy potem jubiler siłą wyrzucił aptekarza na bruk.
W urzędzie Mokotowa prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zarządziła kontrolę. Radni SLD żądają zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
Był wiceszefem PO na Mokotowie, delegatem regionu na zjazd krajowy, członkiem sądu koleżeńskiego. - Dziś Paweł Dulski nie ma już żadnej z tych funkcji, nie ma go już w Platformie - wyjaśnia Kidawa-Błońska. - Formalnie został zawieszony w prawach członka partii na własną prośbę. Zrobił to po rozmowie ze mną. Aby wyrzucić kogoś z naszych szeregów, trzeba kierować sprawę do sądu koleżeńskiego. Nie chcieliśmy czekać.
To reakcja na naszą publikację, w której opisaliśmy, jakimi metodami posługiwał się Paweł Dulski. Wraz z Pawłem Sykulskim, partyjnym kolegą, radnym Mokotowa i pracownikiem biura poselskiego Tadeusza Rossa, próbował wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego, który stracił prawo własności do lokalu, ale był w nim zameldowany. Starczewski żali się, że działacze PO wyrzucili go na ulicę.
Innym lokalem, który Paweł Dulski próbował opróżnić, była apteka u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej. Tu wystąpił w roli doradcy Andrzeja Zgirskiego - jubilera, w którego interesie było wyrzucenie podnajemncy lokalu Karola El Kashifa. - Niech on wypier... Trzeba mu postawić nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził Paweł Dulski. Kilka miesięcy potem jubiler siłą wyrzucił aptekarza na bruk.
W urzędzie Mokotowa prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zarządziła kontrolę. Radni SLD żądają zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
2010/05/27
Rogoyski: Palikotowa tendencja panuje w PO
Z Andrzejem Rogoyskim, działaczem PO, który przegrał w wyborach na szefa Mazowsza, rozmawia Anita Czupryn.
Kiedy rzuca Pan legitymację Platformy Obywatelskiej?
To wszystko zależy od tego, jak Platforma będzie się zachowywała. Na razie takiego planu niemam.
Ale na sobotnim zjeździe mazowieckiej PO skrytykował Pan swoją partię. Co się Panu w Platformie nie podoba?
Kiedy myślę o ostatnich wypowiedziach niektórych przywódców Platformy, to rzeczywiście mi się nie podoba. Zwłaszcza że mam w oczach i w uszach to, co działo się w 2001 r., kiedy PO powstawało, kiedy tworzono zarysy tego wielkiego pomysłu politycznego. Kiedy był jeszcze w Platformie Maciej Płażyński, kiedy budowano ją w duchu szerokiego pomysłu na Polskę nowoczesną, ale też przyjazną obywatelom. Niestety, teraz dostrzegam coraz mniej tych elementów.
Czyje wypowiedzi się Panu nie podobają?
Przede wszystkim mam tu na myśli wypowiedzi pana Janusza Palikota. W zasadzie są to wypowiedzi kompromitujące Platformę jako partię, która ma być wzorcem szlachetności i kultury politycznej. A teraz PO jest tego antyprzykładem. Bo jeżeli pan Palikot dalej antagonizuje, wypowiadając się na temat naszych kontrpartnerów politycznych, jeżeli tytułuje siebie Chrystusem narodu, a o Jarosławie Kaczyńskim mówi, że jest opanowany przez szatana, jeżeli niektórzy członkowie komitetu honorowego marszałka Bronisława Komorowskiego wypowiadają się w sposób zupełnie niehonorowy, nielicujący z godnością, jaką powinni mieć ludzie, którzy taki tytuł honorowego członka na siebie przyjmują, to ja się zastanawiam, w którym miejscu Platforma Obywatelska dziś jest i w którą stronę idzie? Bo idzie w zupełnie inną, niż powinna.
Bacznie obserwuję, co się dzieje w Platformie, i ów brak reakcji ze strony władz, niewyrażenie dezaprobaty wobec tego, co mówił poseł Palikot, to mnie martwi. Bo to oznacza, że w Platformie jest wyraźna palikotowa tendencja. Negatywnych emocji jest tyle, że mnie to zdumiewa, skąd to się bierze?
Nie mogę się w tej atmosferze odnaleźć.
[b]O rządach PO powiedział Pan, że to są rządy pychy. Co Pan ma na myśli?
Bezwzględną potrzebę zawłaszczenia sceny politycznej, która nie uwzględnia tego, że potrzebny jest partner polityczny, mam tu na myśli PiS, aby rzeczywiście realizować te wielkie pomysły modernizacyjne i cywilizacyjne, które legły u podstaw PO. Jeżeli się o tym nie chce myśleć, to znaczy, że popada się w grzech pychy. I to jest wielki błąd Platformy Obywatelskiej.
Platforma zamiata problemy pod dywan?
Mam tu na myśli działania związane z obietnicami, które nie do końca zostały zrealizowane i to wcale nie dlatego, że świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński je wetował. Przyjrzałem się liczbie tych wet i ustawom i zwróciłem uwagę, że spośród tych, które miały duże znaczenie, prezydent zawetował zaledwie kilka. Zdecydowana większość ustaw - i jest to gigantyczna skala - została przez prezydenta podpisana. Nie można zrzucać odpowiedzialności na prezydenta za własne błędy. A to niestety jest element naszej propagandy.
To dlatego nazwano Pana szpiegiem PiS?
To pytanie do tych, którzy takie zupełnie niesprawiedliwe tezy stawiają. Ale to pokazuje pewien element zagubienia się środowiska mazowieckiej Platformy, która nie umie racjonalnie odpowiedzieć na moje wątpliwości, tylko traktuje epitetami.
