KRZYSZTOF L. MIAŁ DOPROWADZIĆ SPÓŁKĘ DO STRATY 2,7 MLN ZŁ
Poseł do Parlamentu Europejskiego z PO Krzysztof L. oraz trzy inne osoby zostały oskarżone w śledztwie dotyczącym zarządzania majątkiem Polskiego Stowarzyszenia Kart Młodzieżowych oraz upadłości spółki Campus.
Jak powiedziała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Aneta Skupień, akt oskarżenia w sprawie przesłano już do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Dodała, że zawarte w nim zarzuty dotyczą wyrządzenia Polskiemu Stowarzyszeniu Kart Młodzieżowych (PSKM) szkody majątkowej w wysokości 2 mln 738 tys. zł, podawania nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych stowarzyszenia oraz niezgłoszenia do sądu wniosku o upadłość spółki Campus.
Miliony za nic niewarte udziały
Szkoda poniesiona przez PSKM to według prokuratury efekt niekorzystnych dla stowarzyszenia rozliczeń ze spółką Campus. Prezesem obu podmiotów w latach objętych aktem oskarżenia był obecny eurodeputowany Krzysztof L.
2,2 mln zł PSKM straciło nie egzekwując od spółki Campus należności w tej kwocie i na zamianie w 2006 r. tej wierzytelności na 22 tys. udziałów w spółce. Natomiast 538 tys. zł stowarzyszenie straciło na objęciu w latach 2005 - 2006 za gotówkę kolejnych 5380 udziałów w spółce Campus. Według powołanego przez prokuraturę biegłego, udziały objęte w wyniku obu operacji były nic nie warte, bo Campus był już wówczas bankrutem.
Krzysztof L. miał też zezwolić na podanie nierzetelnych danych w sprawozdaniach finansowych PSKM za lata 2004 i 2005. Chodzi o nieujęcie w dokumentach dwóch pożyczek dla Campusa w łącznej kwocie 1,9 mln zł - umowa z 2004 r. opiewała na 400 tys. zł., umowa z 2005 r. na 1,5 mln zł.
Krzysztof L. jest też oskarżony o niezgłoszenie wniosku o upadłość spółki Campus, co według biegłego z uwagi na stan jej finansów powinno nastąpić w 2005 r. Wniosek taki wpłynął do sądu dopiero w 2007 r. Upadłość spółki ogłoszono rok później.
Czworo oskarżonych
Zarzut wyrządzenia PSKM szkody w wielkich rozmiarach prokuratura przedstawiła w akcie oskarżenia również Dorocie O.-L., która była członkiem zarządu PSKM. O podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu PSKM oskarżona została także księgowa stowarzyszenia Beata N.-P. Natomiast o niezgłoszenie do upadłości Campusa oskarżono również innego członka zarządu tej spółki - Przemysława L.
Podejrzani - jak poinformowała prokurator Aneta Skupień - nie przyznali się w śledztwie do winy i odmówili składania wyjaśnień.
Wyrządzenie szkody majątkowej w wielkich rozmiarach jest ścigane z Kodeksu karnego, grozi za to do 10 lat więzienia. Za podawanie nierzetelnych danych w sprawozdaniu finansowym na mocy ustawy o rachunkowości grozi do 2 lat pozbawienia wolności. Natomiast za ścigane z Kodeksu spółek handlowych niezgłoszenie wniosku o upadłość grozi do roku więzienia.
Wyroki już zapadały
W wątku śledztwa dotyczącym spółki Campus koszalińska prokuratura zarzuty przedstawiła wcześniej trzem innym członkom zarządu tej firmy. W dwóch przypadkach chodziło o niezgłoszenie wniosku o upadłość. Ta sprawa zakończyła się wnioskiem do sądu o uznanie ich za winnych, wymierzenie kar pieniężnych w wysokości 7 i 10 tys. zł. i umorzeniem postępowania na rok próby. 30 sierpnia 2010 r. Sąd Rejonowy w Iławie wydał orzeczenie zgodne z wnioskami prokuratury.
W trzecim przypadku do niezgłoszenia wniosku o upadłość doszedł zarzut spłacenia jednego z wierzycieli Campusa kosztem innych. To postępowanie zakończyło się aktem oskarżenia. Od maja br. spraw ta toczy się przed Sądem Rejonowym Gdańsk - Południe.
bgr/iga
TVN24.pl
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! A po wyborach można jedynie zacytować słowa poety:"...lecz nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi..."
2011/06/13
Pijany POciąg Platformy!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi "umilaczami". Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu... Dziennikarzom Faktu udało się pojechać wesołym pociągiem, który zawiózł działaczy PO z Mazowsza do Gdańska
Aż się łezka w oku kręciła na widok radości działaczy Platformy Obywatelskiej. Lekko niczym sarenki wskakiwali w Warszawie do specjalnego pociągu, który nocą z piątku na sobotę powiózł ich na konwencję do Gdańska. Gdy tylko skład ruszył, od lokomotywy po ostatni wagon jak na partyjną komendę otworzyły się torby i plecaki, a stoliczki w przedziałach zapełniły się materiałami na zjazd!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi „umilaczami”. Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu...
Skład otrzymał kryptonim Błękitny i choć podróż trwała długie 8 godzin, wśród podróżnych szybko zyskał miano Błękitnej Strzały. Strzelano bowiem sobie w gardła w każdym wagonie – nie minęło więcej niż kwadrans od odjazdu z Warszawy Centralnej, gdy na stoliczkach w przedziałach pojawiły się butelki i puszki piwa. – Spokojnie, spokojnie, coś mocniejszego u nas w torbie też się znajdzie – zapewniali siebie wzajemnie uśmiechnięci delegaci Platformy. I jak obiecali, tak zrobili. Gdy puste puszki zaczęły wpadać do śmietniczek, a częściej wprost na podłogę, ich miejsce zajęły europejskie Finlandie, swojskie Wyborowe, a czasem nawet whisky. W ruch poszły plastikowe kubeczki, a ostry smak ognistych płynów gaszono słodkimi napojami gazowanymi.
Gdy towarzystwo mocno poweselało, nastał czas na zawiązanie nowych przyjaźni. W przedziałach zrobiło się luźno, za to zdecydowanie tłoczno na korytarzach. Przy papierosku wymieniano poglądy i żartowano. – Wiecie, czemu zamienili nam lokomotywę w Toruniu i teraz jedziemy w drugą stronę? – pytał jeden z działaczy kolegów, którzy rozsiedli się w wagonie WARS-u. – Bo Rydzyk nie pozwolił, żeby nasz pociąg przejechał przez jego miasto i kazał nam wracać – odpowiedział sam sobie. Radości z dowcipu nie było końca.
Kiedy minęliśmy Włocławek, pierwsi działacze nie wytrzymywali trudów podróży. Ale od czego są koledzy – mocno zmęczonego delegata ułożyli na czterech fotelach. – Chłopaki, to taka niespodzianka od nas dla was – zwrócili się do zdziwionych pasażerów. W sąsiednim przedziale huknęła tymczasem weselna przyśpiewka: „Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, pocałunek był za krótki!”... Wśród męskiej części delegacji wzrosła również chęć do dalszego integrowania się. – 6 dziewczyn poszło w tamtą stronę, idziemy – poganiał jeden drugiego.
W końcu pociąg usnął. Ranek zaczął się kolejką niewyspanych delegatów do baru: – Śniadanko polskie, jajecznica na maśle! – obsługa uwijała się jak w ukropie.
Kiedy pociąg dojeżdżał do Gdańska, organizatorzy wycieczki wysłali „przypominacza”. – Przypominacz! Dojeżdżamy! Pamiętajcie posprzątać butelki i puszki! Przypominacz... – wołał mężczyzna, zaglądając do każdego przedziału...
Fakt, Bartłomiej Łęczek
Aż się łezka w oku kręciła na widok radości działaczy Platformy Obywatelskiej. Lekko niczym sarenki wskakiwali w Warszawie do specjalnego pociągu, który nocą z piątku na sobotę powiózł ich na konwencję do Gdańska. Gdy tylko skład ruszył, od lokomotywy po ostatni wagon jak na partyjną komendę otworzyły się torby i plecaki, a stoliczki w przedziałach zapełniły się materiałami na zjazd!
Było jak za PRL na zakładowej wycieczce... Puszki z piwem, smukłe butelki z wódeczką i grubsze z kolorowymi „umilaczami”. Na zdrowie! Te słowa płynęły od wagonu do wagonu...
Skład otrzymał kryptonim Błękitny i choć podróż trwała długie 8 godzin, wśród podróżnych szybko zyskał miano Błękitnej Strzały. Strzelano bowiem sobie w gardła w każdym wagonie – nie minęło więcej niż kwadrans od odjazdu z Warszawy Centralnej, gdy na stoliczkach w przedziałach pojawiły się butelki i puszki piwa. – Spokojnie, spokojnie, coś mocniejszego u nas w torbie też się znajdzie – zapewniali siebie wzajemnie uśmiechnięci delegaci Platformy. I jak obiecali, tak zrobili. Gdy puste puszki zaczęły wpadać do śmietniczek, a częściej wprost na podłogę, ich miejsce zajęły europejskie Finlandie, swojskie Wyborowe, a czasem nawet whisky. W ruch poszły plastikowe kubeczki, a ostry smak ognistych płynów gaszono słodkimi napojami gazowanymi.
