2012/08/08

PO w Warszawie, czyli debeściaki z Ursynowa

Członkowie kierownictwa ursynowskiej Platformy pracują lub mają bliskich na państwowych posadach. Czy to kolesiostwo i nepotyzm? Ależ skąd. – Ursynów to najlepiej wykształcona dzielnica, ludzie są tu lepsi niż gdzie indziej – wyjaśnia sekretarz koła PO Ryszard Zięciak.

Dla Platformy warszawski Ursynów jest miejscem szczególnym. To tu dwa lata temu, podczas konwencji wyborczej, premier w ostrych słowach przestrzegał działaczy PO. – Jeśli ktokolwiek szuka w sukcesie Platformy sposobu na realizację własnego interesu, to pomylił salę – mówił.
W podobnym tonie przed kilkoma dniami wypowiadał się Andrzej Halicki, przewodniczący partii na Mazowszu, wieloletni szef ursynowskiegokoła: – Weryfikuję doniesienia medialne o standardach w PO, nie bagatelizuję ich.Każdy szef okręgu Platformy będzie wyczulony na tego typu informacje.
„Newsweek” sprawdził, jak wyglądają władze ursynowskiego koła PO: 
Marcin Kierwiński – szef; żona zatrudniona w należącej do skarbu państwa Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji
Tomasz Mencina – wiceszef; dyrektor w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji
Michał Matejka – wiceszef; żona w Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych
Tomasz Sieradz – wiceszef; dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy, wcześniej prezes Centrali Nasiennej, a jeszcze wcześniej członek zarządu Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego
Ryszard Zięciak – sekretarz; dyrektor Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości.
Przedstawiam tę listę Halickiemu. Poseł odpowiada pytaniem: – Chce pan zabronić ludziom się żenić czy awansować? Nie szalejmy. Jeśli coś jest nie tak, to zawsze wkraczam do akcji, ale na Ursynowie nie widzę problemu.
Podobnego zdania jest Ryszard Zięciak, który – jak podkreśla – swoje stanowisko zdobył wkonkursie. – Po prostu byłem lepszy od innych. Że Tomek Sieradz zajmował się nasionami, pożyczkami i teraz pracą? To właściwy człowiek na właściwym miejscu i moim zdaniem powinien być nawet wyżej. A że reszta kierownictwa też pracuje lub ma bliskich na państwowych posadach?
Ursynów to najlepiej wykształcona dzielnica, widocznie ludzie są tu lepsi niż gdzie indziej – mówi. Matejka dodaje: – Platforma jest transparentna jak żadna inna partia. Dzięki temu pan i inni dziennikarze macie o czym pisać w sezonie ogórkowym.

2012/08/07

Jak ze złotym chłopcem (nie) rozmawiałem


Złoci chłopcy Platformy to najmodniejsze danie sezonu. To na nich opiera się władza ludowa, a oni są tejże władzy zarówno najlepszymi reprezentantami, jak i beneficjentami. Może jeszcze nie zarabiają tyle co atomowy Grad, ale i tak mają lepsze auta, garnitury, zęby i o wiele wyższe ambicje.
Pisano ostatnio o byłym szefie gabinetu politycznego ministra, który ponoć nachodził szefów firm, by wstawiać im do zarządów znajomych, o młodym lobbyście, ze stażem w biurze partii, który od dyrektorów spółek wydębiał zlecenia, bo wszyscy wiedzieli, że młodzian harata w gałę z Nim, warszawka plotkuje też o kilku innych goldenbojach.
Państwo pozwolą, że przedstawię jednego z nich: Mariusz Frankowski, lat 34, niekarany, znakomite garnitury i koszule, włos blond długi, śliczny jak, Photoshop w pełni. Pan Mariusz, zanim podbił Warszawę, studiował w Poznaniu. Politologię, rzecz jasna, bo po niej można świetną robotę wyhaczyć. Frankowski wyhaczył i jest dyrektorem mazowieckiej jednostki o makabrycznie długiej nazwie, która rozdziela miliardy z Unii Europejskiej.
Ale spokojnie, kolejność musi być i pan Mariusz ją zachował: najpierw platformerska młodzieżówka, potem dorosła partia, najlepszy pośredniak w kraju i fucha w urzędzie wojewódzkim. Tam się wykazał. Doskonale wiedział, z kim przyjaźnić się należy, z kim napoje spożyć. Dziś pierwszy kadrowy warszawskiej PO poseł Kierwiński o dyrektora zadba, a główny kąpielowy Platformy i jej mazowiecki baron Andrzej Halicki parasol nad nim roztoczy.
I słusznie, bo - trzeba to uczciwie przyznać - sprawdza się znakomicie. Ot, na przykład w polityce kadrowej. Niedawno „Wyborcza" podała listę prawie 50 działaczy lub pociotków luminarzy Platformy, którzy są podwładnymi Frankowskiego, a to tylko wierzchołek góry lodowej. A do tego jeszcze koalicjanci, słowem żadna nieprawomyślna mysz się nie prześliźnie.
Sami państwo rozumiecie, że z kimś takim porozmawiać to gratka. Nie jest to łatwe, prościej już o posłuchanie u ministra, no ale w końcu co szarża, to szarża. Ustawiłem się więc w kolejce. Zaszczytu usłyszenia jedwabistego głosu dyrektora F. nie doznałem. Zastęp dzielnych sekretarek ze starszą inspektor Edytą  al-Tawil (podwyżka się aktywistce należy!) umawiał mnie na wywiad przez dwa tygodnie. Co drugi dzień dzwoniąc, że no niestety, jaka szkoda, ale sam chyba rozumiem, takie czasy, tyle obowiązków, słowem: za dwa dni.
Termin ostateczny: ostatni piątek, dziesiąta rano. Stawiłem się. Dyrektor wziął jednodniowy urlop na żądanie. Akurat tego dnia. Pismaków się o takich duperelach nie zawiadamia, więc nikt się nie pofatygował, by zadzwonić. Drodzy państwo, ja się nie skarżę, gdzie tam! Ja dzięki Frankowskiemu Mariuszowi nie tylko kawał świata zwiedziłem (biuro na Pradze się mieści), ale i sam zobaczyłem, jak się wykuwa lepsze jutro.
No i przede wszystkim, czyimi dłońmi. Bo wybory mogą sobie wygrywać Gowin z Tuskiem, a i tak rządzą w ich imieniu złoci chłopcy. Bez zahamowań, bez wstydu, bez kontroli.