W sobotę koledzy Pana wygwizdali, wybuczeli, wyklaskali...
Wśród osób, które intensywnie zagrzewały do boju w wyklaskiwaniu, widziałem ludzi, o których nigdy bym nie pomyślał, że mogą się tak zachowywać. Mam tu na myśli np. panią Julię Piterę, z którą przez wiele lat bardzo dobrze się politycznie rozumiałem. Zupełnie zaś nie mogę pojąć takiego agresywnego zachowania pani minister. No, ale to świadczy o dużej nerwowości w środowisku PO, które samo się skazuje na taką nerwowość, bo wcale tak nie musiało być. Wystarczyło w tej kampanii położyć nacisk na pozytywną prezentację takich elementów, które będą przekonywać Polaków do głosowania na kandydata PO.
Działacze PO, widząc, że Pan atakuje swoich, mówią, że zły to ptak, co własne gniazdo kala.
To nie moja wina, że zjazd mazowieckiej Platformy miał miejsce tuż przed wyborami. Ja mam odmienną koncepcję rozwoju i budowy PO. Koncepcję powrotu do źródeł, deklaracji z 2001 r. o niejątrzeniu sceny politycznej w kierunku dezaprobaty wobec PiS, tylko zrozumieniu, że Polsce potrzebne są w tej chwili i PiS, i PO, jako dwie formacje, które są w stanie sprostać problemom, przed jakimi nasz kraj staje. I o tym chciałem mówić, i nie pozwolono mi skończyć. Kiedyś o tym powiedzieć trzeba.
Nie obawia się Pan, że zostanie uznany za rozłamowca?
Jeśli zostanę za takiego uznany, to potwierdzi się tylko moja teza, że dzieje się źle w PO. Na razie nie widzę, aby mnie sekowano, poza oczywiście forami internetowymi, na których są agresywne wobec mnie wpisy. Poza tym nie odczuwam jakichś zachowań nieprawidłowych czy niepokoju.
Podoba się Panu kampania Bronisława Komorowskiego?
Zupełnie mi się nie podoba. Przynajmniej nie podobała do soboty. Teraz zaczyna się zmieniać. Nie chcę przydawać sobie jakiegoś szczególnego wpływu na uspokojenie tonacji, ale rzeczywiście do soboty ilość wpadek i błędów była tak duża, że nawet Grzegorz Schetyna to potwierdził, krytykując sztab mazowieckiej PO. W końcu zaczęto się zastanawiać, jak temu zaradzić, bo jak tak dalej pójdzie, to wybory zakończą się wbrew sondażom.
Rozmawiała Anita Czupryn
Kiedy rzuca Pan legitymację Platformy Obywatelskiej?
To wszystko zależy od tego, jak Platforma będzie się zachowywała. Na razie takiego planu niemam.
Ale na sobotnim zjeździe mazowieckiej PO skrytykował Pan swoją partię. Co się Panu w Platformie nie podoba?
Kiedy myślę o ostatnich wypowiedziach niektórych przywódców Platformy, to rzeczywiście mi się nie podoba. Zwłaszcza że mam w oczach i w uszach to, co działo się w 2001 r., kiedy PO powstawało, kiedy tworzono zarysy tego wielkiego pomysłu politycznego. Kiedy był jeszcze w Platformie Maciej Płażyński, kiedy budowano ją w duchu szerokiego pomysłu na Polskę nowoczesną, ale też przyjazną obywatelom. Niestety, teraz dostrzegam coraz mniej tych elementów.
Czyje wypowiedzi się Panu nie podobają?
Przede wszystkim mam tu na myśli wypowiedzi pana Janusza Palikota. W zasadzie są to wypowiedzi kompromitujące Platformę jako partię, która ma być wzorcem szlachetności i kultury politycznej. A teraz PO jest tego antyprzykładem. Bo jeżeli pan Palikot dalej antagonizuje, wypowiadając się na temat naszych kontrpartnerów politycznych, jeżeli tytułuje siebie Chrystusem narodu, a o Jarosławie Kaczyńskim mówi, że jest opanowany przez szatana, jeżeli niektórzy członkowie komitetu honorowego marszałka Bronisława Komorowskiego wypowiadają się w sposób zupełnie niehonorowy, nielicujący z godnością, jaką powinni mieć ludzie, którzy taki tytuł honorowego członka na siebie przyjmują, to ja się zastanawiam, w którym miejscu Platforma Obywatelska dziś jest i w którą stronę idzie? Bo idzie w zupełnie inną, niż powinna.
Bacznie obserwuję, co się dzieje w Platformie, i ów brak reakcji ze strony władz, niewyrażenie dezaprobaty wobec tego, co mówił poseł Palikot, to mnie martwi. Bo to oznacza, że w Platformie jest wyraźna palikotowa tendencja. Negatywnych emocji jest tyle, że mnie to zdumiewa, skąd to się bierze?
Nie mogę się w tej atmosferze odnaleźć.
[b]O rządach PO powiedział Pan, że to są rządy pychy. Co Pan ma na myśli?
Bezwzględną potrzebę zawłaszczenia sceny politycznej, która nie uwzględnia tego, że potrzebny jest partner polityczny, mam tu na myśli PiS, aby rzeczywiście realizować te wielkie pomysły modernizacyjne i cywilizacyjne, które legły u podstaw PO. Jeżeli się o tym nie chce myśleć, to znaczy, że popada się w grzech pychy. I to jest wielki błąd Platformy Obywatelskiej.
Platforma zamiata problemy pod dywan?