Gdy towarzystwo mocno poweselało, nastał czas na zawiązanie nowych przyjaźni. W przedziałach zrobiło się luźno, za to zdecydowanie tłoczno na korytarzach. Przy papierosku wymieniano poglądy i żartowano. – Wiecie, czemu zamienili nam lokomotywę w Toruniu i teraz jedziemy w drugą stronę? – pytał jeden z działaczy kolegów, którzy rozsiedli się w wagonie WARS-u. – Bo Rydzyk nie pozwolił, żeby nasz pociąg przejechał przez jego miasto i kazał nam wracać – odpowiedział sam sobie. Radości z dowcipu nie było końca.
Kiedy minęliśmy Włocławek, pierwsi działacze nie wytrzymywali trudów podróży. Ale od czego są koledzy – mocno zmęczonego delegata ułożyli na czterech fotelach. – Chłopaki, to taka niespodzianka od nas dla was – zwrócili się do zdziwionych pasażerów. W sąsiednim przedziale huknęła tymczasem weselna przyśpiewka: „Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, pocałunek był za krótki!”... Wśród męskiej części delegacji wzrosła również chęć do dalszego integrowania się. – 6 dziewczyn poszło w tamtą stronę, idziemy – poganiał jeden drugiego.
W końcu pociąg usnął. Ranek zaczął się kolejką niewyspanych delegatów do baru: – Śniadanko polskie, jajecznica na maśle! – obsługa uwijała się jak w ukropie.
Kiedy pociąg dojeżdżał do Gdańska, organizatorzy wycieczki wysłali „przypominacza”. – Przypominacz! Dojeżdżamy! Pamiętajcie posprzątać butelki i puszki! Przypominacz... – wołał mężczyzna, zaglądając do każdego przedziału...
Fakt, Bartłomiej Łęczek
Delegaci Platformy gorsi od kiboli
Sterty butelek po wódce i piwie. Walające się po przedziałach śmieci, resztki jedzenia i dolatujący zewsząd odór jak z pijackiej meliny. To nie krajobraz po polskich pseudokibicach. Tak wyglądał specjalnie wynajęty pociąg, kiedy wysiedli z niego delegaci na sobotni zjazd Platformy Obywatelskiej.
Na niedzielną konwencję PO w Gdańsku delegaci podążali ze wszystkich stron Polski. Nie tylko dla małopolskich działaczy przygotowano specjalny skład pociągu. Jak relacjonował reporter RMF FM, tego składu nie dało się nie zauważyć. Był długi na 12 wagonów i nie mieścił się na peronie dworca Kraków Płaszów.
Wagony ściągane były z całego kraju. A w środku było czyściutko, schludnie i dużo miejsca. Podobne pociągi wyruszyły do Gdańska z całej Polski, także z Warszawy. Podróż nimi musiała być samą przyjemnością. Tym bardziej że wszyscy podróżni to sami swoi. Więc panował szampański humor i biesiadna wręcz atmosfera.
Dowód: filmiki, które już teraz krążą po Internecie. Jak widać na zdjęciach, politycy PO nie szczędzili sobie alkoholu. Z każdym kilometrem torów zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a repertuar śpiewanych piosenek był coraz szerszy.
Na dworcu w Gdańsku można było zobaczyć, co zostawili po sobie delegaci. Pociąg był kompletnie zarzucony pustymi butelkami po wódce i puszkami po piwie. Podobnie wyglądał po dotarciu do Warszawy z Gdańska. No cóż, dla podróżujących delegatów impreza była wyjątkowo udana.
- Nie widziałem tego pociągu. Nie słyszałem o tym. Poza tym usługa sprzątania była opłacona - skomentował nam poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz (31 l.). Co na to premier?
Superexpress
Na niedzielną konwencję PO w Gdańsku delegaci podążali ze wszystkich stron Polski. Nie tylko dla małopolskich działaczy przygotowano specjalny skład pociągu. Jak relacjonował reporter RMF FM, tego składu nie dało się nie zauważyć. Był długi na 12 wagonów i nie mieścił się na peronie dworca Kraków Płaszów.
Wagony ściągane były z całego kraju. A w środku było czyściutko, schludnie i dużo miejsca. Podobne pociągi wyruszyły do Gdańska z całej Polski, także z Warszawy. Podróż nimi musiała być samą przyjemnością. Tym bardziej że wszyscy podróżni to sami swoi. Więc panował szampański humor i biesiadna wręcz atmosfera.
Dowód: filmiki, które już teraz krążą po Internecie. Jak widać na zdjęciach, politycy PO nie szczędzili sobie alkoholu. Z każdym kilometrem torów zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a repertuar śpiewanych piosenek był coraz szerszy.
Na dworcu w Gdańsku można było zobaczyć, co zostawili po sobie delegaci. Pociąg był kompletnie zarzucony pustymi butelkami po wódce i puszkami po piwie. Podobnie wyglądał po dotarciu do Warszawy z Gdańska. No cóż, dla podróżujących delegatów impreza była wyjątkowo udana.
- Nie widziałem tego pociągu. Nie słyszałem o tym. Poza tym usługa sprzątania była opłacona - skomentował nam poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz (31 l.). Co na to premier?
Superexpress
2011/06/07
Partia pamięta o swoich: praca dla byłego burmistrza
Jego partia przegrała batalię o władzę w dzielnicy. Stracił burmistrzowską posadę, na wszelki wypadek poszedł na urlop bezpłatny i dzięki partyjnym kontaktom zdobył atrakcyjną posadę.
Chodzi o Ryszarda Zięciaka, w poprzedniej kadencji wiceburmistrza Ursynowa, wieloletniego działacza PO. Gdy w 2006 r. Platforma sekowała w wyborach "piskorczyków", Zięciak stracił mandat radnego. Jednak trzy lata później wrócił do łask i dostał od partii stanowisko wiceburmistrza Ursynowa.
Posada w nagrodę?
W ostatnich wyborach samorządowych na Ursynowie triumfował skłócony z partią Tuska lokalny komitet Nasz Ursynów, który w koalicji z PiS przejął władzę. Zięciak musiał odejść z władz Ursynowa, ale szybko znalazł sobie intratną posadę w instytucji kontrolowanej przez jego partyjnych kolegów z urzędu marszałkowskiego.
Dopiero co wprowadził się do dyrektorskiego gabinetu Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości w zabytkowej willi Gabriela Narutowicza przy ul. Parkowej, tuż obok Łazienek Królewskich, w tej samej, która ma stać się siedzibą Instytutu Lecha Wałesy. Oficjalnie Zięciak wygrał konkurs na to stanowisko.
- Szukałem nowych wyzwań. Dlatego gdy znalazłem ogłoszenie w internecie, zgłosiłem się - twierdzi Ryszard Zięciak. Jego partyjni koledzy są jednak przekonani, że tę posadę dostał dzięki znajomościom w urzędzie marszałkowskim kontrolowanym przez koalicję PO-PSL.
O stanowisko szefa walczyło dziewięć osób, w tym Grażyna Strzelec, nienależąca do żadnej partii wieloletnia szefowa MZN. - Startowałam, ale wygrał pan Zięciak. Widać był lepszy - mówi Grażyna Strzelec.
Inaczej widzą to koledzy z partii. Przypominają, że tak się dziwnie składa, że w konkursach organizowanych przez urząd marszałkowski najlepsi okazują się działacze PO i PSL.
- Zięciak stracił dobrą burmistrzowską pensję i rady nadzorcze. Narzekał, że brakuje mu pieniędzy. Szukał intratnej posady. Uderzył więc do kadrowego Platformy, czyli Marcina Kierwińskiego [wicemarszałek Mazowsza i sekretarz mazowieckiej PO nazywanym w partii "małym Schetyną"]. On od ręki znajduje kolegom z partii jakąś robotę - zdradza nam działacz PO.
- Ryszard Zięciak wygrał konkurs, bo według komisji był najlepszy. Nie mam nic więcej do dodania - ucina rozmowę Kierwiński.
- Burmistrzem Ryszard był nijakim. Na dodatek za jego rządów Platforma poniosła sromotną porażkę. I teraz w nagrodę dali mu posadę? - dziwi się Teresa Jurczyńska-Owczarek, radna Naszego Ursynowa.
PiS-owska metoda
Jeśli ktoś myśli, że nowa posada Zięciakowi wystarczyła, to się myli. Ryszard Zięciak lubi się zabezpieczyć. Sięgnął więc po metodę stosowaną w czasie rządów PiS. Pod koniec ub.r. skończyła mu się kadencja i powinien zrzec się stanowiska wiceburmistrza. Nie zrobił tego jednak: wziął urlop bezpłatny.