Robert Mazurek

Rzeczpospolita

2012/08/05

NEPOTYZM W PO. Sławomir Neumann BRONI ŻONY Tatiany: Nie widzę tu żadnego KONFLIKTU interesów!

Kolejna odsłona rodzinnych powiązań w partii Donalda Tuska (55 l.)! Po tym jak "Super Express" ujawnił, że w łódzkich spółkach miejskich pracuje rodzina byłego wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego (68 l.), okazuje się, że żona innego posła PO Sławomira Neumanna (44 l.) ma niezłą fuchę w... pomorskiej placówce samorządowej.
Poseł Sławomir Neumann od lat pnie się po szczeblach kariery politycznej w PO. Wczoraj Donald Tusk powołał go na stanowisko wiceministra zdrowia. Z kolei jego żona Tatiana Neumann od grudnia 2010 roku jest dyrektorem Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Starogardzie Gdańskim (woj. pomorskie).
Poseł PO ze Starogardem ma wiele wspólnego. W tym mieście był samorządowcem i starostą. Ale nie widzi nic dziwnego w fakcie, że to właśnie placówka samorządowa zatrudnia jego żonę. - Tak, to placówka samorządowa, ale ja nie widzę tu żadnego konfliktu interesów! Co ja mam z tym wspólnego?! - tłumaczy nam poseł. Jego małżonka za szefowanie tej instytucji pobiera też całkiem niezłą sumkę. - Miesięczne wynagrodzenie pani dyrektor Tatiany Neumann wynosi: pensja zasadnicza: 3868 zł, dodatek funkcyjny: 1410 zł - informuje nas sekretariat Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie.
Super Express

2012/08/03

Oto miejskie pączki w maśle

Platformie Obywatelskiej nie wystarczy niepodzielna władza w miejskim samorządzie. Jej ludzie trzęsą też miejskimi spółkami. W każdej z nich znaleźć można co najmniej jednego przedstawiciela tej partii. Niestety, zarządy i rady nadzorcze to zapewne dopiero wierzchołek góry lodowej, bo pewnie gros znajomych królika pracuje na mniej eksponowanych stanowiskach.

Nepotyzm, kolesiostwo i fuchy z partyjnego klucza - to realia nie tylko na szczeblu krajowym, ale także w naszym mieście. Po sześciu latach rządów Platformy w stolicy widać wyraźnie, że PO wrzuciła swoich ludzi, gdzie tylko mogła. Wystarczy spojrzeć na miejskie spółki. W niemal każdym z 23 za- leżnych od miasta przedsiębiorstw zasiada ktoś związany z PO. W wielu przypadkach są to osoby, które dorabiają sobie w ten sposób do niemałej urzędniczej pensji. Niektórzy znajdują czas na pełnienie kilku funkcji jednocześnie. Przykładem Marek Andruk (53 l.), były burmistrz Woli, który prezesuje Miejskiemu Przedsiębiorstwu Taksówkowemu, zgarniając za to 158 tys. zł rocznie, i zasiada jednocześnie w radzie nadzorczej MZA, za co w ubiegłym roku dostał 27 tys. zł, a wcześniej w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, gdzie zarobił w 2011 roku ponad 19 tys. zł.
W spółkach nie brakuje też obecnych burmistrzów z nadania PO. Rafał Miastowski (41 l.) z Bielan, a wcześniej Wilanowa od lutego 2008 zasiada w radzie nadzorczej Gminnej Gospodarki Komunalnej Ochota, skąd w 2011 roku skapnęło mu - bagatela! - 40 tys. zł. Tyle samo do pensji burmistrza Woli doszło Urszuli Kierzkowskiej (45 l.), która od września 2010 roku zasiada w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych. Co ciekawe, niektórzy podopieczni PO dorabiają sobie w spółkach, które już od dawna nie są potrzebne. Przykładem jest Wola Sport powołana do życia w 2001 roku w celu wybudowania basenu Orka na Woli. Choć basen otwarty został rok później, spółka nadal działa. I generuje koszty, bo jej zarządowi i członkom rady nadzorczej płacić trzeba. W ten sposób do niemałej pensji w zarządzie dzielnicy Ursus dorabia sobie choćby Jacek Duchnowski (44 l.), który od 2007 roku zasiada w radzie nadzorczej tej spółki. Inkasuje tam niewiele, bo w 2011 roku ledwie 2,6 tys. zł. Może dlatego od marca 2011 jest też członkiem rady nadzorczej SPEC, z którego dostał w ubiegłym roku aż 33 tys. zł.

Oto fuchy polityków z PO

Marek Andruk (53 l.), były burmistrz Woli - prezes zarządu MPT (158 tys. zł za 2011 rok) rada nadzorcza MZA (27 tys. zł za okres 5-12.2011 r.
Krzysztof Bugla (53 l.), burmistrz dzielnicy Żoliborz - członek rady nadzorczej SKM (24 tys. zł za 2011 rok)
Jacek Duchnowski (44 l.), wiceburmistrz Ursusa, wcześniej burmistrz Wawra - przewodniczący rady nadzorczej Wola Sport (2666 zł za 2011 r.) członek rady nadzorczej SPEC (33 tys. zł za 2011 r.)
Urszula Kierzkowska (45 l.), burmistrz Woli, wcześniej Ursynowa - członek rady nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych (40 tys. za 2011 r.)
Elżbieta Lanc (53 l.), radna PO w sejmiku mazowieckim - wiceprezes Przedsiębiorstwa Gospodarki Maszynami Budownictwa (88 tys. zł za 2011 rok)
Olga Łyjak (32 l.), radna PO w sejmiku mazowieckim - przewodnicząca rady nadzorczej Przedsiębiorstwa Robót Elewacyjnych Budownictwa Warszawa (8,8 tys. zł za 2011)
Rafał Miastowski (41 l.), burmistrz Bielan, wcześniej Wilanowa - członek rady nadzorczej Gminnej Gospodarki Komunalnej Ochota (40 tys. zł za 2011 r.)
Krzysztof Skolimowski (PO), wiceburmistrz Mokotowa, radny PO w sejmiku mazowieckim - rada nadzorcza SKM (22 tys. zł za 2011 r.)
Piotr Smoczyński (57 l.), wiceburmistrz Białołęki - członek rady nadzorczej TBS Praga-Północ (14,4 tys. zł brutto za 2011 r.)
Sławomir Michalak (50 l.), były doradca Hanny Gronkiewicz-Waltz (60 l.) w NBP - prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania (247 tys. zł za 2011 r.)