Mam tu na myśli działania związane z obietnicami, które nie do końca zostały zrealizowane i to wcale nie dlatego, że świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński je wetował. Przyjrzałem się liczbie tych wet i ustawom i zwróciłem uwagę, że spośród tych, które miały duże znaczenie, prezydent zawetował zaledwie kilka. Zdecydowana większość ustaw - i jest to gigantyczna skala - została przez prezydenta podpisana. Nie można zrzucać odpowiedzialności na prezydenta za własne błędy. A to niestety jest element naszej propagandy.
To dlatego nazwano Pana szpiegiem PiS?
To pytanie do tych, którzy takie zupełnie niesprawiedliwe tezy stawiają. Ale to pokazuje pewien element zagubienia się środowiska mazowieckiej Platformy, która nie umie racjonalnie odpowiedzieć na moje wątpliwości, tylko traktuje epitetami.
W sobotę koledzy Pana wygwizdali, wybuczeli, wyklaskali...
Wśród osób, które intensywnie zagrzewały do boju w wyklaskiwaniu, widziałem ludzi, o których nigdy bym nie pomyślał, że mogą się tak zachowywać. Mam tu na myśli np. panią Julię Piterę, z którą przez wiele lat bardzo dobrze się politycznie rozumiałem. Zupełnie zaś nie mogę pojąć takiego agresywnego zachowania pani minister. No, ale to świadczy o dużej nerwowości w środowisku PO, które samo się skazuje na taką nerwowość, bo wcale tak nie musiało być. Wystarczyło w tej kampanii położyć nacisk na pozytywną prezentację takich elementów, które będą przekonywać Polaków do głosowania na kandydata PO.
Działacze PO, widząc, że Pan atakuje swoich, mówią, że zły to ptak, co własne gniazdo kala.
To nie moja wina, że zjazd mazowieckiej Platformy miał miejsce tuż przed wyborami. Ja mam odmienną koncepcję rozwoju i budowy PO. Koncepcję powrotu do źródeł, deklaracji z 2001 r. o niejątrzeniu sceny politycznej w kierunku dezaprobaty wobec PiS, tylko zrozumieniu, że Polsce potrzebne są w tej chwili i PiS, i PO, jako dwie formacje, które są w stanie sprostać problemom, przed jakimi nasz kraj staje. I o tym chciałem mówić, i nie pozwolono mi skończyć. Kiedyś o tym powiedzieć trzeba.
Nie obawia się Pan, że zostanie uznany za rozłamowca?
Jeśli zostanę za takiego uznany, to potwierdzi się tylko moja teza, że dzieje się źle w PO. Na razie nie widzę, aby mnie sekowano, poza oczywiście forami internetowymi, na których są agresywne wobec mnie wpisy. Poza tym nie odczuwam jakichś zachowań nieprawidłowych czy niepokoju.
Podoba się Panu kampania Bronisława Komorowskiego?
Zupełnie mi się nie podoba. Przynajmniej nie podobała do soboty. Teraz zaczyna się zmieniać. Nie chcę przydawać sobie jakiegoś szczególnego wpływu na uspokojenie tonacji, ale rzeczywiście do soboty ilość wpadek i błędów była tak duża, że nawet Grzegorz Schetyna to potwierdził, krytykując sztab mazowieckiej PO. W końcu zaczęto się zastanawiać, jak temu zaradzić, bo jak tak dalej pójdzie, to wybory zakończą się wbrew sondażom.
Rozmawiała Anita Czupryn
Dymisja radnego PO, który mówił, żeby aptekarz "wyp..."?
Wiceszef mokotowskiej PO Paweł Dulski oddał się do dyspozycji władz partii, SLD żąda zwołania nadzwyczajnych obrad rady dzielnicy - to reakcja na nasz tekst, w którym opisaliśmy metody stosowane przez grupę działaczy partii Tuska
- Po przeczytaniu artykułu w "Gazecie Stołecznej" prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zatelefonowała do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej [szefowa warszawskiej PO] prosząc, by wobec bohaterów tekstu nie stosować taryfy ulgowej - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Chodzi o trzech Pawłów: Dulskiego, Sykulskiego i Kosińskiego. Pracują jako asystenci posła Platformy Tadeusza Rossa, są działaczami mokotowskiej PO (Dulski jest jej wiceszefem).
Cała trójka próbowała wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego. Starczewski mówi, że działacze PO kazali mu się wynosić. Gdy nie posłuchał, wyrzucili go na bruk. Aby mieć dach nad głową, musiał dochodzić swoich praw w sądzie.
- Niech on wypier... przez weekend. Trzeba postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - tak z kolei Paweł Dulski radził jubilerowi, który chciał zerwać umowę podnajmu miejskiego lokalu z Karolem El Kashifem, pół-Egipcjaninem, od siedmiu lat prowadzącym u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej aptekę. El Kashif został wyrzucony siłą.
Małgorzata Kidawa-Błońska zażądała wczoraj wyjaśnień od Dulskiego. Dziś ma zdecydować o jego dalszych losach w PO. Mokotowskie SLD zażądało zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy. Mają wziąć w niej udział Starczewski i El Kashif. - Jeśli zarząd Mokotowa nie wytłumaczy nam, dlaczego w sporze o aptekę wziął rację tylko jednej ze stron [Zgirskiego], złożymy wniosek o odwołanie burmistrza i jego zastępców - mówią w SLD.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
- Po przeczytaniu artykułu w "Gazecie Stołecznej" prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zatelefonowała do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej [szefowa warszawskiej PO] prosząc, by wobec bohaterów tekstu nie stosować taryfy ulgowej - mówi wysoki rangą urzędnik ratusza.
Chodzi o trzech Pawłów: Dulskiego, Sykulskiego i Kosińskiego. Pracują jako asystenci posła Platformy Tadeusza Rossa, są działaczami mokotowskiej PO (Dulski jest jej wiceszefem).