- Pod rządami Lecha Kaczyńskiego w ratuszu wymyślono konstrukcję urlopów bezpłatnych, które zabezpieczały prywatne interesy burmistrzów i wysokich urzędników, ale obciążały stołeczny budżet - przypomina Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka. Mechanizm był następujący: tuż przed końcem kadencji burmistrz składał wniosek o urlop bezpłatny. Gdy po wyborach okazywało się, że zmienił się układ polityczny i nie ma szans na reelekcję, mógł zażądać przyjęcia go z powrotem do urzędu. Dzięki temu, zgodnie z prawem pracy, ratusz musiał mu zaproponować stanowisko z pensją podobną do burmistrzowskiej (od 10 do 12 tys.) i to bez konkursu.
- Ostatnio z takim żądaniem przyszedł do nas były wiceburmistrz Targówka pod rządami PiS. W latach 2006-2010 był radnym i wiceburmistrzem na urlopie bezpłatnym. W ostatnich wyborach nie zdobył mandatu i ratusz musiał mu dać etat - mówi Grzegorz Zawistowski.
- To falandyzacja prawa pracy, niepotrzebny i nie do końca uczciwy parasol ochronny dla funkcjonariuszy partyjnych - mówił kilka dni temu Tomasz Andryszczyk, wtedy jeszcze rzecznik ratusza.
- Nie mogłem się nadziwić, gdy z kadr dostałem informację, że cały czas jest na urlopie bezpłatnym. A kadencja jego zarządu wygasła w grudniu ub.r. - mówi Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.
- Zięciak chciał się w ten sposób zabezpieczyć, gdy zorientował się, że Platforma traci władzę na Ursynowie. Mógł przecież w każdej chwili wrócić z urlopu i zażądać posady z burmistrzowską pensją - mówi jeden z działaczy warszawskiej Platformy.
Już wcześniej udowodnił, że potrafi walczyć o swoje. W poprzedniej kadencji prócz burmistrzowskiego fotelu dorabiał w radach nadzorczych TBS Południe (firma miejska) oraz PPKS Warszawa (spółka podległa wojewodzie). Za to dostawał rocznie dodatkowo 80 tys. zł.
O swoim urlopie bezpłatnym Ryszard Zięciak wypowiada się niechętnie. Podkreśla, że przepisy pozwalają na takie zachowanie.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Źródło: Gazeta Stołeczna
Chodzi o Ryszarda Zięciaka, w poprzedniej kadencji wiceburmistrza Ursynowa, wieloletniego działacza PO. Gdy w 2006 r. Platforma sekowała w wyborach "piskorczyków", Zięciak stracił mandat radnego. Jednak trzy lata później wrócił do łask i dostał od partii stanowisko wiceburmistrza Ursynowa.
Posada w nagrodę?
W ostatnich wyborach samorządowych na Ursynowie triumfował skłócony z partią Tuska lokalny komitet Nasz Ursynów, który w koalicji z PiS przejął władzę. Zięciak musiał odejść z władz Ursynowa, ale szybko znalazł sobie intratną posadę w instytucji kontrolowanej przez jego partyjnych kolegów z urzędu marszałkowskiego.
Dopiero co wprowadził się do dyrektorskiego gabinetu Mazowieckiego Zarządu Nieruchomości w zabytkowej willi Gabriela Narutowicza przy ul. Parkowej, tuż obok Łazienek Królewskich, w tej samej, która ma stać się siedzibą Instytutu Lecha Wałesy. Oficjalnie Zięciak wygrał konkurs na to stanowisko.
- Szukałem nowych wyzwań. Dlatego gdy znalazłem ogłoszenie w internecie, zgłosiłem się - twierdzi Ryszard Zięciak. Jego partyjni koledzy są jednak przekonani, że tę posadę dostał dzięki znajomościom w urzędzie marszałkowskim kontrolowanym przez koalicję PO-PSL.
O stanowisko szefa walczyło dziewięć osób, w tym Grażyna Strzelec, nienależąca do żadnej partii wieloletnia szefowa MZN. - Startowałam, ale wygrał pan Zięciak. Widać był lepszy - mówi Grażyna Strzelec.
Inaczej widzą to koledzy z partii. Przypominają, że tak się dziwnie składa, że w konkursach organizowanych przez urząd marszałkowski najlepsi okazują się działacze PO i PSL.
- Zięciak stracił dobrą burmistrzowską pensję i rady nadzorcze. Narzekał, że brakuje mu pieniędzy. Szukał intratnej posady. Uderzył więc do kadrowego Platformy, czyli Marcina Kierwińskiego [wicemarszałek Mazowsza i sekretarz mazowieckiej PO nazywanym w partii "małym Schetyną"]. On od ręki znajduje kolegom z partii jakąś robotę - zdradza nam działacz PO.
- Ryszard Zięciak wygrał konkurs, bo według komisji był najlepszy. Nie mam nic więcej do dodania - ucina rozmowę Kierwiński.
- Burmistrzem Ryszard był nijakim. Na dodatek za jego rządów Platforma poniosła sromotną porażkę. I teraz w nagrodę dali mu posadę? - dziwi się Teresa Jurczyńska-Owczarek, radna Naszego Ursynowa.
PiS-owska metoda
Jeśli ktoś myśli, że nowa posada Zięciakowi wystarczyła, to się myli. Ryszard Zięciak lubi się zabezpieczyć. Sięgnął więc po metodę stosowaną w czasie rządów PiS. Pod koniec ub.r. skończyła mu się kadencja i powinien zrzec się stanowiska wiceburmistrza. Nie zrobił tego jednak: wziął urlop bezpłatny.
- Pod rządami Lecha Kaczyńskiego w ratuszu wymyślono konstrukcję urlopów bezpłatnych, które zabezpieczały prywatne interesy burmistrzów i wysokich urzędników, ale obciążały stołeczny budżet - przypomina Grzegorz Zawistowski (PO), burmistrz Targówka. Mechanizm był następujący: tuż przed końcem kadencji burmistrz składał wniosek o urlop bezpłatny. Gdy po wyborach okazywało się, że zmienił się układ polityczny i nie ma szans na reelekcję, mógł zażądać przyjęcia go z powrotem do urzędu. Dzięki temu, zgodnie z prawem pracy, ratusz musiał mu zaproponować stanowisko z pensją podobną do burmistrzowskiej (od 10 do 12 tys.) i to bez konkursu.
- Ostatnio z takim żądaniem przyszedł do nas były wiceburmistrz Targówka pod rządami PiS. W latach 2006-2010 był radnym i wiceburmistrzem na urlopie bezpłatnym. W ostatnich wyborach nie zdobył mandatu i ratusz musiał mu dać etat - mówi Grzegorz Zawistowski.
- To falandyzacja prawa pracy, niepotrzebny i nie do końca uczciwy parasol ochronny dla funkcjonariuszy partyjnych - mówił kilka dni temu Tomasz Andryszczyk, wtedy jeszcze rzecznik ratusza.
- Nie mogłem się nadziwić, gdy z kadr dostałem informację, że cały czas jest na urlopie bezpłatnym. A kadencja jego zarządu wygasła w grudniu ub.r. - mówi Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.
- Zięciak chciał się w ten sposób zabezpieczyć, gdy zorientował się, że Platforma traci władzę na Ursynowie. Mógł przecież w każdej chwili wrócić z urlopu i zażądać posady z burmistrzowską pensją - mówi jeden z działaczy warszawskiej Platformy.
Już wcześniej udowodnił, że potrafi walczyć o swoje. W poprzedniej kadencji prócz burmistrzowskiego fotelu dorabiał w radach nadzorczych TBS Południe (firma miejska) oraz PPKS Warszawa (spółka podległa wojewodzie). Za to dostawał rocznie dodatkowo 80 tys. zł.
O swoim urlopie bezpłatnym Ryszard Zięciak wypowiada się niechętnie. Podkreśla, że przepisy pozwalają na takie zachowanie.
Dominika Olszewska, Jan Fusiecki
Źródło: Gazeta Stołeczna
2011/06/06
Korupcja w mazowieckiej PO? "Dostał 50 tysięcy, obiecywał korzyści"
Czy członek władz mazowieckiej PO i kandydat do Sejmu Mariusz Popielarz przyjął 50 tys. zł w zamian za obietnicę korzyści? Tak twierdzi Roman Wargulewski, przedsiębiorca z Ostrołęki. – Najlepiej by było, gdyby pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii do czasu wyjaśnienia sprawy – komentuje sprawę ostrołęcki poseł PO Andrzej Kania.
Mariusz Popielarz jest szefem Platformy w Ostrołęce, miejskim radnym i kandydatem do Sejmu. – Przed ostatnimi wyborami samorządowymi pożyczyłem mu 50 tys. zł na kampanię. W zamian usłyszałem obietnicę rozmaitych korzyści, które mógłbym odnieść po wyborach, oraz zapowiedź zwrotu pieniędzy. Korzyści nie chciałem, ale na zwrot pieniędzy liczyłem. Nie dostałem ich do dziś – mówi „Wprost" Wargulewski, znany ostrołęcki przedsiębiorca, jeden z najbogatszych ludzi w mieście. Twierdzi, że pieniądze przekazał Popielarzowi w gotówce. Nie ma jednak na to żadnego dowodu. Jego wersję potwierdza za to działacz warszawskiej PO Mirosław Skorupski.