 

Dla każdego coś miłego

Platforma jest dziś czymś pomiędzy sprawną agencją reklamową a wielkim biurem pośrednictwa pracy dającym zatrudnienie armii ludzi. I coraz mniej przypomina partię polityczną - pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Kolejne debaty światopoglądowe w Platformie Obywatelskiej pokazują niezwykły pragmatyzm tej partii i całkowitą bezideowość jej przywódcy. Zapewne to znak czasu i znak tego, jak poważne i złe zmiany zachodzą w sposobie uprawiania polityki. Donald Tusk nie jest wyjątkiem w dzisiejszym politycznym świecie. W Europie polityków unikających decyzji jest dziś zdecydowana większość. Zamiast ambitnych decyzji, wielkich celów i wyzwań prowadzi się politykę, która zapewnia niezbyt wymagającej klienteli spokojną sjestę po niezbyt obfitym i niezbyt wyrafinowanym posiłku. Podsypiający widzowie mają włączony telewizor, gdzie toczą się czasem zabawne, czasem ciekawe, a czasem gorszące spory, które nie prowadzą do niczego.
Kwitnie tysiąc kwiatów
Kolejne bardzo nagłaśniane, wywołujące emocje ideologiczne walki wewnątrz rządzącej partii nie dowodzą wcale jej intelektualnej żywotności, ale świadczą jedynie o umiejętności sterowania nastrojami społecznymi, a mówiąc wprost - mamienia wyborców.
Wyborcy, decydując, komu należy oddać władzę, wybierali dotąd zwykle pewien zestaw poglądów, wartości, politycznych celów, do których odwoływali się i do których dążyli politycy. Decydując, na kogo oddajemy głos, pokazujemy, jaki rodzaj rządów nas interesuje. Czy np. chcemy władzy obniżającej podatki i ułatwiającej życie bardziej przedsiębiorczym obywatelom, czy takiej, która dba o najbiedniejszych i przykłada wielką wagę do redystrybucji dochodu narodowego. Czy chcemy mieć polityków szanujących rolę Kościoła katolickiego, czy takich, którzy dbają o świeckość państwa. Czy chcemy rządów wspierających tradycyjny model rodziny, czy progresistów promujących mniejszości i swobody obyczajowe.
Tymczasem dziś osoby głosujące na Platformę Obywatelską nie wiedzą, jak zachowa się ich partia w wielu ważnych sprawach - choćby takich jak te wymienione wyżej.
Platforma chce być dziś partią dla wszystkich. Spełnia określenie Leszka Kołakowskiego - jest partią konserwatywno-liberalno-socjalistyczną. Okazuje się, że paradoks myśliciela stał się praktyką polityczną. Dla wyborców lewicowych PO ma zwolenniczkę finansowania in vitro Małgorzatę Kidawę-Błońską i bojowniczkę o równouprawnienie Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz. Dla zwolenników wartości rodzinnych są John Godson i Jarosław Gowin. Dla pozbawionych ideologicznych emocji zimnych technokratów - Krzysztof Kwiatkowski czy Grzegorz Schetyna. Jak ktoś lubi tęczowe barwy - jest ścigający się z Robertem Biedroniem w walce o prawa dla homoseksualistów poseł Artur Dunin. Jak ktoś woli integryzm katolicki jest bliski sutanny i koloratki Ireneusz Raś. Każdy znajdzie coś dla siebie. Każdy usłyszy miłe sobie słowa. Jakże to piękne! Niech zakwitnie tysiąc kwiatów!
Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. Oprócz wiedzy na temat tego, co się stanie, gdy przyjdzie do podejmowania decyzji w sprawie tego czy innego problemu. Nie wiemy, jak Platforma zachowa się w sprawie in vitro, związków partnerskich, mediów publicznych, nie mamy pewności, jakie zajmie stanowisko w sprawie deregulacji niektórych zawodów.
To wspaniałe, że na różnych spotkaniach można usłyszeć elegancko polemizujących ze sobą Bartosza Arłukowicza i Jarosława Gowina. Nasze ucho i serce może wybrać, który głos, wartości i poglądy chce słyszeć. Ale nie możemy wybrać jednego z nich. Mamy wszystko w pakiecie. Głosując na Platformę, musimy wybrać i lewicowców, i prawicowców. Musimy zagłosować za i przeciw in vitro. Za budowaniem telewizji publicznej i za jej prywatyzacją.
Raz tak, raz inaczej
Donald Tusk znakomicie wykorzystuje tę sytuację. Nie podejmuje żadnej kontrowersyjnej decyzji. Chowa się za uczestnikami sporu. Pozwala im ze sobą dyskutować, występować w mediach, krzyżować argumenty. Sam znika, gdy trzeba się opowiedzieć: w lewo albo w prawo. Nie zabiera głosu w żadnej trudnej sprawie albo mówi „tak", by raz zadowolić jednych, a raz drugich. Raz mówi o tym, że jego partia nie będzie klękać przed księżmi, a raz zapewnia o wielkim szacunku dla Kościoła i wiary katolickiej.
Jednoznaczne stanowisko przewodniczącego partii przesądziłoby o wizerunku ugrupowania, ale to się dziś nie opłaca. To wymuszałoby kolejne konsekwentne działania i opowiadanie się w kolejnych sporach. A taka sytuacja byłaby znacznie mniej komfortowa.
Dziś Platforma może balansować raz w lewo, raz w prawo, dając nieustanne poczucie ludziom o różnych poglądach, że jest z nimi. Co więcej, spory toczone wewnątrz partii są w pewnym sensie realnymi dyskusjami. Nie oskarżam uczestników tych debat, że udają. I Gowin, i Raś, Kidawa-Błońska i Kozłowska-Rajewicz spierają się na serio. Co więcej, na tych sporach budują swoją pozycję polityczną - jak czyni to teraz minister sprawiedliwości. Ten teatr, w którym aktorzy grają z przekonaniem, organizuje reżyser - Donald Tusk. On wie, że w istocie to wszystko jest na niby. Wie, że dyskusja o in vitro nie ma się zakończyć. Debata ma się toczyć. Ma przykuwać uwagę mediów i publiczności. Wywoływać emocje, budzić spory i kontrowersje. Niech dziennikarze o tym mówią. Im więcej o in vitro, tym mniej o zadłużeniu i spowolnieniu, Sawickim, zatrudnianych kumplach, niegotowej ustawie o wydobyciu gazu łupkowego, mediach i wszystkich innych kłopotliwych sprawach.
Ta metoda okazuje się bardzo skuteczna. Część z tych, którzy chcieliby wybierać Palikota, mogą zaspokoić się Arłukowiczem czy Duninem. Mniej sentymentalnie nastawieni wyborcy postkomunistyczni zamiast Leszka Millera mogą wybrać Dariusza Rosatiego i Marka Borowskiego. Wątpiący w PiS konserwatyści, zamiast głosować na Suskiego czy Błaszczaka, mogą uznać, że Gowin czy Godson mówią ich językiem i że warto ich poprzeć. Zabawa trwa. Decyzji brak.
Dzięki temu Donald Tusk w znakomity sposób unika zrażania sobie którejkolwiek z grup wyborców. Osiąga też inny efekt - potężny aparat partyjny, który od czasu do czasu może poczuć się sfrustrowany brakiem reform, konkretnych działań, niewykorzystanymi szansami, ma się czym zająć. Może debatować, irytować się wyskokiem posła Dunina czy fundamentalizmem ministra sprawiedliwości.
Skutkiem ubocznym będzie zapewne wykształcenie się realnych frakcji, ale Tusk wie, że żadna z nich nie zdecyduje się na rokosz czy opuszczenie partii, bo żaden inny polityczny byt nie zapewni tego, co potężna od kilku lat Platforma. Los tych, którzy opuszczali PiS w różnych grupach, próbując własnych sił, stał się przestrogą przez wszystkich tych, którym w Platformie nie w smak polityka Donalda Tuska.
Mniej partii w partii
Platforma jest dziś wielkim przedsiębiorstwem, czymś pomiędzy sprawną agencją reklamową a wielkim biurem pośrednictwa pracy dającym zatrudnienie armii ludzi. Firma jest dość sprawnie zarządzana. Nie pnie się, ale też nie tonie.
Tylko że PO coraz mniej przypomina partię polityczną. A jej przywódca coraz mniej przypomina polityka umiejącego pokazać trudny cel, nowy kierunek działania, będącego w stanie wykorzystać trudny moment kryzysu do przebudowy i uzdrowienia państwa, zmobilizować naród wokół wielkich zadań. Zamiast tego mamy klajstrowanie dziur, zamazywanie obrazu, łudzenie siebie i wyborców wrażeniem, że „zielona wyspa" jest już sukcesem. Wyborcy na razie to kupują. Nie są dziś zbyt wymagający i w tym sensie być może Donald Tusk jest usprawiedliwiony. Daje ludziom taką strawę, jaka ich zadowala.
Możemy liczyć tylko na to, że ludzie sami w końcu zauważą, że to żarcie faszerowane jest sztucznymi spulchniaczami. Zanim ten pseudoposiłek zniknie ze stołu zmieciony przez następną falę kryzysu.
Igor Janke, Rzeczpospolita