Cała trójka próbowała wyrzucić z mieszkania Andrzeja Starczewskiego. Starczewski mówi, że działacze PO kazali mu się wynosić. Gdy nie posłuchał, wyrzucili go na bruk. Aby mieć dach nad głową, musiał dochodzić swoich praw w sądzie.
- Niech on wypier... przez weekend. Trzeba postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - tak z kolei Paweł Dulski radził jubilerowi, który chciał zerwać umowę podnajmu miejskiego lokalu z Karolem El Kashifem, pół-Egipcjaninem, od siedmiu lat prowadzącym u zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej aptekę. El Kashif został wyrzucony siłą.
Małgorzata Kidawa-Błońska zażądała wczoraj wyjaśnień od Dulskiego. Dziś ma zdecydować o jego dalszych losach w PO. Mokotowskie SLD zażądało zwołania nadzwyczajnej sesji rady dzielnicy. Mają wziąć w niej udział Starczewski i El Kashif. - Jeśli zarząd Mokotowa nie wytłumaczy nam, dlaczego w sporze o aptekę wziął rację tylko jednej ze stron [Zgirskiego], złożymy wniosek o odwołanie burmistrza i jego zastępców - mówią w SLD.
Gazeta Stołeczna
Jan Fusiecki
2010/05/26
Polityk PO o aptekarzu z Mokotowa: Niech wypier...
- Niech on wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech ten kat go katuje - radził warszawskiemu przedsiębiorcy Paweł Dulski, wiceszef PO na Mokotowie. Potem w świetle kamer kupiec siłą wyrzucił na bruk kupca. Bez sądu, na oczach bezradnej policji, przy aprobacie urzędników
Główni bohaterowie: Karol el Kashif, z pochodzenia półkrwi Egipcjanin. Studiował nauki polityczne, od lat prowadzi dwie apteki na Mokotowie. Andrzej Zgirski, biznesmen, właściciel kilku salonów jubilerskich. Paweł Dulski, wiceszef Platformy na Mokotowie.
Andrzej Zgirski zaczynał od kantoru, dziś jest właścicielem sieci sklepów jubilerskich.
Paweł Dulski działa w mokotowskiej PO, mateczniku Julii Pitery od początku istnienia partii. Obecna minister ds. walki z korupcją przez lata była radną z tego terenu, po wygranych przez Platformę wyborach opiniowała wybór dzielnicowych władz. Dulski pracuje w biurze posła PO Tadeusza Rossa (PO), od lat przyjaźni się i robi interesy z Pawłem Sykulskim (PO), radnym na Mokotowie. Partnerka życiowa Dulskiego Katarzyna Weremczuk to również radna PO na Mokotowie. - Złote dziecko Platformy - mówił o Dulskim podczas jednego ze zjazdów PO Robert Soszyński, szef mokotowskiej PO, przewodniczący sejmiku Mazowsza.
Urząd frontem do jubilera
W przeszło stumetrowym lokalu użytkowym przy zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej (ul. Puławska 10) Karol el Kashif od 2003 r. prowadził aptekę. Należący do miasta lokal wynajmował od Andrzeja Zgirskiego. Płacił mu 25 tys. miesięcznie. Zgirski oddawał miastu niecałe 5 tys.
Dziś obaj przedsiębiorcy zarzucają sobie nieuczciwość. Zgirski przekonuje, że El Kashif chciał okupować lokal, nic nie płacąc. Dla El Kashifa Zgirski to tylko pośrednik, przez siedem lat zarobił na podnajmie lokalu 1,8 mln zł.
Jesienią ub.r. aptekarz zorientował się, że Zgirski chce wykupić Puławską 10. Przepisy pozwalają na to wieloletnim najemcom. Długoletnim użytkownikom miasto sprzedaje lokal po cenie niższej od uzyskiwanej na przetargach i rozkłada płatność na dziesięć lat.
Kłopot Zgirskiego polegał na tym, że w upatrzonym lokalu działała apteka, a on nie miał prawa do prowadzenia działalności farmaceutycznej. Nie miał też prawa do podnajmowania lokalu. - Lokale użytkowe powinny być wynajmowane osobom, które faktycznie prowadzą działalność w danym miejscu - mówi wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak.
Tej zasady nie zastosowano wobec Zgirskiego. Urzędnicy uznali, że przepisy złamał nieumyślnie. Jubiler chciał mieć umowę na prowadzenie sklepu jubilerskiego przy Puławskiej 10. Kontrolowany przez PO zarząd Mokotowa w ekspresowym tempie dał zgodę.
Postawić kata
Pod koniec października Zgirski miał załatwione w urzędzie Mokotowa wszystkie zgody otwierające mu drogę do wykupu Puławskiej 10. Z dokumentów wynikało jednak, że prowadzi tu sklep jubilerski, a apteka wciąż działała. Kashifowi skarżył się, że burmistrz Ursynowa Jan Rasiński (PO) na niego krzyczy; bo przy Puławskiej 10 wciąż sprzedaje się leki.
Aptekarz zorientował się, że jest na straconej pozycji - tylko on krzyżował plany Zgirskiego dotyczące wykupu lokalu. Postanowił nagrywać rozmowy z jubilerem i jego pomocnikami.
Pod koniec października do jego apteki przychodzi Andrzej Zgirski, jego pełnomocnik Andrzej Kosmalski oraz wysoki blondyn po trzydziestce Paweł Dulski.