Popielarz zapewnia nas, że historia jest zmyślona. – Nie brałem od niego żadnych pieniędzy. Ta sprawa to dla mnie wizerunkowy kłopot i zależy mi na jak najszybszym jej wyjaśnieniu. Nie wykluczam, że Wargulewski jest inspirowany przez moich politycznych przeciwników – mówi. Popielarz złożył już w tej sprawie zawiadomienie na policji. Twierdzi, że Wargulewski go pomawia.
Z ustaleń „Wprost" wynika, że oskarżeniami wobec Popielarza zajmuje się obecnie władze PO. – To poważna sprawa, bardzo niekorzystna dla Platformy. Uważam, najlepiej by było, gdyby do czasu jej wyjaśnienia pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii – mówi nam poseł Platformy Andrzej Kania. Sprawą zainteresowała się także Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją. Po zapoznaniu się z wersjami obu stron przyznała rację Popielarzowi. Kwestię bada obecnie zarząd mazowieckiej PO.
Autor: Michał Krzymowsk
Mariusz Popielarz jest szefem Platformy w Ostrołęce, miejskim radnym i kandydatem do Sejmu. – Przed ostatnimi wyborami samorządowymi pożyczyłem mu 50 tys. zł na kampanię. W zamian usłyszałem obietnicę rozmaitych korzyści, które mógłbym odnieść po wyborach, oraz zapowiedź zwrotu pieniędzy. Korzyści nie chciałem, ale na zwrot pieniędzy liczyłem. Nie dostałem ich do dziś – mówi „Wprost" Wargulewski, znany ostrołęcki przedsiębiorca, jeden z najbogatszych ludzi w mieście. Twierdzi, że pieniądze przekazał Popielarzowi w gotówce. Nie ma jednak na to żadnego dowodu. Jego wersję potwierdza za to działacz warszawskiej PO Mirosław Skorupski.
Popielarz zapewnia nas, że historia jest zmyślona. – Nie brałem od niego żadnych pieniędzy. Ta sprawa to dla mnie wizerunkowy kłopot i zależy mi na jak najszybszym jej wyjaśnieniu. Nie wykluczam, że Wargulewski jest inspirowany przez moich politycznych przeciwników – mówi. Popielarz złożył już w tej sprawie zawiadomienie na policji. Twierdzi, że Wargulewski go pomawia.
Z ustaleń „Wprost" wynika, że oskarżeniami wobec Popielarza zajmuje się obecnie władze PO. – To poważna sprawa, bardzo niekorzystna dla Platformy. Uważam, najlepiej by było, gdyby do czasu jej wyjaśnienia pan Popielarz zawiesił swoje członkostwo w partii – mówi nam poseł Platformy Andrzej Kania. Sprawą zainteresowała się także Julia Pitera, minister ds. walki z korupcją. Po zapoznaniu się z wersjami obu stron przyznała rację Popielarzowi. Kwestię bada obecnie zarząd mazowieckiej PO.
Autor: Michał Krzymowsk
Tusk wściekły na Schetynę. Szwagier marszałka rozbił listę PO do Senatu
arbary Zdrojewskiej, żony ministra kultury, może zabraknąć w jesiennych wyborach do Senatu. Niewykluczone, że jej miejsce zajmie senator Władysław Sidorowicz, którego PO już umieściła na szóstym miejscu na liście do Sejmu we Wrocławiu. Skąd takie zamieszanie? Działacze PO nieoficjalnie przyznają, że to przez marszałka Sejmu Grzegorza Schetynę i jego szwagra Konrada Rowińskiego
Rowiński to kandydat do Senatu z okręgu, w którego skład wchodzą powiaty m.in.: bolesławiecki, głogowski, jaworski, jeleniogórski, zgorzelecki, legnicki, złotoryjski, Jelenia Góra i Legnica.
- Tusk się wściekł. Sprawa wyszła na jaw, kiedy władze krajowe PO deklarowały, że na listach nie pojawią się członkowie rodzin kandydatów - zdradza jeden z działaczy wrocławskiej PO.
Ta zasada miała obowiązywać w całym kraju. Na start Bogdana i Barbary Zdrojewskich jeszcze na początku kwietnia też nie było zgody. Minister dostał nawet propozycję, na którą się nie zgodził, by pociągnąć wałbrzyską listę do Sejmu. Ostatecznie Zdrojewskim udało się przekonać władze PO, by z ich kandydowania nie robiły problemu. Problem powstał jednak, kiedy Zdrojewscy posłużyli Schetynie jako precedens.
Ale nazwiska tych, którzy będą się ubiegać o mandaty w Senacie, partia ma pokazać w tym tygodniu, przed sobotnim kongresem w Gdańsku.
- Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że będzie kilka ciekawych i miłych zaskoczeń - stwierdza ogólnikowo europoseł Piotr Borys, odpowiadający za kampanię wyborczą Platformy na Dolnym Śląsku. Nieobecności Zdrojewskiej komentować nie chce. Tak samo jak ewentualnej obecności wśród walczących o Senat Józefa Piniora. Nie jest tajemnicą, że PO zabiega o tę legendę Solidarności, byłego europosła i polityka SdPl. Ale nie ona jedna. Piniora chce ściągnąć do siebie również SLD. Mówi poseł Janusz Krasoń, szef dolnośląskich struktur tej partii: - Czekamy na jego ostateczną decyzję. Nie jest związany z Sojuszem, ale chciałbym, żeby znalazł się na naszych listach.
Pinior unika jakichkolwiek rozmów na ten temat. Platformę jednak goni czas, bo po 11 czerwca zamierza już zacząć przekonywanie do siebie wyborców. Nie może tego robić bez kandydatów, a o tych do Senatu rozmawia bardzo niechętnie.
Niemal pewne są trzy nazwiska: Jarosława Dudy i prof. Leona Kieresa, który zawalczy o mandat w podwrocławskich powiatach. W Wałbrzychu wystartuje zaś obecny senator Stanisław Jurcewicz. Kiedy PO ogłosi nazwiska wszystkich chętnych do Senatu, będzie jedyną partią w kraju, która wyłożyła już niemal wszystkie karty na stół. Premier ma obsadzić każde z 12 miejsc na wszystkich listach partii.
Karty wyłożył też Tomasz Misiak, którego PO nie chciała po tym, jak w 2009 r. związana z nim firma Work Service podpisała z Agencją Rozwoju Przemysłu umowę na doradztwo dla pracowników zwalnianych ze stoczni w Gdyni i Szczecinie. W 2008 r. Misiak był przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Ale "tematu Misiaka" w jesiennych wyborach w PO nie było. Czy podejmie go teraz Polskie Stronnictwo Ludowe? Tak pod koniec ubiegłego tygodnia pisał jeden z tabloidów. Misiak zaprzecza: - Takich rozmów nie było. Gdybym dostał taką propozycję, to się nad tym zastanowię. Duchowo do pracy wicepremiera Waldemara Pawlaka jest mi bardzo blisko. Misiak jest pewien, że wystartuje z własnego komitetu.
Magdalena Kozioł
Rowiński to kandydat do Senatu z okręgu, w którego skład wchodzą powiaty m.in.: bolesławiecki, głogowski, jaworski, jeleniogórski, zgorzelecki, legnicki, złotoryjski, Jelenia Góra i Legnica.
- Tusk się wściekł. Sprawa wyszła na jaw, kiedy władze krajowe PO deklarowały, że na listach nie pojawią się członkowie rodzin kandydatów - zdradza jeden z działaczy wrocławskiej PO.
Ta zasada miała obowiązywać w całym kraju. Na start Bogdana i Barbary Zdrojewskich jeszcze na początku kwietnia też nie było zgody. Minister dostał nawet propozycję, na którą się nie zgodził, by pociągnąć wałbrzyską listę do Sejmu. Ostatecznie Zdrojewskim udało się przekonać władze PO, by z ich kandydowania nie robiły problemu. Problem powstał jednak, kiedy Zdrojewscy posłużyli Schetynie jako precedens.
Ale nazwiska tych, którzy będą się ubiegać o mandaty w Senacie, partia ma pokazać w tym tygodniu, przed sobotnim kongresem w Gdańsku.
- Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że będzie kilka ciekawych i miłych zaskoczeń - stwierdza ogólnikowo europoseł Piotr Borys, odpowiadający za kampanię wyborczą Platformy na Dolnym Śląsku. Nieobecności Zdrojewskiej komentować nie chce. Tak samo jak ewentualnej obecności wśród walczących o Senat Józefa Piniora. Nie jest tajemnicą, że PO zabiega o tę legendę Solidarności, byłego europosła i polityka SdPl. Ale nie ona jedna. Piniora chce ściągnąć do siebie również SLD. Mówi poseł Janusz Krasoń, szef dolnośląskich struktur tej partii: - Czekamy na jego ostateczną decyzję. Nie jest związany z Sojuszem, ale chciałbym, żeby znalazł się na naszych listach.