2012/08/02

Zamieszanie w Polskim Cukrze. Gdzie jest prezes?

Żaden z 16 kandydatów na prezesa Polskiego Cukru nie znalazł uznania w oczach rady nadzorczej. Państwowa firma z centralą w Toruniu jest na cenzurowanym

Na wtorkowym posiedzeniu rada nadzorcza Polskiego Cukru, inaczej Krajowej Spółki Cukrowej (sześciu z 10 jej członków mianuje Ministerstwo Skarbu Państwa) postanowiła zakończyć konkurs na prezesa bez wyłonienia zwycięzcy. Oznacza to, że spółką nadal będzie kierował p.o. prezesa Marek Dereziński, a nowy szef zostanie wybrany później.

Tydzień temu redakcja rolna TVP podała nieoficjalnie, że najwięcej punktów spośród 16 kandydatów na prezesa zdobyli: właśnie Dereziński oraz Roman Wenerski. Ten pierwszy od 2010 jest członkiem zarządu spółki, od kwietnia br. p.o. prezesa, wcześniej był w zarządzie konkurencyjnej firmy British Sugar Overseas. Wenerski to prezes Agencji Rynku Rolnego w czasach rządów SLD, w KSC był dawniej przewodniczącym i wiceprzewodniczącym rady nadzorczej. Do konkursu przystąpił też m.in. Władysław Łukasik, który szefował już w Polskim Cukrze w latach 2002-03. Potem pracował na kilku innych państwowych posadach, m.in. prezesa ARR. To jego rozmowa z szefem kółek rolniczych Władysławem Serafinem została nagrana i wyciekła do mediów. Tak wybuchła tzw. afera taśmowa. 

Łukasik rozmawiał z Serafinem także o państwowej KSC, największej w Polsce firmie produkującej cukier. Koncern ma siedem cukrowni w Polsce, a od niedawna także jedną w Mołdawii. W tym kraju chciał zainwestować też państwowy Elewarr, o nieprawidłowościach w którym po tzw. aferze taśmowej mówi się najgłośniej. Łukasik, który jako prezes ARR nadzorował szefów Elewarru, nie zgodził się na przetransferowanie do Mołdawii firmowych pieniędzy twierdząc, że biznes na handlu zbożem w tym kraju nie ma sensu. - Potem, za miesiąc się wygadał Śmietanko, jaki interes popsułem - wyznał Serafinowi Łukasik. 

Andrzej Śmietanko, główny bohater nagrania, był dyrektorem generalnym Elewarru. Z rozmowy wynika, że w Mołdawii chciał tworzyć kolejną spółkę z udziałem m.in. KSC i Elewarru.