Nagranie ze spotkania w aptece: I co ja mam zrobić, wziąć to wszystko [wyposażenie apteki, leki] na ciężarówkę i wyrzucić? - pyta Andrzej Zgirski
Dulski: - W sumie tak, ja to wszystko mogę wywieźć, mam tu audi Q 7, zapakujemy i wywieziemy to (...) Niech on [El Kashif-] wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech go ten kat katuje. Tu trzeba zlikwidować kasy, trzeba zlikwidować całą dokumentację spółki [El Kashifa].
Dziś działacz PO tak opisuje swoją rolę: - Do apteki poszedłem jako mediator z ramienia Warszawskiej Izby Przedsiębiorców. To samorząd gospodarczy rozwiązuje spory między przedsiębiorcami - mówi. Przekonuje, że o mediację poprosili go razem Zgirski i El Kashif.
Aptekarz zaprzecza: - Początkowo nie wiedziałem nawet, jak ten pan się nazywa. Przedstawił się jako anioł Zgirskiego - mówi El Kashif. Nie może pogodzić się z tym, że lokal trafi do pośrednika, który przez lata zarabiał na mieniu miasta. Prosi o pomoc władze Mokotowa, prezydent Warszawy, popularnego satyryka i posła Tadeusza Rossa. Bez rezultatu.
- Nie pamiętam dokładnie tej sprawy, mam ich bardzo dużo. Wiem, że zajmował się nią mój asystent Paweł Dulski. Postaram się wyjaśnić, o co chodziło - mówi Tadeusz Ross.
Dotarliśmy do dokumentu podpisanego przez niego 21 grudnia ub.r. Poseł wstawia się do burmistrza Mokotowa za Andrzejem Zgirskim, któremu - jak pisze Ross - ktoś nielegalnie okupuje lokal. - Przeanalizowałem tę sytuację dogłębnie oraz omówiłem z ekspertami prawnymi - czytamy w piśmie do burmistrza Mokotowa Jana Rasińskiego (PO).
Wizyta z kulturystą
Interwencja przy Puławskiej 10 to nie był debiut Pawła Dulskiego w roli egzekutora. Dokładnie rok wcześniej późnym wieczorem zjawił się wraz innym asystentem posła Rossa Pawłem Kosińskim, instruktorem i trenerem drugiej klasy kulturystyki w dwupokojowym mieszkaniu w Białołęce przy ul. Jana Husa.
Miał klucze, bo kilka dni wcześniej kupił mieszkanie od prawowitej właścicielki. Po cenie niższej od rynkowej, bo w mieszkaniu był zameldowany jej były mąż Andrzej Starczewski.
- Wiedziałem, że mieszkanie nie jest moje, ale mam prawo do zamiennego lokalu socjalnego. Mam pracę, stronię od alkoholu, nie zasłużyłem na noclegownię dla bezdomnych - mówi pan Andrzej.
I relacjonuje: - Pewnego wieczoru do mieszkania, w którym byłem zameldowany, wtargnęło kilku mężczyzn. Jeden z nich przedstawił się jako nowy właściciel. To był Paweł Dulski. Inny zapowiedział, że będzie rzucać nożem, niby dla zabawy. - Powiedzieli, że jeśli będę niegrzeczny, to mnie wystawią z mieszkania. Mówili, że mam gdzie mieszkać i pokazali zdjęcia domu mojej mamy położonego kilkaset kilometrów za Warszawą - wspomina Andrzej Starczewski.
Potem - jak mówi - były kolejne nocne wizyty, wreszcie zabór jego rzeczy przez współpracowników Dulskiego, wymiana zamków. - Zimą spałem w samochodzie, ale nie poddałem się, walczyłem o prawo do mieszkania.
Dulski zaprzecza tej relacji. Przekonuje, że Starczewski to człowiek niezrównoważony, mylący fikcję z rzeczywistością. Dokumentacja ich sporu sądowego zajmuje kilka obszernych teczek. Dulski przekonuje, że miał dobre intencje, kupił mieszkanie dla siebie; nie przypuszczał, że trafi na tak opornego, dzikiego lokatora. Czuje się zniesławiony przez Starczewskiego, zapowiada, że założy mu sprawę w sądzie za naruszenie dóbr osobistych. Nie jest już zresztą właścicielem mieszkania przy Jana Husa - półtora miesiąca po zakupie sprzedał je koledze i radnemu Pawłowi Sykulskiemu ze 100-tysięcznym przebiciem.
Starczewski dopiął swego: wywalczył przywrócenie tzw. stanu posiadania. Sąd orzekł, że ma prawo do zamieszkiwania przy Jana Husa do czasu eksmisji do lokalu socjalnego. Wiosną ub.r. wrócił do mieszkania. Zarzuca Dulskiemu i jego współpracownikom kradzież, składanie fałszywych zeznań, powoływanie się na wpływy w Sejmie. Prokuratura jego wnioski oddaliła.
Nie płaciłem, nic się nie działo
Sprawa sporu Zgirskiego, jego pomocnika Dulskiego i El Kashifa również obrasta w dziesiątki stron sądowych pism, skarg do urzędów, próśb o interwencję.
W połowie stycznia tego roku w aptece przy Puławskiej 10 pojawia się czterech ochroniarzy Zgirskiego. Siedzą dzień i noc. 24 stycznia jubiler wysyła do apteki już 12 ochroniarzy. Terroryzują dwóch wynajętych przez El Kashifa, zmieniają zamki w drzwiach. W środku zostają leki. Część wyposażenia Zgirski wywozi poza Warszawę. Błyskawicznie urządza sklep jubilerski.
El Kashif śle wnioski do prokuratury. Jeden dotyczy leków zajętych przez firmę ochroniarską. Były wśród nich psychotropowe i narkotyki, podlegające ścisłemu zarachowaniu. Mogą nimi dysponować wyłącznie osoby mają stosowne zezwolenie. Zgirski i jego ochrona takich zezwoleń nie mieli.