Pinior unika jakichkolwiek rozmów na ten temat. Platformę jednak goni czas, bo po 11 czerwca zamierza już zacząć przekonywanie do siebie wyborców. Nie może tego robić bez kandydatów, a o tych do Senatu rozmawia bardzo niechętnie.
Niemal pewne są trzy nazwiska: Jarosława Dudy i prof. Leona Kieresa, który zawalczy o mandat w podwrocławskich powiatach. W Wałbrzychu wystartuje zaś obecny senator Stanisław Jurcewicz. Kiedy PO ogłosi nazwiska wszystkich chętnych do Senatu, będzie jedyną partią w kraju, która wyłożyła już niemal wszystkie karty na stół. Premier ma obsadzić każde z 12 miejsc na wszystkich listach partii.
Karty wyłożył też Tomasz Misiak, którego PO nie chciała po tym, jak w 2009 r. związana z nim firma Work Service podpisała z Agencją Rozwoju Przemysłu umowę na doradztwo dla pracowników zwalnianych ze stoczni w Gdyni i Szczecinie. W 2008 r. Misiak był przewodniczącym senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Ale "tematu Misiaka" w jesiennych wyborach w PO nie było. Czy podejmie go teraz Polskie Stronnictwo Ludowe? Tak pod koniec ubiegłego tygodnia pisał jeden z tabloidów. Misiak zaprzecza: - Takich rozmów nie było. Gdybym dostał taką propozycję, to się nad tym zastanowię. Duchowo do pracy wicepremiera Waldemara Pawlaka jest mi bardzo blisko. Misiak jest pewien, że wystartuje z własnego komitetu.
Magdalena Kozioł
2011/04/06
Rodzinny biznes PO: na Pradze Płd. zatrudnili znajomego
- Zrobię wszystko, aby nie zawieść burmistrza - mówi Łukasz Lanc, młody działacz PO awansowany na stanowisko szefa biura rady w urzędzie Pragi-Południe. Dostał je od partyjnego przełożonego i zarazem kolegi swojej matki z sejmiku Mazowsza
- Latami pracujemy w urzędzie na szeregowych stanowiskach, a tu nagle pojawia się młody chłopak i od razu zostaje naczelnikiem. I to bez konkursu. Ma jednak jeden niepowtarzalny atut, którego nam, szaraczkom, brakuje: to syn koleżanki partyjnej naszego burmistrza - denerwuje się jeden z urzędników urzędu na Pradze-Południe.
Burmistrz Pragi-Południe Tomasz Kucharski (PO) to zarazem radny sejmiku Mazowsza i szef dzielnicowego koła Platformy. Do tej organizacji należy Łukasz Lanc. Tomasz Kucharski jest więc jego partyjnym przełożonym.
Obaj panowie znają się też dzięki matce Łukasza Elżbiecie Lanc (PO), radnej Mazowsza, która karierę polityczną zaczynała w PSL. Na początku dekady była wicewojewodą z rekomendacji ludowców. W 2007 r. walczyła w wyborach pod sztandarami PiS, aby ostatecznie wylądować w partii Tuska.
Dwa lata temu ujawniliśmy, że dzięki partyjnemu wsparciu Elżbieta Lanc dostała posadę wiceprezesa w spółce miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami Budownictwa "Warszawa". - Szukałam pracy, zapisałam się do klubu PO [w sejmiku Mazowsza] i udało się - mówiła wtedy "Gazecie". - Z wykształcenia jestem wprawdzie polonistką, a budownictwo to ścisła branża, ale zdawałam maturę według starych zasad. Egzamin z matematyki był naprawdę na wysokim poziomie.
W przeciwieństwie do mamy Łukasz Lanc, zapisując się przed dwoma laty do Platformy, reklamował się jako działacz ideowy. - To, że PO jest przy władzy, miało jakieś znaczenie, ale trzeciorzędne - mówił "Gazecie" w wywiadzie sprzed roku. I dodał - Nie kierowałem się osobistymi korzyściami. Mam pracę i nie potrzebuję żadnego poręczenia.
- Przecież on wszystko zawdzięcza partii lub wpływowej mamie - mówią w urzędzie Pragi-Południe.
Pomocna dłoń burmistrza
Karierę urzędnika Łukasz Lanc zaczął na początku ub. dekady w urzędzie marszałkowskim, czyli w instytucji kontrolowanej przez sejmik, w którym jego mama była wpływową radną. Potem dostał etat w zależnej od marszałka i sejmiku Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU).
Ta instytucja zajmuje się dzieleniem unijnych dotacji. Jak wielokrotnie pisaliśmy, bez sukcesów, bo Mazowsze przez lata było na końcu krajowych statystyk. Eksperci nie mieli wątpliwości: zawinił sposób rekrutacji, którą oparto na kluczu partyjnym i etaty obsadzono działaczami PO lub PSL. W ostatnich wyborach samorządowych walczył o mandat radnego dzielnicy z listy Platformy. Jego matka była na liście kandydatów do sejmiku. Łukaszowi się nie udało, matka wywalczyła reelekcję.
Łukasz Lanc był najwyraźniej znużony pracą w MJWPU, rozpoczął poszukiwania nowego etatu. - Szukałem nowych wyzwań, wypaliłem się zawodowo w poprzednim miejscu pracy - mówi Lanc.
Tak się złożyło, że od kilku lat mieszka na Pradze-Południe. Jak przekonuje, zupełnie przypadkiem, pomocną dłoń wyciągnął do niego burmistrz Kucharski. Zatrudnił go w wydziale oświaty, aby ekspresowo mianować naczelnikiem biura rady z pensją 5 tys. zł.
Łukasz Lanc dorabia też w radach nadzorczych spółek miejskich lub państwowych. W przeszłości zasiadał w radzie nadzorczej kontrolowanego przez urząd wojewódzki przedsiębiorstwa Holdbud. Dziś przyznaje, że dorabia "w radzie innej spółki, tym razem gminnej", ale jej nazwy ujawnić nie chce.
- Dlaczego nie zorganizował pan konkursu na stanowisko naczelnika biura rady? - pytamy Kucharskiego. - Jeśli pracownik przechodzi z jednego wydziału do innego, prawo mnie do tego nie zobowiązuje - odpowiada. - Pan Łukasz ma świetne referencje z poprzednich miejsc pracy - dodaje.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
- Latami pracujemy w urzędzie na szeregowych stanowiskach, a tu nagle pojawia się młody chłopak i od razu zostaje naczelnikiem. I to bez konkursu. Ma jednak jeden niepowtarzalny atut, którego nam, szaraczkom, brakuje: to syn koleżanki partyjnej naszego burmistrza - denerwuje się jeden z urzędników urzędu na Pradze-Południe.
Burmistrz Pragi-Południe Tomasz Kucharski (PO) to zarazem radny sejmiku Mazowsza i szef dzielnicowego koła Platformy. Do tej organizacji należy Łukasz Lanc. Tomasz Kucharski jest więc jego partyjnym przełożonym.
Obaj panowie znają się też dzięki matce Łukasza Elżbiecie Lanc (PO), radnej Mazowsza, która karierę polityczną zaczynała w PSL. Na początku dekady była wicewojewodą z rekomendacji ludowców. W 2007 r. walczyła w wyborach pod sztandarami PiS, aby ostatecznie wylądować w partii Tuska.
Dwa lata temu ujawniliśmy, że dzięki partyjnemu wsparciu Elżbieta Lanc dostała posadę wiceprezesa w spółce miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami Budownictwa "Warszawa". - Szukałam pracy, zapisałam się do klubu PO [w sejmiku Mazowsza] i udało się - mówiła wtedy "Gazecie". - Z wykształcenia jestem wprawdzie polonistką, a budownictwo to ścisła branża, ale zdawałam maturę według starych zasad. Egzamin z matematyki był naprawdę na wysokim poziomie.
W przeciwieństwie do mamy Łukasz Lanc, zapisując się przed dwoma laty do Platformy, reklamował się jako działacz ideowy. - To, że PO jest przy władzy, miało jakieś znaczenie, ale trzeciorzędne - mówił "Gazecie" w wywiadzie sprzed roku. I dodał - Nie kierowałem się osobistymi korzyściami. Mam pracę i nie potrzebuję żadnego poręczenia.
- Przecież on wszystko zawdzięcza partii lub wpływowej mamie - mówią w urzędzie Pragi-Południe.
Pomocna dłoń burmistrza
Karierę urzędnika Łukasz Lanc zaczął na początku ub. dekady w urzędzie marszałkowskim, czyli w instytucji kontrolowanej przez sejmik, w którym jego mama była wpływową radną. Potem dostał etat w zależnej od marszałka i sejmiku Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU).
Ta instytucja zajmuje się dzieleniem unijnych dotacji. Jak wielokrotnie pisaliśmy, bez sukcesów, bo Mazowsze przez lata było na końcu krajowych statystyk. Eksperci nie mieli wątpliwości: zawinił sposób rekrutacji, którą oparto na kluczu partyjnym i etaty obsadzono działaczami PO lub PSL. W ostatnich wyborach samorządowych walczył o mandat radnego dzielnicy z listy Platformy. Jego matka była na liście kandydatów do sejmiku. Łukaszowi się nie udało, matka wywalczyła reelekcję.