Konkurs na nowego szefa Polskiego Cukru po ujawnieniu rozmowy Łukasika i Serafina wzbudzał zainteresowania także dlatego, że panowie mówili o obsadzaniu publicznych stołków partyjnymi działaczami, a politycy od lat próbują w państwowym cukrze mieszać. Poszukiwany właśnie prezes firmy ma zastąpić wyrzuconego w kwietniu Marcina Kulickiego. Ten został szefem spółki w 2009 r. jako działacz PO. Z ramienia tej partii był wiceprezydentem Siedlec, potem pracował w zarządzie siedleckiej spółki ciepłowniczej. Wcześniej chciał kandydować na prezydenta miasta. Wycofał się, gdy wyszło na jaw, że zataił fakt zastępczej służby wojskowej jako kierowca w ZOMO. Przed objęciem sterów w KSC branżą cukrową nigdy się nie zajmował. Przekonywał, że o jego nominacji zdecydowały kompetencje a nie partyjne układy. Innego zdania był obecny wicemarszałek Senatu Jan Wyrowiński z PO, który krytykował własną partię za nominację dla Kulickiego. 

W kwietniu br. Kulicki stracił posadę po naciskach plantatorów buraka cukrowego, którzy według rządowych planów mieli kupić akcję spółki na preferencyjnych zasadach. Resort skarbu wstrzymał jednak prywatyzację, bo okazało się, że część zapisanych na akcje rolników to tak naprawdę "słupy", za którymi stoją firmy chcące tanio przejąć kontrolę nad spółką, np. Maspex z Wadowic, producent makaronów Lubella oraz soków Kubuś i Tymbark. Przedstawiciele tej firmy wiedzieli o KSC sporo, bo Kulicki kilku z nich dał w niej dodatkowe zatrudnienie. 

W tym tygodniu "Rzeczpospolita" opisała trzy kolejne kontrowersyjne nominacje w Polskim Cukrze. Monika Ziółkowska, kierowniczka działu marketingu i promocji KSC, jest krewną byłego ministra skarbu Aleksandra Grada z Platformy. Pracę zaczynała za jego kadencji. Brat byłego ministra sprawiedliwość i posła PO Krzysztofa Kwiatkowskiego Sebastian pracuje w KSC jako dyrektor departamentu strategii i rozwoju. Zastępcą dyrektora biura zarządu jest Maciej Bogucki. Pracę zaczął 17 dni po tym, jak kadencję rozpoczął Kulicki. Był wtedy 23-letnim studentem prawa i radnym PO na warszawskiej Pradze-Południe. 

MSP szykuje się do wznowienia prywatyzacji Polskiego Cukru, szczegółów jeszcze nie ustaliło. 
Źródło: Gazeta Wyborcza Toruń

2012/08/01

Janusz Piechociński JEST HIPOKRYTĄ: krytykuje NEPOTYZM, a ZAŁATWIŁ pracę swojej SIOSTRZE

Czy w PSL jest ktoś, kto nie załatwiał państwowych posad rodzinie? Chyba nie! Okazuje się bowiem, że największy krytyk partyjnego nepotyzmu, Janusz Piechociński (52 l.), ma na sumieniu podobne grzeszki. Kiedy sprawował funkcję prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie, zatrudnienie znalazła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Na kierowniczym stanowisku pracuje do dziś...

- Uczciwi ludowcy muszą wstydzić się za partię. Czas na nowe PSL, także nowego prezesa - grzmiał Piechociński tuż po ujawnieniu taśm PSL pokazujących ogrom panującego wśród ludowców kolesiostwa i załatwiania stanowisk dla rodziny i kumpli.
Sam jednak nie miał oporów, by pracować z rodzeństwem w jednej państwowej instytucji. W 1999 r. Piechociński został prezesem WFOŚiGW w Warszawie. Chwilę później bez konkursu karierę rozpoczęła tam jego siostra, Elżbieta Mirko. Zresztą jako kierownik sekcji pracuje tam do dziś. Chcieliśmy się dowiedzieć, ile wynoszą jej zarobki. Wojewódzki Fundusz wczoraj jednak nie chciał podzielić się tymi informacjami.
Natomiast pytany o załatwienie pracy siostrze Piechociński niespodziewanie zmienia swój punkt widzenia. - Kluczowa sprawa dotyczy tego, czy dane osoby są powoływane na odpowiednie funkcje zgodnie ze swoimi kwalifikacjami i czy związki rodzinne nie powodują tego, że te osoby pełnią funkcję ponad swoje możliwości - twierdzi w rozmowie z "Super Expressem" Piechociński. Zachwala też kompetencje swojej siostry. Szkoda tylko, że on i jego partyjni koleżkowie z takim zapałem broniący bliskich nie lansują zdolnej młodzieży spoza kręgu własnej rodziny.
Super Express

Sami swoi na państwowym, cz. III. Szpital, fundusz, dom kultury

O posady nawet dla najbardziej skompromitowanych działaczy dbają ludowcy w Kielcach. Ale w Szczecinie nie mają władzy nawet w agencjach rolnych. Tam króluje Platforma

W trzeciej części raportu "Gazety" pokazujemy, jak stanowiska w państwowych i samorządowych spółkach dzielą między siebie działacze PO i PSL w województwach świętokrzyskim, wielkopolskim i zachodnio-pomorskim.

Świętokrzyskie - żywią i bronią swoich 

Wśród 44 członków zarządu wojewódzkiego PSL na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy nie zajmują wysokiego stanowiska w samorządzie lub innej państwowej instytucji. 

Prezes świętokrzyskiego PSL Adam Jarubas jest marszałkiem województwa. Ludowcy mają jeszcze dwóch członków zarządu województwa i przewodniczącego sejmiku.

PSL opanował m.in. oddział regionalny Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i większość jej biur powiatowych. Poobsadzał też swoimi ludźmi urzędy pracy. 

W ubiegłym roku wicedyrektorem Powiatowego Urzędu Pracy w Busku-Zdroju został Krystian Jarubas, młodszy brat marszałka-prezesa. Starosta buski i szef stronnictwa w powiecie Jerzy Kolarz potrzebę jego awansu uzasadniał m.in. tym, że musiał on dojeżdżać ponad 80 km do pracy w Kielcach, gdzie był zatrudniony w wojewódzkim urzędzie pracy, a ma żonę i dwójkę małych dzieci. 