Kolejne doniesienie dotyczy podejrzenia o korupcję. We wniosku do prokuratury cytuje stenogramy z ubiegłorocznych nagrań rozmów Zgirskiego z El Kashifem.
El Kashif: - Bo Pan mi powiedział, że pan ma tam jakieś układy, tam jakieś pieniądze wchodziły w grę.
Zgirski: Znaczy układy mam takie, że mogę załatwić ten wykup [lokalu przy Puławskiej 10] i wreszcie to będzie ostro szło.
(...)
El Kashif: No, ale po co później [po wykupie Puławskiej 10] Pan będzie dawał pieniądze?
Zgirski: No, na końcu, dlatego oni tak latają za tym.
El Kashif: Ale to po co Pan będzie jeszcze pieniądze dawał, jak tutaj to wszystko będzie wykupione?
Zgirski: A myśli Pan, że to, co ja tutaj załatwiam teraz, żeby nie wypieprzyli nas z tego, to za darmo? Pan sobie nie zdaje sprawy, że to była afera. To już chcieli odcinać nas i eksmitować, przecież oni mają paragraf, jak jest niezgodne w umową [podnajem], to pana eksmitują. (...). Jestem winien parę złotych za załatwienie wykupu, i to jest właśnie ta droga, która się nakręca i to idzie (...). I lokal [Puławska 10] będzie otwarty, może być otwarty i to jest to, ale niestety muszę zapłacić. No, bo jak nie płaciłem i siedziałem półtora roku i nic się nie działo.
Radni do pracy
Andrzej Zgirski nie chce komentować nagrań. Mówi, że dialogi są wymyślone przez El Kashifa, dziwnie pomontowane.
Wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak: - Zarządziłem kontrolę w sprawie, która zbada okoliczności wynajęcia lokalu przy Puławskiej 10.
Maciej Raś (SLD), szef rady Mokotowa: Wygląda na to, że rada będzie miała dużo pracy. Najpewniej powołamy specjalny zespół do zbadania najmu lokalu przy Puławskiej 10.
Gazeta Stoleczna
Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
Główni bohaterowie: Karol el Kashif, z pochodzenia półkrwi Egipcjanin. Studiował nauki polityczne, od lat prowadzi dwie apteki na Mokotowie. Andrzej Zgirski, biznesmen, właściciel kilku salonów jubilerskich. Paweł Dulski, wiceszef Platformy na Mokotowie.
Andrzej Zgirski zaczynał od kantoru, dziś jest właścicielem sieci sklepów jubilerskich.
Paweł Dulski działa w mokotowskiej PO, mateczniku Julii Pitery od początku istnienia partii. Obecna minister ds. walki z korupcją przez lata była radną z tego terenu, po wygranych przez Platformę wyborach opiniowała wybór dzielnicowych władz. Dulski pracuje w biurze posła PO Tadeusza Rossa (PO), od lat przyjaźni się i robi interesy z Pawłem Sykulskim (PO), radnym na Mokotowie. Partnerka życiowa Dulskiego Katarzyna Weremczuk to również radna PO na Mokotowie. - Złote dziecko Platformy - mówił o Dulskim podczas jednego ze zjazdów PO Robert Soszyński, szef mokotowskiej PO, przewodniczący sejmiku Mazowsza.
Urząd frontem do jubilera
W przeszło stumetrowym lokalu użytkowym przy zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej (ul. Puławska 10) Karol el Kashif od 2003 r. prowadził aptekę. Należący do miasta lokal wynajmował od Andrzeja Zgirskiego. Płacił mu 25 tys. miesięcznie. Zgirski oddawał miastu niecałe 5 tys.
Dziś obaj przedsiębiorcy zarzucają sobie nieuczciwość. Zgirski przekonuje, że El Kashif chciał okupować lokal, nic nie płacąc. Dla El Kashifa Zgirski to tylko pośrednik, przez siedem lat zarobił na podnajmie lokalu 1,8 mln zł.
Jesienią ub.r. aptekarz zorientował się, że Zgirski chce wykupić Puławską 10. Przepisy pozwalają na to wieloletnim najemcom. Długoletnim użytkownikom miasto sprzedaje lokal po cenie niższej od uzyskiwanej na przetargach i rozkłada płatność na dziesięć lat.
Kłopot Zgirskiego polegał na tym, że w upatrzonym lokalu działała apteka, a on nie miał prawa do prowadzenia działalności farmaceutycznej. Nie miał też prawa do podnajmowania lokalu. - Lokale użytkowe powinny być wynajmowane osobom, które faktycznie prowadzą działalność w danym miejscu - mówi wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak.
Tej zasady nie zastosowano wobec Zgirskiego. Urzędnicy uznali, że przepisy złamał nieumyślnie. Jubiler chciał mieć umowę na prowadzenie sklepu jubilerskiego przy Puławskiej 10. Kontrolowany przez PO zarząd Mokotowa w ekspresowym tempie dał zgodę.
Postawić kata
Pod koniec października Zgirski miał załatwione w urzędzie Mokotowa wszystkie zgody otwierające mu drogę do wykupu Puławskiej 10. Z dokumentów wynikało jednak, że prowadzi tu sklep jubilerski, a apteka wciąż działała. Kashifowi skarżył się, że burmistrz Ursynowa Jan Rasiński (PO) na niego krzyczy; bo przy Puławskiej 10 wciąż sprzedaje się leki.
Aptekarz zorientował się, że jest na straconej pozycji - tylko on krzyżował plany Zgirskiego dotyczące wykupu lokalu. Postanowił nagrywać rozmowy z jubilerem i jego pomocnikami.