Łukasz Lanc był najwyraźniej znużony pracą w MJWPU, rozpoczął poszukiwania nowego etatu. - Szukałem nowych wyzwań, wypaliłem się zawodowo w poprzednim miejscu pracy - mówi Lanc.
Tak się złożyło, że od kilku lat mieszka na Pradze-Południe. Jak przekonuje, zupełnie przypadkiem, pomocną dłoń wyciągnął do niego burmistrz Kucharski. Zatrudnił go w wydziale oświaty, aby ekspresowo mianować naczelnikiem biura rady z pensją 5 tys. zł.
Łukasz Lanc dorabia też w radach nadzorczych spółek miejskich lub państwowych. W przeszłości zasiadał w radzie nadzorczej kontrolowanego przez urząd wojewódzki przedsiębiorstwa Holdbud. Dziś przyznaje, że dorabia "w radzie innej spółki, tym razem gminnej", ale jej nazwy ujawnić nie chce.
- Dlaczego nie zorganizował pan konkursu na stanowisko naczelnika biura rady? - pytamy Kucharskiego. - Jeśli pracownik przechodzi z jednego wydziału do innego, prawo mnie do tego nie zobowiązuje - odpowiada. - Pan Łukasz ma świetne referencje z poprzednich miejsc pracy - dodaje.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
Rodzinny biznes PO: na Pradze Płd. zatrudnili znajomego
- Zrobię wszystko, aby nie zawieść burmistrza - mówi Łukasz Lanc, młody działacz PO awansowany na stanowisko szefa biura rady w urzędzie Pragi-Południe. Dostał je od partyjnego przełożonego i zarazem kolegi swojej matki z sejmiku Mazowsza
- Latami pracujemy w urzędzie na szeregowych stanowiskach, a tu nagle pojawia się młody chłopak i od razu zostaje naczelnikiem. I to bez konkursu. Ma jednak jeden niepowtarzalny atut, którego nam, szaraczkom, brakuje: to syn koleżanki partyjnej naszego burmistrza - denerwuje się jeden z urzędników urzędu na Pradze-Południe.
Burmistrz Pragi-Południe Tomasz Kucharski (PO) to zarazem radny sejmiku Mazowsza i szef dzielnicowego koła Platformy. Do tej organizacji należy Łukasz Lanc. Tomasz Kucharski jest więc jego partyjnym przełożonym.
Obaj panowie znają się też dzięki matce Łukasza Elżbiecie Lanc (PO), radnej Mazowsza, która karierę polityczną zaczynała w PSL. Na początku dekady była wicewojewodą z rekomendacji ludowców. W 2007 r. walczyła w wyborach pod sztandarami PiS, aby ostatecznie wylądować w partii Tuska.
Dwa lata temu ujawniliśmy, że dzięki partyjnemu wsparciu Elżbieta Lanc dostała posadę wiceprezesa w spółce miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami Budownictwa "Warszawa". - Szukałam pracy, zapisałam się do klubu PO [w sejmiku Mazowsza] i udało się - mówiła wtedy "Gazecie". - Z wykształcenia jestem wprawdzie polonistką, a budownictwo to ścisła branża, ale zdawałam maturę według starych zasad. Egzamin z matematyki był naprawdę na wysokim poziomie.
W przeciwieństwie do mamy Łukasz Lanc, zapisując się przed dwoma laty do Platformy, reklamował się jako działacz ideowy. - To, że PO jest przy władzy, miało jakieś znaczenie, ale trzeciorzędne - mówił "Gazecie" w wywiadzie sprzed roku. I dodał - Nie kierowałem się osobistymi korzyściami. Mam pracę i nie potrzebuję żadnego poręczenia.
- Przecież on wszystko zawdzięcza partii lub wpływowej mamie - mówią w urzędzie Pragi-Południe.
Pomocna dłoń burmistrza
Karierę urzędnika Łukasz Lanc zaczął na początku ub. dekady w urzędzie marszałkowskim, czyli w instytucji kontrolowanej przez sejmik, w którym jego mama była wpływową radną. Potem dostał etat w zależnej od marszałka i sejmiku Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU).
Ta instytucja zajmuje się dzieleniem unijnych dotacji. Jak wielokrotnie pisaliśmy, bez sukcesów, bo Mazowsze przez lata było na końcu krajowych statystyk. Eksperci nie mieli wątpliwości: zawinił sposób rekrutacji, którą oparto na kluczu partyjnym i etaty obsadzono działaczami PO lub PSL. W ostatnich wyborach samorządowych walczył o mandat radnego dzielnicy z listy Platformy. Jego matka była na liście kandydatów do sejmiku. Łukaszowi się nie udało, matka wywalczyła reelekcję.
Łukasz Lanc był najwyraźniej znużony pracą w MJWPU, rozpoczął poszukiwania nowego etatu. - Szukałem nowych wyzwań, wypaliłem się zawodowo w poprzednim miejscu pracy - mówi Lanc.
Tak się złożyło, że od kilku lat mieszka na Pradze-Południe. Jak przekonuje, zupełnie przypadkiem, pomocną dłoń wyciągnął do niego burmistrz Kucharski. Zatrudnił go w wydziale oświaty, aby ekspresowo mianować naczelnikiem biura rady z pensją 5 tys. zł.
Łukasz Lanc dorabia też w radach nadzorczych spółek miejskich lub państwowych. W przeszłości zasiadał w radzie nadzorczej kontrolowanego przez urząd wojewódzki przedsiębiorstwa Holdbud. Dziś przyznaje, że dorabia "w radzie innej spółki, tym razem gminnej", ale jej nazwy ujawnić nie chce.
- Dlaczego nie zorganizował pan konkursu na stanowisko naczelnika biura rady? - pytamy Kucharskiego. - Jeśli pracownik przechodzi z jednego wydziału do innego, prawo mnie do tego nie zobowiązuje - odpowiada. - Pan Łukasz ma świetne referencje z poprzednich miejsc pracy - dodaje.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
- Latami pracujemy w urzędzie na szeregowych stanowiskach, a tu nagle pojawia się młody chłopak i od razu zostaje naczelnikiem. I to bez konkursu. Ma jednak jeden niepowtarzalny atut, którego nam, szaraczkom, brakuje: to syn koleżanki partyjnej naszego burmistrza - denerwuje się jeden z urzędników urzędu na Pradze-Południe.
Burmistrz Pragi-Południe Tomasz Kucharski (PO) to zarazem radny sejmiku Mazowsza i szef dzielnicowego koła Platformy. Do tej organizacji należy Łukasz Lanc. Tomasz Kucharski jest więc jego partyjnym przełożonym.
Obaj panowie znają się też dzięki matce Łukasza Elżbiecie Lanc (PO), radnej Mazowsza, która karierę polityczną zaczynała w PSL. Na początku dekady była wicewojewodą z rekomendacji ludowców. W 2007 r. walczyła w wyborach pod sztandarami PiS, aby ostatecznie wylądować w partii Tuska.
Dwa lata temu ujawniliśmy, że dzięki partyjnemu wsparciu Elżbieta Lanc dostała posadę wiceprezesa w spółce miejskiej Przedsiębiorstwo Gospodarki Maszynami Budownictwa "Warszawa". - Szukałam pracy, zapisałam się do klubu PO [w sejmiku Mazowsza] i udało się - mówiła wtedy "Gazecie". - Z wykształcenia jestem wprawdzie polonistką, a budownictwo to ścisła branża, ale zdawałam maturę według starych zasad. Egzamin z matematyki był naprawdę na wysokim poziomie.
W przeciwieństwie do mamy Łukasz Lanc, zapisując się przed dwoma laty do Platformy, reklamował się jako działacz ideowy. - To, że PO jest przy władzy, miało jakieś znaczenie, ale trzeciorzędne - mówił "Gazecie" w wywiadzie sprzed roku. I dodał - Nie kierowałem się osobistymi korzyściami. Mam pracę i nie potrzebuję żadnego poręczenia.
- Przecież on wszystko zawdzięcza partii lub wpływowej mamie - mówią w urzędzie Pragi-Południe.
Pomocna dłoń burmistrza
Karierę urzędnika Łukasz Lanc zaczął na początku ub. dekady w urzędzie marszałkowskim, czyli w instytucji kontrolowanej przez sejmik, w którym jego mama była wpływową radną. Potem dostał etat w zależnej od marszałka i sejmiku Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU).
Ta instytucja zajmuje się dzieleniem unijnych dotacji. Jak wielokrotnie pisaliśmy, bez sukcesów, bo Mazowsze przez lata było na końcu krajowych statystyk. Eksperci nie mieli wątpliwości: zawinił sposób rekrutacji, którą oparto na kluczu partyjnym i etaty obsadzono działaczami PO lub PSL. W ostatnich wyborach samorządowych walczył o mandat radnego dzielnicy z listy Platformy. Jego matka była na liście kandydatów do sejmiku. Łukaszowi się nie udało, matka wywalczyła reelekcję.