Dyrektorem oddziału KRUS w Kielcach został Tomasz Jagiełło, choć wcześniej rolnictwem się nie zajmował. Żona Arkadiusza Piecyka, członka prezydium zarządu wojewódzkiego PSL i wicedyrektora wojewódzkiego urzędu pracy, została wiceszefową kancelarii zarządu województwa w urzędzie marszałkowskim. 

PSL opanował kadrowo nawet Dom Pomocy Społecznej w Zochcinku w powiecie opatowskim i działające przy nim warsztaty terapii zajęciowej. Posadę znalazł tam m.in. syn wicestarosty i wiceprezesa PSL w powiecie Gustawa Saramańskiego. 

Ludowcy "żywią i bronią" także tych, którzy ich kompromitują. Na przykład byłego posła Andrzeja Pałysa, którego cała Polska oglądała w TVN, jak ledwie trzymając się na nogach, bełkocze przed Sejmem i wsiada do cudzego samochodu. Zrezygnował z kolejnego kandydowania na posła, ale dostał posadę prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Z pensją 15 tys. zł, wyższą nawet od marszałka. 

Włos z głowy nie spadł także staroście kazimierskiemu Janowi Nowakowi, który zatrzymany w aucie przez policję trzy godziny bronił się przed badaniem zawartości alkoholu, ale i tak wyszło 0,75 promila. 

Rafał Duda, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Opatowie, miał 0,77 promila za kierownicą w Dzień Kobiet. Starosta Bogusław Włodarczyk, prezes zarządu powiatowego PSL, nie pozbawił go stanowiska. 

W porównaniu do PSL osiągnięcia świętokrzyskiej PO w obsadzaniu stanowisk są wprawdzie jeszcze mizerne, ale partia się stara. O intratne posady dla swoich ludzi dbają najbardziej wpływowi działacze. Najwięcej skorzystali ludzie związani z posłem Konstantym Miodowiczem. Jego współpracownik Andrzej Zoch ma stanowisko wiceprezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej z pensją ponad 14 tys. zł. Społeczny asystent Miodowicza z poprzedniej kadencji Andrzej Górski do niedawna był dyrektorem departamentu handlu Enei w Poznaniu. Teraz jest doradcą zarządu. Dyrektorem Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach został Jarosław Machnicki, szef miejscowej PO w Kielcach. 

Kolejnym rozdającym posady jest Grzegorz Świercz, obecny wicemarszałek z PO. Doprowadził do powstania w urzędzie marszałkowskim departamentu zdrowia i powołania na jego dyrektora Grzegorza Stokowca, który pomagał mu w kampanii wyborczej. 

Wielkopolskie - PO bierze posady bez konkursów



Na 10 spółek i funduszy, w których udziały ma samorząd wojewódzki albo nad którymi nadzór sprawuje urząd marszałkowski, w pięciu rządy sprawują aktywni działacze partyjni PO. Poza jednym wyjątkiem objęli stanowiska bez otwartych konkursów. 

Kierownicze posady dostali m.in. funkcyjni działacze Platformy, którzy należą do bliskich współpracowników wicemarszałka Leszka Wojtasiaka. On sam nie ma matury, ale pełni jednocześnie funkcję wiceprzewodniczącego partii w Wielkopolsce i wśród polityków ma ksywę "Kadrowy". Podlega mu np. Fundusz Rozwoju i Promocji Województwa Wielkopolskiego. Prezesem jest tam Krzysztof Leń, członek rady regionu PO. Bez konkursu zatrudnia u siebie ludzi z PO. - Nasz statut nie reguluje sposobu, w jaki należy dokonywać doboru pracowników. W żadnym wypadku nie decydowały poglądy polityczne, lecz doświadczenie zawodowe - mówi. 

Prezes na stanowisko kierownika działu projektów unijnych przyjął radnego miejskiego i członka zarządu PO w Poznaniu Krzysztofa Skrzypińskiego. W tym samym miejscu zatrudnienie znalazł także m.in. skazany prawomocnym wyrokiem za nadużycia finansowe były burmistrz Pniew Michał Chojara, także członek rady regionu PO. 

Prezesem Wielkopolskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości jest Jacek Koralewski, lider Platformy w powiecie obornickim. Z PO jest też Jarosław Nowak, wiceprezes tej spółki. Z kolei Grzegorz Wrona, członek rady regionu PO, kieruje spółką Szpitale Wielkopolskie. Jego zastępcą jest Jakub Jędrzejewski, poznański radny Platformy, brat europosłanki Sydonii Jędrzejewskiej. 

Stanowisko wiceprezesa Portu Lotniczego Ławica (udział skarbu państwa i samorządów) zajmuje Grzegorz Bykowski, który 10 lat temu karierę w partii rozpoczynał od asystenta ówczesnego przewodniczącego sejmiku, a dziś posła PO Pawła Arndta. On zdobył stanowisko po konkursie przeprowadzonym przez radę nadzorczą Ławicy.

Ale były poseł PO Marek Zieliński został dwa miesiące temu wiceprezesem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej bez konkursu. 

Swoich ludzi w spółkach i agencjach ma także PSL. Prezesem Wielkopolskiej Agencji Zarządzania Energią jest były wicemarszałek województwa z PSL Józef Lewandowski. Sąd uznał jego winę w związku z budową hali w Wyrzysku koło Piły, ale warunkowo umorzył sprawę. W 2011 r. spółka miała tylko 96 tys. zł przychodu, a jej koszty wyniosły prawie 900 tys. zł. Na same wynagrodzenia pracowników i rady nadzorczej wydała prawie połowę. 

Wicedyrektorem poznańskiego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych jest kojarzony z PSL Mieczysław Szempiński. Szefem oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Poznaniu jest Piotr Łykowski, który z listy PSL kandydował do Sejmu. Jego zastępcami są m.in. Rafał Klimek, członek zarządu wielkopolskiego PSL, oraz Aneta Neneman spokrewniona z Jarosławem Nenemanem, doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego. Na czele Agencji Rynku Rolnego stoi Andrzej Bobrowski, także związany z PSL. 