Pod koniec października do jego apteki przychodzi Andrzej Zgirski, jego pełnomocnik Andrzej Kosmalski oraz wysoki blondyn po trzydziestce Paweł Dulski.
Nagranie ze spotkania w aptece: I co ja mam zrobić, wziąć to wszystko [wyposażenie apteki, leki] na ciężarówkę i wyrzucić? - pyta Andrzej Zgirski
Dulski: - W sumie tak, ja to wszystko mogę wywieźć, mam tu audi Q 7, zapakujemy i wywieziemy to (...) Niech on [El Kashif-] wypier... przez weekend. Tu postawić mu nad głową kata i niech go ten kat katuje. Tu trzeba zlikwidować kasy, trzeba zlikwidować całą dokumentację spółki [El Kashifa].
Dziś działacz PO tak opisuje swoją rolę: - Do apteki poszedłem jako mediator z ramienia Warszawskiej Izby Przedsiębiorców. To samorząd gospodarczy rozwiązuje spory między przedsiębiorcami - mówi. Przekonuje, że o mediację poprosili go razem Zgirski i El Kashif.
Aptekarz zaprzecza: - Początkowo nie wiedziałem nawet, jak ten pan się nazywa. Przedstawił się jako anioł Zgirskiego - mówi El Kashif. Nie może pogodzić się z tym, że lokal trafi do pośrednika, który przez lata zarabiał na mieniu miasta. Prosi o pomoc władze Mokotowa, prezydent Warszawy, popularnego satyryka i posła Tadeusza Rossa. Bez rezultatu.
- Nie pamiętam dokładnie tej sprawy, mam ich bardzo dużo. Wiem, że zajmował się nią mój asystent Paweł Dulski. Postaram się wyjaśnić, o co chodziło - mówi Tadeusz Ross.
Dotarliśmy do dokumentu podpisanego przez niego 21 grudnia ub.r. Poseł wstawia się do burmistrza Mokotowa za Andrzejem Zgirskim, któremu - jak pisze Ross - ktoś nielegalnie okupuje lokal. - Przeanalizowałem tę sytuację dogłębnie oraz omówiłem z ekspertami prawnymi - czytamy w piśmie do burmistrza Mokotowa Jana Rasińskiego (PO).
Wizyta z kulturystą
Interwencja przy Puławskiej 10 to nie był debiut Pawła Dulskiego w roli egzekutora. Dokładnie rok wcześniej późnym wieczorem zjawił się wraz innym asystentem posła Rossa Pawłem Kosińskim, instruktorem i trenerem drugiej klasy kulturystyki w dwupokojowym mieszkaniu w Białołęce przy ul. Jana Husa.
Miał klucze, bo kilka dni wcześniej kupił mieszkanie od prawowitej właścicielki. Po cenie niższej od rynkowej, bo w mieszkaniu był zameldowany jej były mąż Andrzej Starczewski.
- Wiedziałem, że mieszkanie nie jest moje, ale mam prawo do zamiennego lokalu socjalnego. Mam pracę, stronię od alkoholu, nie zasłużyłem na noclegownię dla bezdomnych - mówi pan Andrzej.
I relacjonuje: - Pewnego wieczoru do mieszkania, w którym byłem zameldowany, wtargnęło kilku mężczyzn. Jeden z nich przedstawił się jako nowy właściciel. To był Paweł Dulski. Inny zapowiedział, że będzie rzucać nożem, niby dla zabawy. - Powiedzieli, że jeśli będę niegrzeczny, to mnie wystawią z mieszkania. Mówili, że mam gdzie mieszkać i pokazali zdjęcia domu mojej mamy położonego kilkaset kilometrów za Warszawą - wspomina Andrzej Starczewski.
Potem - jak mówi - były kolejne nocne wizyty, wreszcie zabór jego rzeczy przez współpracowników Dulskiego, wymiana zamków. - Zimą spałem w samochodzie, ale nie poddałem się, walczyłem o prawo do mieszkania.
Dulski zaprzecza tej relacji. Przekonuje, że Starczewski to człowiek niezrównoważony, mylący fikcję z rzeczywistością. Dokumentacja ich sporu sądowego zajmuje kilka obszernych teczek. Dulski przekonuje, że miał dobre intencje, kupił mieszkanie dla siebie; nie przypuszczał, że trafi na tak opornego, dzikiego lokatora. Czuje się zniesławiony przez Starczewskiego, zapowiada, że założy mu sprawę w sądzie za naruszenie dóbr osobistych. Nie jest już zresztą właścicielem mieszkania przy Jana Husa - półtora miesiąca po zakupie sprzedał je koledze i radnemu Pawłowi Sykulskiemu ze 100-tysięcznym przebiciem.
Starczewski dopiął swego: wywalczył przywrócenie tzw. stanu posiadania. Sąd orzekł, że ma prawo do zamieszkiwania przy Jana Husa do czasu eksmisji do lokalu socjalnego. Wiosną ub.r. wrócił do mieszkania. Zarzuca Dulskiemu i jego współpracownikom kradzież, składanie fałszywych zeznań, powoływanie się na wpływy w Sejmie. Prokuratura jego wnioski oddaliła.
Nie płaciłem, nic się nie działo
Sprawa sporu Zgirskiego, jego pomocnika Dulskiego i El Kashifa również obrasta w dziesiątki stron sądowych pism, skarg do urzędów, próśb o interwencję.