Łukasz Lanc był najwyraźniej znużony pracą w MJWPU, rozpoczął poszukiwania nowego etatu. - Szukałem nowych wyzwań, wypaliłem się zawodowo w poprzednim miejscu pracy - mówi Lanc.
Tak się złożyło, że od kilku lat mieszka na Pradze-Południe. Jak przekonuje, zupełnie przypadkiem, pomocną dłoń wyciągnął do niego burmistrz Kucharski. Zatrudnił go w wydziale oświaty, aby ekspresowo mianować naczelnikiem biura rady z pensją 5 tys. zł.
Łukasz Lanc dorabia też w radach nadzorczych spółek miejskich lub państwowych. W przeszłości zasiadał w radzie nadzorczej kontrolowanego przez urząd wojewódzki przedsiębiorstwa Holdbud. Dziś przyznaje, że dorabia "w radzie innej spółki, tym razem gminnej", ale jej nazwy ujawnić nie chce.
- Dlaczego nie zorganizował pan konkursu na stanowisko naczelnika biura rady? - pytamy Kucharskiego. - Jeśli pracownik przechodzi z jednego wydziału do innego, prawo mnie do tego nie zobowiązuje - odpowiada. - Pan Łukasz ma świetne referencje z poprzednich miejsc pracy - dodaje.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki, DOminika Olszewska
2011/03/31
Pitera strofuje: Jestem od pani starsza
Pełnomocnik ds. Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów - funkcję o tak skomplikowanej nazwie pełni w rządzie Julia Pitera. Na czym dokładnie ta praca polega i jakie sukcesy ma Pitera na swoim koncie, usiłowała dowiedzieć się prowadząca "Poranek" w TVN24 Katarzyna Werner. Skończyło się słowną utarczką z panią minister i pouczeniem ze strony Pitery: Pani redaktor, jestem od pani trochę starsza.
W TVN24 gościem Katarzyny Werner była Julia Pitera, którą ostatnio ostro skrytykowało SLD i PJN. SLD zarzuciło Piterze brak osiągnięć. - Po trzech latach brak ustawy antykorupcyjnej, Pitera nie zajmowała się ustawą hazardową, choć to jej obowiązek - wytyka SLD. Także PJN krytykuje minister twierdząc, że efekty jej pracy są "znikome, żeby nie powiedzieć żałosne".
"Tylko pozornie to drobne sprawy"
- W następstwie naszej pracy urzędy mają zacząć działać prawidłowo. Mają być jasne kryteria wyboru urzędników, prawidłowe gospodarowanie finansami, dotrzymywanie terminów, brak zaległych spraw - tłumaczyła w TVN24 Pitera. Przywołała m.in. fakt, że w jednym z ministerstw po zakończeniu rządów PiS było aż 3 tysiące zaległych spraw. Wspomniała również sprawę ankieterów GUS, którym urząd nie płacił za wykonywaną pracę.
- Pozornie są to drobne sprawy, ale tylko pozornie - powiedziała Pitera, dodając, że żaden inny urząd: ani CBA, ani ABW ani nawet NIK nie zajmują się niesprawnym funkcjonowaniem urzędów. - NIK przeprowadza kontrole, ale wybiórczo, poza tym podlega parlamentowi, a nie premierowi, a ja jestem urzędnikiem KPRM - wyjaśniała minister.
Największy sukces? "Trudno mi powiedzieć"
Na pytanie, jaki jest jej największy sukces, Pitera odpowiedziała: - Trudno mi powiedzieć, wszystkie kontrole wiszą na stronach internetowych Sejmu - stwierdziła, po czym wymieniła kilka pomyślnie zakończonych akcji. Jej zdaniem, dzięki jej pracy uratowano ogromne sumy pieniędzy przed zmarnotrawieniem.
Minister odniosła się także do zarzutów o wysokie koszty utrzymania jej urzędu, co zarzuciło jej SLD. Politycy Sojuszu wyliczyli, że pensja Pitery w ciągu trzech lat urzędowania wyniosła ok. 450 tys. zł; a 6 jej współpracowników kosztuje co miesiąc 5 tys. zł każdy. Według SLD urząd pełnomocnik ds. walki z korupcją obciążył więc budżet kwotą ponad 1 mln zł.
"Zarabiam tyle, co poseł"
- Moja pensja wynosi tyle, ile pensja posła, czyli każdy z tych panów może zajrzeć do oświadczeń majątkowych - odcięła się minister. Dodała, że po to właśnie wymyślono wybory, żeby ludzie mogli oceniać polityków.
- Ale nie mamy wpływu na to, jakich urzędników powołuje się na urzędy - odparła Katarzyna Werner.
- Mamy. Pani redaktor, ja jestem trochę od pani starsza - próbowała oponować Pitera.
- Możemy pani nie wybrać, ale nie do końca wyborcy mają możliwość rozliczenia ministrów - powiedziała Werner.
- To nieprawda. Premier bierze odpowiedzialność za rząd, na tym polega demokracja, że partia ponosi odpowiedzialność - stwierdziła minister.
- Czy warto było powoływać taki urząd? - próbowała pytać prowadząca.
- Nie namówi mnie pani (na taką odpowiedź - red.) - odparła minister. - Ja mam pilnować, żeby instytucje działały wspólnie, bo z tym jest "tak sobie". Powielania się urzędów w Polsce nie ma, ale mamy problem żeby urzędy działały sprawnie. To, co robię, jest wykonywaniem obowiązku z ramienia rządu, staram się wypełniać zobowiązanie. Bardzo dużo się zmieniło - skwitowała.
jk//kdj/k, TVN24
W TVN24 gościem Katarzyny Werner była Julia Pitera, którą ostatnio ostro skrytykowało SLD i PJN. SLD zarzuciło Piterze brak osiągnięć. - Po trzech latach brak ustawy antykorupcyjnej, Pitera nie zajmowała się ustawą hazardową, choć to jej obowiązek - wytyka SLD. Także PJN krytykuje minister twierdząc, że efekty jej pracy są "znikome, żeby nie powiedzieć żałosne".
"Tylko pozornie to drobne sprawy"
- W następstwie naszej pracy urzędy mają zacząć działać prawidłowo. Mają być jasne kryteria wyboru urzędników, prawidłowe gospodarowanie finansami, dotrzymywanie terminów, brak zaległych spraw - tłumaczyła w TVN24 Pitera. Przywołała m.in. fakt, że w jednym z ministerstw po zakończeniu rządów PiS było aż 3 tysiące zaległych spraw. Wspomniała również sprawę ankieterów GUS, którym urząd nie płacił za wykonywaną pracę.
- Pozornie są to drobne sprawy, ale tylko pozornie - powiedziała Pitera, dodając, że żaden inny urząd: ani CBA, ani ABW ani nawet NIK nie zajmują się niesprawnym funkcjonowaniem urzędów. - NIK przeprowadza kontrole, ale wybiórczo, poza tym podlega parlamentowi, a nie premierowi, a ja jestem urzędnikiem KPRM - wyjaśniała minister.
Największy sukces? "Trudno mi powiedzieć"
Na pytanie, jaki jest jej największy sukces, Pitera odpowiedziała: - Trudno mi powiedzieć, wszystkie kontrole wiszą na stronach internetowych Sejmu - stwierdziła, po czym wymieniła kilka pomyślnie zakończonych akcji. Jej zdaniem, dzięki jej pracy uratowano ogromne sumy pieniędzy przed zmarnotrawieniem.
Minister odniosła się także do zarzutów o wysokie koszty utrzymania jej urzędu, co zarzuciło jej SLD. Politycy Sojuszu wyliczyli, że pensja Pitery w ciągu trzech lat urzędowania wyniosła ok. 450 tys. zł; a 6 jej współpracowników kosztuje co miesiąc 5 tys. zł każdy. Według SLD urząd pełnomocnik ds. walki z korupcją obciążył więc budżet kwotą ponad 1 mln zł.
"Zarabiam tyle, co poseł"
- Moja pensja wynosi tyle, ile pensja posła, czyli każdy z tych panów może zajrzeć do oświadczeń majątkowych - odcięła się minister. Dodała, że po to właśnie wymyślono wybory, żeby ludzie mogli oceniać polityków.
- Ale nie mamy wpływu na to, jakich urzędników powołuje się na urzędy - odparła Katarzyna Werner.
- Mamy. Pani redaktor, ja jestem trochę od pani starsza - próbowała oponować Pitera.
- Możemy pani nie wybrać, ale nie do końca wyborcy mają możliwość rozliczenia ministrów - powiedziała Werner.
- To nieprawda. Premier bierze odpowiedzialność za rząd, na tym polega demokracja, że partia ponosi odpowiedzialność - stwierdziła minister.
- Czy warto było powoływać taki urząd? - próbowała pytać prowadząca.