Zachodnio-pomorskie - PO bierze (prawie) wszystko 

PSL jest tu bardzo słabe, dlatego szefowanie oddziałami agencji rolnych, które "normalnie" w kraju "należą się" ludowcom w Szczecinie, zabrali im działacze PO. 

Ludowcy nie mają nawet jednego parlamentarzysty. Tylko jedna osoba - Stanisław Dycha - zasiada we władzach krajowych partii. Jest bliskim znajomym Waldemara Pawlaka - łączy ich ochotnicza straż pożarna. 

Dycha jest prezesem państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej "Lubiana" z pensją za ubiegły rok 260 tys. zł. 

Syn Stanisława Dychy Andrzej został w grudniu ubiegłego roku wiceministrem w resorcie Pawlaka. Dycha junior ma 34 lata. Zanim został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Gospodarki, przez zaledwie dwa miesiące był pracownikiem unijnego komisarza ds. rolnictwa. 

PO rządzi agencjami - Nieruchomości Rolnych oraz Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Dyrektorem zachodniopomorskiego oddziału ARiMR jest sekretarz zachodniopomorskiego zarządu PO i szef klubu radnych w sejmiku Jarosław Łojko. W ARiMR PSL ma "tylko" dwa stanowiska wicedyrektorów. 

Prawdziwym królestwem PO jest Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Szczecinie. Prezes i dwaj jego zastępcy są z PO. Nawet biurami kierują ludzie Platformy. 

O Funduszu politycy opozycji mówią "księstwo Gawła". Gaweł to Stanisław Gawłowski, szef zachodniopomorskiej PO i drugą kadencję wiceminister środowiska. To on rozdziela tam stanowiska.

W lutym 2008 r. prezesem funduszu został Jacek Chrzanowski, wcześniej wiceburmistrz Szczecinka i członek PO. W wywiadzie udzielonym "Głosowi Koszalińskiemu" mówił: "Propozycję objęcia stanowiska otrzymałem od wiceministra ochrony środowiska Stanisława Gawłowskiego". 

Wiceprezesem funduszu jest Jerzy Sarnowski, członek PO z Białogardu, w zarządzie jest też Dawid Brzozowski, szeregowy członek PO, były pracownik biura prasowego szczecińskiego magistratu. 

Biurem funduszu w Szczecinie kieruje Agnieszka Sobolewska, radna PO w sejmiku, a w Koszalinie Władysław Husejko (PO) , były marszałek województwa. 

W radzie nadzorczej zasiada prof. Paweł Mickiewicz - promotor pracy doktorskiej wiceministra Gawłowskiego. 

*Janusz Kędracki, Lech Bojarski, Jolanta Kowalewska, Tomasz Ciechoński 

opracował Wojciech Czuchnowski

Wyjaśnienie

We wtorkowym tekście "Urzędy, park, TBS-y", który był drugą częścią raportu "Gazety", błędnie podałem zarobki gdańskiego radnego PO Adama Nierody. W spółce Hotele Olsztyn zarabia on rocznie ok. 24 tys. zł, a nie ok. 90 tys. zł. Przepraszam

Krzysztof Katka

Jutro - jak PiS rządzi Radomiem
Źródło: Gazeta Wyborcza

2012/07/31

Ciepłe posadki na państwowych stołkach

Ogromna skala nepotyzmu i kolesiostwa wśród radnych warszawskiej PO. Trzy czwarte z nich, poza etatami w dzielnicy, ma pracę w instytucjach zależnych od partyjnych kolegów z podwójnymi pensjami opłacanymi z miejskiej kasy. Znaczną większość z nich zatrudniono w instytucjach skarbu państwa już po tym, jak zostali radnymi. 

Praktycznie każdy warszawski radny Platformy jest zatrudniony na lukratywnym stanowisku w jednostkach publicznych podległych PO lub PSL - mówi radny PiS-u Maciej Maciejowski. 

Anna Nehrebecka-Byczewska, radna PO, pracuje w Teatrze Polskim, który podlega samorządowi województwa mazowieckiego.
Z kolei Lech Jaworski jest radnym PO, a jednocześnie szefem Max-Filmu, spółki samorządu województwa mazowieckiego zarządzającej sześcioma kinami, także na terenie stolicy. Wcześniej był wiceszefem Agencji Rozwoju Mazowsza. Piotr Kalbarczyk - prowadzi własną działalność gospodarczą w branży budowlanej. W oświadczeniu majątkowym za 2011 r. wykazał brak dochodów, choć jest akcjonariuszem większościowym w czterech spółkach. W rubryce dotyczącej posiadanego majątku wpisał m.in. sześć domów. Jego firma Aluglass-Realizacja dostała bez przetargu kontrakty przy wykańczaniu Stadionu Narodowego. 

Radni PO ulokowali się też w spółce Mazowiecki Regionalny Fundusz Pożyczkowy. Doradcą zarządu jest Michał Bitner, a do władz spółki należy Lech Jaworski. Jest on członkiem rady nadzorczej Toruńskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Pieniądze z miejskiej kasy bierze też Małgorzata Żuber-Zielicz za wiceszefowanie Muzeum Sportu i Turystyki. 

Niemal wszyscy radni dzielnicy Śródmieście są zatrudnieni na lukratywnych stanowiskach zasilanych z miejskiej kasy. I tak: Hubert Aszyk jest zatrudniony w spółce Gminna Gospodarka Komunalna Ochota, Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska (żona posła PO Marcina Kierwińskiego) pracuje w Fundacji Rozwoju Edukacji zasilanej z pieniędzy MEN. Radna Agnieszka Grudziąż i Paweł Martofel mają etaty w Mazowieckim Urzędzie Marszałkowskim, Daniel Łaga w Urzędzie Pracy, a Krzysztof Pietrzykowski w Ministerstwie Kultury. Grzegorz Rogólski jest prezesem Fundacji Centrum Promocji Miast, a Marcin Rolnik dorabia w Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. 