W połowie stycznia tego roku w aptece przy Puławskiej 10 pojawia się czterech ochroniarzy Zgirskiego. Siedzą dzień i noc. 24 stycznia jubiler wysyła do apteki już 12 ochroniarzy. Terroryzują dwóch wynajętych przez El Kashifa, zmieniają zamki w drzwiach. W środku zostają leki. Część wyposażenia Zgirski wywozi poza Warszawę. Błyskawicznie urządza sklep jubilerski.
El Kashif śle wnioski do prokuratury. Jeden dotyczy leków zajętych przez firmę ochroniarską. Były wśród nich psychotropowe i narkotyki, podlegające ścisłemu zarachowaniu. Mogą nimi dysponować wyłącznie osoby mają stosowne zezwolenie. Zgirski i jego ochrona takich zezwoleń nie mieli.
Kolejne doniesienie dotyczy podejrzenia o korupcję. We wniosku do prokuratury cytuje stenogramy z ubiegłorocznych nagrań rozmów Zgirskiego z El Kashifem.
El Kashif: - Bo Pan mi powiedział, że pan ma tam jakieś układy, tam jakieś pieniądze wchodziły w grę.
Zgirski: Znaczy układy mam takie, że mogę załatwić ten wykup [lokalu przy Puławskiej 10] i wreszcie to będzie ostro szło.
(...)
El Kashif: No, ale po co później [po wykupie Puławskiej 10] Pan będzie dawał pieniądze?
Zgirski: No, na końcu, dlatego oni tak latają za tym.
El Kashif: Ale to po co Pan będzie jeszcze pieniądze dawał, jak tutaj to wszystko będzie wykupione?
Zgirski: A myśli Pan, że to, co ja tutaj załatwiam teraz, żeby nie wypieprzyli nas z tego, to za darmo? Pan sobie nie zdaje sprawy, że to była afera. To już chcieli odcinać nas i eksmitować, przecież oni mają paragraf, jak jest niezgodne w umową [podnajem], to pana eksmitują. (...). Jestem winien parę złotych za załatwienie wykupu, i to jest właśnie ta droga, która się nakręca i to idzie (...). I lokal [Puławska 10] będzie otwarty, może być otwarty i to jest to, ale niestety muszę zapłacić. No, bo jak nie płaciłem i siedziałem półtora roku i nic się nie działo.
Radni do pracy
Andrzej Zgirski nie chce komentować nagrań. Mówi, że dialogi są wymyślone przez El Kashifa, dziwnie pomontowane.
Wiceprezydent Warszawy Andrzej Jakubiak: - Zarządziłem kontrolę w sprawie, która zbada okoliczności wynajęcia lokalu przy Puławskiej 10.
Maciej Raś (SLD), szef rady Mokotowa: Wygląda na to, że rada będzie miała dużo pracy. Najpewniej powołamy specjalny zespół do zbadania najmu lokalu przy Puławskiej 10.
Gazeta Stoleczna
Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
2010/04/08
Lewe faktury u działacza Platformy
Wicedyrektor żoliborskiego OSiR i działacz PO złożył w ośrodku i klubie podrobione faktury. Prokuratura sprawdza, kto je wystawił.
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Lewe faktury u działacza Platformy
Wicedyrektor żoliborskiego OSiR i działacz PO złożył w ośrodku i klubie podrobione faktury. Prokuratura sprawdza, kto je wystawił.
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Marcin Kozaczuk, bo o nim mowa, pracuje w Ośrodku Sportu i Rekreacji od trzech lat. Jest też trenerem, wiceprezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego (UKS), a także organizatorem zawodów na basenie przy ul. Potockiej.
W 2009 r. po jednej z takich imprez złożył w ośrodku faktury wystawione przez firmę Multimedia. Były to rachunki za elektroniczne pomiary czasu pływaków. Po paru dniach Kozaczuk chciał faktury wycofać. – Gdy okazało się, że firma Multimedia nie istnieje, powiadomiłem prokuraturę – opowiada Jerzy Helman, szef OSiR.
Takie same rachunki jak te z OSiR policja znalazła później też w UKS. – Wygląda na to, że pieniądze na nie były wypłacane dwa razy. Raz przez OSiR, a drugi raz przez klub – mówi jeden z policjantów.
W sprawie sfałszowania dokumentów wszczęto dochodzenie. – Na razie nikt nie usłyszał zarzutów. Powołaliśmy biegłych m.in. z zakresu pisma ręcznego. Czekamy na opinie – tłumaczy Katarzyna Szyfer, szefowa żoliborskiej prokuratury.
Firma, która miała wystawiać rachunki, nie istnieje od… ośmiu lat. Nigdy też nie używała takich pieczątek, jakie przystawiono na drukach złożonych w OSiR i UKS. Marcin Kozaczuk nie czuje się winny. – Na mnie nie ciążą żadne zarzuty. Nie do mnie trafiły pieniądze. Ci, którzy usiłują mnie w sprawę uwikłać i zaszkodzić, wiedzą o tym – mówi.
Zdaniem Kozaczuka ewentualne zarzuty nie będą dotyczyły jego. – Ja byłem tylko współorganizatorem tych zawodów. Przedstawiłem policji oświadczenie wykonawcy usługi, w którym stwierdza, że ją wykonał i otrzymał pieniądze. Faktury nie budziły podejrzeń i nie było podstaw, aby ich nie rozliczyć – tłumaczy.
Kilka tygodni temu Kozaczuk został wybrany na członka zarządu żoliborskiej PO. – Nie znam szczegółów prokuratorskiego postępowania. Wiem, że jest on tam tylko świadkiem. Dopóki nie zmieni się jego status, dopóty nie ma sprawy – mówi Piotr Wertenstein-Żuławski, lider żoliborskiej PO.
Życie Warszawy
SZYP
Subskrybuj:
Posty (Atom)