- Nie namówi mnie pani (na taką odpowiedź - red.) - odparła minister. - Ja mam pilnować, żeby instytucje działały wspólnie, bo z tym jest "tak sobie". Powielania się urzędów w Polsce nie ma, ale mamy problem żeby urzędy działały sprawnie. To, co robię, jest wykonywaniem obowiązku z ramienia rządu, staram się wypełniać zobowiązanie. Bardzo dużo się zmieniło - skwitowała.
jk//kdj/k, TVN24
Julia Pitera wyleci z PO? "Mści się na przeciwnikach"
- Wykorzystywała pozycję polityczną do prywatnych celów, mści się na krewnych swoich przeciwników politycznych - mówią dwaj działacze mokotowskiej Platformy, którzy złożyli do sądu koleżeńskiego wniosek o wyrzucenie z Platformy Julii Pitery.
Chodzi o Piotra Kremplewskiego, byłego radnego i wiceszefa mokotowskiej Platformy, oraz Wiktora Czechowskiego, dziś szeregowego działacza, w przeszłości wieloletniego wiceburmistrza Mokotowa. - Minister Julia Pitera zachowała się nieetycznie, walcząc o wykup należącego do miasta strychu - mówi Kremplewski. Przyznaje, że sprawa nie jest nowa - dotyczy końcówki lat 90. W tym czasie Julia Pitera jako prawicowa radna opozycji walczyła z samorządową elitą władzy, czyli rządzącą miastem koalicją SLD-UW, w której kluczową rolę odgrywał Paweł Piskorski.
Bez przebaczenia
Kremplewski mówi, że dotarł do dokumentów, które rzucają nowe światło na metody, jakimi posługiwała się obecna pani minister. - Starając się o wykup strychu, groziła urzędnikom. To nieetyczne, szkodzące wizerunkowi partii - ocenia.
We wniosku o ukaranie skierowanym do sądu koleżeńskiego powołuje się na pismo Julii Pitery z sierpnia 1999 r. Obecna minister ds. walki z korupcją skarży się prezydentowi miasta na działalność mokotowskiego urzędu dzielnicy, z którym spierała się o pomiar zajmowanego strychu i co za tym idzie jego wycenę. W jej piśmie do prezydenta Warszawy czytamy: "Przystąpię ze znaną zapewne panu konsekwencją do wyjaśnienia wszystkich okoliczności opisanej sprawy na wszelki możliwy i dostępny sposób, nie oglądając się ani na koszta, ani na skutki polityczne, ani też dalsze losy zawodowe i przyszłe kariery osób, które przysporzyły mi kłopotów".
Zdaniem skłóconych z Piterą działaczy była to zapowiedź zemsty na urzędnikach. Wiktor Czechowski jest przekonany, że to właśnie minister ds. walki z korupcją naciska na ratusz i łamie karierę jego córki Justyny Najgrodzkiej. Jak pisaliśmy, urząd Ursynowa, w którym Najgrodzka pracowała jako urzędniczka ds. nieruchomości, nie przedłużył z nią umowy o pracę. A gdy na początku roku wygrała konkurs, dzięki któremu mogłaby wrócić na etat, ratusz unieważnił go z powodów formalnych.
Zemsta za ojca
W ocenie Wiktora Czechowskiego to zemsta za czas, w którym, kierując mokotowskim urzędem, spierał się z Piterą o strych. Mimo wspólnego celu - wyrzucenia Pitery z partii - obaj działacze złożyli w sądzie koleżeńskim odrębne wnioski. Czechowski tak jak Kremplewski przypomina naganne jego zdaniem zachowanie Pitery w czasie starań o zakup strychu. Dodaje pretensje o jego zdaniem bezzasadne szykany pod adresem jego córki, która, nawiasem mówiąc, również należy do partii Tuska.
- To oznacza, że musimy przeprowadzić dwie odrębne sprawy - mówi Kacper Pietrusiński z regionalnego sądu koleżeńskiego Platformy. - Przed wyrokiem mogę więc powiedzieć tylko tyle, że aby ukarać Julię Piterę za sprawę sprzed przeszło 10 lat, skarżący muszą mieć naprawdę mocne zarzuty.
Julia Pitera nie chciała sprawy komentować. Warszawscy posłowie PO przypominają, że starania o wykup strychu wielokrotnie wyjaśniała. Podkreślają, że skarżący to osoby w przeszłości współpracujące z Pawłem Piskorskim.
- Pitera pozbawiała "piskorczyków" wpływów i stanowisk, więc się mszczą - mówi warszawski poseł PO. - Z pozoru nie mają szans, ale ta sprawa to skutek wewnątrzpartyjnych walk. Nie są więc sami i wyrok w tej sprawie to niewiadoma.
W kuluarach mówi się, że za atakiem na Piterę stoi Andrzej Halicki, warszawski poseł i lider mazowieckiej Platformy. - Andrzeja popierają marszałek Schetyna i rzesze działaczy na Mazowszu; Piterę - Hanna Gronkiewicz-Waltz i premier. Idą wybory, więc zaczęła się rywalizacja, również wewnątrz partii - mówią w PO.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki
Chodzi o Piotra Kremplewskiego, byłego radnego i wiceszefa mokotowskiej Platformy, oraz Wiktora Czechowskiego, dziś szeregowego działacza, w przeszłości wieloletniego wiceburmistrza Mokotowa. - Minister Julia Pitera zachowała się nieetycznie, walcząc o wykup należącego do miasta strychu - mówi Kremplewski. Przyznaje, że sprawa nie jest nowa - dotyczy końcówki lat 90. W tym czasie Julia Pitera jako prawicowa radna opozycji walczyła z samorządową elitą władzy, czyli rządzącą miastem koalicją SLD-UW, w której kluczową rolę odgrywał Paweł Piskorski.
Bez przebaczenia
Kremplewski mówi, że dotarł do dokumentów, które rzucają nowe światło na metody, jakimi posługiwała się obecna pani minister. - Starając się o wykup strychu, groziła urzędnikom. To nieetyczne, szkodzące wizerunkowi partii - ocenia.
We wniosku o ukaranie skierowanym do sądu koleżeńskiego powołuje się na pismo Julii Pitery z sierpnia 1999 r. Obecna minister ds. walki z korupcją skarży się prezydentowi miasta na działalność mokotowskiego urzędu dzielnicy, z którym spierała się o pomiar zajmowanego strychu i co za tym idzie jego wycenę. W jej piśmie do prezydenta Warszawy czytamy: "Przystąpię ze znaną zapewne panu konsekwencją do wyjaśnienia wszystkich okoliczności opisanej sprawy na wszelki możliwy i dostępny sposób, nie oglądając się ani na koszta, ani na skutki polityczne, ani też dalsze losy zawodowe i przyszłe kariery osób, które przysporzyły mi kłopotów".
Zdaniem skłóconych z Piterą działaczy była to zapowiedź zemsty na urzędnikach. Wiktor Czechowski jest przekonany, że to właśnie minister ds. walki z korupcją naciska na ratusz i łamie karierę jego córki Justyny Najgrodzkiej. Jak pisaliśmy, urząd Ursynowa, w którym Najgrodzka pracowała jako urzędniczka ds. nieruchomości, nie przedłużył z nią umowy o pracę. A gdy na początku roku wygrała konkurs, dzięki któremu mogłaby wrócić na etat, ratusz unieważnił go z powodów formalnych.
Zemsta za ojca
W ocenie Wiktora Czechowskiego to zemsta za czas, w którym, kierując mokotowskim urzędem, spierał się z Piterą o strych. Mimo wspólnego celu - wyrzucenia Pitery z partii - obaj działacze złożyli w sądzie koleżeńskim odrębne wnioski. Czechowski tak jak Kremplewski przypomina naganne jego zdaniem zachowanie Pitery w czasie starań o zakup strychu. Dodaje pretensje o jego zdaniem bezzasadne szykany pod adresem jego córki, która, nawiasem mówiąc, również należy do partii Tuska.
- To oznacza, że musimy przeprowadzić dwie odrębne sprawy - mówi Kacper Pietrusiński z regionalnego sądu koleżeńskiego Platformy. - Przed wyrokiem mogę więc powiedzieć tylko tyle, że aby ukarać Julię Piterę za sprawę sprzed przeszło 10 lat, skarżący muszą mieć naprawdę mocne zarzuty.
Julia Pitera nie chciała sprawy komentować. Warszawscy posłowie PO przypominają, że starania o wykup strychu wielokrotnie wyjaśniała. Podkreślają, że skarżący to osoby w przeszłości współpracujące z Pawłem Piskorskim.
- Pitera pozbawiała "piskorczyków" wpływów i stanowisk, więc się mszczą - mówi warszawski poseł PO. - Z pozoru nie mają szans, ale ta sprawa to skutek wewnątrzpartyjnych walk. Nie są więc sami i wyrok w tej sprawie to niewiadoma.
W kuluarach mówi się, że za atakiem na Piterę stoi Andrzej Halicki, warszawski poseł i lider mazowieckiej Platformy. - Andrzeja popierają marszałek Schetyna i rzesze działaczy na Mazowszu; Piterę - Hanna Gronkiewicz-Waltz i premier. Idą wybory, więc zaczęła się rywalizacja, również wewnątrz partii - mówią w PO.
Gazeta Stołeczna, Jan Fusiecki
Subskrybuj:
Posty (Atom)