Na Ursynowie ośmiu z jedenastu radnych klubu Platformy Obywatelskiej zasiada w instytucjach zależnych od partyjnych kolegów. Były burmistrz Ursynowa, a obecnie radny dzielnicy Tomasz Mencina dorabia w Miejskim Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji. Anna Krzepkowska, od kiedy została radną, ma drugi etat w Sejmie RP. Podobnie Krystian Malesa - członek biura europoseł Danuty Huebner. Reżyser Marek Wiernik pracuje w Radiu dla Ciebie, rozgłośni należącej do spółki Polskie Radio. Sylwia Krajewska pracuje dodatkowo w Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Również nieruchomościami, tyle że w Mazowieckim Zarządzie Nieruchomościami, który podlega pod Urząd Marszałkowski, zajmuje się radny Ryszard Zięciak. Pod UM podlegają też Wojewódzki Urząd Pracy, w którym zatrudnienie znalazł radny Tomasz Sieradz, oraz Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU), w której etat ma Anna Mioduszewska. 

MJWPU to ciepły kącik dla kilkudziesięciu radnych i członków klubu warszawskiej Platformy. Znaleźli tam drugi etat politycy właściwie ze wszystkich dzielnic i ściągnęli ze sobą rodziny i przyjaciół. Wszystkie etaty są opłacane z naszych podatków. Wymienienie wszystkich nazwisk zajęłoby zbyt dużo miejsca, oto więc kilka z nich, losowo wybranych: Justyna Adamek, Maria Porębowicz, Michał Suliborski - radni PO na Pradze-Południu, Renata Michałowska, Michał Jamiński, Krzysztof Miszewski - radni PO Targówek, Małgorzata Laskus - radna PO na Mokotowie, Ilona Soja-Kozłowska i Robert Wróbel - radni PO na Bielanach, Joanna Tracz-Łaptaszyńska - radna PO na Woli.

Podwójne pensje od skarbu państwa biorą także radni dzielnicy Praga-Północ. Specjalny etat stworzono podobno dla syna posłanki PO Alicji Dąbrowskiej. Marcin Dąbrowski odpowiedzialny za zagospodarowanie podwórek zarabia ponad 7 tys. zł. w praskim Zakładzie Gospodarowania Nieruchomościami. Podwójny etat mają też inni radni Pragi-Północ. Barbara Kwaśniewska w praskim urzędzie pracy, Piotr Pietruszyński w stołecznym Muzeum Łazienki Królewskie, natomiast Andrzej Siborenko w zarządzie Praskich Terenów Publicznych. Więcej chętnych do podwójnej pensji jest w dzielnicy Targówek. Jędrzej Kunowski jest zastępcą biura sprzedaży Warszawskiego Holdingu Nieruchomości. Joanna Mroczek pracuje w Przedsiębiorstwie Oczyszczania Miasta, natomiast Bartosz Szajkowski w lokalnym ośrodku sportu i rekreacji. 

Katarzyna Pawlak 
Maciej Marosz
Gazeta Polska Codziennie

Posłanka PO, jej mąż i agencja


By­ły wi­ce­szef MSWiA pi­sze do prokuratora ge­ne­ral­ne­go w spra­wie podejrzenia ne­po­ty­zmu, do ja­kie­go mia­ło do­cho­dzić w go­rzow­skiej ANR
Ma­rek Sur­macz, by­ły wi­ce­mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych w la­tach 2006–2007, póź­niej­szy do­radca ds. bez­pie­czeń­stwa pre­zy­den­ta Le­cha Ka­czyń­skie­go, kil­ka dni te­mu na­pi­sał do pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go An­drze­ja Se­re­me­ta, żą­da­jąc śledz­twa w spra­wie kon­kur­su na sze­fa go­rzow­skie­go od­dzia­łu Agen­cji Nie­ru­cho­mo­ści Rol­nych. I ro­li, ja­ką mie­li w nim ode­grać dzia­ła­cze PO.
Dziś Sur­macz ma wy­dać oświad­cze­nie, w któ­rym pu­blicz­nie pod­trzy­ma za­rzu­ty. O co cho­dzi? Po wy­bo­rach w 2007 r. na­gle od­wo­ła­ny zo­stał wie­lo­let­ni szef go­rzow­skie­go od­dzia­łu ANR. Na­stęp­cę miał wy­ło­nić kon­kurs roz­pi­sa­ny wio­sną 2008 r., do któ­re­go sta­nę­ło 3 kan­dy­da­tów, w tym To­masz Mo­żej­ko, wów­czas se­kre­tarz lu­bu­skiej PO.
Mo­żej­ko, na­uczy­ciel hi­sto­rii ze Świe­bo­dzi­na, ucho­dził za fa­wo­ry­ta, bo jak pi­sa­ła lo­kal­na pra­sa, był „za­ufa­nym czło­wie­kiem po­seł Bo­żen­ny Bu­kie­wicz", sze­fo­wej lu­bu­skiej PO. Pierw­szy kon­kurs nie przy­niósł roz­strzy­gnię­cia, bo nikt nie uzy­skał wy­ma­ga­nej ilo­ści punk­tów. Mo­żej­ko sze­fem od­dzia­łu ANR jed­nak zo­stał, bo kon­kurs nie­zwłocz­nie po­wtó­rzo­no.
– Rok póź­niej dy­rek­tor od­dzia­łu ANR To­masz Mo­żej­ko za­trud­nił u sie­bie na sta­no­wi­sku kie­row­ni­czym Mi­ro­sła­wa Bu­kie­wi­cza, mę­ża pa­ni po­seł – mó­wi Sur­macz, do­da­jąc, że „układ za­leż­no­ści po­li­tycz­nych i per­so­nal­nych wy­da­je się oczy­wi­sty".
Dy­rek­tor Mo­żej­ko do spra­wy od­niósł się krót­ko: – Wszyst­ko by­ło zgod­ne z pro­ce­du­ra­mi, to po­li­tycz­ne bi­cie pia­ny – tłu­ma­czył się w lo­kal­nych me­diach.
Po­seł Bo­żen­na Bu­kie­wicz wy­da­ła zaś oświad­cze­nie, w któ­rym stwier­dzi­ła m. in., że „po­li­tyk opo­zy­cyj­nej par­tii ma pra­wo do kry­tycz­nych ocen po­li­ty­ków par­tii rzą­dzą­cej", ale – jak do­da­ła – „czym in­nym jed­nak jest pu­blicz­ne rzu­ca­nie oskar­żeń o udział w prze­stęp­stwie". Za­żą­da­ła prze­pro­sin.
Rzeczpospolita